wtorek, 14 stycznia 2014

6. Cztery Pory w Raju: Popołudniowy czaj na przebudzenie

Dwa tygodnie spędzone u Asi i Palucha minęły szybko, a mimo to zdążyłem się przyzwyczaić do swojego miejsca na podłodze w pokoju, dzielonego we czwórkę z Markiem. Zaopatrzony w olbrzymią kolekcje płyt oraz imponujący zestaw do słuchania muzyki nie zachęcał do myślenia o szukaniu własnych czterech ścian. 
Wanda do złudzenia przypominała jedną z moich sąsiadek. Chuda, podejrzliwa, samotna… Nie mogąc pozwolić sobie na dalsze odwlekanie nieuniknionej przeprowadzki zapłaciłem za miesiąc z góry, założyłem zamek w drzwiach i przeniosłem swoje bety w zacisze pokoju na N. 2nd Str.
Mieszkania w Harrison wyglądały jak domy osamotnionych, biednych emerytów. W nieremontowanych od dziesięcioleci pomieszczeniach, jak duch, unosił się zapach pokoleń, które przeminęły. Pod łóżkami, w szafach i po kątach walały się ich porzucone sprzęty, nietykalne w swej świętości, niczym miniaturowe mauzolea pielęgnujące pamięć o przeszłości. Moje bose stopy kurczyły się w kontakcie z plamami wdeptanymi w puch szarych dywanów, którymi przykryto rozsychające się, ciemne parkiety. Ponadżerane kocią uryną uzupełniały duszny kalejdoskop zapachowych bodźców. Powgniatane ściany z gipsowych płyt, ramy okien pozalepiane farbą - wiele mówiło, że w tym mieszkaniu utrzymywanie estetycznego ładu nie miało praktycznego uzasadnienia.  
Upływający czas stabilizował moje wrażenia, a sinusoida wielowymiarowych doznań coraz pokorniej płaszczyła się wzdłuż osi wyznaczającej ideał świętego spokoju. Syf na mieszkaniu działał znieczulająco, a w robocie bez wstydu popadłem w leczniczą rutynę. Przerwa na drugie śniadanie, przerwa na lunch, przerwa na podwieczorek. Fajrant. Staż pracy oraz poziom mojego zaangażowania w powierzone mi obowiązki (zgodnie z prognozami Borysa) predestynowały mnie do roboty, z którą wiązał się najniższy stopień odpowiedzialności. Dbałem przeto o odpowiednią odległość frezów od krawędzi oklejanych desek. Kontrolowałem poziom kleju w podgrzewaczu. Jak zabrakło materiału, to przywlokłem go na wózku ze sterty po drugiej stronie hali, przeciągając ten rytuał w nieskończoność. Przy mojej maszynie robiło się coraz przytulniej, a praca w transowej atmosferze ostinatowego sygnału piły tarczowej prowokowała marzenia na jawie. Czas płynął szybciej i przyjemniej
– Szo ty bliad diełajesz?!!! – wyrywał mnie z błogiego otępienia ledwo co docierający przez nauszniki, pełen furii głos Borysa. Dwie partie desek znów poszły bez okleiny. Brak cienkiego paska zdobiącego ich zewnętrzną krawędź ustawiał deskę w niewłaściwej pozycji względem piły tarczowej. Wystarczyło, że frez przesunął się o dwa milimetry z hakiem na podziałkę w calach i materiał lądował wśród odpadów. Opierdol szefa na chwilę przywracał mnie w dominium skupienia. Innym też się zbierało. Na hali fabrycznej pracowało czterech Polaków, dwóch Ukraińców, dwóch Ruskich i dwóch Słowaków, a naszym kierownikiem był Żyd z Izraela. Jako jedyny z dozoru wyższego mówił biegle po angielsku i to z dobrym akcentem. Oprócz nadzorowania naszej pracy pełnił rolę reprezentacyjną, do której kompletnie nie nadawała się subtelność szefa podkreślana angielszczyzną ruskich bokserów.
Atmosfera panująca na mieszkaniu u Wandy co raz bardziej wzmagała we mnie pragnienie kompletnej izolacji. Kłótnie, telewizor i zicpolki. Za pierwszą wypłatę kupiłem zamknięte słuchawki, kilkanaście płyt z second handu i ogromny odtwarzacz CD. Dźwięki dobiegające przez drzwi z cienkiej sklejki nareszcie znikały pod naporem decybeli w słuchawkach. Problemów jednak zaczęły przyspażać upały. Klimatyzator, jak większość sprzętów w mieszkaniu, był jedynie atrapą na stale wmontowaną w unieruchomione okno. Mimo, że lato stawało się nieznośne, pocenie się w skórzanych nausznikach stawiałem ponad doznania zawdzięczane izolacyjnym właściwościom ścian z gipsu i papieru. Temperatury przekraczały trzydzieści stopni, a wilgotność sięgała stu procent. Ubrania nie chciały schnąć, a wietrzenie pokoju oznaczało otwarte drzwi na przestrał. W któryś niedzielny poranek obudziło mnie natarczywe walenie do drzwi. W głosie Wandy rozbrzmiewała nuta histerii. To policja szuka Leszka - bojfrenda pani domu. Wanda rżnie głupa że niby "skjuzmicz?", a bojfrend już giry ciśnie za okno. Chyba odłupali je sobie od ramy, bo słychać jak dudni przy otwieraniu. Wanda przez zamknięte drzwi negocjuje z policją, podczas gdy Leszek, stojąc na żelaznym podeście schodów przeciwpożarowych, wciąż waha się czy w milczeniu przeczekać całe zamieszanie, czy może spierdalać od razuDéjà fucking vu - miesiące spędzone na stancji u Tadka. Libacje w gościnnym, grube pajdy czerstwego chleba ze smalcem i popołudniowy czaj na przebudzenie. Meliny do mnie lgnęły… Telefon od Marka szczęśliwie zwiastował perspektywę rychłych zmian. 

3 komentarze:

  1. A co wpuszczałeś w uszy? Jak wtedy i teraz podchodzisz do tamtej muzyki?
    To dopełni mi obraz. Na razie beżowy.

    Weroniak

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Material, Sonic Youth i Jarretta, a słuchaniem już się tak nie podniecam

    OdpowiedzUsuń