środa, 1 maja 2013

Dziwki i kowboje

 Powodowany bogactwem manifestacji lęku, nad którym tak fajnie rozwodził się Budda, nigdy nie zdecydowałem się pójść na dziwki. Jednak ciekawość dręczy... Na przykład ta z zajęczą wargą, co czatuje pod murami szkoły. Gadu gadu i już zajada moje kanapki. Je łapczywie. Cieszy się, że tym razem nie o dupczenie chodzi. Jestem przecież dla niej miły... Nie mija te parę kęsów, a już jej alfons podbija, na krótkich nóżkach, ale za to z grubym karkiem. W podkoszulku na ramiączkach i w spodniach od dresu jego przesłanie staje się jasne, jak biel tej rozedrganej napięciem pięści. Palcem lewej dłoni wskazuje na coś niewidocznego, gdzieś na horyzoncie... Aha, tamtędy mam wypierdalać w podskokach.
  Frank czeka już pod domem. Na nasz widok wysiada z połyskującego metalicznie, bordowego pick-upa. Nosi dżinsy w odcieniu lazurowej wody, co płucze piach podzwrotnikowej plaży. Ma na sobie tę karmazynową, jedwabną koszulę. Przyozdobiona kwiecistą broszą, koresponduje, choć nieco nachalnie, z odcieniem butów kowbojskich z krokodylej skóry, barwionej na kolor martwej krwi. Jego murzyńską głowę, prócz gęstej brody, zdobi mleczno-brązowy atrybut poganiacza krów - wielki kapelusz z rondem. 
-Siema chłopaki! - gestem dłoni wskazuje drzwi parterowego domku. - Moja dziewczyna zaraz przyjedzie - dodaje po dłuższej chwili przebierania w pęku kluczy. Jego zmagania z zamkiem patentowym obserwujemy w milczeniu. 
-Starzejesz się Frank – rzucam na rympał, zachęcony tonem przywitalnej bajery tego pierwszego napotkanego w życiu, czarnego kowboja.
-Wiem, stary, wiem - przyznaje bez wahania z religijną powagą i ściąga kapelusz obnażając tropikalnie gęstą, kruczoczarną czuprynę. Jego palec wskazuje skrawek owłosienia przerzedzającego się niezauważalnie na czubku olbrzymiej głowy.
-Popatrz jak łysieję... 
  Frank zapoznaje nas z rozkładem pokoi na tyłach budynku, gdy zjawia się Betty. W dżinsach opinających jej pękatą dupkę, w kowbojskich butach i kapeluszu. Zawiązana na supeł pasiasta koszula odsłania jej tłuściutki, brązowy brzuch. Podczas gdy Mario roztacza wizje domu po remoncie, Frank musi tłumić kapryśną inwencję swojej młodziutkiej partnerki. To on wypisuje czeki.  
  Jej różowy pick-up i jego czerwone buty... Kowbojska arystokracja? Czarna angielszczyzna niemłodego już, ulicznego cwaniaka z dzielnic na południu Chicago i dziewczęca ogłada cechująca ludzi, którzy otarli się o wykształcenie, tworzą kontrast, łagodzony przez wspólny mianownik zdecydowania, z jakim oboje hołdują temu samemu stylowi kowbojskiego życia. 
-Ile ty właściwie masz w lat, Frank? - pytam, gdy samochód kowbojki znika za zakrętem. Odpowiada bez wahania, dumnie.
-Sześćdziesiąt trzy... 
Rzeczywiście facet kompletnie nie wygląda na swój wiek. 
-A suka ma trzydzieści - dorzuca na deser łakomy kąsek informacji, z uśmiechem antycypując treść pytania wiszącego w powietrzu. 
-Lubię młode - kontynuuje już bez słownej zachęty z mojej strony - a dup, bracie, w życiu miałem do oporu. Pod koniec lat siedemdziesiątych byłem najlepszym didżejem country and western na całym Wschodnim Wybrzeżu! 
Mówi dużo, wyraźnie pobudzony oddaniem, z jakim wsłuchuję się w jego prostolinijny styl wprowadzania obcych w pikantne szczegóły z życia prywatnego. 
-Ten dom dla siebie robię - jego głos zaczyna skrzeczeć w górnych rejestrach. - Sukę widuję codziennie, ale klucze trzymam przy dupie i wiesz co? Dopiero po pięćdziesiątce poczułem, że to jest to. Od tamtej pory żadnych dup na stałe, a tym bardziej w domu. Jestem już za stary na to gówno – tłumaczy. - Chcą się spotykać? Nie ma sprawy, ale na noc w y p i e r d a l a ć  do domu! A jak mi się chce inną ruchać, to dziwkę biorę. 
Teraz mówi już głośno, wyraźnie pobudzony. Frank lubi się dzielić kompendium swojej życiowej filozofii. Bezpretensjonalność towarzysząca tej prezentacji, jej treść, nie może się równać żadnej z dotychczasowo zasłyszanych przeze mnie recept na życie. 
-Wyrzuty sumienia?!!! - śmieje się tubalnie z nutą politowania dla wszelkich przejawów naiwności.
-Ostatnio przez tydzień dymałem w Las Vegas i powiem ci bracie, że ja się już z babami nie pierdolę! - wciąż mam przed oczami jego szczere zażenowanie z powodu łysiny na czubku głowy.
- A wiesz, co im mówię, jak już jest po wszystkim? 
 Uwielbiam te chwile, gdy przypadkowo napotkani ludzie pozwalają sobie na ulew zwierzeń nieskrępowanym strumieniem, gdy bez zahamowań, jak na świętej spowiedzi, dzielą się najskrytszymi z tajemnic, obdarzając słuchacza mocą święceń kapłańskich.
-"Wypierdalaj!" mówię - krzyczy poderwany impetem kopa ilustrującego sposób, w jaki opędza się od dziwek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz