poniedziałek, 10 lutego 2014

Zamknięte Królestwo IV - Qat, piach i galeria błękitów.

  Oman z Jemenem łączą dwa przejścia graniczne. Hawf w górach na południu oraz Makinat Shihan dla podróżujących w głab lądu, do Sajunu - serca krainy, z której pochodzi sam Osama B. Centralny Hadramaut słynął w owym czasie z porwań cudzoziemców, oraz ataków bombowych. Internetowe posty na forach podróżniczych optowały za traktem południowym, a ja nie miałem zamiaru udowadniać ich autorom, że się byli w błędzie. 
   Tuż za posterunkiem granicznym droga szybko traciła na wysokości, by po kilku minutach sięgnąć poziomu lazurowego błękitu Oceanu Indyjskiego. U podnóża góry wyłaniała się pierwsza osada. Już na pierwszy rzut oka styl organizacji życia po obu stronach granicy porażał kontrastem. Oman - kraj, w którym karze się za wyrzucenie niedopałka na ulicę, a Jemen? Hawf to przygraniczne osiedle budowlanych samowolek. Usytuowanie tych na wpół wykończonych parterówek względem podobnych sobie zabudowań, jednych z kamienia przywleczonego z gór, innych z szarej cegły, nierzadko zadaszonych błękitnymi plandekami, było ewidentnie dziełem przypadku. Fundamenty kładziono na oko, a nigdy niewykorzystany budulec walał się pomiędzy domami przydając osadzie wyglądu rumowiska po nalocie bombowym. Na widok przejeżdżającego mikrobusa tubylcy machali w naszym kierunku, jakby od razu na pożegnanie, jakby ten gościnny gest miał nadać optymistycznego zadęcia frapującej scenografii tego nadmorskiego przedstawienia.
- Kup sobie chustę na głowę. Zwracasz na siebie uwagę - wyjaśnił Hamid. Temperament kierowcy, od czasu postoju na granicy nabierał dodatkowych rumieńców w miarę jak jego policzki wypełniały się liśćmi niejakiej czuwaliczki jadalnej zwanej tutaj qatem. Sunąc po nawierzchni, której nieskazitelność nie przystawała do otaczającego nas krajobrazu, pięćdziesiąt kilometrów dzielących posterunek graniczny od stolicy prowincji Al-Mahra pokonaliśmy w nieco ponad pół godziny. 
  W Al-Ghajdzie kierowca zarządził przerwę na tani, jemeński obiad. Autobus pustoszał, a ja rozglądałem się z niedowierzaniem. Nie tyle poruszał mnie apokaliptyczny widok samej stolicy regionu, co świadomość, że znalazłem się w jej centrum z własnej inicjatywy i nieprzymuszonej woli. Pod moim oknem przystanęła kobieta z dzieckiem. Zawodząc swe niezrozumiałe uzasadnienia wyciągała rękę po pieniądze. Ten chrześcijański gest turysty wklejonego w kontekst muzułmańskiej biedy nie umknął uwadze żebraków, czatujących na przyjazd autobusu. Jakiś starzec o kulach człapał żwawo próbując wyprzedzić kobiety w czarnych abajach, które również zmierzały w moją stronę. Na stawianie granicy było za późno. Kogo stać na anielską inicjatywę niech się przygotuje na demoniczną bezwzględność. Zobojętniały na biadolenie tłumu, zatrzasnąłem okno i ruszyłem za Hamidem na zakupy. Centrum tej prowincjonalnej stolicy sprawiało wrażenie, że oto znaleźliśmy się w strefie wojny. Ulice miasta grubą warstwą pokrywał gruz. Pośród jego stert parkowały spracowane jeepy, zdezelowane osobówki. Stwardniały, kamienny pył pokrywał wnętrza dziurawych karoserii, a zwisający na bakier, przytwierdzony drutem, pogięty zderzak samochodu wrośniętego w chodnik przed sklepem z galanterią męską opowiadał niemą historię niejednej stłuczki. Wybrałem chustę w najpopularniejszym wzorze i kolorze, a Hamid sprawnie zawiązał mi ją na głowie. 
   W restauracji na piętrze światło było skąpe. Ściany wyłożone błękitnymi kafelkami, z których część zdołała odpaść przypominała przestronne pomieszczenie sali operacyjnej dawno opuszczonego szpitala. Wszyscy jedli rękami. Hamid z ciekawością przyglądał się jak szufluję ryż swoją lewicą. Po obiedzie chłopy rozeszły się na peta, a ja usiadłem przed wejściem do restauracji. Czas płynął leniwie od upału i prowincji.  
- Jak tu jest? - zapytałem młodego chłopaka z Etiopii, który tak jak ja krył się przed słońcem przy wejściu do restauracji. Powtórzył moje pytanie jakby naprawdę jeszcze nie znał na nie odpowiedzi 
- Kul szi zigzag! - rzucił kwintesencjonalnie arabszczyzną etiopskiego
gastarbeitera śmiejąc się beztrosko. Zygzak... W sumie wszystko się zgadzało.
   Szosa z Al-Ghajdy na zachód oraz didżejka kierowcy sprzyjały szybkiej jeździe. Transowe utwory na lutnię, perkusjonalia, chaotyczny chór i nieskładne klaskania nadawały dynamiki jeździe po pustej drodze. Zapytany co to za muzyka, kierowca wyłączył magnetofon i dał mi taśmę uznając jakiekolwiek tłumaczenie za bezsensowne. Faisal Alawi... Tankowanie zajęło dłuższą chwilę, podczas której mogliśmy rozprostować kości sycąc oczy siną barwą nieba zapowiadającego nadejście wieczornej ciepłoty. Nieopodal stacji benzynowej - budy z cegły, na przeciwko której rdzewiał dystrybutor, dwóch gości grzebało przy motorach, pod zadaszeniem i pomiędzy ścianami z falistej blachy, wyznaczających przestrzeń chałupniczego warsztatu. Pośród śmieci trącanych wieczorną wędrówką powietrza, lgnącego ku morzu, standardowo błądziła samotna koza. Z radością spoglądałem na autobus; z jednej strony integralną część tego świata, z drugiej azyl na kółkach, który za chwilę miał na zawsze zabrać mnie z tego pustkowia, zapomnianego przez samego Allaha. Tuż przed zapadnięciem zmroku zatrzymaliśmy się w ruchliwej, przydrożnej wiosce, rozplanowanej jak miasteczka na dzikim zachodzie wyrosłe wzdłuż drogi przelotowej.
- Dlaczego jesz lewą ręką? - Hamid nie mógł już dłużej zachowywać dla siebie pytania, które dręczyło go od naszego pierwszego wspólnego posiłku - Przecież je się prawą - tłumaczył powołując się na niesmak, który wzbudzał w nim widok zlizywania resztek pokarmu z palców tradycyjnie pozostających w regularnym kontakcie ze zwieraczem odbytu. Utrzymywanie higieny intymnej poprzez obmywanie się wodą, a tylko tę ma się do dyspozycji w muzułmańskich wychodkach, jakkolwiek "dziwaczne", stawia nasze rodzime obyczaje toaletowe w niecodziennym świetle. Żeby zrozumieć dziwaczność "chrześcijańskiej" metody na utrzymywania higieny opartej na skrupulatnym podcieraniu się po wypróżnieniu, wystarczy wysmarować dłonie gównem, po czym wytrzeć je do czysta papierem.
   Do Mukalli dotarliśmy po wieczornych modlitwach. W mieście odbywał się jakiś festiwal. Tłumy wypełniały ulice, a odblaski ulicznych lamp tańczyły w wodach kanału, wzdłuż którego ustawiono liczne sceny. Pożegnałem się z towarzyszami podróży i ruszyłem w poszukiwaniu hotelu. Najpierw z buta, później już taksówką. Festiwalowa noc nie ułatwiała zadania. Przed północą opadłem na wyro. Rozkoszując się chłodem klimatyzowanego powietrza, kontemplowałem kilka słów wypisanych na flaszce perfum, podarowanej mi w Omanie. Powąchałem rozpylacz. Słodycz zapachu była duszna i mdląca.
   Ostre, poranne słońce obdzierało Mukallę z jej nocnego powabu. Gruz zalegał w bocznych alejkach, ziemne klepiska zastępowały schody do posesji, a wszechobecne śmieci ostatecznie potwierdzały, że Afroazjaci dbają o porządek inaczej. Przechadzka w palącym słońcu nie miała żadnego sensu. Stada psów przezornie unikały skwaru wylegując się pod samochodami. Chciałem jak najszybciej ruszyć w dalszą podróż. 
- Na przejazd do Adenu musisz mieć pozwolenie od policji turystycznej - poinformował mnie pracownik biura podróży, gdy odstałem już swoje w krótkiej kolejce. Policja turystyczna? Nawet taksówkarze nie wiedzieli o co mi chodzi. Dopiero portier hotelowy zorganizował mi samochód, który wywiózł mnie pod zabudowania na zboczu jednego ze skalistych wzgórz okalających zatokę. Kanciapa nie wyglądała na urząd. Podobna do wiejskiej szopy, w której znajdzie się podkowę, przepalone korki i stare śrubki w słoiku obok rozeschniętego, przyprószonego warstwą kurzu chomąta, wnętrze miała mroczne. Mundurowy kazał mi poczekać, a w czym rzecz tłumaczyłem brodaczowi. Ludzie, którzy znają jedynie swój rodzimy język, podczas bezprecedensowego w ich życiu spotkania z obcokrajowcem, który w dodatku próbuje zadawać pytania w ich własnym języku, zawsze mówią dużo i szybko. Skoro pyta, to wiadomo, że rozumie. Co do mnie powiedział? Szczegóły na zawsze pozostaną tajemnicą, ogólnie natomiast nie mógł mi wydać pozwolenia na jazdę autobusem. Pozostawał lot samolotem prosto do stolicy lub jazda grupową taksówką do Adenu. Przewodniki odradzały podróże prywatnym transportem, powołując się na przypadki porwań i śmierci turystów, którzy ginęli podczas ostrzału konwojów. Droga na zachód prowadziła przez Abyan - ulubiony teren Al-Ka'idy, która podczas Arabskiej wiosny, po obaleniu władzy Saleha ogłosiła całą prowincję Islamskim Emiratem. Zrobiło mi się markotnie.  
  Pod terminal, z którego jeepy wyruszały w głąb kraju, podjechaliśmy policyjnym gruchotem. Na sporym placu, po środku którego pod blaszanym zadaszeniem ciągnęło się kilka stanowisk, uwijali się pasażerowie i kierowcy jeepów. Weszliśmy do niewielkiego budynku podobnego do wolnostojących, przydworcowych szaletów. Czerwone pustaki tu i ówdzie zapaćkane cementową zacierką wyrażały standard lokalnego szyku w architekturze. Kilku kierowców wysiadywało w cieniu. Policjant wskazał na mnie i mój plecak i wyjaśnił dokąd zmierzam. Wywiązała się dyskusja w stylu arabskim. Wyrazista ekspresja już od początku głośnej wymiany zdań szybko eskalowała do czegoś w rodzaju kłótni. Rozemocjonowane wypowiedzi naszpikowane niepokojącym brzmieniem krtaniowych dźwięków, utożsamianych z szaleńczym temperamentem muzułmańskich ekstremistów, nie przysparzały optymizmu. Wszyscy przekrzykiwali się nawzajem, nie pozwalając wejść sobie w słowo. Jeden z kierowców zgodził się mnie zabrać jeżeli zapłacę za siebie i jakiegoś gościa, który miał czuwać nad moim bezpieczeństwem podczas jazdy. Wojskowy opiekun w spódnicy zachowywał się z obojętnością nałogowego użytkownika qatu. Wahałem się. Widząc, że wciąż upieram się przy wariancie autobusowym, uśmiechał się obnażając poczerniałe zęby, jakby chciał mnie utwierdzić w przekonaniu, że wszystko będzie ok.
- Przysięgaj na Allaha! - rzuciłem policjantowi absurdalnie błagalny rozkaz zapewnienia, że z chęci zysku nie wystawia mnie na pastwę losu. Plecak wylądował na dachu ciasno obwiązany sznurem, a ja na miejscu obok kierowcy, na podwójnym fotelu. Za moimi plecami w dwóch rzędach foteli cisnęło się ośmiu wychudzonych Jemeńczyków. Samochód kluczył przez chwilę wśród niskich zabudowań, po czym zatrzymał się przy ruchliwej drodze w centrum miasta. Potrzebowaliśmy jeszcze kserokopii z mojego paszportu. Na przeciwko "salonu książęcego", pośród stert śmieci i gruzu, na obitych blachą grubaśnych nogach stał polowy stół do bilarda. Paru gości trącało kijem kule, a lekki wiaterek podrywał do lotu walające się pod ich nogami resztki plastikowych toreb. Ani piaszczysty chodnik naszpikowany kamieniem i potłuczoną cegłą ani zwrotnikowo-równikowy upał łagodzony sąsiedztwem morza nie były w stanie przeszkodzić im w zabawie. Byli przecież gośćmi salonu książęcego...
   Do Adenu wyruszyliśmy przed południem. Pasażerowie z tylnych siedzeń z zaciekawieniem przysłuchiwali się moim arabskim wywodom. Wystarczyło powiedzieć skąd jestem i co myślę o Jemenie, żeby poczuć się jak złoty robot z Gwiezdnych Wojen, przemawiający do grupy mieszkańców leśnej planety. Prymitywna prostota moich wypowiedzi działała porażająco na ich niewymagającą wyobraźnię. Śmiali się podekscytowani niecodziennym towarzystwem białego, samotnego turysty. Gdy tylko udawało mi się cokolwiek zrozumieć, starałem się mówić nieprzerwanie. Szpikując swoje monologi dygresjami, chciałem uniknąć kolejnych, niezrozumiałych już pytań. Konfrontacja wiedzy językowej z praktyką wypadała blado. Wraz z każdym podejmowanym wątkiem docierało do mnie, że po ponad czterech latach nauki arabskiego ich dialekt był dla mnie wciąż językiem obcym. 
   W miarę jak jak Mukalla stawała się elementem kolekcji artefaktów porzucanych na śmietnisku doświadczeń z przeszłości, opuszczały mnie i obawy. Magnetofon zgrzytał jemeńskie szlagiery, tworząc oprawę dla spektaklu oferowanego przez natręctwo urody nadmorskich pejzaży. Po lewej towarzyszyły nam błękity. Linia horyzontu spajała oceaniczne lazury z taflą bezchmurnego nieba. Po prawej rozpościerał się krajobraz zgoła marsjański, zawładnięty kolorystyką typową dla spektralnego sąsiedztwa pomarańczu. Niewysokie góry ustępowały miejsca bezkresom piasku, aby znów wyrosnąć na skraju drogi. Feeria żółci i błękitów działała jak qat. 
  Po niecałej godzinie jazdy zatrzymaliśmy się na przydrożnej stacji.
Chude kozy leniwie błąkały się po kamienistym placu, nie zważając na skwar. 
- Akl, akl - wyjaśnił kierowca i wskazał na budynek, w którym czekał nas posiłek przed drogą, podczas gdy reszta pasażerów zgodnie już oblegała siedzącego w cieniu sprzedawcę czuwaliczki. Ożywione głosy i pobudzona motoryka ich wychudzonych od anorektyku ciał, wskazywały na ćpuński zapał. Przebierali sterty zielska z pieczołowitością poszukiwaczy pereł, a radość ze znalezienia wyjątkowego okazu odsłaniała ich zęby pogniłe od codziennego rytuału żucia i popijania - cena za chwile uniesienia u progu amfetaminowego kopa, który nigdy nie nadchodził. Wewnątrz budynku kilka osób siorbało berbeluchę z blaszanych talerzy poobijanych po wojskowemu. 
- Mięsa! - zakomenderowałem głosem pozbawionym kurtuazji, naśladując styl w jakim dookoła postępowało się z obsługą. Kelner zniknął w sąsiednim pomieszczeniu po czym powrócił krokiem peregrynującego relikwię niosąc przy pomocy kombinerek miskę pełną wrzącego płynu. Ten chlustał na wszystkie strony za sprawą nieporęcznego uchwytu podtapiając stół w rosole, w którym pływał wyszarpany fragment kości, jednej z wychudzonych kóz. Spośród jędrnej galarety żółtawego tłuszczu sporadycznie przebijały drobiny mięsa. Po obiedzie pobiegłem na pobliską plażę. Otoczony przez dzikie psy zażywające ożywczych kąpieli moczyłem nogi w oceanie. Głos kierowcy wzywającego do powrotu stapiał się z szumem wiatru i spienionej, tropikalnej wody. 
  Qat jest szybki. Towarzystwo na tylnych siedzeniach już nieźle
ululane głośno o czymś rozprawiało. Ten naturalny dla arabów, emocjonalny sposób komunikowania myśli, głośny, kłótliwy, definiuje ich ogólną wrażliwość - jedzenie podawane przy pomocy kombinerek, a na deser muzyczny folklor, co rąbie w samochodzie godzinami. Dopiero w zatyczkach mogłem cieszyć się ich muzyką. Pozornie chaotyczne granie, w którym transowe uderzenia bębnów przeplatają się z grupowym klaskaniem na tle zadziornego kontrapunktu lutni, wpasowywało się w tempo jazdy przy otwartych oknach. Muzyka i pustynny żar przez całą podróż wypełniały kabinę. Mijaliśmy małe osady zawdzięczające swe istnienie sąsiedztwu morza oraz tej jedynej w okolicy drogi, która dokądś prowadziła. Jak lotne premie zaliczaliśmy kolejne punkty kontrolne. Kierowca za każdym razem tłumaczył się uzbrojonym w kałasznikowy to mundurowym w otoczeniu wozów opancerzonych, to jakimś zbrojnym bandom w spódnicach. Mój "ochroniarz" wybudzał się na moment, pokazywał dokumenty, po czym poganiani muzyką ruszaliśmy w dalszą drogę. Po południu przyszedł wiatr od pustyni. Jego siła zmuszała do zamknięcia wszystkich okien zamieniając jeepa pozbawionego klimatyzacji w nadymającą się od żaru mięsną konserwę. Prędkość jazdy malała wraz ze słabnącą z minuty na minutę widocznością. Niebo nasiąknęło barwą piasku, a my poruszaliśmy się jak we mgle. W miarę jak znikały ostatnie osady jazda stawała się uciążliwa. Droga pokornie oddawała się we władanie piasku, którego ławice zagarniały coraz to większe połacie asfaltu. Biegła przez tereny pozbawione zauważalnych przejawów życia. Na jednej z wydm przecinających drogę niespodziewanie zamajaczyły dwie postacie w spódnicach. Pod gołym niebem, na kompletnym odludziu wypatrywały nadjeżdżających samochodów. Kierowca zdecydowanym ruchem pociągnął mnie w swoją stronę i kazał leżeć w bezruchu. Gdy obserwatorzy zniknęli za wydmą pozwolił mi usiąść. Opuszczaliśmy Abyan.
   Wjazd do Adenu bardziej przypominał przejście graniczne aniżeli punkt kontrolny. Imponująca barykada i zbrojny oddział domagał się dokumentów, przeszukiwał samochód. Do centrum miasta dotarliśmy przed zmrokiem. Nasz samochód, nasze ciała, nasze bagaże wręcz jaśniały ciepłem pustyni. Bez pożegnalnych ceremoniałów zabrałem rzeczy i ruszyłem w miasto budzące się do życia pod dyktando zachodzącego słońca. Byłem oszołomiony. Nierozważnie wychylone w lot dwa mango koktajle na kruszonym lodzie działały mobilizująco. Pomimo zmęczenia, z hotelowego balkonu długo jeszcze obserwowałem jak stolica Jemenu Południowego przygotowuje się do wieczornej modlitwy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz