piątek, 27 grudnia 2013

5. Cztery Pory w Raju: Na gębę

Pierwsze, beztroskie dni na komunie w Harrison przelały się przez palce bystro. Fabryka mebli, o której dowiedziałem się od chłopaków z sąsiedniego pokoju wpisywała się w ogólne założenia przyjazdu - rozejrzeć się, znaleźć robotę i mieszkanie. Z tym drugim, jak się miało okazać, było nieco ciężej... Zabrałem się do załatwiania formalności. Żeby rozpocząć pracę w fabryce potrzebny był numer social security - odpowiednik polskiego NIPu. Asia wyjaśniła mi dokąd trzeba pojechać, co ze sobą zabrać i co w urzędzie powiedzieć. Autobus odjeżdżał z Newarku. W kieszeni miałem kartkę z notatkami i dwa dolary w drobnych dla automatycznego kasjera. Ta prosta maszyna do poboru opłat to pokaźnych rozmiarów metalowa skarbona. Lejek zakończony dziurą połyka monety, a wąska szpara banknoty. Obydwie szczeliny mają charakter wlotowy, bo skarbona nie wydaje reszty, a biletem jest sama transakcja z przewoźnikiem zaświadczona obecnością kierowcy. Amerykański czas to miedzy innymi ten pieniądz zaoszczędzany na drukowaniu i dystrybucji biletów, instalacji kasowników, opłacaniu kanarów oraz kosztów egzekucji mandatów. Postanowiłem upewnić się gdzie wysiąść. Kierowca z obojętnością lekarza NFZ wybeblał coś pod nosem, po czym widząc, że angielski znam tylko z piosenek onieśmielił mnie swoją cierpliwością. Znowu byłem petentem polskiego urzędnika. Przeprosiny na powitanie i wzrok wbity w dłonie miętoszące niewidzialną czapkę. Pokutowała we mnie gotowość, żeby wszystko rozumieć od razu, żeby nie zadawać zbędnych pytań, żeby nie narażać się na urzędnicze sapanie.
Take your time - uspokoił mnie widząc, jak przy pomocy kieszonkowego słownika próbuję skonstruować odpowiedź. Załatwienie amerykańskich dokumentów, bez znajomości angielskiego, w epoce sprzed zamachów na World Trade Center umożliwiających założenie konta w banku, wyrobienie prawa jazdy, zdobycie pracy, rozliczanie się z podatków, a w rezultacie otrzymanie emerytury i to na wizie turystycznej, której ważność upływała po sześciu miesiącach okazało się banalnie proste. Do roboty w siapie pojechałem ze Słowakami już na trzeci dzień po przylocie. 
Fabryka mebli kuchennych w Little Falls była w rzeczywistości sporych rozmiarów stolarnią zaopatrywaną w drewno przez potężne ciężarówki na kanadyjskich rejestracjach. W biurze przyjął mnie Borys, ukraiński Żyd o posturze kowala, posiwiałych skroniach i krzaczastych brwiach, którego strój emanował osobliwym wyczuciem elegancji - czerwona koszula z kołnierzem, złote spinki pobłyskujące przy mankietach, jasnobrązowe, powypychane na kolanach, płócienne sindbady i te czarne, skórzane mokasyny bogato zdobione figlarną plątaniną frędzli. Jego strój symbolicznie manifestował definicję szyku w pojęciu właściciela fabryki. Krótko, donośnie, wręcz tubalnie potwierdził stawkę i zaprowadził mnie na halę. Jego pobrzękujący baryton zdradzał czynne zamiłowanie do ustawicznego kontaktu z tytoniowym dymem. 
- Jasne, jasne - potakiwałem udając zainteresowanie rozprawą na temat wielkiej, zielonej maszyny, żarliwie jakbym stał u progu poznania tajemnicy życia. Pracownicy, w różnym wieku, uwijali się pośród panującego nieładu, nabuzowani poranną energią. Stałem zdezorientowany. Bardziej od monologu mojego nowego szefa absorbował mnie zapach starego potu, przypalonego drewna i hałas. Borys włączył maszynę po czym zniknął za drzwiami biura. Mijały wieki, epoki, geologiczne ery. Upływały w rytm analitycznej zadumy nad życiem, podczas której próbowałem rozgryźć, dlaczego odmierzanie sekund za pomocą dozownika klejowego granulatu stało się jego treścią. Dzwonek na śniadanie rozdzwonił się przed dziesiątą wyrywając mnie z zamyślenia z dentystyczną swadą. Moje dni wypełniał teraz ryk frezarki i swąd palonego kleju 
Zatrudniony na gębę, czekałem na nadejście numeru social security. Żeby otrzymywać cotygodniowe czeki z wypłatą trzeba było podpisać umowę z fabryką. Zdobycie podróbki otrzymanego drogą pocztową dokumentu, pozbawionej adnotacji, że na jego podstawie nie można zatrudniać, było kolejnym etapem całej procedury
legalizującej moją robotę. Kolorowa kseropodróbka miękkiego kartonika z numerem social security kosztowała czterdzieści dolarów. Porównałem oryginał z kopią. Myśl o załatwianiu na jej podstawie formalności w kwesturze pozbawiała pewności siebie. Falsyfikat ewidentnie kpił z ludzkiej inteligencji. Lewizna biła po oczach zaprzeczając powszechnemu przekonaniu, że nie ma głupich, a cała procedura wydawała się dratwą szyta. Ale nie dla Rebeki. Zapisała w komputerze widniejącą na mojej kopii sekwencję cyfr i podała mi jakieś wydruki do podpisania, pewną ręką, pogodnie, jakbym załatwiał kredyt na samochód, a nie robotę na czarno. Najwyraźniej dobre intencje leżały tu u podstaw wszelkich działań. Babkom z kwestury, wychowanym w inkubatorze ideałów podtrzymywanych przez propagandę amerykańskiej prawości, tępiącą oszustów jak karaluchy, w myśl której dążenie do prawdy jest drugim po baseballu sportem narodowym, mogło przez myśl nie przechodzić, że dokument może być fałszywy. Czy możliwe, że głęboka pogarda dla kłamstwa piętnowanego powszechnie i zgodnie z lokalną tradycją tak bardzo usypiała podejrzliwość? W końcu moje social security figuruje gdzieś w systemie, a ten z jakichś powodów nie informuje o moim statusie imigracyjnym. Przy pomocy kawałka papieru przepuszczonego przez drukarkę, bezkarnie zabierałem pracę, która należała się bezrobotnym Amerykanom, nabywając jednocześnie prawo do ubiegania się o emeryturę. Z drugiej strony pracując na czarno byłem wzorem taniej siły roboczej. Nigdy przecież nie będę się skarżył. Będę trzymał się z dala od kłopotów, stojąc w obliczu nieustannego zagrożenia deportacją z kraju, w którym urodzą się i wychowają moje dzieci, w którym
dorobię się majątku i zasłużonej emerytury. Będę przy tym żył w stanie moralnej schizofrenii wśród amerykańskich piewców prawości, którzy jak na ironię będą szanować mój wkład w budowę lepszej przyszłości tej Ameryki, do której z tytułu zasiedzenia od pokoleń i tak zawsze będą mieli większe prawo. Będą przy tym podziwiać wytrwałość, z jaką toczę walkę o przetrwanie w realiach życia nowo przybyłych, z którym tak na prawdę sami nie chcą mieć nic wspólnego. Powierzchowna empatia wyrażana w powitalnych zwrotach, które nie tolerują odpowiedzi "nie dobrze" pozwoli im spać spokojnie. Będą dryfować trzymając na dystans rzeczywistość, która już dawno wymknęła się spod kontroli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz