niedziela, 22 kwietnia 2018

4. Jedwabnym Szlakiem na Borneo

19.04.2018
Z Fergany wyjeżdżamy po śniadaniu. Droga prowadząca do stolicy Uzbekistanu przecina w pół równinę, która do złudzenia przypomina Polskę lat osiemdziesiątych. Podskakujemy na dziurawej nawierzchni mijając chylące się ku ruinie bloki z płyty. Po drodze zatrzymujemy się na Polskim Cmentarzu Wojennym w Gʻuzor. Gadatliwa Gośka wspomniała mi o Armii Andersa jeszcze w Biszkeku. Nie wiem jakim cudem przeoczyłem ten rozdział historii drugiej wojny światowej. Chodzi przecież o wyprowadzenie ze Związku Sowieckiego stu dwudziestu tysięcy Polaków. Generał Anders, aresztowany przez sowietów w 1939 roku, trafia do Moskwy na słynną Łubiankę. Tam czeka na rozstrzelanie. W czerwcu 1941 roku, hitlerowskie Niemcy napadają na sowiecką Rosję. Stalin w panice zgadza się na utworzenie polskiej armii na terenie Związku Sowieckiego. W miesiąc później premier polskiego rządu na uchodźstwie, generał Sikorski podpisuje w Londynie, w obecności samego Churchilla, układ z radzieckim ambasadorem Majskim. Układ przywraca stosunki dyplomatyczne pomiędzy Polską a Związkiem Sowieckim. Generał Anders zostaje zwolniony z więzienia i poinformowany, że od teraz jest dowódcą polskiej armii. Na mocy Układu Sikorski-Majski tysiące Polaków aresztowanych po siedemnastym września 1939 roku wyruszają z łagrów do miejsc stacjonowania komisji rekrutacyjnych. Bez środków do życia przemierzają syberyjskie bezdroża. Wielu z nich umiera po drodze. Rekrutów przerzuca się do Azji Środkowej. Cmentarz Wojenny w Gʻuzor jest jednym z wielu miejsc upamiętniających marsz Polaków. 
Po południu docieramy do ambasady w Taszkencie. Pracownicy witają szefa z takim afektem, jakby opuścił placówkę miesiąc temu, a nie wczoraj rano i właśnie powrócił po wykonaniu kolejnej, trudnej misji. Oddajemy paszporty do rejestracji i udajemy się do rezydencji ambasadora, na spoczynek.

21.04.2018
Klarowny błękit słonecznego nieba na dobre zastąpił pochmurną aurę, którą przywitał nas Taszkent. Podczas porannej wycieczki po słoninę i chleb, natrafiam na uliczny wypiek sams. Mężczyzna krząta się przyklejając do wnętrza rozgrzanych ścian pieca przypominającego studnię, pączki nafaszerowane cebulą, ziemniakami i baraniną. - Trzeba poczekać piętnaście minut - wyręcza odpowiedzią żonę, która nie mówi po rosyjsku. Pod uliczną piekarnią zbiera się grupka mieszkańców parterowych domów. Przypominając wiejską zabudowę nie pasują do wizerunku centrum stolicy. Postawny Rosjanin zagaduje po angielsku. Na jego koszulce widnieje zdjęcie umundurowanego oficera, udekorowanego galerią orderów.
- Co to za jeden?
- Jak to co? Zwierzchnik radzieckich sił zbrojnych.
- A ty to Ruski czy Uzbek?
- Uzbek.
- To czemu w Uzbekistanie paradujesz z ruskim generałem na koszulce? Kilka osób wybucha śmiechem.
- To mój osobisty bohater! - zamyka moje dochodzenie dumny, że mógł służyć w sowieckiej armii.
Przed południem jedziemy na wywiad i sesję zdjęciową do muzeum uzbeckiego rękodzieła. Żeby w Uzbekistanie zdobyć kartę sim trzeba się dobrze napocić. Najpierw urząd wbija pieczątkę do paszportu, potem załatwia się formalności w centrali operatora sieci. Odechciewa się nam tej kilkudniowej bieganiny jeszcze przed startem, a że do spotkania zostało pół godziny, szukamy knajpy z darmowym internetem. Pod bramą muzeum witają nas dwie dziewczyny. Jedna zadaje pytania, próbując wkręcić się w słuchanie odpowiedzi, druga przysłuchuje się rozmowie, choć mogłaby już robić zdjęcia. Kilkakrotnie zmieniamy scenerię pozując do wydumanych zdjęć i szybko zwijamy się na kawę. Taszkent to stolica Azji Środkowej, wysprzątana jak Białoruś, niskopienna jak Grodzisk Mazowiecki. Jedziemy szerokimi ulicami, wzdłuż których pełno milicjantów. Czają się na skrzyżowaniach, przy przejściach dla pieszych i wejściach do metra. Lubią sprawdzić torebkę lub zatrzymać samochód do rutynowej kontroli. Podczas rozmowy w kawiarni dopełnia się obraz kraju zakleszczonego w paradoksie. Z jednej strony władzy zależy na pielęgnowaniu wizerunku państwa świeckiego - podobnie jak w Kirgistanie minarety są tylko niemym elementem dekoracji muzułmańskich świątyń. Z drugiej strony sprawuje się kontrolę nad moralnością obywateli. Wysiadujący po parkach kochankowie są legitymowani, całowanie się w miejscach publicznych jest zakazane, a wynajęcie hotelowego pokoju przez pary niezamężne jest poza zasięgiem portfeli śmiertelników. - Taka u nas tradycja - podsumowują dziewczyny, upierając się, że ta nie ma nic wspólnego z umiarkowaną już dziś, ponad tysiącletnią religijnością sunnickiego narodu.

22.04.2018
Jest Niedziela. Dochodzi południe. Choć słońce już ostro przygrzewa, w domach z cegły, takich jak nasz, jest wciąż chłodno. O tej porze ulice Taszkentu są puste. Nie tylko brak na nich samochodów, ale nie widać też pieszych. Obecność milicji, której patrole co chwila mijamy w drodze na spotkanie z lokalnymi muzykami, jest teraz jedynym dowodem życia stolicy Azji Środkowej. Zielone mundury, czarne i białe Chevrolety. Uzbeckie drogi, ulice miast, ich parkingi zdominowane są przez jedną markę i trzy kolory. 


Bazar Chorsu to największe targowisko w mieście. Dzisiaj więcej tu straganów niż kupujących. Handlarze walutą, sprzedawcy produktów pierwszej potrzeby, wszyscy zabiegają o uwagę klienta. Kobieta z plamami na twarzy i dzieckiem na ramieniu wyciąga rękę po pieniądze. Ignorują ją miejscowi, lecz obcy na nią patrzą. Już prawie sięgam do kieszeni czując tę rozterkę, gdy nagle rozumiem, że przecież wzrok tylko sycę widokiem cudzej mizerii. Błękitna kopuła, niczym odwrócona do góry dnem gigantyczna miska chroni przed żarem produkty, które w mig śmierdną, kwaśnieją, ssiadają się i jełczeją. Końskie mleko, końskie udźce bez kopyt, wyfiletowane połacie końskich żeber i boczki przyrośnięte do grubej warstwy końskiej skóry. Piętro wyżej, sprzedaje się suszonki. Tu handlarze konkurują o klientów. Nie zważając na to, że właśnie odmówiłem komuś, kto tuż obok sprzedaje dokładnie to samo, podsuwają próbki towarów, nawet gdy sam już przebieram w ich pestkach, orzechach i owocowych suszonkach. Kobieta z poplamioną twarzą też nie próżnuje. Szła za nami niezauważenie i właśnie zaczyna swe lamenty. Nasza obojętność ją uspokaja, lecz bynajmniej nie zniechęca. W chwili, gdy sprzedawca mnie podlicza, kobieta wyciąga rękę po swojeMoże dlatego, że widziałem ją już na dole, oddaję jej resztę z pistacji, a ona wpada w prawdziwą histerię. Gdy próbuję odejść, chwyta mnie za ramię. Nie chce odpuścić szansy na większy łup. Dziecko, choć ma nie więcej niż dwadzieścia wiosen, zna swoją rolę. Zanosząc się płaczem, małymi rączkami co sił czepia się do mojej koszuli. - Mafia - podsumowuje nasz uzbecki towarzysz, gdy parka spokojnie oddala się w poszukiwaniu kolejnej żertwy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz