poniedziałek, 16 kwietnia 2018

3. Jedwabnym Szlakiem na Borneo

15.04.2018
Rano uciekamy z miasta w stronę ośnieżonych szczytów Tienszanu. Mam dosyć widoku bloków z płyty i supermarketów z falistej blachy. Tuż za miastem zjeżdżamy z asfaltowej drogi. Samochód pnie się pod górę po kamienistych wybojach i tak przez następne dzieścia kilometrów. Na górskiej polanie, tuż przy drodze, spotykamy Artura. Polak jeździ po Azji środkowej w poszukiwaniu informacji o lokalnych twórcach sztuki nowoczesnej. Właśnie przyjechał z Urumczi. Szybko wychodzi na jaw, że mamy wspólnych znajomych. 
Droga kończy się tam, gdzie wybudowano uzdrowisko z widokiem na ośnieżony monument skalnej materii. U jej podnóża rozciągają się łagodnie zarysowane kurwatury niezliczonych dolin, na zboczach których pasą się ciemnowełne owce. Górski kurort zionie pustką. Rzędy domków letniskowych stylizowanych na białe jurty, kilka ścieżek po zboczach pobliskich pagórków i pagórek z widokiem - ot cała atrakcja uzdrowiska dla bogaczy. 
Podczas nasiadówki przy napojach dzielimy się wiedzą. Artur opowiada o podróży przez Sincjang – Zachodni Turkiestan. Nad tym autonomicznym regionem wielkości Hiszpanii, Francji, Niemiec i Polski razem wziętych, zamieszkałym przez dziesięciomilionową ujgurska większość, militarną kontrolę sprawuje Pekin. Artur bardziej jest podekscytowany swoją opowieścią niż przejęty. To pisarz, który właśnie natknął się na kontrowersję rezonującą z jego lewicowymi poglądami.
Taksówkarze swoimi opowieściami, pytaniami, a nawet tym czego nie mówią, często uzupełniają obraz rzeczywistości zastanej, acz wciąż niezrozumiałej o kolejny element układanki. Nasz kierowca to poczciwy gaduła z inicjatywą oraz wnikliwy słuchacz. Opowiada jak w sowieckiej armii sprzedawało się cichaczem benzynę, pyta o Lewandowskiego, czy baptyści to chrześcijanie i co to znaczy, że obecność islamu na terenach tradycyjnego oddziaływania przedmuzułmańskiej, rodzimej kultury Kirgistanu może uchodzić za formę zaboru religijnego, który przeistoczył się w nową tradycję, a działanie czasu sprawiło, że jego prawdziwa natura poszła w zapomnienie. - U nas władze zakazały wzywania do modlitwy z minaretów - podsumowuje taksówkarz. Proces laicyzacji życia Kirgizów najwyraźniej już się rozpoczął.
Wieczorem siedzę z Arturem przy piwie i herbacie. Rozmawiamy o kulturze za pieniądze. Roztrząsamy dylemat wolności słowa – niespełnionego ideału tak bliskiemu sercu każdego lewaka, który musi patrzeć z czego żyje.

16.04.2018
Deszcz leje od rana. Koło jedenastej wynosimy się z hotelu opłaconego przez organizatorów. Taksówkarz każe na siebie czekać trzy kwadranse, po czym nie przyjeżdża. Na recepcji zamawiam kolejną. Zawaleni bagażami, podjeżdżamy żwirową drogą pod bramę domu na obrzeżach, kołysząc się w korytach kałuż. Pokoje są czyste, zimne. Kuba pojechał rozliczyć się z naburmuszoną organizatorką i wylądował z nią na kawie, więc w trójkę ruszamy w poszukiwaniu żarcia. W Kirgistanie jedzenie jest śmiesznie tanie. W ujgurskiej restauracji Grzegorz niezłomnie trzyma się wegetariańskich ślubów, natomiast Mateusz i ja zamawiamy baranie szaszłyki po osiemdziesiąt somów, czyli po dolarze za sztukę. Smak soczystego mięska, jakiego na próżno w ojczyźnie szukać, wprawia nas w błogostan pełen pomruków, a Al-Afasy recytuje nam z głośników koran.
W drodze do domu Kubie zachciewa się sziszy. Naprzeciwko restauracji, która rokuje, jesteśmy świadkami szarpaniny. Krępy mężczyzna próbuje wepchnąć do bagażnika pijanego faceta. Wpychany miota się i wierzga nogami jak dziecko oderwane od ulubionej zabawy. W restauracji zionie pustką, więc wracamy na ulicę, gdzie chodnikowa telenowela przeniosła się już z bagażnika na tylne siedzenie samochodu. - Ty tam! Wyłączaj telefon i wynocha - warczy do mnie Krępy, widząc komórkę, na której właśnie odczytuję wiadomość. - Żadnych zdjęć! - komenderuje. Reaguję adekwatnie do tonu inicjatora interakcji i udaję, że dalej zajmuję się swoją komórką, choć czuję się już sprowokowany. Krępy podbija krokiem narwańca.
- No co? - pyta zbliżając wyzywająco swoją twarz do mojej. Jego czoło pod naporem zaczepnie uniesionych brwi marszczy się na wysokości moich oczu.  
- No co?! - odpowiadam nie ustępując o krok. W drzwiach budynku sąsiadującego z restauracją ukazuje się napakowany Ujgur w dresowych spodniach. Widząc, że Krępy sobie nie radzi, rusza żwawo w moją stronę. 
- Salam - rzuca przywitalną formułę stężałym od adrenaliny głosem i podaje mi rękę w geście zaprzeczającym intencji, która go przywiodła 
- Kasuj zdjęcie z telefonu i zabieraj się stąd! - nakazuje arbitralnie. Choć przeszło mi to przez myśl, żadnych zdjęć nie robiłem, honorowo więc brnę dalej w stronę trudnej do przewidzenia kody chodnikowego sporu. 
- Pokażę ci, co mam w telefonie, ale jak nic nie znajdziesz, to wrócisz skąd przyszedłeś, a ja dalej zajmę się sobą dokładnie tu, gdzie stoję, haraszo? 
Bojowy Ujgur dębieje. Głupio mu grzebać mi w telefonie, uznaje więc, że mówię prawdę i wycofuje się w stronę drzwi, w których przed chwilą się pojawił. Na Stancję z Buczącym Grzejnikiem wracam medytując nad swoim udziałem w tej całej głupocie.
Wieczorem gospodyni puka do drzwi z wiadomością, że ktoś do Mateusza próbuje się dodzwonić na jej kirgiski numer telefonu. Hę? Nikt nie wie gdzie jesteśmy, a poza tym dlaczego akurat do naszego basisty? Przecież on tylko chodzi pokornie w nasze ślady, a kiedy trzeba to gra jak trzeba. Gospodyni wciska mi do ręki telefon i każe rozmawiać z właścicielem domu. - Jakiś ambasador próbuje się do was dodzwonić - informuje głos w słuchawce.
Pod hotel Dostuk, z którego rano się wymeldowaliśmy podjeżdżam z Kubą około dziesiątej. Dwóch mężczyzn pali pod hotelowymi drzwiami. Ten szpakowaty chudzina o szlachetnych rysach twarzy, ten w skórzanej kurtce motocyklisty, owinięty długim, cienkim szalikiem, co nie wygląda na miejscowego, to polski ambasador. Ten drugi, to jego człowiek do specjalnych poruczeń. Witamy się i kierujemy w stronę drzwi, przez które przeciska grupka młodych Kirgizów. - Nikt was nie nauczył, że starszych puszcza się przodem?! 
Wieczór mija nam w pobliskiej restauracji przy napojach na poprawienie nastroju i ból głowy. Ambasador jest historykiem, starym opozycjonistą, działaczem humanitarnym oraz zapalonym motocyklistą.  Z dumą wspomina jak siedział w ciupie, odpala przy tym jeden od drugiego, słucha co się do niego mówi i zachowuje się bez dyplomatycznego zadęcia. Właśnie przyjechał po nas z Taszkentu. Przed nami wspólna podróż do Uzbekistanu. Rozstajemy się około pierwszej w poczuciu, że już sporo o sobie wiemy.

17.04.2018
- Może pan już powoli zacząć przepraszać - rzuca zza kierownicy samochodu zaparkowanego pod bramą naszego pensjonatu skwaszony ambasador z nieodłącznym papierosem w dłoni. Przed nami sześćset kilometrów jazdy na dwa samochody, w tym przeprawa przez trzy górskie przełęcze położone powyżej trzech tysięcy metrów. W popłochu wynosimy graty z pokojów – Force majeur, Ambasadorze – tłumaczę wymijająco nasze ponad piętnastominutowe spóźnienie.
W poszukiwaniu drogi na zachód kluczymy ulicami Biszkeku zawracając dwukrotnie skołowani podpowiedziami nawigacji. Na południowym horyzoncie, wzdłuż drogi, którą kierujemy się na zachód od stolicy ciągnie się Tienszan. Zatykające się co chwila uszy sygnalizują tempo z jakim nabieramy wysokości, lawirując pośród łysiejącej materii skalnej. Skąpa roślinność całkowicie ustąpiła już śnieżnym skorupom, których wiosenne słońce nie prędko zdoła roztopić. Podczas krótkiego postoju na ponad trzech tysiącach cieszymy się lodowatym wiatrem. 
Po kilku godzinach zbocza Tienszanu zaczynają zielenieć. Pośród tej zieloności sporadycznie wykwitają pojedyncze chaty. Te w miarę zbliżania się do rezerwuaru Toktogul formują się w niewielkie wioski, których architektura niczym nie różni od zabudowy jedynego na trasie naszej górskiej przeprawy miasta o tej samej nazwie. W miarę jak przybywa traw przybywa jeźdźców poganiających środkiem drogi stada kosmatych owiec. Nie wiemy jeszcze, że to nasze pożegnanie z pasterską kulturą północy, których malowniczy, upstrzony jurtami świat rozciąga się od równin Mongolii przez stepy Kazachstanu, po górskie doliny kirgiskiego Tienszanu. Wyczuwa się za to tężejącą obecność islamu. Głowy mężczyzn zdobią płaskie cylindry wzorzystych czapek, podczas gdy włosy kobiet kryją się pod mnogością rodzajów chust. 
W miarę jak posuwamy się na południowy zachód, zieleń trawiastych gór ustępuje wypalonej słońcem czerwieni pustynnych skał. Na godzinę przed zmrokiem docieramy do Izboskan. Podzielone graniczną rzeką miasteczko leży częściowo na terenie Kirgistanu. Nasze samochody przeciskają się przez tłumek handlarzy zgromadzonych pod granicznym szlabanem. Obecność masywnych pojazdów na dyplomatycznych blachach przyciąga uwagę gapiów. - Haroszaja maszyna! - chwali ambasadorskiego Land Cruisera siwobrody starzec w rogatywce. Uzbrojeni w kałasznikowy pogranicznicy informują, że przejście dla ruchu samochodowego jest zamknięte. Wycofujemy się manewrując na wstecznym pomiędzy ciasno zaparkowanymi samochodami. Musimy teraz nadłożyć dwieście kilometrów.
Przejście graniczne w Oszu obsługuje ruch samochodowy pomiędzy Kirgistanem i Uzbekistanem. Pomimo wieczornej pory, panuje tu spory ruch. Przed podjazdem do „kąpieli opon” uzbrojeni strażnicy salutują naszym samochodom na zielonych rejestracjach. Błyskawicznie udajemy się do kontroli paszportowej omijając wężyk handlarzy obładowanych sprzętem AGD. W nadziei na dwudziestoprocentowy zysk, na własnych plecach przenoszą na uzbecką stronę olbrzymie pudła, które do Kirgistanu docierają w transportach z chińskiego Kaszgaru. Stosunki uzbecko-kirgiskie dopiero niedawno zaczęły się normalizować, a nowa władza po obu stronach stawia na otwarcie i rozwój gospodarczy. 
Żołnierz w mundurze polowym toruje nam drogę przez salę odpraw. Zapach potu miesza się tu ze smrodem baraniej sierści. Po uzbeckiej stronie też trwa mała gehenna. Pojazdy blokują sobie drogę nawzajem. Pomiędzy nimi panuje gorączkowa krzątanina. Jakaś kobieta próbuje przepchnąć przed maską naszego samochodu pusty dziecięcy wózek. Grupa handlarzy, którzy tak jak my utknęli pośrodku tego chaosu, podniesionymi głosami próbuje ustalić co dalej. Do opustoszałego hotelu docieramy grubo po północy.

18.04.2018
Ferganę pokrywa szara czapa deszczowych chmur. Uzbecki deszcz siąpi mi na głowę, gdy przechodzę na śniadanie do drugiego budynku. Grupka wygłodniałych mężczyzn w jaskrawych garniturach, czatuje przy szwedzkim stole, na którym pozostały już tylko przebrane szczątki. Chleb, kilka sadzonych jajek, ser, jakieś ogórki oraz na deser orzechy z sezamem w miodzie.
Po śniadaniu szybkie spotkanie z Październikiem - zarządcą tutejszej sali koncertowej, który woli osobiście upewnić się, że dobrze zrozumieliśmy się mailowo i telefonicznie. Pytamy o lokalnych muzyków. Mówi, że przyprowadzi jednego na próbę przed wieczornym koncertem zakładając, że na pewno się wpasuje. Powoli zaczynam mieć dość baraniny przegryzanej lepioszką i świeżą cebulą z koperkiem, zakrapianą octem z pikantną wkładką. Codzienny jadłospis w regionie jest pełen ciężkich potraw. Ich podstawą jest mąka i niebywałe ilości grillowanego mięsa.
Sala koncertowa stanowi centralną ozdobę obszernego parko-ogrodu. Pod jej masywne wrota docieramy pod eskortą milicyjnego radiowozu po piętnastej. Czuwający przy wjeździe smagli funkcjonariusze w zielonych mundurach i czapkach stylizowanych na kepi salutują, kiedy mijamy ich posterunek. Próba ciągnie się w nieskończoność. Pomimo że na scenie towarzyszy nam ponad dziesięcioosobowa grupa mężczyzn, na podpięcie mikrofonu czekam półtorej godziny. Zniknęły skośne oczy - ozdoba pucułowatych kształtów kirgiskich twarzy. Otaczają nas szczupłe, tureckie sylwetki mężczyzn, którzy tu, na rubieżach byłego imperium sowietów posługują się już tylko łamaną ruszczyzną. Nasz saksofonista ma na imię Sprawiedliwość. Jest żołnierzem na służbie w lokalnej orkiestrze wojskowej. Jego dłonie twarde jakby po godzinach dorabiał na ciesielce, nadają ton jego grze. - Graj na słuch - komenderuję w czasie koncertu, próbując wyrwać go z objęć beznamiętności.
Kwadrans po osiemnastej sala wypełnia się po brzegi. Kątem oka obserwuję swoją postać w telebimie po lewej. Tysięczna publiczność jest ożywiona, chce poklaskać w rytm muzyki. Pełne energii wypróżnienia solistyczne, nagradza gromkimi brawami. Nudzi się podczas ballad. Po zakończonym występie organizatorzy wywołują nas na spotkanie ze słuchaczami. Dopada mnie podniecony tłum. Selfie z artystą wydaje się być dla większości kulminacją wieczoru. Uciekam do garderoby, w chwili, gdy wybuchają pierwsze kłótnie w kolejce po zdjęcie. Teren parku opuszczamy w eskorcie milicji, udając się na wieczorny poczęstunek - świadectwo tutejszej gościnności, która spuści w niepamięć organizacyjny chaos. Na stole czekają już na nas alkohole halal, końska kiełbasa, rozmaite gatunki sałatek i miejscowego pieczywa. Po kolei wznosimy toasty, w których dziękujemy sobie nawzajem, wyrażając nadzieję na rychłe spotkanie. Kuba coraz śmielej zagaja po rosyjsku. Jest pod wrażeniem spektaklu naszego gospodarza, który nie pozwala kieliszkom przesychać. Shavkat mówi o przyjaźni, wzajemnym szacunku i pomocy. Zachęca nas do złożenia prywatnej wizyty, podczas której zapolujemy na niedźwiedzia. Kuba po raz pierwszy doświadcza wschodniej gościnności w wydaniu postsowieckim. Ta naiwna serdeczność, która nijak się ma do obrazu świata rządzonego zasadą korzyści, świata cynicznego, opartego na nieufności, sprawia, że Kuba daje się ponieść fali optymizmu, dziecięcej wiary w szczerą bezinteresowność, wiary w to, że gdzieś tam istnieje lepszy świat...
- Ty, - zagaja po powrocie do hotelu z niedowierzaniem w głosie – Shavkat powiedział, żeby mu pomóc wizę do Polski dla brata załatwić...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz