poniedziałek, 3 czerwca 2013

7. Cztery Pory w Raju: Polimorficzna schizofrenia

Ponad półtoramilionowy moloch Manhattanu jest polimorficznie schizofreniczny. Zmiany krajobrazów są bowiem częste, nagłe i pełne trudnych do uzasadnienia kontrastów.
Kolorowy ocean ludzkich istnień miesza się z barwnym kalejdoskopem pojazdów przemieszczających się w rytm fali świateł sygnalizacyjnych, ciągnących się w nieskończoność wzdłuż szerokich alei. Całe ich kilometry można bez końca podziwiać z wyżej usytuowanych odcinków Broadway’u, tuż obok dziury po World Trade Center. 
Wall Street. Wyobraźnia rzuca mi się na węch. W powietrzu zdecydowanie wisi woń robionego pieniądza. Tłumy krawaciarzy biegających po kawy roznoszą ją po zatłoczonych w porze lanczu ulicach, które wieczorami pogrążają się w bezruchu. Na jego dnie majaczą echa życia toczącego się gdzieś w położonych na północ dzielnicach Manhattanu.   
Chaos panujący w Chińskiej Dzielnicy ciągnącej się wzdłóż Canal Str. jest częścią atmosfery handlu tanią elektroniką. Jej trotuary wypełnia swąd ulicznych fast foodów pomieszany ze smrodem wszechobecnych śmieci. Te walają się w zakamarkach, gdzie krawężnik spotyka powierzchnię jezdni. Jak szczury, cicho przemykają pod nogami hałasujących tłumów. W tych małych, wielkomiejskich Chinach wyrosłych w jednym z serc Manhattanu plecak nosi się na piersiach. 
Wąskie uliczki Soho sąsiadujące z Chińską Dzielnicą od północy wyrastają niespodziewanie niczym oaza, której nie ma na mapie.  Jakby za sprawą magii niezrozumiałych zaklęć, niezauważalnie znika brud. Stoiska cinkciarzy z Canal Str. ustępują miejsca galeryjkom wytworów ludzi przewrażliwionych, butikom z odzieżą na specjalną okazję, restauracyjkom dla poszukujących subtelności doznań katalizowanych przez kontakt z pożywieniem oraz sklepom spożywczym, których centralną atrakcją jest gorąca kuchnia świata, eksponowana w postaci szwedzkiego stołu, sprzedawana na wagę. 
Zaklęty krąg przestrzeni Washington Square Park  ze swym łukiem triumfalnym dającym początek słynnej Piątej Alei wpisany jest w prostokąt otaczających go budynków. Wykwintne hotele, kilkupiętrowe domy mieszkalne z pomalowanej na czerwono cegły oraz budynki uniwersytetu NYU stanowią jaskrawy kontrast, ale i niezłą oprawę dla kwitnącej na okolicznych ulicach drobnej dealerki. Trawa, koks, piguły, kwas należą do podstawowej oferty czarnych handlowców.
Okolice osławionej  Czterdziestej Drugiej Ulicy obfitują w powygryzane zębem czasu krawężniki. Azjatyckie sklepy, których tam pełno, przyciągają turystów duszącą słodyczą tanich perfum wciskając im odzieżową tandetę. Serce Nowego Jorku od dziesięcioleci wabi turystów monumentami reklam górującymi nad  Times Square. Ci w pokorze oddają hołd Światowidowi Manhattanu. Sklepy oferujące elektroniczne wyroby marek, o których nikt nigdy nie słyszał wiją się u stóp świątyni kultu najbardziej uznanych w świecie produktów. Dopiero wieczorną porą królujący niepodzielnie za dnia księżycowy pył ustępuje miejsca geometriom neonów porażających upojone Nowym Jorkiem zmysły uczestników tego bałwochwalczego nabożeństwa. 
Broadway w okolicach Amsterdam Ave i Central Parku przypomina dotknięty gigantyzmem Paryż. Upper Eest Side - siedlisko manhattańskiej klasy średniej z aspiracjami na dołączenie do elity nowojorskich milionerów, których tam nie brak wyposażone jest we wszystko, czego człowiek z zasobnym portfelem może od życia w wielkim mieście potrzebować. Zaciszne biblioteki, wykwintne restauracje, gigantyczne megastory zaopatrujące w prasę, muzykę, filmy i literaturę z całego świata. Przed wytwornymi, stylizowanymi na wiktoriańskie cielska budynków mieszkalnych, wielopiętrowymi gmachami, które podpartą dolarem elegancją przypominają ekskluzywne hotele uwijają się odziani we fraki dormani…
Okolica Sto Dwunastej i bulwaru nazwanego na cześć islamskiego przywódcy czarnych radykałów przynosi równie radykalne zmiany krajobrazu. Betonowe chodniki przypominające płaskie grzbiety szarych biedronek... Ich rozgrzane słońcem czarne kropki ciągną się za podeszwami kauczukową pajęczyną. Kilkupiętrowe rudery z płytami pilśniowymi w miejscach szyb... Echa recytacji Koranu wędrują pomiędzy ich fasadami jak duchy, napełniając pustką wyludnioną przestrzeń. Niczym smuga papierosowego dymu snują się z głośników charczących nad wejściami do islamskich księgarń świętego z Jacka, których wnętrza - hybrydy lombardu specjalizującego się w bibelotach ze stałą ekspozycją wyprzedaży garażowej spowija półmrok. Po środku najbogatszej wyspy świata, zaledwie trzydzieści ulic na północ od okolic namaszczonych swym zainteresowaniem przez arystokrację Manhattanu, swą obecnością zieje getto murzyńskich muzułmanów...  

1 komentarz:

  1. Kurde! No! Muszę powiedzieć, że zawsze miałam problem z szerszymi opisami przestrzeni- z tego powodu, że nie potrafię ich przyswajać wyobraźnią. Powodują mną jakieś odepchnięcia szerszych obrazów, zastanych albo dynamicznych obszarów (chodzi o nie same, bez konkretnej akcji, psychologicznych opowiadań o jednostkach). Zawsze takie opisy traktuje jedynie jako dopełnienie- pewien dodatek do czegoś istotniejszego. Za to to, TO u góry czytam trzeci raz i niemalże widzę odzież azjatycką. Potrafiłabym opisać jej kolor i strukturę. Czuje pęd i ilość wszystkiego wokół! Jakoś to przemawia...

    Weroniak

    P.S Zdanie "Betonowe chodniki przypominające płaskie grzbiety szarych biedronek... Ich rozgrzane słońcem czarne kropki ciągną się za podeszwami kauczukową pajęczyną." jest urocze.

    OdpowiedzUsuń