czwartek, 12 grudnia 2013

Zamknięte królestwo V - Naprawdę nic

Sen był krótki, przerywany obrazami z jakichś niedomkniętych sytuacji. Lodówka głośno wirowała na tle ciszy, jaką pośród nocy rozcieńczonej światłem ulicznych latarni ma do zaoferowania stolica przy Moście Poniatowskiego. Kilka godzin snu bez pamięci, szybkie śniadanie i marsz do kolejki. Euforia miesza się z otępieniem po nocy pełnej widm. Z kontroli bezpieczeństwa przez odprawę paszportową i rękaw do dziury w burcie samolotu. Tym razem Okęcie musi się odbyć się bez kawowych ceremoniałów. Miejsce mam przy oknie. Elektroniczna podróbka akordeonu sączy się zawijasem z głośników, wierci bliskowschodnim ćwierćtonem. Azjatycka obsługa samolotu uśmiecha się jak przystało na tych, co powierzoną im rolę odgrywają dyskretnie, służalczo. Tego się od nich wymaga. - Dwa czerwone wina i kubeczek whisky? 
Podczas startu monitory pokładowe idealizują cel podróży. On, postawny Arab, owinięty ręcznikiem wstaje oto z kamiennego katafalku. Skośnooki sługa, niższy od pana o głowę, gestem zaprasza na pokoje. Kobieta już czeka w przestronnej komnacie. Przepych. Z początku wydaje się, że to elegancki hotel. Nie, to ich dom. Teraz on zabiera ją w miasto. Rozkoszują się wonią egzotycznych przypraw, a ona wybiera najświeższe owoce. Potem, na zadaszonym pokładzie tradycyjnej łodzi, kołysani falami zatoki upajają się smakiem orientalnej herbaty. Sługa Hindus uśmiecha się wiernie, podczas gdy las drapaczy chmur mieni się w tle kolorami tęczy. Na czas trwania prezentacji monitory są nieczułe na wyłącznik. 
Katar. Temperatura na lotnisku sprawia, że czuję się jak w marmurowej kostnicy. Jaskrawe oświetlenie, bogaty wystój, powściągliwa elegancja, kliniczna sterylność. Chusty uplecione z fantazją na głowach śniadych urzędników w bieli, symbolicznie określają ich stosunek do ciężkiej pracy fizycznej. Podobnie te nieporęczne stroje. Noszone wyniośle, uosabiają odmienność kultury, która ostentacyjnie sprzeciwia się dominacji zachodniej mody. Pomimo wpływu, jakim cieszy się tu sunnicki islam w swojej najsurowszej, wahhabickiej postaci, Katar chyba nie dopuszcza do głosu skrajnych ideologii politycznych. Nie zaszczyciwszy mnie ani jednym spojrzeniem, urzędnik wlepia mi do paszportu niepozorną wizę, tuż obok izraelskich pieczątek.
Hindus z wypożyczalni samochodów prowadzi nas na parking. Na zewnątrz powiewa ciepła bryza. Jego angielszczyzna - przykurzony już prezent od korony brytyjskiej, pozwala mu na wykonywanie swojej pracy. Nie daje za to szans rozmowie o byle czym. 
W poszukiwaniu jedzenia opuszczamy ruchliwe ulice Dohy. Nieoświetloną, wyboistą ścieżkę, docieramy nad brzeg morza. Futurystyczne wysokościowce malują wielobarwne odbicia w wodach niewielkiej, półkolistej zatoki. Samochody stoją tu w mroku na zapalonych światłach. Ich niewidoczni pasażerowie szukają intymności, chcą nacieszyć oczy widokiem tęczowego Corniche. Stoimy milcząc na zgodę, że świat można zmienić jak rękawiczki. Jeszcze kilka godzin temu przemykaliśmy pod niebem zimnej, szarej Warszawy. 
Bliskowschodnia niedoróbka dzielnic mieszkaniowych Dohy nie różni się od siostrzanych metropolii krajów Zatoki. Dubaj, Maskat, Abu Zabi. Surowy beton, stalowe pręty, piaskowy pył. Medialnie konstruowany wizerunek romantycznej harmonii człowieka z islamem, nowoczesnego świata, który pokonał wszechwładzę pustyni działa na wyobraźnię ludzi Zachodu. Ma przecież przyciągać ich pieniądze. Propaganda ekonomii opartej na ropie służy wszakże walce o przyszłość luksusu. 
Katarczycy w swoim własnym kraju są obywatelami widmo. Trudno się na nich natknąć, choć łatwo ich odróżnić. Na przykład ten, co wchodzi do banku.  Nieskazitelna biel szykownej galabiji, kredowa kefija i agal z koziej sierści, na podobieństwo czarnych aureoli oplatających ciasno głowę. Obywatele tacy jak on to uprzywilejowana, piąta część mieszkańców kraju. W tutejsze przywileje nie sposób się wżenić. Z tytułu urodzenia w Katarze też nic się nie należy.
Pomimo nocnej pory Filipińczycy ze spożywczaka uwijają się niczym przydymione pszczoły. Tu jak czekolada to Lindt, jak czipsy to Pringles, a jak lody to Häagen-Dazs. Zapytani o coś do jedzenia kierują nas do pobliskiej restauracji. Marmara. W Tureckiej knajpie w sercu katarskiej stolicy, czuję się jak klient pizzerii podczas pierwszego dnia wakacji w Lizbonie. Siedzący obok nas przyjezdni z Maghrebu pomagają nam przebrnąć przez pokaźne menu. Nie przeszkadza im, że odrywamy ich od jedzenia
- Kochany! - wzywają kelnera i stół powoli wypełnia się po brzegi. Pierwszy kęs grillowanej baraniny pozbawia mnie resztek wątpliwości. Przypominam sobie podgrzane na blasze ścinki drobiowej mielonki zawijane w pitę z modrą kapustą i smakowity kolesław. Turecka kuchnia na wyjeździe to kulinarny kameleon, jak chińszczyzna. Zawsze w kolorach wypadkowej lokalnych gustów. Są więc hummusy, kuskusy, baranina i słodkie ziemniaki. Potężne porcje grillowanych mięs, ryżu, ziemniaków oraz pikantnych papryk - oto jak się nocami jada na Bliskim Wschodzie!
Nadmorska promenada przypomina Świnoujście po sezonie. Nieśpiesznie docieramy pod najwyższe biurowce. Puste, sprawiają wrażenie wybudowanych po to, żeby się mienić kolorami na tle bladej czerni nocnego nieba. Żadnej kawiarni czy jadłodajni, choć to tutaj bije sztuczne serce gigantycznej hybrydy Manhattanu z Pekinem. 
Katar to kraj mikro. Dystans dzielący jego granicę z Arabią Saudyjską na południu i Ar-Ruwajs na północy to tyle, co odległość pomiędzy Katowicami a Wrocławiem. Czteropasmowe autostrady jaśnieją w mrokach nocy, świecą też pustką, jakby cały ten wysiłek miał służyć tylko nam. Czasem trafi się ciężarówka, rzadziej samochód osobowy. Na stacji benzynowej Filipińczycy i zimno jak w mięsnym. Czas pozostały do końca zmiany sprzedawca sennie odmierza każdym wypakowanym pudełkiem. Postanawiamy jechać najdalej jak się da. Tankujemy dziesięć litrów, płacimy dziesięć złotych.
- Nic... - odpowiada Filipińczyk od dystrybutora, zapytany co takiego można zobaczyć na północy. Mimo to nie chcemy zmieniać planów. Świeżość sytuacji zawsze ukręci coś z niczego. 
Drogowskazy w Katarze mają tę cechę, że nie wskazują ile kilometrów pozostało do celu. Kierują nas na wschód od autostrady, do Al-Khor. Radio serwuje niekończące się sety "arabskiego bluesa" - pieśni nieszczęsnych, przepojonych smutkiem, pełnych tragedii, o których milczy się za dnia. Droga nieoczekiwanie grzęźnie w ciemnościach. W oddali majaczą jakieś światła. McDonald's, posterunek straży pożarnej, meczet, rondo i wysokie mury niskich zabudowań. Strzegą intymności muzułmańskiego stylu życia. Al-Khor. Po północy w miasteczku działa tylko jedna kafejka. Obsługiwana przez Nepalczyka i jego trzech kamratów z Indii oferuje kawę, herbatę, frytki. Pijemy haliib – mocną arabską bawarkę. Zapytani o życie w Katarze chwalą kraj swoich gospodarzy, zgodnie, jak na przesłuchaniu. Dobrze tu przecież zarabiają. 
- Arabia saudyjska? Tam jest tak samo - odpowiada ten bardziej wygadany. Możliwe. Tutaj też pracodawca zabiera im paszporty... 
Jazda autostradą zmienia się w senną huśtawkę. Arabska muzyka wprowadza w trans napełniając powieki ołowiem. Żarzące się błękitnym światłem drogowskazy przywracają umysł do stanu płochej czujności. Madinat Al-Shamal. Tu czarne wody morskich otchłani łaszą się do nabrzeża. Dalej na północ już tylko ciemność. W tym niewielkim osiedlu domków jednorodzinnych ma powstać stadion piłkarski. Jeden z dwunastu. Na razie tylko ta miniatura łodzi rybackiej tonie w piasku na rondzie. 
Zatrzymujemy się obok przystani. Jakieś głosy dobiegają z kontenera-stróżówki. Zanurzam rękę w wodzie. Mlaszcze przy betonowej pochylni opadającej łagodnie w głąb chłodnego błękitu. W drodze powrotnej kluczymy na wolnych obrotach bez pomysłu czy planu, jak włamywacze na czatach pośród parterowych zabudowań. A tu naprawdę nic...  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz