środa, 31 stycznia 2018

Z dna rzecznej berbeluchy

Historia to fascynujący ciąg interpretacji znaczenia ocalałych szczątków. Plątaniną poszlak o charakterze naukowym wypełnia plamy na mapach niewiedzy. 
Hałas w piekącym blasku słońca na wylotówce z Sajgonu szczelnie i zgodnie z przyzwoleniem niezrozumiałych praw natury też wypełnia swoją porcję dziur świata tego. W lewym uchu, w kaczce, w asfalcie, w szczurzych nozdrzach, stosach opon na poboczu i w pękatej kapsie policjanta, w kapeluszu z liści, w łachmanach czołgającego się po betonie kaleki. 
Podskakując na wybojach krajowej arterii numer jeden, co róż mijam świątynie. Wciśnięte pomiędzy warsztaty, jadłodajnie, składowiska ryżu, złomu, materiałów budowlanych i maszyn, też pęcznieją od hałasu zakorkowanych dróg. Ale cisza przez większą część doby do niczego nie jest tu nikomu potrzebna. Jeszcze nie ma szóstej, a już mi Kenny G po uszach z parteru miodem jedzie. To menadżer budzi się do tych samych zadań. Gdzieś tu, w pobliżu drogi na południe, protestanci, sunnici, buddyści, zielonoświątkowcy, hinduiści, katolicy, kaodaiści i inni wyznawcy herezji dwudziestego wieku właśnie odprawiają swoje modły. Echa ulicznego zgiełku w nie mniejszym stopniu niż przenajświętsze gusła wpisują się w naturę rytuałów religijnych przydrożnej Azji. Im też nieodłącznie towarzyszy jakiś Kenny G.
Obcowanie z nowym ma narkotyczny urok. Ten hiperaktywny sposób pobierania bodźców jest też formą medytacji. Wbija w działanie. Odcina obecność planów i wspomnień. Opowieść o Półwyspie Indochińskim to historia wędrówki Austroazjatów i ekspansji austronezyjskich żeglarzy. Historia hinduizmu, buddyzmu i islamu w imperium Khmerów i państwie Czamów. To opowieść o hegemonii Indochin i komunizmu w Azji Południowo-Wschodniej.
Powierzchnią i konturem Wietnam przypomina odwróconą w poziomie i pionie Norwegię. Do tego bury zimą na północy no i ludzie w kurtkach, ale lazurowy tu i ówdzie latem wzdłuż wybrzeży, co nie znają końca. W tradycyjnym podziale kraju na główne regiony, protoplaści dzisiejszych Wietnamczyków żyli na północy, wzdłuż nurtu i dopływów Rzeki Czerwonej. To ona od czasów wędrówki pierwszych ludzi żywiła pokolenia rolników, wyrosłe z osiadłych zbieraczy i łowców wędrowców. Ich potomkowie wciąż zamieszkują obszar zwany dzisiaj Miền Bắc, czyli Część Północną ze stolicą w Hanoi. Północ tradycyjnie wyznaje nauki mahajany, która nad Rzekę Czerwoną dotarła z buddyjskich ośrodków w Chinach na długo przed Powstaniem Spartakusa. Miền Trung, Część Środkowa, przez znaczą część ery nowożytnej zwana Czampą, należała do Czamów - austronezyjskich wyznawców hinduizmu i therawady. Delta Mekongu oraz Ho Chi Minh, czyli popularny Sajgon to Część Południowa (Miền Nam), która od czasów Chrystusa aż do upadku Angkor piętnaście wieków później, należała do Khmerów. Język khmerski był lingua franca imperium, które rozmiarem dorównywało Polsce Złotego Wieku, gdy podległe jej ludy zamieszkiwały dzisiejszą Łotwę, Litwę, Białoruś, Ukrainę, Mołdawię i Rosję na zachodzie. Angkor panował na trenach dzisiejszej Mijanmy, Tajlandii, Kambodży, Laosu i Wietnamu. 
Szosa do Châu Đốc jest wąska. Obrośnięta przydrożnymi wioskami, a ich centralnym punktem mosty, wiedzie przez północną Deltę Mekongu, krzaczasty odbyt jednej z mega rzek żywicielek, koronę na czole Indochin uplecioną z kanałów. Smukłe łupiny rybackich czółen suną łagodnie po pozornie martwych wodach. Na wpół zatopione, porzucone wraki dopełniają niecodzienności tego niezmiennego pejzażu. Châu Đốc ciągnie się wzdłuż rzeki Hậu Giang oraz granicy z Kambodżą. Ta pierwsza odgradza buddystów od muzułmanów. Ta druga rozdziela diasporę Czamów. Ich austronezyjscy protoplaści-żeglarze zasiedlili centralne wybrzeża przyszłej Czampy jeszcze w epoce żelaza i choć historia sprawiła, że Czamów pozostała zaledwie garstka, to świat spenetrowany przez ich przodków rozciąga się od Madagaskaru po zachodnie wybrzeża Ameryki Południowej, zaś obszar na którym mówi się językami austronezyjskimi obejmuje niemal połowę globu. 
Châu Đốc to perła Delty Mekongu pokryta skorupami mułu z dna rzecznej berbeluchy. Jak przydrożny kamień leży na uboczu turystycznych szlaków, trwa na marginesie współistnienia religii i kultur. Wciąż modlący się do Odyna Sandomierzanie. Lokalne wspólnoty domostw od tysiącleci wierzących w duchy kamieni pod tarnobrzeskim lasem. Kongregacja neo-mormonów ze Stalowej Woli zasięgająca porad imamów. Tatarzy studiujący Wedy w strażnicy pod kopalnią siarki. Egzotykę kulturowej chemii zakamuflowanej w Châu Đốc najlepiej opisuje poezja.
Pośród zabudowań, które wciąż nie wróżą bliskości miasta pojawia się pierwszy meczet. Grupka chłopaków w myckach macha i wykrzykuje przywitania. Droga kręci parokrotnie, mija kolejną świątynię i zmienia się w podjazd do stalowej rampy promu. Za rzeką widać już Châu Đốc. Na tle ściany białych, smukłych prostopadłości domów mieszkalnych, kostropate, kryte falistą blachą ludzkie gniazda na nóżkach z bambusowych rur, unoszą się nad leniwym nurtem rzeki niepewnie.
W centrum Châu Đốc dominują pagody. Choć mieszkańców jest ponad sto pięćdziesiąt tysięcy, z czego około czterdzieści to muzułmanie, meczety widoczne są jedynie za rzeką. Tam, w ich sąsiedztwie wzdłuż drogi ciągną się chałupy, gdzie pełno kobiet w hidżabach. 
Ahmeda spotykam pod bramą szkoły. Ten muzułmański Austronezyjczyk z wietnamskim obywatelstwem zaliczył już pielgrzymkę do Mekki choć wygląda młodo. Jako student saudyjskiej medresy miał czas i okazję. Mówi płynnie po arabsku, zna też wietnamski, ale to język odziedziczony po czamskich wyznawcach hinduizmu określa jego historyczną przynależność. Początek udokumentowanej obecności islamu w Wietnamie datuje się na jedenasty wiek. Po upadku Czampy część Czamów osiadła na zachodzie, pośród Khmerów wierzących w te same bogi. Część natomiast zapuściła korzenie wśród pobratymców z sułtanatu Malakki, ówczesnej mandali znanej dziś jako Malezja. Łatwo sobie wyobrazić, z jaką łatwością w obliczu potęgi postępowego i egalitarnego islamu, dokonała się Islamizacja Czamów. Nie byłby to z pewnością ani jedyny ani główny powód. Emigracyjni władcy Czampy, oddając się marzeniom o odzyskaniu utraconego królestwa u boku nowej, ekspansywnej religii, musieli wierzyć w ich spełnienie. Czamowie wschodni rozpłynąwszy się w populacji wietnamskich najeźdźców do dziś jeszcze wyznają hinduizm.
Delta Mekongu to około 12% powierzchni Wietnamu, a jej mieszkańcy to ponad 20% populacji kraju. Plątanina dróg łączy tu w jeden organizm niezliczoną ilość ludzkich siedlisk. Dziesiątki promów, setki mostów, miliony pojazdów, aż do samej granicy z Kambodżą, ciągnącej się po drugiej stronie wąskiego kanału. Tam drogi nagle pustoszeją. Nawet zieleń ubożeje i blednie. Samotne palmy, strzeliste jak dymne łodygi sztucznych ogni, porastają wypłowiałą krainę. Pośród nich, kołowroty bawolich szczęk odmierzają nieśpiesznie bieg jej długiej historii.
U ujścia sporej rzeki do jeszcze większej zatoki, leży Kampot. Niskopienna, kolonialna zabudowa, której nie oszczędził ni czas ni grzyb jest siedliskiem turystyki nieprzypadkowej. Młode pokolenie francuskich hipsterów przyjeżdża tu z Sajgonu na Hondach Win. Na ziemiach wycyckanych przez kolonialnych praojców łatwiej doświadczyć nostalgii pielgrzymaTu też dostaną tańszy cannabis. Posiwiali mężczyźni w towarzystwie niewiele młodszych Azjatek lubią posiedzieć w europejskich barach, traktując swoją obecność ospale. Parko-grupki Europejek w szarfach na głowie i sindbadach na dupie, paradują w koralikach kupionych na Bến Thành. Tak spędzają czas w tropikach, pod moskitierą w domku nad rzeką! Nocą, pośród gęstych zarośli, dźwięki pobliskich komun przenikają wnętrze takiej chałupki na palach. Poprzez szczeliny w deskach podłogi zawisłej nad ziemią, przez ściany posplatane z liści, błękitem nocnej poświaty wkrada się inna rzeczywistość. Tu, w komunach THC, wszyscy bywają treścią pieśni wszechświata.
Czy paleolityczny homo zbieracz mógłby natrafić na stos sfermentowanych owoców i tak, najebawszy się po raz pierwszy, odkryć wódę w przyrodzie? Ustawodawstwa stawiającego cannabis poza prawem i to w interesie społecznym, nie da się uzasadnić.
Ben Mówi, żebym wziął cynamonowe. Jeszcze ciepłe. Rzeczywiście są puszyste, uciaputane w mięciutkim lukrze. Ben jest Kanadyjczykiem. Mieszka przy wyboistej drodze osiem kilometrów od centrum Kampotu. Dzisiaj rano też pomaga w kawiarni przy starym moście. Zadania zbiera od khmerskiej menadżerki. Już szósty rok robi za wikt i opierunek.
W drodze do Sihanoukville mijam świątynie dwóch kultur. Meczety i pagody wyznawców therawady. Ta odmiana buddyzmu była znana w Czampie już w trzecim wieku naszej ery. Do Angkor, wyznającego hinduizm, therawada trafiła dopiero dziewięćset lat później. To z nią kojarzy się dzisiaj mieszkańców Kambodży oraz etnicznych Khmerów, którzy w osiemnastym wieku popadli w izolację osaczeni wietnamską aneksją Delty Mekongu. Świątynie therawady są pstrokate, kolczaste. Strzegą ich kamienne drapieżniki szczerzące atrybuty siły. Tam, w pobliżu przydrożnych targowisk, gdzie kobiety błąkają się w hidżabach, wokół meczetów popadłych w ruinę, trwają enklawy kambodżańskich Czamów.
W recepcji hotelu kulejący Amerykanin Jo, gość po sześćdziesiątce z wydatną szczęką, tłumaczy portierowi czego mu w Sihanoukville do szczęścia potrzeba. W jego głosie pobrzmiewa wypielęgnowana słabość do papierosów bez filtra. Asystuje mu młoda Khmerka, co nosi się w stylu primo. Hoteli takich jak ten jest tu niewiele. Te vis-à-vis śmietniska na plaży, straszą cenami. Niewiele jednak odstrasza chińskich inwestorów z Junnan. Budują tu w kasyna, hotele, a miasto przypomina gigantyczny plac budowy. W Kambodży funkcjonuje system ekonomii opartej na dwóch walutach. Jeden dolar amerykański to niezmiennie cztery tysiące rieli. Grube wydaje się w dolarach, a drobne w lokalnych. Nawet policja bierze w zielonych i w razie potrzeby wydaje resztę. Interesy chińskich właścicieli chodnikowych jadłodajni też prosperują, choć zupy po angielsku zamówić u nich się nie da. W Sihanoukville nie brak tureckich przedsiębiorców. Habib jest właścicielem restauracji i hotelu obok plaży. Gustownie wystrojone lobby i stoliki poustawiane pod frontową ścianą kolonialnego budynku, przyciągają wielbicieli europejskiego fąfą. Wieczorami, popijając wodę kokosową, można bez końca gapić się w hipnotyczną czerwień palenisk nad brzegiem morza. To lokalni straganiarze sprzątają po sobie śmieci. Czarny dym płonących syntetyków rozpływa się niewinnie w mrokach  sporadycznie rozświetlanych kłującą bielą energooszczędnych żarówek. W państwie umożliwiającym działanie jedynie najbardziej podstawowym strukturom, płatna wywózka śmieci graniczy z absurdem. 
Gdyby w tutejszych tropikach nie było tropików, morza i sąsiadującego z nim pasma niewysokich gór, Kambodża przypominałaby płaską Białoruś. Nawet kształtem i rozmiarem obydwa kraje są do siebie podobne. Ponad dwustu kilometrowy odcinek drogi do Phnom Penh wije się po kambodżańskich równinach. Tu też palma rośnie w polu otwartym na przestrzał, a bawół tapla się w błocie. Nad jego burym cielskiem czasem zawiruje ptak bielszy od archetypu niewinności. Styl jazdy pomiędzy portem Sihanoukville a stolicą narzucają ciężarówki i samochody z napędem na cztery koła. Dziurawa nawierzchnia i żwirowe pobocza gwarantują użytkownikom jednośladów adrenalinową huśtawkę, szczególnie tym, którzy roszczą sobie równe prawo do szybkiego przemieszczania się z miejsca na miejsce. Rozpędzony do setki motocykl uciekając przed czołowym zderzeniem, musi się na takim poboczu rozłożyć. 
Po sześciu godzinach wypatrywania pod słońce, otumaniony grzmotami klaksonów docieram do Phnom Penh. Czyściej tu i zabudowa pnie się ku niebiosom, jak anioł wniebobrany, ponad wszechobecny rozpiździel i syf. Podczas pierwszego zetknięcia się ze szczurami Wietnamu byłem pewien, że upodlenie szacunku dla podstaw higieny jest przejawem wietnamskiej codzienności. Po powrocie z Dżakarty tak łatwo dostrzegłem ład panujący w Sajgonie, tę subtelną harmonię publicznego porządku. Skuteczna władza zamiata ulice! Pamiętam jak podczas letniego pobytu w Grodnie obudziły mnie jednostajne sekwencje szurnięć dobiegających przez otwarte okno. Zamiatacz skanował ulicę wiklinową miotłą już o czwartej rano. Białoruś to porażająco wyzamiatany kraj. A ulice wielomilionowych chińskich miast? Bijący po nozdrzach, jadowity smród egzotycznej mieszaniny gnijących szczątków, szybko przestaje być atrakcją i tematem kawiarnianych anegdot z podróży. Ustępuje miejsca opowieściom o potędze i ładzie. Nowoczesne samochody przetaczają się tam w dole, w labiryntach chińskich ulic wyzamiatanych do czysta.
W Phnom Penh turyści wożą się na rykszach i fotografują co się da. Taki styl podróży w nieznane. Muzeum narodowe, pałac królewski oraz szeroki wybór świątyń mają pod nosem. Pełno tu eleganckich knajp z widokiem na Mekong. Wieczorami, tuż opodal, neony rozświetlają twarze dziewczyn do towarzystwa. Chłopaki w damskich przebraniach też nie kryją się w mroku. Przed lustrami ulicznej garderoby w stylu retro, właśnie poprawiają sobie makijaże, już w trakcie przedstawienia dla przechodniów takich jak ja. 
Leżące na przeciwległych brzegach Mekongu dzielnice półtoramilionowego Phnom Pen łączy jeden most i kilka promów. Ciąg budynków wzdłuż rzeki po prawej, z niewielkim placykiem służącym za park, prowadzi do piaszczystego cypla położonego na styku dwóch rzek. Dziesiątki łódek spoczywają na jego łagodniejszym brzegu. Po powrocie z połowów, zagracone krypy na powrót zmieniają się w ciasne sypialnie. Za dnia mężczyźni reperują sieci, kobiety czyszczą ryby, a dzieci zdobywają wiedzę o świecie biegając po śmietnisku puszczone w samopas. Osada ma nawet zakład fryzjerski. Jest dach z plandeki, są nożyczki i plastikowy taboret. 
Tuż obok sztucznego zbiornika z wodą widać kontury bambusowych bramek i garstkę kibiców. Nieskazitelna sylwetka hotelu czekającego na pierwszych gości, góruje nad tą ciasną połacią ubitej ziemi, nad koczowiskiem czamskiej biedoty Phnom Penh.
Droga krajowa, którą opuszczam stolicę biegnie na północny-wschód, pod prąd nurtu rzeki Tonlé Sap, łączącej Mekong z gigantycznym jeziorem o tej samej nazwie. To dzięki niemu Imperium Angkor wyrosło w gęstej dżungli by dominować na półwyspie przez sześćset lat. Skomplikowany system irygacji pól umożliwiał uprawę ryżu, a kanały łączące odległe zakątki kambodżańskiej dżungli służyły do transportu towarów. Ekonomia współczesnej Kambodży w równym stopniu uzależniona jest od błotnistych upraw. Ośmiu na dziesięciu mieszkańców Kambodży pracuje przy produkcji ryżu, niemal cała reszta produkuje wspomnienia z wakacji. 
Prawie trzysta pięćdziesiąt kilometrów do Battambang przejeżdżam cięgiem. Mam dosyć dziurawej nawierzchni i chałup układających się w ciągi palafitów. Zatrzymuję się w pierwszym lepszym hotelu i w dupie mam świątynie. W drodze na zupę spotykam parkę zagubionych Francuzów. Chyba też się zastanawiają, co dalej ze sobą zrobić.
Na północ od jeziora, niemal czterysta kilometrów od stolicy, szerokie pobocza gładkiej nawierzchni nagle pokrywają się asfaltem. Usytuowana w pobliżu świątyń Angkor, miejscowość Siem Reap to odpicowany generator połowy dochodów kambodżańskiej turystyki. Autobusy przywożą turystów z Bangkoku, Phnom Penh, Sajgonu, Vientiane czy Hanoi i pomimo że zwiedzanie gruzowisk wymaga archeologicznego typu niszowej wyobraźni, do Siem Reap bezpośrednio lata się z Chin, Wietnamu, Tajlandii, Singapuru, Malezji, Laosu, Hong Kongu, Filipin i Korei. 
Często mylona z chaosem, anarchia rozumiana jest jako system ponoszenia odpowiedzialności za samego siebie przed samym sobą. Na skutek braku odgórnej kontroli, na tutejszych drogach panuje oddolna anarchia. Drogówka gnieździ się wokół dużych miast, przy obwodnicach i głównych drogach. Nawet tam, gdzie ruchem kieruje sygnalizacja świetlna, kierowcy jednośladów ignorują przepis. I słusznie! Stosowanie się do najmądrzejszych nawet zasad w świecie przyznającym niepisane prawa wyznawcom anarchii, jest niebezpieczne. Anarchista jeździ pod prąd na drogach i skrzyżowaniach. Jeździ też po chodnikach. W dodatku sygnalizację odczytuje na opak. Czerwone zezwala mu na kontynuację jazdy przy zachowaniu szczególnej ostrożności. Zielone ostrzega go przed przekraczaniem drogi w miejscu wyjątkowo niebezpiecznym. Do tego dochodzi prawo siły. Raz rozpoczęty manewr większego pojazdu należy uznać za nieodwołalny. Po dwóch wypadkach, zaliczonych w pośpiechu, w końcu czuję się bezpiecznieTrzeba jeździć po prostej, trąbić podczas zbliżania się do podporządkowanej, oglądać się za siebie przed zmianą pasa i ani na chwilę nie wierzyć w znaki i światła. Jakieś sześćdziesiąt kilometrów na wschód od Siem Reap uderza we mnie dżip. 
Kampong Thom jest senne. Dwa hotele na krzyż, targ i jadłodajnia pod domem pogrzebowym. Po schodach z bandażem na głowie kuśtykam. Na skuter się wspinam i pojękuję. Przeżuwam suszoną rybę i patrze. Na kępę znów wiozą nieszczęśnika. Charczą mu paciorki modlitw odtwarzanych z taśmy. Z pstrokatego karawanu charczą mu w głośnikach...
Miejscowi pogranicznicy, podobnie z resztą jak ich koledzy z drogówki, w dużej mierze oddają się pobieraniu opłat. Worek koksu, gruda uranu, sztaba złota, bomba czy milion juanów. Tak niewiele rozprasza uwagę człowieka, co na państwowym może gapić się w kolorowe. Przewija strony w paszportach i inkasuje stosowne kwoty. Takich gości na przejściu w Xa Mát jest trzech. Jeden przy wjeździe na plac, drugi przy głównej ambonie, a trzeci na wylocie coś sprawdza. Wietnamczycy wychowywani są twardą ręką. Szczególnie przez instytucje państwowe. Policjanci lubią się wydrzeć, a nauczyciele są szorstcy i autorytarni. Młody człowiek szybko dostrzega w nich majestat władzy i trudno wyobrazić sobie, jak podnosi na niego rękę. Elity kontrolujące zjednoczony kraj od ponad czterdziestu lat, a Wietnam Północny od 1945 roku, najwyraźniej nie odczuwają konieczności wyobrażania sobie zagrożeń, których nie ma.
Natężenie ruchu po wietnamskiej stronie błyskawicznie przypomina o panujących tu normach. Przybywa też domów, sklepów, zieleni. Do Tây Ninh docieram w niecałą godzinę. To nieszczególne miasto wielkości Gliwic i wysokości Zgierza odgrywa szczególną rolę w życiu religijnym Wietnamu. 
Tây Ninh jest miejscem narodzin i stolicą kaodaizmu, religii łączącej wpływy monoteizmów oraz religii prawa naturalnego. Chrystus, Konfucjusz i Budda to elita panteonu tutejszych świętych. Wielobarwne świątynie, których nie sposób od siebie odróżnić migają mi w kącikach oczu, podczas gdy skuter podskakuje na wietnamskich dziurach. Przy zatłoczonym wjeździe do Sajgonu kluczę wśród ciężarówek kwiląc z bólu tubalnie. Przed zdumieniem świata chroni mnie ich syk, sapanie i zgrzyt.

1 komentarz:

  1. aeś poełnił tekst...
    Język barwniejszy niż kobierzec w na Grande Place w Brukseli. Barwy perskiego dywaną zdają się być wyblakłe przy barwach tego języka.
    Tuszę, iż już nie "kwilisz z bólu tubalnie" i obrazenia się wygoiły...

    "Raz rozpoczęty manewr większego pojazdu należy uznać za nieodwołalny" - jak w Indiach czy Bangladeszu

    OdpowiedzUsuń