niedziela, 15 kwietnia 2018

2. Jedwabnym Szlakiem na Borneo

12.04.2018
Kolejny dzień w Biszkeku zaczyna się leniwie, ale już koło dziewiątej docieram na Oszski Bazar. Przy Kijowskiej, pod bramą w kształcie łuku wygiętego w myśl tradycji utrwalonej obecnością islamu, panuje już spory ruch. Jedni czekają na marszrutki, inni gonią za swoimi sprawami. Na placu przed wejściem kręcą się gromadki cinkciarzy z telefonami w dłoniach i pękatymi saszetkami przy boku. Na pierwszym lepszym, straganie z kosmetykami kupuję obcinacz do paznokci, którego przed wylotem do Singapuru znowu będę musiał się i tak pozbyć. Chodzę po targu i wypatruje tematu do zdjęć, ale widzę kolejną odsłonę tego samego przedstawienia. W tej części sprzedają suszone owoce, wyeksponowane w schudnie przylegających do siebie workach, obok słodycze a jeszcze dalej przyprawy usypane w zgrabne kopczyki. Dookoła głównej hali handluje się płaskimi krążkami chleba oraz końską kiełbasą. Grube, nierównomiernie uformowane pęta, napakowane są grudami mięsa i tłuszczu. W małej hali targowej dominuje zapach świeżej baraniny. Krwisty, dławiący. Handlary w białych kitlach wyplatają z jagnięcych flaków zgrabne warkocze, którymi przyozdabiają worki rozdartych żołądków wypełnionych jak torby podróżne podrobami na sprzedaż. Powietrze stężałe od zapachu świeżej krwi sprawia, że robi mi się ciepło. Koło jedenastej dzwoni do mnie wolontariuszka. - Musisz się stawić na konferencji prasowej! Jesteś na Oszskim Bazarze?! Dobra, będę za pół godziny.
Do miejsca, w którym umówiła nas z taksówkarzem idziemy nieśpiesznie, bo miasto zakorkowane, za to dzień słoneczny i rozmowa się klei. Dziewczyna nie potrafi ukryć kim jest naprawdę i czym się w życiu kieruje. Mówi o planach na przyszłość i motywacjach zakorzenionych w przeszłości. Szybko odgadujemy się nawzajem.
Górujące na miastem, ośnieżone szczyty sprawiają, że pomimo słonecznej aury, powietrze jest ostre. - Nie domknęliście drzwi – sapie na dzień dobry niezadowolony kierowca. - To ja domknę drzwi, a wy domknijcie okna. W klubie panuje tłok i kuluarowe zamieszanie. Witamy się z gospodarzami i zajmujemy niewielki stolik pod scenką. Amerykańska wokalistka bryluje w towarzystwie, a jej plenipotentka rozdaje silikonowe opaski, na których nazwisko gwiazdy widnieje obok nazwy sponsora jej środkowo azjatyckiej trasy. Po poczęstunku (sushi, frytki, kurczak, grecka sałatka i wino) przedstawiamy się kolejno w krótkich monologach. Jakaś kobieta wcinając się w środek rozmowy, przysiada się do naszego stolika i pyta czy może się przysiąść. Dziennikarka. Kaleką ruszczyzną dwoję się i troję, żeby z językowej ubożyzny, której bliżej do pogawędek przy piwie, sklecić wypowiedź godną wywiadu. - Proszę mi na ten adres przesłać tekst do przeczytania. Podszkolę trochę swój rosyjski – kwituję żartem w akcie szczodrobliwej samokrytyki. - No przydałoby się – odpowiada niby żartem dziennikarka, która odmawia rozmowy po angielsku.

13.04.2018
Po śniadaniu przenoszę się do Hotelu na Piątym. Chłopaki zaliczyli nocną podróż przez Istambuł i teraz śpią w dwuosobowych pokojach. Jest nas czterech. Kuba-menadżer projektu ocknie się nie prędzej niż za trzy godziny, więc biorę jego sprawy w swe porywcze ręce, choć do słuchawki wciąż grzecznie proszę o jedynkę. - Trzeba było mi to wczoraj zgłosić – poucza mnie przez telefon odpowiedź informująca o obowiązkach gościa festiwalu. Tłumaczę już niegrzecznie, że to organizator zwraca się wcześniej z zapytaniem, czy zespół zgadza się na akademik zamiast hotelu. Po godzinie recepcjonistka wręcza mi klucz bez słowa. Od szesnastej do osiemnastej mamy czas na próbę w klubie, w którym wieczorem zagramy seta przed jam session. Na piątą ustawiam Jasura-pianistę z Tadżykistanu, a na piątą trzydzieści Amantura-kirgiskiego saksofonistę, których zaprosiliśmy do wspólnego grania. Na miejsce przyjeżdżamy o wpół do piątej. Jakieś dzieci w strojach ludowych i ich wypudrowane mamy krzątają się w gotowości do wyjścia na scenę. Menadżer klubu wskazuje na wystrojoną dzieciarnię i informuje, że zostało nam pół godziny. Tłumaczenie, że zgodnie z planem mamy jeszcze półtorej nie przynosi skutku. - Nikt mnie o niczym nie informował – ucina. Przegrywamy dwa numery z pianistą, a saksofonistę przepraszam i proponuję próbę podczas soundchecku przed jutrzejszym koncertem. Dwa zero dla festiwalu. Przed wieczornym występem organizatorka chodzi po klubie naburmuszona i ostentacyjnie unika kontaktu. Konfrontacja też nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Zacietrzewienie w nieumiejętności przyznania się do błędu jest formą transformacji człowieczeństwa poprzez wstapienie na drogę do zezwierzęcenia. Wkraczając w ten piątek, nie nastawiałem się, że to trzynasty...

14.04.2018
Od rana ciasno z czasem. Późno wstaję, bo budzę się w środku nocy w zimnym pokoju. Śniadanie w hotelowej klitce jest ruskie. Zimne naleśniki, różowe salami i omlet na oleju. Chłopaki chwalą się na grupowym czasie, że znaleźli wegetariańską knajpę na drugim piętrze. Dołączam do nich z ciekawości co straciłem. Do ogromnej sali biszkeckiej filharmonii przyjeżdżamy w południe. Obok portierni, na wchodzących czyha wykrywacz metali. Obładowani sprzętem przechodzimy przez jego mizerną framugę, a on buczy sobie i muzom. Realizator dźwięku pali się do rozmowy po angielsku. Trudno go zrozumieć, natomiast rozumiem, że soundcheck, który jest zaległą próbą, potrwa godzinę, a nie dwie. Nasz saksofonista przybiega w ostatniej chwili. Chwilę gramy, pakujemy się i idziemy szukać jedzenia.
W restauracja jest etnicznie. Pełno w niej poduszek. Przeglądamy menu, które głównie kusi mięskiem, podczas gdy niecierpliwy kelner w ludowym stroju ponagla. Na stole ląduje pieczywo i śmietana. Potem to już smażona baranina z kolorową papryką, pierogi nadziane zieleniną, słony kefir z końskiego mleka i słodziutki kompot z suszonych śliwek. Wyśmienite! Akademia muzyczna ma klasyczny wystrój socrealistycznych instytucji. Wysokie po sufit drewniane, dwuskrzydłowe drzwi już się nie chcą domykać. Porozsychane wzdymają się ponad falistą powierzchnią podłogi wyłożonej parkietem z drobnej, skrzypiącej klepki. Ściany szpachlowane na oko, kryje po szpitalnemu olejna farba. W niewielkiej salce z fortepianem prawie wszystkie miejsca są już zajęte. Pedagodzy, studenci, ciekawscy. Nie wszyscy rozumieją angielski, więc tłumaczę siebie na rosyjski. Spotkanie od samego początku ma charakter pogadanki z przeważającym elementem mojego monologu. Padają pytania o przebytą drogę, inspiracje i przyszłość muzyki z duszą. Opowiadam. Gramy. Znowu opowiadam. Znowu gramy. Słuchacze reaguje żywo, a półtorej godziny mija jak jedna chwila.
Nasz wieczorny występ zaplanowano na dwudziestą dwadzieścia, ale spod hotelu wyruszamy prawie godzinę wcześniej. Na parkingu pod filharmonią stoi już wóz transmisyjny. Na portierni oddajemy do depozytu paszport i dostajemy klucz do garderoby. Lustra, kilka krzeseł na kilku metrach kwadratowych, zaryglowana toaleta. Przed nami cztery zespoły. Nasza wolontariuszka biega w tę i z powrotem, informując nas na bieżąco o sytuacji, która organizatorom już dawno wymknęła się spod kontroli. Jest dwudziesta trzydzieści. Zespół z Tadżykistanu właśnie wychodzi na scenę. O wpół do jedenastej sala filharmonii powoli pustoszeje .
- Dziękuję wam za muzykę. Wypełniła moją duszę - zwierza się po rosyjsku zasuszona Niemka po pięćdziesiątce. - Dziękuję wam za waszą duszę - najzgrabniej jak potrafię wymykam się spod ciężaru nieodwzajemnionego komplementu.
Resztę wieczoru spędzamy w trójkę w szykownej, opustoszałej hamburgerowni. Popijam jagodową herbatę i słucham muzyki. Jobim. Sączy się dyskretnie nie wiadomo skąd. W osaczonej górami Kigistanu stolicy brzmi surrealistycznie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz