środa, 18 czerwca 2014

13. Miedziaki - ziemniaki...

  Pierwsze dni na bezrobociu potraktowałem jako przymusowy przestój w pracy, ale też należny odpoczynek. Błękit porannego nieba, takiego co najmniej koło dziesiątej, spłukiwał żółć światła fabrycznych żarówek. Czułem się wyzwolony z poczucia obowiązku, usprawiedliwiony z bezczynności.  Kierowany sprawdzoną maksymą „jakoś to będzie”, szukanie roboty odkładałem na jutro, na kolejny poniedziałek, ale ci pod stacją metra dziś wyciągają ręce po drobne, bo kiedyś też zaufali podobnej logice... Nadchodzące dni unaoczniały jedynie tempo, w jakim bezrobocie może wejść w fazę krytyczną, pozbawiając mnie resztek beztroski. Po kilku tygodniach opróżniałem już puszki z fasolą. Porzucone przez mieszkańców komuny, których już nikt nie pamiętał, znowu stanowiły podstawę czyjegoś posiłku. Z czasem nawet kuchenne szafki opustoszały. Nie było już w czym przebierać, więc pudełka z przeterminowanymi płatkami, omijane dotychczas z pogardą, odkurzałem teraz z pietyzmem. To, co zaoszczędziłem na jedzeniu wydawałem na fajki. Po przeczesywaniu kuchni przyszedł czas na naczynia z drobniakami. Wszędzie było ich pełno. Przebierałem monety w szklanym dzbanku na kredensie, w salaterce na półce przy łóżku, w jakimś talerzyku z kluczami, które do niczego nie pasują, w zakamarkach na dnie zatęchłych szuflad. Moi poprzednicy gromadzili je od lat, opróżniając kieszenie niby od niechcenia. W poczuciu, że sięgam po cudze, najpierw wyławiałem kłodry. Nikle, piątaki no i miedziane jednocentówki zabierałem już pewną ręką. Kasę na czynsz musiałem jednak pożyczać od Marka. Jemu, u boku zrzędzącego po wylewie dziadka, fortuna niezmiennie sprzyjała.
  Po opróżnieniu kuchennych szafek, że wszystkiego co w torebkach, pudełkach i konserwach, przyszedł czas na wór ziemniaków i galon oleju. Smażenie frytek stało się moim popołudniowym rytuałem, wyczekiwaną kulminacją długiego dnia w opustoszałym domu. Przyglądałem się ziemniaczanym prostopadłościanom, jak drżą w kipieli wrzącego oleju i olejowi, jak ciemnieje odmierzając upływające dni. Do tego chciało się palić. Ranki poświęcałem na przeszukiwanie mniej eksplorowanych zakamarków komuny. Przetrzepywałem kieszenie porzuconych spodni, płaszczy, koszul, których zatęchłe sterty spoczywały w szafach. Pordzewiałe zawiasy radosnym skrzypieniem oznajmiały krótką przerwę w bezruchu. W poszukiwaniu drobnych, po omacku szperałem pod łóżkami, nurzając dłonie w plątaninach pajęczyn. Z troskliwością botanika spryskującego kwiatostany rzadkich roślin, swoje trofea układałem w rurkach z papieru, po dwadzieścia pięć miedziaków w każdej. Kapryśne jednocentówki przewracały się wewnątrz papierowych jelit, a ja tę jedyną pracę powtarzałem od początku. W sumie jeszcze trzeba było zanieść je do banku, po drugiej stronie ulicy. Urzędniczka ważyła je, po czym wypłacała mi dwa, trzy dolary, które w sklepie obok natychmiast wymieniałem na dziesięciofuntowy worek ziemniaków. Dzięki chłopakom z komuny moje menu przybrało charakter symultanicznych monotonii. Lodówka zawsze była pełna twarogów, które regularne przynosili z fabryki. Początkowo urozmaicały moje kartoflane menu. Z czasem jednak wszystko rośnie w ustach. Końcem listopada czułem się jak marynarz, który zatęsknił za widokiem lądu. Dryfowałem od wielu tygodni, bez dochodów, w długach. Ostatnie miedziaki wymieniłem na jednodolarówki i po raz pierwszy kupiłem polską gazetę. Byłem zdeterminowany kupić pracę. 
 Szczegóły dogadaliśmy przez telefon. W głosie pracownika agencji pobrzmiewał wschodni akcent. Białostocki, przemyski? Generalnie ta naiwna melodia, poczciwa, wiarygodna...
- Jest praca, jest. Na budowie. Dla niewykwalifikowanych. Tak, siedem na godzinę na start. Nie, no numer pracodawcy dostaniesz na miejscu, w agencji. Tak, dwieście. Płatne gotówką... 
   Minęło ponad pół roku od mojego przyjazdu do USA. W tym czasie wciąż nie miałem ani okazji, ani chęci ani tym bardziej powodu żeby wyrwać się na Brooklyn. Wieczorem zaciągnąłem u Marka ostatni dług. Bijący ode mnie optymizm w prognozowaniu dochodów uzasadniał prawdopodobieństwo jego rychłej spłaty. Z agencją byłem już dogadany. Ręka mojego jedynego wierzyciela wciąż jednak niepewnie ściskała dwa studolarowe banknoty. 
 Astronomicznie, wbrew temu co prawił kuchenny kalendarz, trwała zima. Mróz zaczynał dogryzać, a świat zbroił się na nadejście Bożego Narodzenia. Tym razem wstałem wcześnie rano. Pozbierałem się szybko i pociągiem ruszyłem na Manhattan. Spośród istniejących systemów kolei odpowiadających definicji metra, nowojorskie poplątanie podziemnych korytarzy z napowietrznymi torowiskami łączy największą ilość stacji. Setki kilometrów katakumb oraz kolei na i nadziemnej spajają pięć miast-dzielnic w jeden metropolitalny organizm. Węzły komunikacyjne tworzą tam głębokie na kilkadziesiąt metrów plątaniny tuneli, w których pociągi poruszają się na wielu poziomach. Ta nowoczesność pomysłu na organizację masowej komunikacji miejskiej nie idzie w parze z wrażeniem, jakie na podróżnym wywierają perony, pomieszczenia stacji oraz kilometry łączących je korytarzy. Grube warstwy starej farby łuszczą się na nitowanych kolumnach podtrzymujących stalowe dźwigary. Klaustrofobiczne, śmierdzące pomieszczenia stacji, do których dostępu chronią masywne kraty, przypominają więzienne korytarze. Gdy ten penitencjarny styl uchodził za nowoczesny, o Marylin Monroe nikt w Ameryce jeszcze nie słyszał.
  Zagubiony w plątaninie przejść, bramek, symboli postanowiłem zasięgnąć pomocy. Mężczyzna w czerni, ubrany w przykrótkie spodnie, w skórzanych butach, w długim, grubym chałacie i czarnym kapeluszu z rondem, spod którego, na wysokości skroni figlarnie dyndały sprężynki pejsów zwracał na siebie szczególną uwagę. Od dziecka czułem magnetyzm bijący od ortodoksów Ludu Izraela. Enigmatyczne treści epitafiów wyrytych na zdemolowanych płytach nagrobnych żorskiego kirkutu pobudzały moją dziecięcą ciekawość. Nęciła mnie uroda pisma kryjącego tajemnice powtarzane od tysiącleci, głębia starotestamentowego języka, przybliżającego wiernym obraz Stwórcy bez zbędnego balastu tłumaczeń, cała ta otoczka powiązana z niecodziennością gadżetów oraz odprawianych przy ich pomocy rytuałów, stanowiących dziś element historycznego folkloru egzotycznej w powojennym świecie mniejszości religijnej. Słyszało się od dziadków, że Żydzi to, Żydzi tamto. Pochlebnych recenzji wystawiali jednak niewiele. Tu, w Jerozolimie Zachodu, stałem teraz na stacji metra, tuż obok bożego emisariusza, którego wygląd manifestował oddanie jakiejś monumentalnej sprawie. Czułem, że wręcz muszę go zapytać o drogę.
- Nie wiem, nie wiem. Nic nie wiem! - odpalił błyskawicznie głosem drżącym, odwrócił się na pięcie i oddalił w pośpiechu.
 Odnalezienie właściwego peronu zajęło mi dłuższą chwilę. Za to rozedrganego typa w czerni zauważyłem od razu. Stał w tłumie i czekał. Zdębiałem. Może powiedziałem coś niezrozumiale? W końcu mieszkałem w Stanach dopiero od kilku miesięcy. A może myślał, że chodzi mi o pieniądze? Tak! W Nowym Jorku obcym na ulicy zawsze chodzi o pieniądze! Z drugiej strony może to ten amerykański duch współzawodnictwa kazał mu skłamać? Tak na wszelki wypadek, żeby zachować przewagę. Przecież wszyscy uczestniczymy w jakimś wyścigu... A może fakt, że jestem gojem miał jednak jakieś znaczenie? Urodzony i wychowany na Śląsku wiedziałem, że świat dzieli się na goroli i hanysów. Pewnie dziadek miał rację mówiąc, że... Kontynuowałem swoją introwertyczną analizę, wyczekując, aż jego zdumione spojrzenie potknie się o niedowierzanie, z jakim moje oczy świdrowały jego przestępującą z nogi na nogę pewność siebie. Nie rozumiałem, że rozumiem...
   Izrael to państwo bunkier. Kraj, który broni się przed nienawiścią Świata Arabskiego, opartą na przekonaniu, że w skutek syjonistycznego podstępu Palestyna utonęła w blasku gwiazdy Dawida. W odpowiedzi na tę nienawiść, Izrael na utrzymanie swojej armii przeznacza dziesiątą część produktu krajowego brutto. Nieustannie ją doskonali i dozbraja. Służba wojskowa jest w Izraelu obowiązkiem, ale i dla większości młodych patriotów zaszczytem. Trudno jej uniknąć, a ci, którym się to udaje nie mają powodu do dumy. Ortodoksyjni Żydzi nie widzą w tym jednak ujmy na honorze. Państwo zwalnia ich ze służby pod bronią i do tego łoży na ich utrzymanie w zamian za wysiłek, który ci wkładają w studiowanie tory. Aktywna ortodoksja, już od czasów Ben Guriona uważana przez prawo za zjawisko społecznie użyteczne, jest jednak źródłem zawiści, a więc i nienawiści izraelskiej klasy pracującej. Paradoksalnie. Ortodoksyjne rodziny, tradycyjnie wielodzietne, ożywiając scenerię skansenu starotestamentowego judaizmu, dają gwarancję żydowskiej większości w państwie. Izrael to przecież demokracja, a pejsacze to jedyna grupa społeczna zdolna współzawodniczyć z Arabami, dla których religijnie motywowana wielodzietność jest również demograficznym orężem. Stratedzy izraelskiej demokracji, jedynej na Bliskim Wschodzie i ostatniej u bram bezkresów Azji, rozumieją, że ceną przegranej w tym prokreacyjnym maratonie będzie utrata władzy we własnym państwie, a w konsekwencji koniec izraelskiego eksperymentu. Zlaicyzowani mieszkańcy tej małej, żydowskiej Ameryki, nie widzą jednak w ortodoksach swoich zbawców. Harują od świtu do nocy, a potem kryją się w schronach czynszówek, które wynajmują za cenę tęsknoty za krajem porzuconym w poszukiwaniu lepszego życia. Do tego ta ciągła niepewność, lęk przed utratą wszystkiego, co oferuje kapitalizm Ziemi ŚwiętejZ łatwością ujadają więc na pejsatych darmozjadów, nie zdając sobie sprawy, że ich pogarda wierci dziurę w burcie arki, w której chybocze się cały Izrael. A tamci? Naród wybrany przez samego Boga! Żyjąc w oparciu o zasady, których zręby powstawały dziesiątki pokoleń przed Chrystusem, bez trudu odwracają się od wszystkiego, co nie pasuje do starotestamentowej, ale i talmudycznej wizji świataNo a gość drżący peronie? Chyba nie można być częścią Izraela i jednocześnie wraz z nim się nie chybotać. Tak romantycznie hołubione przeze mnie oblicze wiary potomków Ibrahima przyozdobiła częstochowska blizna.
  Moja głowa wynurzyła z podziemnego korytarza stacji na Greenpoincie, wścibska jak koleżanki mojej matki, czujna jak peryskop. Dwa długie miesiące idealnej posuchy zrobiły swoje. Sklepowe wystawy puszyły się bogactwem ekspozycji, a deficyty, na widok polskich kiełbas, boczków, chlebów i ciast dawały o sobie znać. Patrzyłem na wąskie ulice Brooklynu. Wszędzie znajome rysy twarzy, swojskie sylwetki ludzi wynoszących ze sklepów zakupy w ogromnych papierowych torbach. Rybnik! Wczytywałem się w treści szyldów nad delikatesami, pralniami, księgarniami. Bilboardy reklamowaly po polsku usługi amerykańskich operatorów telefonicznych. Widok czarnego policjanta wytrącił mnie z chwilowego odurzenia. Historia zatoczyła swój krąg. Rok spędzony na autostopowych eskapadach po Europie, otwierającej swe podwoje przed biedotą ze Wschodu, nigdy tak naprawdę się dla mnie nie skończył. Eksponowane na wystawach sklepowych towary tu też traktowałem jak muzealne eksponaty. Kupić? Daleko mi było do zasobności portfela kolekcjonera dzieł sztuki… W agencji pośrednictwa, bez niespodzianek, dostałem to, po co przyszedłem. Warty dwieście dolarów numer telefonu mojego nowego szefa spoczywał bezpiecznie w wewnętrznej kieszeni szarego płaszcza. 
- Siedem to dla pracownika z doświadczeniem! – wyśmiewał moją łatwowierność jakiś Jacek. Z siedmiu dolarów gwarantowanych przez Poczciwinę z Greenpointu szybko zrobiło się pięć.
– Jak ci pasuje, to jutro zaczynasz o siódmej.
Dyskusja nie miała żadnego sensu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz