piątek, 9 grudnia 2016

Broda Ognista

     Obcokrajowiec, co dużo gada i do tego przed mikrofonem, powinien na Ukrainie trzymać mordę na wodzy. Niby wojny z "Noworosją "nie czuje się na ulicach Lwowa, Równego czy Tarnopola, lecz atmosfera serwuje napięcie. Po angielsku na salonach konferansjerka się nie sprawdza, a za ruski dostaje się po uszach gwizdem. Za to po polsku jakieś ogólniki udaje się przepchnąć. Mieszkańcy historycznych Kresów Wschodnich paradoksalnie szczycą się sentymentem do języka polskiego, mimo iż okres przynależności Zachodniej Ukrainy do II Rzeczpospolitej można porównać, bez nadmiaru wyobraźni, do rosyjskiej okupacji ziem polskich z czasów zaborów.
    Lekcja historii w pigułce? W międzywojniu osiemnastoprocentowa, katolicka mniejszość rządziła ukraińskojęzyczną prawosławną większością na terenach stanowiących piątą część ówczesnej Rzeczpospolitej. Lokalne "chamstwo" nie miało dostępu do władzy. Realizowała się też polityka rewindykacji i polonizacji cerkwi prawosławnej katolicyzująca wschodnich "polaków" - rozbiórki świątyń a język polski w szkołach i urzędach. 
  Ale to fiasko Barbarossy ostatecznie przygotowało grunt pod scenariusz filmu Smarzowskiego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz