sobota, 13 lipca 2013

10. Słońce Kandaharu

   Nienawidzę pracy w fabryce, choć w zasadzie wszędzie można znaleźć to ziarno. Otoczone troską zrodzoną z cierpliwości, z czasem wyrasta do rozmiarów drzewa. Pocięte na poręczne bale, nawet bez suszenia, nagle staje się budulcem dla tratwy, zdolnej ocalić przed poczuciem bezkierunkowości działań. 
   Miesiące pracy przy produkcji mebli kuchennych wypełniały mnie po brzegi poczuciem zastoju. Wzrost językowych kwalifikacji, poprzez kontakt z robotniczą ruszczyzną moich towarzyszy w gastarbeiterce, był jedynym przejawem życiowego postępu. Taki owoc konieczności, dojrzewający w atmosferze zabawy, dzięki której zawartość mrocznej czary, wychylana w godzinach pracy, cudownie przeistaczała się w nektar napełniający chwilowym optymizmem rozdymającą mnie pustkę. Programowe przerwy na lunch. Ponadprogramowe pogawędki przy oklejarceZaczynałem skutecznie wsłuchiwać się w opowieści moich rosyjskojęzycznych kolegów. Te przenosiły mnie w ich przeszłość - Na Syberię, do Afganistanu. Przyglądałem się ławce w jakimś władywostockim parku. Wania własnie rozdziewiczał przygodnie poznaną, bezimienną dziewczynę. Czułem żar wypełniający kabinę czołgu rozgrzanego słońcem znad Kandaharu…
   Moim głównym informatorem i nauczycielem był Igor. Na skutek rany odniesionej podczas wojny, temu olbrzymowi o gołębim sercu nieustannie trzęsły się dłonie. Czas walki przeciwko afgańskiej partyzantce, zbrojonej i uważanej w owym czasie przez USA za bojowników o wolność (dzisiaj za afgańskich terrorystów) minął Igorowi i jego kompanom w kłębach haszyszowego dymu. 
   Konopie porastają doliny Afganistanu jak koniczyna pastwiska
Rzeszowszczyzny. To z nich żołnierze radzieckiej armii wyrabiali wysokiej jakości haszysz. Najdorodniejsze szczyty konopnych roślin na kilka dni trafiały pod wkładki ich masywnych, żołnierskich butów, żeby z tak wygniecionego marihuanowego placka rolować w palcach gliniasty Macan. Malowane pędzlem ruskiej opowieści obrazy haszyszowych pól zieleniły się sucho na tle soczystych błękitów i złocistych brązów. 
   Współczynnik przyrostu zrozumienia jego gawęd miałem niezły, bo oparty na podstawach rosyjskiego, siłą wtłaczanych mi do mózgu przez osiem lat jego podkorowej przepierki. Innymi słowy to, czego nie załapałem w podstawówce i liceum zaczęło działać z nawiązką po czterech miesiącach roboty przy deskach. Ta symbioza owoców życiowych konieczności skutkowała pewną formą językowego kunsztu. Nieodwracalnie. Styl moich mistrzów z sąsiedniej maszyny odciskał trwałe piętno na jakości mojej ruszczyzny, o czym przekonałem się po latach błyszcząc mieszanką ich idiolektów pośród
przedstawicieli mołdawskiej kultury.
– Gdzie się pan tak nauczył mówić? – pytali rekompensując dyplomacją bolesnego uśmiechu swoje ewidentne zgorszenie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz