poniedziałek, 6 stycznia 2014

Zamknięte Królestwo II - Insha'Allah!

   Marzenia, marzenia... Rzeczywistość jest jednak koncepcją samą w sobie. Ustala zasady których bezwzględność ustępuje jedynie prawom natury, a kształtowana przez prawa człowieka często ulega dominacji głupoty. Postanowiłem zdobyć Saudyjską wizę, mimo iż w Świętej Ziemi Islamu nie chcą przyjezdnych z innych ziem, bo czymże jest skrajna odmienność światopoglądu jak nie słodkim powabem substancji zatruwającej umysł, nawet jeżeli jej podstawowym składnikiem jest formalna wiara w monoteizm? Turystyka odpadała. Trzy tysiące dolarów plus koszty podróży za tydzień nurkowania pośród raf Morza Czerwonego podczas grupowych wakacji na jachcie, bez prawa przemieszczania się po kraju, pod kuratelą agentów biura nie mieściła się w mojej koncepcji podróżowania. Szczegółowe informacje na temat procedury wizowej, przekazane przez telefonistkę z ambasady saudyjskiej nie pozostawiały wątpliwości, a nadzieje na wyjazd rozpływały się jak ślady stóp na piasku pochłaniane przez wycofującą się falę. Szukać pracy Arabii? Internet roił się od ogłoszeń biur pośrednictwa pracy, kierowanych do geologów, lekarzy, informatyków, amerykańskich nauczycieli, pielęgniarek ze znajomością angielskiego, filipińskich sprzątaczek czy pakistańskich budowlańców. Agenci z internetowych pośredniaków, niczym naganiacze z kasyna przy Kung Fu Plaza, wabili bezkonkurencyjnymi obietnicami zarobków. Podobnie jak w kasynie, raz podjętej z saudyjskim pracodawcą gry nie sposób ot tak przerwać. Po długiej przeprawie przez gąszcz formalności porastających procedurę otrzymania wizy pracowniczej, paszport osoby zatrudnionej ląduje w rękach pracodawcy. On również decyduje o tym, kiedy pracownik będzie mógł opuścić kraj, zachowując dokument na wypadek wątpliwości. A więc praca w Arabii? Nie! Odwiedziny u krewnych, żyjących gdzieś pośród bezkresnych piasków Al-Rub' Al-Khali również nie wchodziły w grę. Pozostawało przejść na islam i wyruszyć na pielgrzymkę do Mekki, świętego miasta, którego bramy zawsze stały otworem dla muzułmańskich pielgrzymów, a kara śmierci za ich przekroczenie skutecznie trzymała niewiernych na dystans. Wystarczyło wypowiedzieć szahadę. Zawarty tym samym kontrakt z Bogiem przypieczętuje nieodwracalność mojego aktu nawrócenia się na Jego wiarę, a konsekwencje powrotu do starych lub zmiana na inne niż wynikające z nauk islamu zapatrywań będzie od teraz określał szariat. Jako że w krajach, w których obowiązuje, apostazja mężczyzn karana jest śmiercią, przyjęcie islamu z pobudek poznawczych i z nadzieją, że jakoś to będzie, nie mieściło się w definicji skrajnej lekkomyślności. Próbę uzyskania w ten sposób wizy należało słusznie uznać za destylat szaleństwa.
   A może wyjazd na arabistyczne zacięcie? Przecież arabskiego uczyłem się już od jakiegoś czasu. Trochę z ciekawości, trochę ze snobizmu, a trochę żeby się przekonać czy nowe wciąż wchodzi
   Praca nad językiem ma szczególny charakter. Językowa biegłość jest przyjemną wizytówką inteligencji i pracowitości, choć nabywana w introwertycznej samotni bywa objawem obsesji. Mój arabski przypadek łączył przyjemne z niepożytecznym. Tym razem postawiłem na regularne pobudki o trzeciej nad ranem i pracę w stanie pogłębionej koncentracji, z dala od komputera. W środku nocy nawet ludzie przestają istnieć. Sama świadomość, że śpią skazuje ich na tymczasowy niebyt, a świat niezałatwionych spraw dopiero czeka na swoją kolej. Trzy miesiące nauki wśród nocnej ciszy, przed porannym wyjściem do pracy, potwierdzały optymistyczne założenia eksperymentu życie. Jego rezultaty odbierały siłę argumentom opartym na wymówkach, których podmiotem są uzasadniane wiekiem problemy z retencją. Morfologię arabskiego czasownika pochłaniałem jak złoto.
   Chicagowska dzielnica południowych Azjatów mieści się w pobliżu skrzyżowania Devon i Western. Ruchliwa jak prowincja samej Azji pełna jest indyjskich restauracji, sklepików handlującym złotem w kolorze koniaku, delikatesów oferujących muzułmański koszer oraz sklepów z elektroniką reklamujących swój asortyment stertą zakurzonych pudeł. Wszystko po to by zaspokoić potrzeby tygla na miarę samej Ameryki. A to mały ukłon w stronę wielbicieli kina, którym lokalna technologia NTSC nie pozwala obejrzeć Kiler-ów 2-óch, a to oczko w stronę amatorów popasu wabionych amerykańską obfitością dań na bazie curry. Pochłonięte porcje w rozmiarze XXL sprawią, że pochyleni do przodu będą sunąć mozolnie i okrakiem do jednej z hinduskich cukierni. Smak curry przetrącą łakociem, którego słodycz, nie ustępując intensywnością smakowi restauracyjnych pikanterii, przyprawi ich o niemal fizyczne doznanie postępu próchnicy. Słowem wsjo jest. Tam właśnie postanowiłem znaleźć nauczyciela.
   Amin prowadził wypożyczalnie filmów: bollywood i arabskie tytuły - głównie klasyka egipskiego kina oraz zakamuflowana przed co bardziej religijną klientelą sekcja porno. Oferta dla muzułmanów oraz Arabów, głównie irackiej mniejszości chrześcijańskiej, która po obaleniu Saddama H. właśnie tu znalazła schronienie. Uciekając przed krwawą dominacją muzułmańskich pobratymców pogrążonych w własnym, religijnym konflikcie, stała się częścią południowo-azjatyckiej społeczności przy Devon. 
  Amin, z początku podejrzliwy (kto i dlaczego chce uczyć się arabskiego w Ameryce pogrążonej w walce z terrorem?!), szybko rozsmakował się w roli nauczyciela. Siedząc za ladą pod portretem Busha Juniora czytał mi na głos z żółtej książeczki tłumacząc wybrane fragmenty tekstów, podczas gdy ja wszystko rejestrowałem na dyktafon. Nasza komunikacja miała jednak pewne wady. Jego angielszczyzna utrwalona przez emigracyjny, głuchy telefon, podłapana od klientów, którzy też ją gdzieś podłapali, dobrze sprawdzała się w zdawkowym podsumowaniu tygodnia, na przywitanie. Większość moich językowych "ale dlaczego?" wciąż pozostawała bez odpowiedzi. 
   Po przeciwnej stronie ulicy znajdował się sklep z muzułmańskimi artefaktami: korany, hadisy, egzegezy, kalendarze oraz materiały do nauki arabskiego dla przechrzt oraz tych wyznawców Allaha, którzy uznali, że najwyższy czas sprawę potraktować poważniej. Trudno było mi cokolwiek wybrać, bo "Arabski w 30 dni" brzmiał zbyt nierealistycznie, a "Leksykon Świętego Koranu" zbyt ambitnie. Dopiero skrojony jak protestancka biblia, arabsko-angielski słownik Wehra przykuł moją uwagę. Szyty, w miękkiej okładce ułatwiającej szybki dostęp do haseł, uwzględniał ogrom czasu potrzebny do zgłębienia arabskiego leksykonu. Grupy znaczeniowe ułożone zgodnie z rdzeniową koncepcją organizacji pojęć, ukazywały odmienną logikę słowotwórstwa.
   Rozmowy z pakistańskim sprzedawcą szybko nabrały rumieńców. Zasłuchany w niekończące się monologi naszpikowane niewzruszoną na kontry retoryką podziwiałem jak buzuje w nim apostolski zapał. Amin z niepokojem pytał mnie o cel moich wizyt w "Św. Jacku" na przeciwko, natomiast mnie, z każdym tygodniem przybywało niewygodnych pytań. Sprzedawca, widząc, że sięgnęliśmy granic porozumienia, zaproponował, że skontaktuje mnie z pewnym handlarzem elektroniką. On będzie w stanie lepiej mi pomóc. Nad Ameryką wciąż unosił się mroczny duch nowojorskiej tragedii, a Stany Zjednoczone inwestowały w programy edukacyjne propagujące naukę języka arabskiego nadając im status działań strategicznych. Gdzie dwóch Arabów szemrało po swojemu tam Amerykanin miał wiedzieć o czym. Infiltrowane przez rządowych szpicli społeczności amerykańskich muzułmanów z podobnym sceptycyzmem odnosiły się do białych, którzy nagle interesowali się nauką arabskiego i koranem.
   Sklep ze sprzętem audio video nie wyglądał na uczęszczany. Mroczny, ciasny i zagracony. Powiedziałem od kogo przychodzę i z czym.
- Polak, który chce czytać koran po arabsku?!  
Nieufność gościa białej mycce topniała ustępując pola determinacji. Mój islam to przecież jego zbawienie. Bez dalszych pytań chwycił za telefon. 
   Dwupiętrowy, zaniedbany dom z pociemniałej cegły usytuowany był parę przecznic na południowy-wschód od głównego skrzyżowania. Żadnych szyldów, żadnych informacji. Przez bramkę w niskim, uplecionym w siatkę płocie dostaliśmy się na plac z tyłu budynku i dalej, wymalowanymi na zielono, drewnianymi schodami, do rozświetlonej piwnicy przypominającej pustą mini poczekalnię w przychodni. Obok miejsca, gdzie schody stykały się z betonową posadzką leżała sterta sandałów. Mężczyzna, który mnie przyprowadził zniknął na chwilę za drzwiami jednego z dwóch przylegających do poczekalni pomieszczeń, po czym wyszedł i głosem, któremu bliżej było do szeptu oznajmił, że imam czeka na mnie w biurze. Pomieszczenie w kolorze islamu wyposażone było skąpo. Kilka krzeseł, biurko na przeciw drzwi wejściowych i szafa pancerna w jednej z barw munduru piechoty. Postawny brodacz koło czterdziestki, w białej galabiji, z mycką na głowie wysztrykowaną na szydełku uśmiechnął się powitalnie obejmując moją dłoń swoimi dwiema. Krótka wymiana zdań i wszystko jasne. Z relacji tego, co mnie przyprowadził wynikało, że byłem Polakiem, który chciał studiować koran i który nie wykluczał przejścia na islam, a stojący przede mną imam był gotowy mi w tym pomóc. 
-Spotykamy się w czwartki...
Pożegnaliśmy się ze świątobliwą kurtuazją, jak bracia, którymi wkrótce mogliśmy zostać. Opuszczając pomieszczenie nie sposób było nie zauważyć, że pustą ścianę za moimi plecami zdobi sporych rozmiarów fotografia World Trade Center...
   W pracy też już wiedzieli czym się zajmuje po godzinach. Tadek nawet mi się dziwił. 
- Po co jeździsz tak daleko? - Przecież pod domem masz meczet! Rzeczywiście. Tuż naprzeciw obskurnego Chińczyka, w którym regularnie zamawiałem beef with assorted vegetable, niepozornie majaczył szyld: Islamic Community Center of Illinois - meczet w centrum polskiej dzielnicy opanowywanej przez Meksyków... Budynek byłego, luterańskiego zboru z dnia na dzień zmienił się w sunnickie centrum zarządzane przez palestyńskich uchodźców - meczet i medresę arabskojęzycznycznej społeczności północno-zachodniego Chicago oraz miejsce spotkań lokalnych muzułmanów. Zakariyya - dyrektor centrum ze zdziwieniem odniósł się do mojej pasji, która nijak się miała do jego wyobrażeń o Polakach. Zapoznał mnie z rytuałem ablucji i oprowadził po meczecie. Recytując przed minbarem wersety z sury "Jaskinia" rozpływał się nad urodą jej tytułu. Objaśniając w uniesieniu jak fonetyczne endemity języka arabskiego nadają słowom przestrzeni, demonstrował przesadnie brzmienie krtaniowego h.  
   Do centrum jeździłem regularnie, przynajmniej raz w tygodniu. Temat Arabii Saudyjskiej pojawił się na tapecie już na samym początku, jak tylko okazało się, że dwóch Saudyjczyków również należy do wspólnoty.
- Może któryś z nich zaprosiłby cię do Arabii, ale w tej sprawie trzeba porozmawiać z imamem. 
   Jego biuro różniło się od siedziby Pakistańczyka przy Devon. Pełne było świętych ksiąg w zielonych oprawach zdobionych złotą farbką.
- Oczywiście, zapytam Insha'Allah - zobowiązał się przekazać moje pytanie Saudyjczykom, oddając sprawę w allasze ręce przy pomocy tej popularnej wśród Arabów klauzuli.
   Wypady na Devon stawały się sporadyczne. Zniechęcała mnie długa podróż autobusami oraz islamistyczny zapał moich pakistańskich informatorów. Wszak interesował mnie język. Islam traktowałem jako przystawkę do głównego dania. W księgarni też już wiedzieli o moich saudyjskich planach.
-  Przecież tu, niedaleko jest agencja turystyczna, która załatwia wizy do Arabii. 
   Zdębiałem.
- Tak, tak. Bez problemu. Na początek wystarczy skan paszportu - poinformował mnie głos pracownika agencji podając cenę usługi. Żurek też już zacierał nóżki. Arabia była jedną z niewielu czarnych plam na mapie jego podróżyNa miejsce dotarłem nazajutrz. Posiwiali Pakistańczycy z brodami po pas pytaniem o religię brutalnie wytykali moją naiwność. Biuro przy Devon świadczyło usługi pielgrzymom.
    Sprawy w Islamic Center też miały się nijako. Imam, pytany o postępy w rozmowach z Saudyjczykami, wciąż tylko powtarzał "Insha'Allah, insha'Allah", lecz Allah najwyraźniej wciąż jeszcze nie chciał...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz