środa, 3 kwietnia 2013

Przyczółek Skandynawia

     Wszystko wskazuje na to, że trzeba będzie się przyzwyczaić... 
Zima po raz kolejny podsuwa do rozwiązania zawikłany test na cierpliwość podsycając nachalną szarówą skłonność do pozwalania sobie na działania pod wpływem wymówek. Od połowy listopada widziałem słońce cztery razy.     
  Choć Polska jest krajem o klimacie umiarkowanym, ciepłym, przejściowym z naciskiem na „ciepły”, to anomalium zimy 2007 roku okazało się zwiastunem zmian klimatycznych dla obszaru, na którym żyję. To, co normalnie zaczyna się początkiem grudnia przyszło w połowie listopada, by po miesiącu osiągnąć, jak mi się wtedy wydawało, swe apogeum. Biel śnieżnej pokrywy sięgała po horyzont i po pas, a pobocza dróg i chodników zamieniały się w rosnące sterty szarego, lodowaciejącego śniegu. W styczniu doszły mrozy. Słupek rtęci skurczył się by na jakiś czas zamieszkać w okolicach liczby minus dwadzieścia…
Mała, północna Norwegia na południe od Bałtyku.
     Mimo, że polska zima zawsze daje w kość w okolicach stycznia, tym razem kompletnie zgłupiałem. Od dwóch miesięcy przez okno obserwowałem jak pustoszeje świat. Ludzie wychodzili na ulice już tylko z konieczności życiowych. Do pracy, na zakupy i do kościoła. Woleli chronić się przed zimnem w ogrzewanych pieleszach swoich bunkrów. Mieszanina melancholii i nostalgii czyli myśli depresyjnych zamieszkała pod moimi drzwiami jak pies szukający schronienia wśród zimowej zawieruchy. Coraz bardziej interesowały mnie wybrane zagadnienia z życia w krajach skandynawskich. Począwszy od pracy odśnieżarek, po statystyki samobójstw.
      Gdy w styczniu powstawał tekst utworu „Zima” nie spodziewałem się, że zima tak może trzymać i że przyjdzie mi pisać o najdłuższej polskiej zimie, jaką pamiętam. Wyczekiwana wiosna nadeszła w połowie kwietnia. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz