poniedziałek, 18 sierpnia 2014

14. Dymanie żab

  Klimat kontynentu amerykańskiego, tam gdzie Nowy Jork, oferuje szeroką amplitudę wrażeń w interwale pomiędzy szczytem wilgotnego i gorącego lata, a dnem śnieżno-mroźnej zimy, nie jest moim ulubieńcem. Grudniowe zawieruchy nastały już początkiem miesiąca. Nonszalancką kreską malowały obraz świata zgrzytającego w mroźnym uścisku. 
  Topografię komuny miałem w jednym palcu. Po tygodniach przeczesywania jej zakamarków w poszukiwaniu pomysłów na przetrwanie, wiedziałem gdzie szukać wełnianego płaszcza, sięgającego za kolana, jesiennych butów z kłapiącą podeszwą, nieporęcznie grubego szalika i wełnianej czapki pilotki. Rękawiczki, kupiłem jeszcze w lecie, dla jaj. Bezcelowość tego zakupu nagle nabrała praktycznego wymiaru… Poowijany jak katorżnik przemykałem ulicami Harrison. Wyziębione sapały, podniecone nadejściem przedwczesnej zimy. Stację przesiadkową na Manhattanie miałem już przerobioną. Na Queens chciałem dotrzeć przed czasem. 
  Od ulicy wiał przenikliwy wiatr. W przewiewnym sweterku i czapce pilotce stałem przed stertą cegieł. Źle się ubrałem do roboty na mrozie... Z dwupiętrowego ceglanego domu dobiegały dźwięki młotkowania. To chłopy obstukiwały ściany, grzejąc się w środku przy gazowych dmuchawach. Choć służbę w czołgu i życie na kompanii znałem tylko z opowieści, charakter pracy na budowie nie pozostawiał wątpliwości. Koty na start do chujowej roboty! Smołowanie sufitu i ścian zabudowanej rurami piwnicy zajęło mi kolejne dwie dniówki. Czarne gluty we włosach, którym kąpiel nie dawała rady, nosiłem jak dredy wyrolowane na hebanowym gównie. 
   Robota na budowie jest najgorsza! Nie dlatego, że jest wyjątkowo ciężka. Nie. To ten permanentny chaos, który paraliżuje motywacje. O ile do syfu przyzwyczajam się szybko, to brak zauważalnych postępów w pracy zawsze przysparza mi dodatkowych cierpień. W otoczeniu, nad którego transformacją pracowaliśmy zespołowo tygodniami, tak naprawdę nic się nie zmieniało. Pierwsze dni mijały na ustalaniu zakresu moich obowiązków, w szarpaninach konfrontacji, które i tak ustawiły mnie na dnie hierarchii pomagierów, fachowców i majstrów - chłopów spod Tarnowa, warszawskich taksówkarzy, Górali i ginekologa. Każdy chciał mnie czegoś uczyć. Mietek pokazał mi jak sozem przycinać plajłuty i co się robi z tubajforów, a Kazek wziął mnie na praktykę przy sitrakach. 
- Tak wyznaczasz prostą czoklajnem, a tak przycinasz jiksą. 
Z podziałki metrycznej na kłoderincze, incze i stopy i tak już przesiadłem się w fabryce.
  Harmonia powracała do mojego mikroświata, w miarę jak integrowałem się z syzyfową naturą nowego zajęcia. Powrót do życia z dala od podstawowych egzystencjalnych trosk był na wyciągnięcie ręki. Na budowie otaczali mnie teraz ojcowie starszych ode mnie dzieci, dziadkowie dorastających wnucząt, którzy z dnia na dzień stawali się moimi kumplami. Rysiek gadał o Mielcu, a ja o jazzie.
– Student! Nie opierdalaj się, tylko podaj tam śrubokręt z parapetu… 
Rutyna nadeszła szybko. Tu można było zapalić, a tam posiedzieć, żeby nikt nie widział. Bos od razu załapał, że angielski z całej brygady kumam tylko ja. Tak zaczęły się wypady na zakupy w czasie pracy. Choć sporadyczne, uwalniały od ciasnoty i pożółkłego światła, od szorstkich dźwięków i linearnych myśli. W ciszy czystego samochodu tak łatwo jest płynąć nieznanymi ulicami, w przepoconych ciuchach, z trocinami we włosach. Szef w kalkulacyjnej zadumie, od której zamiera ruch gałki ocznej, ja w upojnej pół-hipnozie, niedospany, szczęśliwy, że to inni gną się nad moją robotą. Dziurawymi ulicami Queensu wyjeżdżaliśmy gdzieś poza miasto, a ceglane dwupiętrowce z wolna ustępowały miejsca co raz to większym połaciom zieleni... 
   Komuna przy Frank Rodgers Blvd. miała w grudniu już tylko pięciu stałych lokatorów. Ania i Filip dawno wyjechali. Tadek żyjąc trybem, co nie wadzi nikomu, jak większość mieszkańców komuny, pracował, jadł, oglądał telewizję i spał. Marek przyjeżdżał na weekendy. Spragniony towarzystwa snuł opowieści o dziadku, podszyte goryczą, pełne samarytańskich spostrzeżeń harcerza, który został pielęgniarzem z konieczności. Marek nie obnosił się ze swoimi rozterkami. Wychowany w tradycji studenckich wypadów w góry, rejsów z jachtklubu, potrafił radzić sobie z samotnością, a towarzystwo traktował jak okazję do zabawy. Zbyszek był najstarszy z nas, pełen dystansu wyrażanego przedłużającym się aktem zdziwienia. Jego podpierana długą szyją głowa przemieszczała się we wszystkich kierunkach, w granicach wyznaczonych przez fizjologię kręgów, podczas gdy opuszczona broda, z na wpół rozwartymi ustami, niemal ocierała się o jego mostek. Marszczył przy tym twarz, a jego badawcze spojrzenie zza grubaśnych szkieł sygnalizowało, iż ciąg buforowych zachowań, dzięki którym realizuje się w roli żywej antytezy pochopnych osądów właśnie został zainicjowany. 
   Kuchnia stanowiła centrum życia publicznego na Frank Rodgers. Spora lodówka, stół, telefon na długim kablu i stary telewizor, który urozmaicał czas darmowymi seansami sitcomów łapanych z anteny. No bo co robić po robocie? Chwila rytualnych ablucji i posiłek pochłaniany łapczywie. Popołudnia przechodziły w wieczory, podczas których, zebrani przy stole, ubijaliśmy pianę ze spraw błahych. Tylko Andrzej, zżerany marzeniami o zielonej karcie, wydeptywał rynienkę w kuchennej podłodze. Przyspieszony krok i te wybałuszone niedowierzaniem oczy, te same od lat utyskiwania na szefa, że niby w końcu pomoże mu załatwić papieryZ nudów, z przekory podsycałem jego demony, a on śmiał się jak opętaniec. Nie był w stanie się bronić. W głębi duszy nienawidził mnie tą samą nienawiścią, którą żywił do szefa. Uwierał go kaganiec spolegliwości, na którą musiał się zgodzić, ale przecież chodziło o sprowadzenie rodziny do Stanów. Mimo to pastwiłem się nad nim z sadystyczną rozkoszą osiedlowych gówniarzy, dręczących żaby przy cegielnianych sadzawkach. Nadymane przez słomkę wciśniętą w dupę, dryfowały po wodzie jak liście popychane podmuchami jesiennego powietrza. Machały nieudolnie łapkami, próbując przywrócić zniekształconemu ciału bezpowrotnie utraconą manewrowość. Biernie się temu przyglądałem. Ciekawość jest przecież silniejsza od pogardy dla sadyzmu. 
    Teraz ja dręczyłem Andrzeja, choć widziałem jak go rozdyma...

1 komentarz: