wtorek, 5 listopada 2013

3. Wysłużony Świat

  Nad dwoma ostatnimi rzędami, przeznaczonymi dla palaczy, zapaliła się lampka. Dopiero co odpalonego papierosa wcisnąłem pomiędzy kiepy wypełniające niewielką popielniczkę w oparciu siedzenia i zapiąłem pasy. Darmowy alkohol i paczuszka czerwonych marlboro już dawno przestały zwiastować kaca. Podchodziliśmy do lądowania. Samolot zataczał olbrzymie kręgi nad miastem, a polskiej stewardesie wzięło się na zwierzenia o swojej pracy, o chłopaku. Jakaś kobieta przeciskała przez palce koraliki różańca. Pasażerowie pogrążeni w milczeniu gapili się w szczeliny okien, które po syntetycznej nocy raziły teraz światłem dnia. Ilu spośród nich na zawsze opuściło swój kraj? Na Płytę lotniska opadliśmy łagodnie.
  Olbrzymi hol szybko wypełniał się pasażerami. Odprawiano chyba kilka samolotów na raz. Tłok był stadionowy, poza tym zapamiętałbym kobiety w nikabach otoczone wrzaskliwą czeredą dzieci. Wszyscy czekali w długiej kolejce do niezliczonej ilości stanowisk odpraw. Zauważyłem, że urzędnik obsługujący moją kolejkę żuje gumę otwierając przy tym szeroko usta. Rozmowa była treściwa, chłodna. Wojskowa powaga, z jaką zadawał pytania oddziaływała z mocą przesuwania środka mechanizmu oddychania z przepony do płuc.
 Wypleciony z siedmiu terminali wianuszek lotniska JFK jest największym portem lotniczym wielomilionowej aglomeracji Nowego Jorku. Tłumy ludzi tłoczyły się przed wyjściem z hali odpraw. Rodziny, taksówkarze. Moja pobudzona adrenaliną percepcja przestawiła się na tryb pochłaniania wszystkiego, co znalazło się w polu widzenia oka, które patrząc badawczo z wnikliwością mikroskopu nagle zmieniało się w lunetę. Panorama, detal, panorama… Z Paluchem, ustawiłem się kilka dni wcześniej, dzwoniąc na łyżeczkę z automatu na Boryńskiej. Rozglądałem się stojąc sam. Jakiś gość w turbanie od razu zaproponował mi taksówkę do miasta. Chciałem jak najszybciej wyjść z hali lotniska. Pierwszy lepszy pracownik obsługi wskazał mi drogę. Czarnoskóry, jak większość jego kolegów po fachu, których w zasięgu wzroku nie brakowało, nosił czarne buty, granatowe spodnie i spraną, błękitną koszulę tu i ówdzie poprzecieraną przy szwach. Mijałem sterty toreb chwiejnie transportowanych na aluminiowych wózkach. Pogięte i poobijane, dawały świadectwo mozolnej i wieloletniej służby. Betonowe lamperie, potrzaskane i brudne, harmonizowały z widokiem metalowych ławek, pełnych wgięć i odpryskującej farby. Jakiś policjant w czapce zsuniętej na tył głowy opierał się butem o ścianę. Wsunąwszy kciuki pod gruby, czarny, skórzany pas pozwalał odpocząć swym strudzonym ramionom. Wyjrzałem przez wrota głównego wejścia. Wzdłuż budynku ciągnęła się droga, po której paradowały autobusy. Poobijane blacharki taksówek wabiły klientów, lśniąc bezwstydnie w czerwcowym słońcu. Wysłużony świat. Przytulna, europejska schludność ustąpiła miejsca wykalkulowanej funkcjonalności.
   Do stacji metra dotarliśmy autobusem. Autostrada, druty kolczaste i trawa. Peryferia lotniska, a wciąż nie miasto. Paluch wręczył mi podniszczoną monetę z dziurką w środku i pokazał jak przy jej pomocy dostać się przez bramki na stację. Stalowe wagony z piskiem wtaczały się na peron. Stare, oklepane, a jednak solidne, kształtem i estetyką  przypominały żółto-niebieskie składy królujące przez dziesięciolecia na polskich torowiskach. Poezja w ruchu - wyjaśniał jeden z banerów poziomo umocowanych w miejscu, gdzie ściany ze stali nierdzewnej stykały się z sufitem. Wyglądało na to, że konstruktorzy wagonów postawili na trwałość. Podstawowa prostota, z jaką zbudowane były pomalowane na szaro, blaszane siedziska przywodziła na myśl więzienne cele, futurystyczne izolatki w domach wariatów. Wszystko niezniszczalne, a zarazem bezpieczne w życiu. Opuszczając duszne podziemia stacji metra A poczułem jak ich wiosenny zaduch wydala mnie na świat w objęcia siostrzanej tężyzny zapachów utopionych w gęstwinie i rozmaitości dźwięków. Rozmiar piętrzących się nad głowami budynków pogłębiał wrażenie ciasnoty. Potężny ruch uliczny na dnie nibykanionów sprawiał, że dźwięk odbijał się niczym w studni. Wędrował jak oszalały pomiędzy górującymi nad ulicą budynkami, które zamiast okien miały klimatyzatory. Naturalny pogłos potęgowany przeszywającym powietrze sygnałem mknącego radiowozu, czy przyprawiająca o kłucie w uszach trąba wozu strażackiego objawiały prawdziwy rozmiar otaczającej nas przestrzeni. Miasta giganty poznaje się po skali zjawisk dźwiękowych, zwielokrotnionych przez pogłos, którego zwykle brak w niskopiennych metropoliach Europy.
   W podróży byłem już drugą dobę. Autostop do Berlina, nocka na lotnisku, osiem godzin lotu do Nowego Jorku i kac dawały się we znaki. Mimo to wzrok miałem zachłanny, wciąż gotowy na więcej...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz