wtorek, 1 lipca 2014

Zamknięte Królestwo VI - Romantic 69

  Popołudnie w łaźni i kąpiel w lodowatych wodach Morza Żółtego... Sierpniowy pobyt w Dalian dobiega końca. Do Pekinu postanawiamy wrócić pociągiem. Jun, nasz miejscowy gospodarz, przewodnik i druh odwiedza nas rano w hotelu. Wparowuje do pokoju z jakimś pudełkiem w ręku i połamaną angielszczyzną wyjaśnia, że to pierogi i to domowej roboty, po czym obejmuje nas niezdarnie na pożegnanie i znika. Trudno powiedzieć czy kieruje nim serdeczność czy chińskie poczucie obowiązku. Uważa nas przecież za swoich gości. Anyway jest miło... Pracownicy recepcji są też tacy uprzejmi.
- Visa? Mei you wenti! - ale problem jest. Płatność nie przechodzi, a czas leci. Argumenty, że nasz pociąg odjeżdża za moment nie działają.
 - Zapłacimy przelewem z Pekinu! 
Recepcjonistka ze spokojem po raz kolejny prosi o pin i daje do zrozumienia, że postoimy tu do skutku. 
   Na dworzec wpadamy biegiem potrącając tłoczące się ciała. W Chinach ludzie obijają się o siebie obojętnie. Nikt tu nikogo nie przeprasza, bo kto chce iść przez życie ze skruchą na ustach? Szybko przyswajam sobie ten nawyk. Odnalezienie właściwego pociągu zabiera dłuższą chwilę. Nazwę "Pekin" trzeba przecież wyłowić spośród innych znaków, informujących Bóg wie o czym. Na peron wchodzimy już spokojnie - jak na płytę lotniska, całą grupą i pod kuratelą mundurowych. Sąsiadujące perony zioną pustką. Najwyraźniej służą tylko do wsiadania i wysiadania. Żadnych ławek, tylko beton i szeregi opasłych wagonów. Perspektywa dziesięciogodzinnej podróży na "twardych siedzeniach" nie nastraja koktajlowo. Zapowiada jakąś formę cierpienia. Szybko znajdujemy swoje miejsca, podczas gdy pasażerów nieustannie przybywa. Klimatyzacja jest chyba ustawiona pod ilość miejsc siedzących, bo nasze czoła szybko pokrywa rosa. Jarek to mój towarzysz podróży i kumpel z instytutu orientalistyki. Po kulinarnej przygodzie w szwedzkim barze przy autostradzie do Yentai doszedł już do siebie. Teraz przy pomocy podręcznego słownika rozczesuje tabliczki informacyjne, których pełno na ścianach wagonu. Ja też dla zabicia czasu wkręcam się w słownik. Na zmianę dzielimy znaki na klucze i docieramy do informacji ukrytych w "krzakach". Chińczycy dyndają nad naszymi ramionami. Stoją jednak cierpliwie, wręcz pokornie. Jeszcze tylko osiem godzin. Padają pierwsze pytania, a my z trudem próbujemy udzielić odpowiedzi. Posługiwanie się językiem tubylców, nawet słabo poznanym, lubię w podróżowaniu najbardziej! Grunt to podtrzymać rozmowę. Każdy wyłuskany ochłap informacji staje się nagrodą i choć nieporadność jednych nakręca bezsilność drugich, rozmowy na krawędzi braku zrozumienia zawsze są szczere i prostolinijne. Kpią z fasadowości form i norm. Pozbawiają balastu skojarzeń. W ruch idzie te kilka czasowników na krzyż, wyliczanie i rozmowy o czasie. Tak, trzeba koniecznie określać czas! Ludzie lubią wiedzieć jak długo i najlepiej ile. Rzeczowniki się gestykuluje, a przymiotniki olewa. Paleta subtelności przydawkowego gąszczu kurczy się tu do podstawowych barw. Wszystko jest co najwyżej dobre lub złe, dzięki czemu rozmówcy na powrót stają się dziećmi! Dogłębna znajomość języka tylko mąci obraz człowieka...
   Po kilku godzinach jazdy rozpoczynam przechadzkę po wagonach. Pociąg wlecze się lub stoi bez końca na stacjach, w miastach bez nazw. Mój brązowy podkoszulek w trzech słowach wykrzykuje przesłanie, na które nikt nie zwraca uwagi. Jakiś gość uśmiecha się porozumiewawczo. Może dlatego, że też przyjezdny. Podchodzi i czyta na głos, wprost z mojej piersi.  
السلام على الأرض -
Czarnoskóry hip-hopowiec z Arabii! Od razu ruszamy w pety i gawędę. Mamy mnóstwo czasu. 
   Aziz przyjechał do szkoły. W przyszłości będzie budował drogi i mosty, ale na razie uczy się chińskiego. Jego rodziny nie stać na opłacenie mu studiów za granicą, ale to żaden problem. Król za wszytko płaci. Chłopak chciałby mu osobiście podziękować, choć Chińczyków uważa za dzicz. Ich kuchnia napawa go obrzydzeniem. 
- W Pekinie nawet jadłem psinę! - obnażam swoje uwielbienie dla chińskiej kuchni. Patrzy na mnie tak, jakbym relacjonował jedzenie gówna. Rozmowa się klei, więc z łatwością omijamy kwestie religijne.
- Chinki? Przez cztery miesiące z dwoma się spotykałem. Jedna się zakochała jak wariatka, a jaka zazdrosna! Seks w Arabii? W ubikacji się umawiasz. Wiadomo, że to grzech, ale jak się ożenię, to od razu pielgrzymka i życie w czystości. No co ty?! Dziewczyna, co pierdoli się przed ślubem to kurwa! Przyszła żona musi być dziewicą! 
  Jarek ze zdziwieniem przyjmuje do wiadomości, że Aziz jest Saudyjczykiem. Wystarczy spojrzeć na jego ciuchy. Ciekawi nas, co jeszcze ma do powiedzenia. Jest cool i dużo się uśmiecha. Proponujemy mu wspólny pokój w hostelu. Przed wylotem do Rijadu i tak musi załatwić jakieś sprawy w ambasadzie. Z resztą podoba mu się pomysł zaoszczędzenia kilkudziesięciu dolarów.
  Po południu wychodzimy na miasto. Nasz hostel znajduje się w pobliżu Wieży Bębna i jeziorka. Otaczają nas bary restauracje i biali turyści. My też wyglądamy jak grupa angielskich samców z Placu Wacława, bo naganiacze po raz kolejny szepczą nam swoją ofertę.
- Jesteśmy gejami!
- To może chłopców.
- A trupy?
- ...
  Na Dalekim Wschodzie Aziz bez rozterek odwraca się od powagi swoich wahhabickich tradycji. Pije z nami piwo. Nie odmawia też bejdzia. 56% alkoholu w destylacie z sorga może działać podstępnie, ale Aziz chce pokazać, że Saudyjczycy potrafią zachowywać się jak ludzie Zachodu. Opowiada o swojej ojczyźnie, przybija z nami piątki i cieszy go, że w Pekinie pije z Polakami, co gadają po arabsku. My też nie dowierzamy, że to bejdzio, co tak mordę wykrzywia pijemy z Saudyjczykiem. Pod hotelem rozmowa schodzi na Koran. W obliczu świętości zachowuje pijane milczenie.
   Pekińskie upały są nie do zniesienia. Smog i wilgotność przekonują nas do pozostania w chłodzie klimatyzowanych pomieszczeń hotelu. Dwa tygodnie w Pekinie i tak mamy już za sobą. Rano szybko przenosimy się na najwyższe piętro. Teraz mamy już okno i mieszkamy we czwórkę. Nasz nowy współlokator jest gadatliwy, miły, wręcz subtelny. We wszystkim, co mówi daje się wysłyszeć łopot tęczowej flagi. Aziz aż trzęsie się na myśl, że będzie musiał dzielić z nim pokój. Rzuca arabskimi obelgami, a jego żarty brzmią poważnie. Po południu nagrywamy materiał do mojej pracy. Wypytuję go o potoczne nazwy intymnych części ciała, słowa, których nie wypada mówić w obecności kobiet oraz wyzwiska typowe dla dialektu z Dżeddy. Jest pierwszym Saudyjczykiem, którego mogę o to spytać. 
- Naprawdę chcecie przyjechać do Arabii? Zaproszę was Insha'Allah. Tutaj jest mój e-mail. Romantic 69... 
    Jakież to proste!
   Po południu żegnamy się z Azizem. W ruch idą piątki. Jest klepane po plecach. "Bracie to, bracie tamto". Do Arabii maila piszemy już po kilku dniach. Puszczam sygnał przez skypa i dla pewności daję cynę na fesjbuniu. Romantic 69 milczy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz