wtorek, 25 lutego 2014

8. Anonimowość i poezja prostych słów.

 Cotygodniowe zamiany klaustrofobicznych przestrzeni siapy Borysa (polonijny skrót od "shop", w tym przypadku kitchen cabinets shop) na ulice Manhattanu, ubarwione paletą kolorów sycących oko i ucho, były nagrodą za tydzień spędzony na opętańczych gonitwach myśli przy wtórze silnika oklejarki. Wyjazdy do Nowego Jorku dawały wytchnienie, zaopatrywały w niezbędny kontrast i minimum przeciwwagi dla robotniczego stylu życia, do którego nie miałem zamiaru przywyknąć. 
  Na Washington Square Park mogłem przesiadywać godzinami. Mój angielski wciąż prosił o "powtarzanie, ale wolniej", za to mój ruski, którym na co dzień otrzymywałem polecenia w pracy, obrastał w kompetencję. To niedorzeczne odwrócenie proporcji sprawiało, że chwytałem się każdej okazji do rozmowy po angielsku. Towarzystwo gadatliwych dealerów bardzo temu sprzyjało. Mieli mnóstwo czasu i byli skłonni poświęcać go na rozmowy o niczym. Poławianie klientów w alejkach pod fontanną, w swej monotonii tak naprawdę niewiele różni się od obsługiwania maszyny do oklejania desek, choć nieprzewidywalność wpisana w ruch samochodów i przepływ ludzi zdecydowanie urozmaica rutynę pracy w parku. Choć trudno to sobie wyobrazić, paradoks braku anonimowości na ulicach miast - gigantów jest nieuświadomionym faktem. Zawsze ci sami ludzie zamiatają chodniki, zawsze ci inni opróżniają kosze na śmieci. Niezmiennie migoczą znajome twarze ulicznych handlarzy owoców, sprzedawców hamburgerów, odźwiernych. Widać jak na dłoni, kto mieszka po sąsiedzku, kto regularnie przecina park w drodze do biura, a kto siedzi na ławce w przerwie na lancz lub przychodzi po pracy pograć z kumplami w szachy. Bezimienny strumień ludzi powoli zamienia się w swojską rewię nawyków kojarzonych teraz z twarzami. Przypadkowi przechodnie z czasem stają się policjantami w cywilu, studentami pobliskiego uniwersytetu, dilerami. Na tle stałej obsady tego ulicznego spektaklu ostatecznie wyłaniają się turyści. Ci ostatni to potencjalna klientela; polecą na dredy i jamajski akcent drobnych handlarzy wszystkim, co służy dobrej zabawie w wychylenie się poza granicę konserwatywnego prawa wolnej Ameryki. Kupią, bo czują się anonimowi...
 Rozmowy białych Amerykanów, którym przysłuchiwałem się na przystankach autobusowych, w metrze, w sklepach wciąż brzmiały niezrozumiale. Ich mowę najczęściej przecież słyszałem w telewizji. Za to bajera czarnych, jej śpiewność, skrótowość oraz prostota, łamiąca wszelkie podstawy angielskiej gramatyki łatwiej trzymała się ucha. Dzięki dilerom poznawałem innych samotników poszukujących towarzystwa z przypadku. Znużeni życiem w pojedynkę wciąż zadawali te same pytania, a ja wciąż udzielałem tych samych odpowiedzi. Jako że z muzyką w owym czasie obcowałem z pozycji słuchacza-kolekcjonera płyt, każda okazja do publicznego wypuszczenia melodii była podniecająco paraliżującym świętem sprostania bliżej nieokreślonemu wyzwaniu. Podłączałem się do rapowych podkładów na absurdalne, wokalne solówki. Rap tak bardzo przypominał jazz. Eureka! Rymowanki na temat tego, co dzieje się dookoła obnażały jego improwizacyjną naturę. Ich gładka, raperska ściema bardzo mi imponowała, a mój szacunek dla graffiti tej poezji prostych słów wysublimowanej na poziomie rymu, nieodwracalnie pulchniał. 
   Czas na Washington Square Park mijał na rozmowach, na milczeniu, na patrzeniu. Proponowano mi handel, wspólne nagrania. Odmawiałem. Po miesiącach regularnych wizyt w parku potrafiłem zagajać po murzyńsku, prosto i dosadnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz