środa, 16 kwietnia 2014

11. Pogorzelisko...

   W połowie lipca Słowacy znaleźli sobie zajęcie, które nie kolidowało z ich pojmowaniem godności osobistej. Skończyły się wyjazdy do pracy samochodem Dana, wygodne, na pół godziny przed rozpoczęciem szychty. Zaczęły się za to długie powroty do domu. Żeby autobusem dotrzeć do Little Falls na siódmą, musiałem teraz wstawać o piątej. Mieszkańcy komuny na Franklin wciąż jeszcze spali na podłodze (część z nich w pokoju gościnnym na przestrzał połączonym z kuchnią), gdy jako pierwszy rozpoczynałem somnambuliczną krzątaninę. Nie chcąc ich budzić, kanapki na lancz przygotowywałem wieczorami. Z resztą stół o świcie roił się od karaluchów, więc naprawdę trudno powiedzieć, co mną kierowało: empatia czy obrzydzenie. Do autobusu odjeżdżającego z Newarku miałem dwadzieścia minut marszu. Mijane pozostałości fabryk trwały w martwym milczeniu. Czasem pociąg opuszczający stację w Harrison zmącił spokój tych krótkich chwil na styku dnia i nocy. Odgłos nieba wolnego od samolotów pogłębiał doznanie przejmującej ciszy. 
  Newark to niemal trzystutysięczne miasto, z czego nieco ponad dwadzieścia procent, to jego biali mieszkańcy. Zabudowania centrum tego niegdyś tętniącego życiem ośrodka, łudząco podobne do majestatu architektury Nowego Jorku lat trzydziestych, powstały z myślą o przemysłowej metropolii z perspektywami na rozkwit i bujne owocowanie. Newark na przestrzeni ostatnich siedemdziesięciu lat stracił jednak czterdzieści procent swoich mieszkańców. Zmęczone, milczące twarze tych, którzy pozostali towarzyszyły mi teraz na przystanku pod wiaduktem, w autobusie podczas zmagań o bezsenną podróż do roboty.
 Budzik rozdzwonił się jak zwykle koło piątej. Doświadczenie narzucało reżim, wybijając z głowy bonusowe, pięciominutowe drzemki - próżną walkę z nieuniknionym. Za oknem wciąż było mroczno. Ubrałem się po cichu i stąpając ponad ciałami śpiących pod nogami, wymknąłem się z domu z nieodłączną, skórzaną torbą Marty na ramieniu - walkman z dyktafonem, słuchawki, kanapki przygotowane późnym wieczorem i angielsko-polski słownik Langenscheidta (ten żółty). Na zewnątrz lało. Aleja, skąpana w ciepłym, letnim deszczu, dziwnie pobłyskiwała w kolorze błękitu, naznaczonego histerycznie drgającą paletą czerwieni. Przyspieszyłem
kroku. Im bliżej skrzyżowania, tym donioślej łopotała ta świetlista łuna. Trzypiętrowy budynek, za zakrętem po przeciwnej stronie ulicy, stał w płomieniach od parteru po dach. Wozy strażackie kierowały grube strumienie wody już tylko na przylegające budynki. Dom spisano na straty. Mieszkańcy dzielnicy stłoczeni jak chór statystów w niemym przedstawieniu, moknąc w strugach deszczu nasycali swoje oczy apokaliptycznym widokiem płomieni trawiących dobytek sąsiadów. Przystanąłem, żeby przez chwilę przyjrzeć się tej niecodziennej transformacji. Drewniana konstrukcja budynku, pochłonięta energią pożaru, na moich oczach zmieniała się w spowite dymem, skwierczące zgliszcza...
 - Wracam do Polski! – oznajmił któregoś dnia Paluch. Niechętnie wprowadzał w szczegóły. Szybko jednak puścił farbę, że coś tam w pralni narozrabiał, w dodatku po naszej przygodzie na Journal Square nie znajdował już sposobu na stłumienie pożogi opanowującej jego własne życie. Nie widział dla siebie miejsca w pralni, w Harrison, czy w jakimkolwiek innym zakątku Ameryki. Z jakiegoś powodu było mu wstyd, a tymczasowego rozwiązania problemów szukał w decyzji o ucieczce. Niemal z dnia na dzień dopełnił obowiązków przesiedleńca - powysyłał paczki do Polski, odsprzedał mi pracę w pralni...i się zwinął. Porzucił całe to dymiące pogorzelisko - pamiątkę po pożarze, który sam znowu wzniecił...
   Za to w moim świecie aureola optymizmu na nowo rozświetlała mroki perspektywą codziennych wyjazdów do lepszej roboty. Na Manhattan! Chłopakom z siapy z samego rana zapowiedziałem, że odchodzę. Dla podniesienia pożegnalnego nastroju spaliliśmy na hali skręta. Przy wtórze pił, wiertarek, młotków i szlifierek dzień minął podniecająco, w atmosferze jedności cementowanej poczuciem kolektywnego przekraczania kolejnej z granic.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz