wtorek, 16 kwietnia 2013

Na sljeduścij raz nużna praigrat! (Następnym razem trzeba przegrać!)

      Powoli robiło się zimno. Podniecenie pierwszych godzin podróży w blasku jesiennego słońca odeszło w niepamięć. Październikowy wieczór na stacji w Wuppertalu na ubarwiony kolorami światła, co przeniknęło przez pryzmat raczej się nie zapowiadał. Ruch bynajmniej nie tężał, a do przebycia jeszcze szmat drogi. Już tylko samochody na miejscowych rejestracjach tankowały przed powrotem do domu. Stacja jakaś trefna. Mała i choć przy autostradzie to w sumie zakamuflowana. Żadnej restauracji czy motelu. Dystrybutory, kible, przekąski i napoje. Chwilowy przystanek do tankowania z konieczności. Gdy wskazówki zegara zbiegły się na dwunastce a temperatura spadła do trójki beznadzieja już od jakiegoś czasu bezwstydnie obściskiwała mnie w swych zaborczych ramionach. 
Po dłużących się w nieskończoność kwadransach kompletnego bezruchu nadjechał niewielki pojazd. Rozklekotany ford fiesta na berlińskich rejestracjach. Jego kierowca, młody chłopak o ciemnej karnacji szybko zatankował i wypił kawę. – Nie ma problemu. – odparł po angielsku zapytany czy zabierze mnie do Liège. - Jestem z Persji. - wyjaśnił widząc w mych oczach znaki zapytania w miejscu źrenic. Elektryczne zwarcie skojarzeń mimowolnie zastąpiło je obrazami. Iran - dzikie hordy nienawistnie toczące pianę z pyska już na samą myśl o Zachodzie, co odwrócił się od Boga i prawdy nigdy nie wstępując na drogę prostą.
Zauważyłem, że na tylnim siedzeniu spi drugi mężczyzna. Ruszyliśmy w noc. Kolorowe światełka kontrolek panelu w przytulnej kabinie samochodu wraz z równomiernie przesuwającą się pod kołami powierzchnią autostrady wyściełaną odblaskowymi pasami hipnotyzowały. Ten starzec ze zmierzwioną siwą brodą, odziany w owczy sweter był ojcem kierowcy. Żeby odwiedzić syna, pierwszy raz w życiu opuścił Iran. Podróżowali nocą, bo chłopak chciał mu pokazać Paryż o świcie. 
Rozstaliśmy się w Belgii. Szybka kawka w barze na tankszteli. Kilkanaście minut krzątaniny między tankującymi samochodami. Pod wskazany adres hotelu w Brukseli maszerowałem w niespełna godzinę później. Całonocną czujność zrekompensowałem prawie całodobowym snem. Rano, po śniadaniu, wyruszyłem w miasto, żeby zwiedzić centrum stolicy Europy i w końcu na własne oczy dokonać oceny zawartego z Unią sojuszu. Nawet pobieżne oględziny dworca centralnego dały mi solidne podstawy do niepokoju.
     Klub zapakowany był po brzegi. Ciasno ustawione stoliki i mrowie tłoczących się pod barem ludzi podkręcały poziom twórczej adrenaliny. Po Francusku nie mówiłem od ponad dziesięciu lat, moderowałem więc nonszalancję ograniczając się do gawędy po angielsku. Śmiech publiczności upewniał, że będzie ona w stanie połknąć również śpiewane teksty. Moje pierwsze standing ovation felt real good. Po występie zdecydowałem, że do Polski wrócę tą samą sprawdzoną metodą. O koncercie w brukselskim klubie powoli zapomniałem, choć wciąż czekałem na gażę, w ramach nagrody za wygraną w konkursie, która przynosząc mi pieniądze i przychylność dziennikarskiego słowa, na wieczność pozbawiła mnie perspektyw na tak miło zapowiadające się przyjaźnie z pozostałymi finalistkami. Gdy nadszedł mail z Azerbejdżanu z zaproszeniem na festiwal do Baku, wyjaśniający, że ktoś tam z tej Brukseli coś tam komuś w Azerbejdżanie, dorzuciłem je do puli pozytywnych konsekwencji werdyktu jurorów.
      Perspektywa wyjazdu bardzo była mi na rękę. W owym czasie od ponad półtorej roku uczyłem się arabskiego jak opętany i praktycznie w głowie miałem czyściutki islam. I choć Azerbejdżan jest tak muzułmański jak Polska katolicka, był przecież pierwszym krajem spod znaku półksiężyca, do którego miałem pojechać i do tego zagrać koncert. Wiedziałem, że Morze Kaspijskie, że ropa, że Karabach, że kawior. Najistotniejsze było jednak to, że na południu granica z Iranem, który nagle znalazł się w zasięgu ręki.
Iran jest dla ultra Szyizmu tym czym Arabia Saudyjska dla skrajnego Sunnizmu. Obowiązuje tam bezwzględna odmaina szariatu (czy istnieje jakaś mniej bezwzględna?), która nakazuje kamienowanie za cudzołóstwo, czy karę śmierci za bezmyślność w obchodzeniu się z alkoholem w miejscach publicznych. A hell of a thrill
Żurek, wielbiciel podróży po bezdrożach, któremu jeszcze nie udało się dotrzeć chyba tylko na Antarktydę, zapewnił mnie, że nie ma mowy o żadnym szaleństwie, o czym ostatecznie przekonała mnie lektura Lonely Planet. Ujrzałem zielone światło. O swoich planach od razu poinformowałem kolegów z zespołu proponując wspólną przygodę. Powody, dla których musieli mi odmówić, posypały się jak paciorki z naszyjnika kupionego na odpuście, zerwanego z szyi dziecka nagłym szarpnięciem brutala. Jak się tam dogadamy? - Porwą nas. - Zabiją nas. - Mam rodzinę, więc nie bardzo mogę ryzykować...
Czekała mnie samotna podróż w nieznane. 
Nie chciałem ich winić. Sam dopiero co przepracowałem swoje własne obawy.
     Z załatwieniem wiz uporałem się w trzy tygodnie. Byłem gotowy. Do Azerbejdżanu przyleciałem przez Wiedeń. Kabul, Dubai – oznajmiały tablice odlotów na lotnisku imienia starego Aliyeva - założyciela dynastii, której już trzecie pokolenie przysposabiane jest do przejęcia kontroli nad rodzinnym biznesem.
W tłumie oczekujących przy wyjściu na hale główną ujrzałem kartkę ze swoim nazwiskiem. Niski, śniady, szczupły mężczyzna w czarnym garniturze zaprowadził mnie do ogromnego mercedesa. Kraina ropy naftowej i kawioru. Popołudniowa próba dźwiękowa i koncert zagrany w olbrzymim, bajecznie zlokalizowanym amfiteatrze przekonała mnie jednak, iż „kaukaska logistyka” nie prędko ma szansę na status wyrażenia frazeologicznego odnoszącego się pochlebnie i z powagą do stylu organizacji pracy typowego dla Kaukazu. Chłopaki opuścili Baku samolotem jeszcze przed porannym wezwaniem na modlitwę. Ja, zjadłszy na obiad baranie jaja udałem się taksówką na miejsce, z którego odjeżdżały autobusy do Teheranu. Jeden dziennie. 
Baku jest potwornie drogim miastem. Dużo droższym od Warszawy. Chcąc wydać dwadzieścia manatów, wystarczy pomyśleć, że każdy manat to euro. To od razu racjonalizuje zapał towarzyszący wydawaniu środków na obczyźnie.
Taksówkarz wysadził mnie w sercu jakiegoś monstrualnego blokowiska, które jak okiem sięgnąć przypominało zamieszkały plac budowy. Trzydziestoklatkowe dwudziestopiętrowce afiszowały się barwnym kalejdoskopem suszących się po balkonach ciuchów. W oddali widniała samotnie stojąca buda, a przy niej autobus. Na irańskich blachach. Kilku mężczyzn rżnęło w karty. Podszedłem bliżej omijając pobliskie rumowisko i łamaną ruszczyzną wyjaśniłem, o co mi chodzi.
- Pasport. – zaintonował ni to po rusku ni to po angielsku mężczyzna koło trzydziestki . Zawahałem się przez moment, po czym niepewnie wręczyłem mu dokument. Opuścił budę zabierając go ze sobą, a mnie pozostawiając na pastwę brzęczenia świetlówki i milczącego towarzystwa nieogolonych karciarzy o wielkich bebechach. - Pasport? – zapytałem gestykulując, zaniepokojony przedłużającą się rozłąką z jedynym posiadanym dokumentem. Ściskająca karty dłoń bełkoczącego coś po persku grubasa wskazała drzwi wyjściowe.
     Wnętrze autobusu przypominało przymkniętą wiekiem, ogromną trumnę. Siedzący za kierownicą mężczyzna robił jakieś notatki wertując wnikliwie małą książeczkę. Mój paszport! Zapłaciłem za bilet. Do odjazdu pozostało kilkanaście minut. Opuszczaliśmy Baku, mimo, iż większość miejsc w autobusie była pusta. Imponująca architektura przeinwestowanego centrum stolicy pozostała za naszymi plecami i w moich wspomnieniach. W miarę jak oddalaliśmy się w głąb kraju, krajobraz powoli zmieniał się w nieco niedoinwestowany. Mijaliśmy chude kozy, popadające w ruinę domostwa, chyboczące się na rozklekotanych zawieszeniach stare moskwicze. Mimo to, czujność ojca narodu, którego wizerunkami oblepione były przydrożne bilboardy rozpościerała swe opiekuńcze ramiona nad tą z pozoru zapomnianą przez Allaha krainą. 
Około trzeciej nad ranem autobus zwolnił kołysząc się na wyboistej, wiodącej przez jakieś pustkowia drodze, po czym zastygł w bezruchu. Ucichł silnik. Zgasły światła. Zapadła gęsta ciemność, której początkową ciszę powoli dominowało chrapanie kilkunastu mężczyzn śpiących w fotelach i na podłodze. Nie mogąc zasnąć samotnie siedziałem w mroku. Nie rozumiałem, dlaczego stoimy. Nie wiedziałem jak długo to potrwa. W ogóle przestałem rozumieć, dlaczego się tu znalazłem. Sygnały generowane przez chrapiących tężały wraz z zapachami. Popuszczały skarpety i pachy. To ostatecznie teleportowało mnie do krainy snu.
    Poranek przywitał nas słoneczny i upalny. Było jakoś po ósmej. Blask słońca po kilkugodzinnej drzemce pobudzał do zainicjowania jakiejś gadki szmatki. Jeden z pasażerów wyjaśnił mi po rusku, o co chodzi, odradzając przy tym robienie zdjęć. Wsjo jasna. Granicę otwierali dopiero o dziewiątej. Zabraliśmy swoje bagaże i odprowadzając wzrokiem autobus oddalający się w nieznanym kierunku, potulnie czekaliśmy bez określonego celu.
Kierowca pojawił się znienacka i dał znak do odjazdu. Pasażerowie w pośpiechu poderwali swoje bagaże odrobinę już znużeni dwugodzinnym biciem piany. Zadziwiająco silna dłoń odzianego w postrzępiony tu i ówdzie uniform urzędnika państwowego o raczej niskopiennej posturze chwyciła mnie za ramie zanim zdążyłem ruszyć w ślad za innymi. – Dawaj! Paszli! – rzucił głosem nie znającym sprzeciwu. Korzystając z pośpiechu, z jakim pozostali pasażerowie przygotowywali się do odjazdu wkręcał swój własny teatrzyk. Mijaliśmy kręte korytarze. Wspinaliśmy się po schodach. Jego ciągłe ponaglanie sztucznie potęgujące atmosferę popłochu pozbawiały zdolności racjonalnej analizy sytuacji. Kanciapa na końcu korytarza rozmiarem przypominająca sracz rozwiała tajemnicę celu całej tej nerwowej bieganiny. - U tiebia pjat dolaraw jest? – pociągnął z grubej rury siedzący w czapce stylizowanej na element ruskich mundurów galowych chybaoficer.
Szybko znalazłem się w autobusie. Gładko przemierzyliśmy rzeczkę, zasieki wzdłuż betonowych murów docierając do stanowiska strzelców uzbrojonych w ciężką broń maszynową. Wjeżdżałem do Iranu. Biały terminal kontroli celnych – symbol nieskazitelności, ale również nieomylności charakteru drogi obranej półtorej milenium temu przez młodszych braci wyznawców Chrystusa stawiał na baczność. Elektryzowany barwą niewinności poczyniłem ostatnie korekty zachowań przywleczonych ze świata zachodu! Jakieś kobiety w pośpiechu owijały przed bramą wejściową głowy chustą. Jakieś grupy ludzi nerwowo przepakowywały ogromne torby. Zrozumiałem, ze czas ubrać długie spodnie. Za skuteczne przeprowadzenie odpraw celnych na przejściu w Astarze najwyraźniej odpowiedzialne były kobiety. Mężczyźni zajmowali się nadzorowaniem ich pracy. Granicę po irańskiej stronie przekroczyłem bez żadnych fajerwerków. Zero kontroli osobistej, czy przesłuchiwania w zacisznym pokoiku (standard przy wjeździe do Izraela na paszporcie z wizami krajów „osi zła”, gdzie rutynowo trzeba udowodnić własną niewinność.)
     Na ulicy przylegającej do terenu przejścia granicznego, od razu obskoczyli mnie cinkciarze. Kierowca autobusu czekał na nas spokojnie popalając pety. Szybka transakcja na gębę i z ręki do ręki. Nawet nie wiedziałem, jaki obowiązuje kurs. Opuszczaliśmy to pełne życia miasteczko udając się wzdłuż Morza Kaspijskiego na południe, do Rasztu. Inny świat. Przepastne doliny, na dnie których ciągnęły się kręte nitki krajowych dróg i…pola ryżowe. Atmosfera w autobusie stała się bardzo towarzyska. Wręcz braterska. Posiłek zjedliśmy wspólnie, dzieląc jedzenie i rachunek. Przepyszne, napakowane słońcem smażone pomidory, ryż i baranina. Gdy wieczorem wysiadaliśmy na jednym z czterech gigantycznych dworców autobusowych Teheranu rozstawaliśmy się jak grupa dzieci powracająca z  kolonii letnich w Andrychowie. W uściskach i z uśmiechami na twarzy. Irańczyk, z którym kilka godzin rozmawiałem przez ruskiego „tłumacza” żegnał się ze mną niczym czuły kochanek. Z jednej strony w kraju, gdzie mężczyźni zwyczajowo manifestują swą przyjaźń prowadzając się za ręce odziani np. w wojskowe mundury trudno jest przyjezdnemu polegać na logice w interpretacji takiego pożegnania. Z drugiej zaś strony w świecie muzułmańskim, restrykcyjnie ograniczającym dostęp do kobiet, te powszechnie praktykowane sposoby okazywania przyjaźni zrodzonej pomiędzy mężczyznami bywają również tradycyjnie akceptowaną przykrywką dla zachowań homoseksualnych. Tym naiwnym i tym wyrachowanym równie łatwo się tu pomylić. Pożegnaliśmy się więc jak dwaj przyjaciele. W książce do perskiego zapisał mi swój adres, co odebrałem to jako zaproszenie na przyszłość. Mimo zmęczenia czułem się silnie pobudzony. Nie chciałem czekać. Szybka toaleta, zakup biletu. Stanowisko, z którego odjeżdżał mój autobus znalazłem bez problemu. Jechałem do Szirazu.
    Czternastogodzinna podróż przez kamieniste, pustynne doliny Persji przeniosła mnie w strefę upału, pod wpływem którego miasta sprawiały wrażenie wymarłych. Sziraz był jednym z takich miast. Ulokowany pośród skalistych gór wyglądem przypominających krajobraz Marsa w kolorze kawy z mlekiem jest na tym pustkowiu istną metropolią. Autobus stromo zanurzał się w głąb miasta. Otaczały nas budynki, których kolorystyka była już tylko kontynuacją barwy pustyni. Smażąc się w podzwrotnikowym słońcu, skorupy wszędobylskich paykanów (irańskich odpowiedników naszego malucha) zażywały żarowej kąpieli w bezlitosnych promieniach gwiazdy-żywicielki. Szybko udałem się taksówką do hotelu. Lonely Planet podpowiadał miejsca, sugerował ceny. Wziąłem szybki prysznic i od razu wyruszyłem na Sziraz - kolebkę bahaizmu. Ta najmłodsza na świecie religia monoteistyczna, jest oficjalnie w Iranie zdelegalizowana, a jej wyznawcy prześladowani. Ich status podobny jest do tego chrześcijan z czasów, gdy chrześcijaństwo wciąż było uważane za heretycką sektę założoną przez nieznanego jeszcze wtedy historii żydowskiego apostatę. Moje poszukiwania jakichkolwiek bahaickich symboli spełzły więc na niczym. Zjadłem coś z Polakami napotkanymi w hotelowym korytarzu. 
– Przyjechaliśmy do Iranu na dziwki. – chełpili się celem swojej wyprawy. Zmęczony ich towarzystwem, podróżą z Baku oraz godzinami spaceru w prawie pięćdziesięciostopniowym upale wróciłem samotnie do hotelu. Padłem na wyro. Rozbuchana żarem słońca i emocji głowa nie pozwała zasnąć. Zmrok powoli ogarniał miasto. Ulice zaczynały gwarnieć. Wiercąc się w półśnie w mokrej od potu pościeli, przez okno hotelowego pokoju na pierwszym piętrze wsłuchiwałem się w odgłosy ruchliwej ulicy, która zdawała się przeżywać rezurekcję. Szum wentylatora mieszał się z nawoływaniami sklepikarzy. Brzęczące silniki motorów na chwilę dominowały muzykę dobiegającą z restauracji naprzeciw. Mieszały się ze sobą jak mój sen mieszał się z jawą. Pulsowały w gorączce. Cisza zapadła dopiero nad ranem. Bezsenna noc przypomniała mi jak smakuje samotność. - Minie sporo czasu zanim znowu będe się u siebie. – myślałem wpatrując się otępiale w plamy po zaciekach na suficie.
     Miałem dość Szirazu. Rano spakowałem bety i złapałem taksówkę na dworzec. Na autobus do Esfahanu. Jeden dzień wystarczył, żeby zmęczyć się tym ponad milionowym, pustynnym skupiskiem ludzkich istnień. Kierowca paykana śmiał się od ucha do ucha. Uparcie próbował mi coś wytłumaczyć. Nastawienie Irańczyków do przyjezdnych jest uderzające. Dużo się śmieją. Są chętni do pomocy i choć nie sposób się z nimi porozumieć to intencja tych komunikatów wysyłanych poza słowami nie jest trudna do odgadnięcia. Mijane w drodze powrotnej na północ krajobrazy już mnie tak bardzo nie interesowały. Moja uwaga skoncentrowała się na pasażerach. Mężczyzna siedzący obok mnie okazał się być lekarzem. Dzięki jego wyedukowanej angielszczyźnie gawęda naprawdę dobrze się kleiła. Gdy dojeżdżaliśmy do celu nalegał nawet, żebym kilka dni spędził w jego rodzinnym domu. Zaskakujące. Podczas podbojów muzułmańskich islam został Persji narzucony. Historycznie więc Persowie od ponad tysiąca lat żyją de facto pod jego zaborem, islam bowiem zdominował zarówno kulturę jak i religię przedmuzułmańskiej rzeczywistości Persji. Eksporterzy islamu – Arabowie  n i g d y  do swoich domów nie zapraszają.
   Popołudnie w Esfahanie spędziłem na Imam Square. Wzorem biesiadujących na trawniku irańskich rodzin kupiłem sobie jakąś „kulaszkę” i zabrałem się do jedzenia. Kilku chłopaków przysiadło się do mnie przyglądając mi się z zainteresowaniem. – We are soldiers for Ahmadinejad. – wyjaśnili. Z niewinną zazdrością słuchali jak wymieniam amerykańskie miasta, które widziałem na własne oczy. Ci zachwyceni Zachodem młodzi żołnierze, powierzający mi sekret swojej krytycznej postawy wobec własnego państwa i przywódcy, nie pasowali do obrazów wrogiego Iranu aplikowanych przez CNN. W mojej głowie rozumienie pojęć właśnie się aktualizowało. Nagle zdałem sobie sprawę, że imperializm nie jest przeciwległą do komunizmu siłą, zaś krytyka Iranu, tak notoryczna w mediach świata zachodu jest jedynie propagandą w obronie interesów upadającego imperium amerykańskiej buty, która bez obciachu ujawniła się ostatecznie za panowania Busha juniora. Polityczno-religijne igraszki dużych i upartych mają swoje konsekwencje. Ci żołnierze, którzy pośrednio nie uważali islamu za swe dziedzictwo narodowe, a swym krytycznym nastawieniem nie podpisywali się pod skutkami polityki irańskich elit rządzących, jeszcze przez wiele lat po zakończeniu służby wojskowej nie będą mogli opuścić swojej ojczyzny. Tyle pożytku z popołudnia na trawniku.
  Do Teheranu postanowiłem powrócić pociągiem. Tak dla urozmaicenia. W holu ogromnego budynku stacji byłem jedynym obcokrajowcem. Ustawiłem się w pierwszej lepszej kolejce. Łatwość, z jaką kasjerka posługiwała się tą swoją Bóg wie gdzie wyedukowaną angielszczyzną oraz to, że podczas całej podróży z żadną kobietą nie zamieniłem jeszcze ani słowa, zapraszały do porzucenia oficjalnego tonu rozmowy. Czasu było niewiele. Zacząłem ją wypytywać o jakieś nieistotne sprawy, żartować. Mimo, iż piłeczki podkręcałem niebanalne, odbijała bez wahania. Nie musiałem się powtarzać. W rzeczywistości zdominowanej przez męski punkt widzenia kobiety muszą być ambitne. Ponad wszystko pragną wiedzy, w którą inwestują całą swoją powagę. Muszą ustawicznie kierować się sprytem, chcąc, w otoczeniu mężczyzn, wodzić intelektualny rej, żeby w konsekwencji móc powodzić ich za nos.
What good? Iran good or Lahistan good? - zapytał wąsacz, gdy nastrój panujący w pokoiku nieco już zelżał. Władał angielskim najbieglej z całej trójki. Czułem się pobudzony. Nie tylko ja. Już po chwili, sam odbijałem piłki w rozmiarze lekarskim, podkręcane przez grupkę przepytujących mnie w kolejowym komisariacie policjantów. Przy kasie poczułem się chyba zbyt swobodnie.
Lahistan good. Iran veeeery good! - odpowiadałem z pięć razy na to samo pytanie ku uciesze mundurowych. Atmosfera, w jakiej opuszczałem komisariat przypominała bardziej zakończenie oficjalnej wizyty państwowej. Zdecydowałem, że na przyszłość nie będę zadawał pytań kobietom w miejscach użyteczności publicznej.
       Na peron wchodziło się jak do samolotu. Kontrola biletów, bramki. Wspólnie czekamy na podstawienie pociągu. Wspólnie maszerujemy na peron. Nastał wieczór. Rozmowy w przedziale nie kleiły się. Umościliśmy sobie więc leżanki i odpłynęliśmy chłodzeni równomiernym powiewem z klimatyzatora pod sufitem. Obudził mnie dłuższy bezruch. Staliśmy po środku pustyni, na horyzoncie której rysowały się jakieś góry.
   Dla zabicia czasu, naładowani energią nocy spędzonej w chłodzonym pomieszczeniu, postanowiliśmy się czegoś o sobie dowiedzieć. Nasza głośna rozmowa przyciągnęła pasażerów z innych przedziałów. - What job? - zapytał ktoś stojący w korytarzu. Próbowałem wyjaśnić, że wokalista jazzowy. Bezskutecznie. Arabskie słowa kompletnie się nie sprawdzały. Zdecydowałem się więc na krótką prezentację. Chwilowa, pełna konsternacji cisza była już tylko pierwszą jej konsekwencją. Całe towarzystwo parsknęło po chwili śmiechem, głośno rechocząc. Omówili coś przekrzykując się nawzajem, po czym wydelegowali reprezentanta, żeby mi pokazał, o co w tym śpiewaniu chodzi. Coś tam pojęczał na religijną nutę w rytm miarowo klaszczących pasażerów z przedziału. Żeby zachować towarzyski fason, też go wyśmiałem. Podróż minęła nam wesoło i przyjaźnie.
       W stolicy żagle napędzające kadłub mojego podróżniczego zapału obezwładniła flauta. Nie chciało mi się niczego zwiedzać, ani szukać hotelu. Poczułem się na tyle pewnie i bezpiecznie, że myślałem nawet o spędzeniu nocy na ławce w parku. Ruszyłem przed siebie bez celu. Wyróżniający się pośród morza paykanów linią, kolorem i szykiem peugeot zatrzymał się tuż obok mnie. - Szukam dworca autobusowego. - odrzekłem zapytany, czy nie potrzebuję pomocy. Posługujący się nieskazitelną angielszczyzną kierowca, sprawiał wrażenie najbardziej ogarniętego z całej trójki. Na tylnym siedzeniu miejsca wystarczało dla mnie i plecaka. Ten, obok, którego usiadłem był raczej małomówny. Majątku dorobił się na handlu narkotykami z Japonią. Tam gdzie za słowa płaci się życiem człowiek uczy się jak czerpać radość z obserwacji. Czując nieodpartą potrzebę poddania się błogiej dyktaturze ciepłej ręki przewodnika bez wahania przyjąłem ich zaproszenie na imprezę w górach. Miałem nadzieję, że nie zaproponują mi wódki. Po kilku godzinach wspólnie spędzonych na leżakowaniu popartym konsumpcją frykasów pożegnaliśmy się na dworcu nie wymieniając się mailami. W oczekiwaniu na wieczorny autobus do Asztary wspominałem miniony dzień. Dziewczyny, które do nas dołączyły. Ich tańce bez nakryć głowy. Nerwowy dyskomfort, z jakim skupiały się w tym karykaturalnym tańcu na reakcjach zgorszonych przechodniów. Oni również chcieli spędzić to wolne popołudnie nad rzeczką w zgodzie z wpojoną im wizją wolności i spokoju.
   Wpadając za horyzont, słońce, niczym ogromny wir, pogrążało otulającą miasto od zachodu wielką, pomarańczową łunę. Muezzini dogmatycznym zawodzeniem żegnali tlące się resztki dnia. W wieczornym skupieniu ich głosy rozbrzmiewały majestatycznie. Rozpływały się w ciepłym, wieczornym powietrzu popadając w niebyt wraz z więdnącą czerwienią ostatnich podrygów słonecznego blasku by na dobre oznajmić nadejście nocy.
   Autobusy z Teheranu odjeżdżają we wszystkich kierunkach co godzinę. Wczesnym rankiem znalazłem się w miasteczku na granicy, w którym rozpocząłem swoją perską przygodę. Kupiłem podpłomyk i skierowałem się w stronę przejścia. Irańska celniczka pobieżnie przejrzała mój paszport, po czym odprawiła mnie na odsieb wskazując Północ.                                           
   Podczas azerbejdżańskiej kontroli wszystko szło gładko dopóki informacja, ze jestem Polski nie rozniosła się wśród celników z sąsiadujących kanciap. Polska drużyna dzień wcześniej pokonała Azerbejdżan jeden do zera. Początkowo żartobliwa sytuacja, nagle straciła swój pierwotny kontekst oparty na kurtuazyjnej wymianie dowcipów. Kiedy dotarło do mnie, że jeden z umundurowanych i uzbrojonych urzędników przegraną traktuję jako przejaw narodowej hańby, a mnie jako przedstawiciela tych, co wymierzyli policzek azerskiej dumie narodowej zamieniłem się w słuch.
- Znajetie. - spuentował swój długi monolog starszy celnik podpowiadając mi kolejny, usprawniający mechanizmy moich życiowych strategii frazes.
- Na sljeduścij raz nużna praigrat!  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz