czwartek, 26 kwietnia 2018

6. Jedwabnym Szlakiem na Borneo

25.04.2018
Poranek zapowiada się leniwie. Kuba z Grzegorzem robią wypad po pamiątki, a Młody i ja zostajemy na domu. Chcę poobrabiać zdjęcia, poza tym nie mam w plecakach miejsca na przyprawy, dzwonki, zielone herbaty, magnesy i koszulki z Manado. Ledwo pakuję te kilka par skarpet, koszulę na scenę, dyktafon, bieliznę, dysk, trzy tiszerty, słownik arabski, łyżkę do zupy, mapę Wietnamu, kadzidełka w stożkach, coś do pisania, aparat, bibułki, trzy obiektywy, baterie, marker, bezprzewodowy głośnik, korektor, zatyczki, telekonwerter, kostkę Rolanda, chińskie zapiski, krótki przedłużacz, zeszyt i kable, etui na karty, garść ładowarek, Jądro Ciemności, harmonijkę, laptop, bluzę z kapturem, dmuchany podgłówek, tabletki, skarpetki, Machiavellego, pastę do zębów, drobiazgi na zapach, czapkę na chłody i kilka płyt.
Na sali wciąż pusto. W połyskliwej podłodze sceny odbija się zarys ogołoconej z talerzy perkusji. Brak jej statywu i stołka. Opiekun jest mało przyjemnym gościem koło pięćdziesiątki. Podaje mi rękę, którą ściskam, choć pewnie poczułby się lepiej, gdybym z niej coś zjadł. Pyta czy mamy ze sobą kable. Chyba ma nadzieję, że się sami porozpinamy. Dwie godziny zabiera mi ogarnięcie sytuacji na scenie. Muzycy nie mówią po rosyjsku, a obsługa nie zna angielskiego. Znoszenie gadżetów, szukanie przedłużaczy, ustawianie świateł. Czuję się, jakbym na ochotnika przyjął rolę producenta szkolnej akademii. Gdy na salę wchodzą pierwsi goście, wciąż jeszcze się wydzieram, próbując ustalić coś z facetem z reżyserki na piętrze. Uzbekistan, jak na kraj, którego wizerunek budują symbole islamu - monumentalna architektura żywcem wzorowana na szyickich świątyniach Iranu, jest w sumie zaskakująco niemuzułmański. W sklepach sprzedaje się świński tłuszcz, a w cuchnących toaletach korzysta się z papieru, który tak jak w chinach trzeba ze sobą przynosić. W toalecie obsługującej nasz dzisiejszy koncert nie ma wody...
Miejscowy gwiazdor sowieckiej estrady wygłasza przywitalną bajerę, po czym na scenie zjawia się umuzykalniona piętnastolatka. Słyszę za kulisami jak drze się do mikrofonu. Po krótkiej prezentacji zespołu, wywołany wychodzę zza kotary. Konferansjer wręcza mi dyplom w imieniu ministra kultury. Ot taki wstęp do koncertu. Publiczność jest ospała. Chcą sobie posiedzieć i poklaskać leniwie w ramach aktu kurtuazji, w reakcji na muzykę, której nie znają. - Bijecie brawa jak mieszkańcy stolicy, sennie i niemrawo. Jeszcze raz! Chcę słyszeć, że żyjecie!!! O, dużo lepiej. Teraz dopiero czuję się jak na wsi - dozuję z wdziękiem zakamuflowaną zjebkę. Śmieją się. Możemy zaczynać.
- Już wiem dlaczego nie chciałeś śpiewać na antenie - wyznaje po występie rozpromieniona Oleysa.

26.04.2018
Niebo znowu błękitne. Po siedmiu dniach jedzenia baraniny, trzech koncertach zagranych w trzech miastach i dziewięciuset kilometrach wysiedzianych w samochodzie, czuję się nasycony Uzbekistanem. Przed południem docieramy do budynku taszkenckiej akademii muzycznej. Wejścia do głównego holu strzegą bramki, jak w toaletach na kolejowym w Katowicach. Zamiast portierów siedzą naburmuszeni milicjanci - Nie filmować! - witają nas uroczyście w progach gmachu konserwatorium. Każą czekać. Co chwila ktoś się na mnie gapi. Jestem jedyną osobą w spodenkach powyżej kolan. Co poniektórzy potrząsają uniesionym ku górze kciukiem. Mam tak trzymać. W sali, w której poprowadzę warsztaty czekamy aż popodpinają sprzęt. Część studentów po godzinie wychodzi zniecierpliwiona. Na start serwujemy porcję muzyki bez zapowiedzi. Ci co zostali orientują się, że dla nich gramy dopiero w połowie numeru. Są małomówni, gdy próbuję nawiązać z nimi dialog. Wolą być zabawiani. Dla nich to pierwsze spotkanie z dziwactwem przekory, która rodzi się w człowieku, gdy ten chadza pod prąd. Ale co oni mogą wiedzieć o chodzeniu pod prąd, w tej umundurowanej rzeczywistości. Słuchają i patrzą, ale nie mówią. 
- Wstydzą się - wyjaśnia w imieniu dorosłych studentów szkolny akustyk i sam zadaje pytania, żebyśmy nie siedzieli tak w ciszy. Gramy kolejny kawałek. Ktoś się w końcu ośmiela, a ja od razu otwieram się jak Max Kolonko. Teraz słuchają. Czy coś z tego zrozumieją? Dziennikarka koło sześćdziesiątki z powyjadaną szminką zdaje się wiedzieć, o czym mówię.
Na lotnisko wyruszamy trzy godziny przed wylotem. Dyplomatyczne blachy znowu zdają egzamin. Omijamy kolejkę samochodów oczekujących na jakąś kontrolę. Żeby dostać się na plac przed budynkiem lotniska musimy przepuścić bagaże przez skaner. Po przekroczeniu drzwi wejściowych robimy dokładnie to samo. W kolejce do odprawy czeka już kilkanaście osób. Kontrola paszportów, oklejanie walizek, wydawanie kart pokładowych. Wszystko to trwa w nieskończoność. Narowista Uzbeczka próbuje się wryć do kolejki, na co Kuba – Gdzie?! Ta mu z ryjem, że już długo stoi, i że teraz jej kolej. Ja na to – Ciszej mi tu, a ta – Zamknij się debilu! To mój kraj!
Jeżeli komuś wydaje się, że Azja to ojczyzna pokory i wewnętrznego spokoju to odpowiedź brzmi - Ni chuja! Ludzie ziemi, którą opuszczamy, pomimo pozorów łagodności są porywczy. Podczas rocznego pobytu na Dalekim Wschodzie, pomimo kilku usilnych prób, nie zdołałem ściągnąć na siebie agresji. W Azji Środkowej, w ciągu kilkunastu dni odniosłem sukces dwukrotnie. Do kontroli paszportowej idziemy przez trzeci skaner. Tuż za budkami celników gość przy ambonie znowu sprawdza paszporty. Za wąskimi drzwiami czeka na mnie kolejna inspekcja i ostatni skaner, obok którego ustawiono wykrywacz metali. W hali odlotów prawie wszystko już po staremu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz