wtorek, 24 kwietnia 2018

5. Jedwabnym Szlakiem na Borneo

23.04.2018
Pomny ambasadorskiej zjebki, zaliczonej tuż przed opuszczeniem Biszkeku, zespół stawia się przed rezydencją gotowy do drogi punktualnie o ósmej rano. Przed nami ponad trzysta kilometrów w upalny dzień. Krajobraz za oknem nie potrafi wskrzesić we mnie bezsennej czujności. Budzę się kiedy kierowca zatrzymuje samochód na poboczu, na którym ustawiono stragany pełne wędzonych ryb. W tle widnieje most przerzucony nad wodami Syr-darii. Wraz z Amu-darią zasilały onegdaj wody Jeziora Aralskiego. Rozpoczęty w Uzbeckiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej w połowie lat sześćdziesiątych projekt irygacji pól przeznaczonych pod uprawę bawełny, doprowadził do jednej z największych katastrof ekologicznych dwudziestego wieku. Drugie co do wielkości jezioro świata zwane morzem praktycznie zniknęło z powierzchni, a niegdysiejsze jego porty przemieniły się w pustynne miasta widmo. Moʻynoq. Kupujemy po rybce i ruszamy w dalszą drogę podskakując na nierównościach nawierzchni naszpikowanej łatami w łatach. Przy wjeździe do Samarkandy kolejny postój. Kierowcy kombinują jak dotrzeć do miejsca, w którym dzisiaj zagramy, jakby nawigacja nie istniała. W pobliżu samochodu kręci się kobieta o złotych zębach. W ręku trzyma niewielki garnek pełen brunatnych kłączy. Za drobną opłatą chce nas okadzić, uwolnić od złych mocy, choroby, na szczęście. Ot taki to w Uzbekistanie islam. 
Na ulicach Samarkandy widzimy kolaski zaprzężone w osły. Ta starożytna osada, która na dobrą sprawę nigdy nie przestała istnieć, różni się atmosferą od sterylnej stolicy, podniesionej z gruzów miasta powalonego przed pięćdziesięciu laty przez gigantyczne trzęsienie ziemi. Kobiety noszą się tu w chałatach, których kolor różni się od koloru chust. Mężczyźni paradują w przydużych garniturach. Wzorzyste rogatywki chronią ich głowy przed słońcem. Wyraźna dominacja uzbecczyzny nadaje Samarkandzie etnicznego charakteru. Uzbecki jeszcze przed wojną posługiwał się alfabetem arabskim. Wraz z wchłonięciem Uzbekistanu przez Związek Sowiecki, krótkotrwały romans z alfabetem łacińskim przerwała dyktatura cyrylicy. Choć od odzyskania niepodległości łacińska pisownia powróciła do konstytucyhnych łask, w praktyce stosowana jest na równi z cyrylicą. Mozolę się, sądząc, że odszyfrowuje rosyjski szyld, a to przecież uzbeckie słowa.
Wejścia do sali koncertowej strzeże zastęp milicjantów. Na scenie znów mrowi się grupka pomagierów.
- O której chcecie zacząć koncert?
- To znaczy?
- No o której chcecie zacząć koncert?! O pierwszej, o trzeciej?
- A publiczność?
- Przyjdą jak wam pasuje. Jeszcze jedno. Macie w zespole tancerzy?
Sytuację językową w krajach powstałych w wyniku rozpadu imperiów cechuje powolny zanik języka narzuconego ich obecnością na rzecz języków narodów przez imperia wchłoniętych. Francuski powszechnie uchodzi za język Afryki Zachodniej. Podczas podroży przez Algierię nie da się ne zauważyć, że młode pokolenie Algierczyków nie rozumie już francuskiego. Podobnie w republikach sowieckich, które uzyskały status niezależnych państw. Pierwsze pokolenie Uzbeków urodzonych na długo upadku Związku Sowieckiego wkrótce odbierze dowody osobiste, a język rosyjski powoli odejdzie w zapomnienie. W Azerbejdżanie po rosyjsku mówi się już tylko w stolicy. Po wsiach wciąż pamięta go starszyzna. Nasza samarkandzka publiczność to w większości młodzież. - Nie ma co liczyć - twierdzi Danka z ambasady - Nie będą rozumieć, co do nich mówisz. 
Polscy misjonarze w Uzbekistanie już dawno uczą się uzbeckiego. Przygotowują się na nieuniknione. Być może zaczęli uczyć się za wcześnie, bo publiczność reaguje żywo na moją gawędę. Po koncercie, podczas selfie session, zwracamy się do siebie po rosyjsku, ja, że tak ładnie mówią po rusku, a oni, że to ich ojczysty język...
W restauracji natrafiamy na delegację rektorów polskich uczelni. Piją już któryś dzień, oczywiście po robocie. Towarzystwo jest wesołe i nie zadziera nosa. Padają zuchwałe dowcipy, a język komunikacyjnych piłeczek odbijanych ponad stołem zastawionym baraniną jest daleki od dyplomacji owiniętej krawatem na duszno. Rektor z Warszawy upatrzył sobie Kubę. Polewa mu jeden za drugim i zabawia nas niezrozumiałym dowcipem. Podczas pożegnania dochodzi do wymiany serdeczności. Tak działa dystans dzielący nas od ojczyzny w połączeniu z wódką.
Medresy Registanu grają pożegnalny akord pod finał neszej krótkiej wizyty w Samarkandzie. Pomimo że zabudowania tej bajkowej architektury z połowy minionego tysiąclecia, to w dużej mierze efekt rekonstrukcji zdewastowanego oryginału, z łatwością wpadam w kleszcze zadumy nad ścieżką, która mnie tu przywiodła. Do Taszkentu wracamy po zmroku. Samochód podskakuje kołysząc się na nierównej nawierzchni. Brawurowa jazda w ciemności w niczym mi nie przeszkadza. Zasypiam od nadmiaru dnia. 

24.04.2018
Na ulicach Taszkentu odświętna atmosfera! Milicja paraduje dziś w galowych mundurach. Zielone kurtki mundurów zastąpiły białe koszule. W miejsce kepi pojawiły się sowieckie talerze czapek. Do miasta przybył z wizytą prezydent Turkmenistanu - dentysta swojego poprzednika. Uświetni swą obecnością otwarcie parku nazwanego na cześć Aszchabadu - stolicy kraju, którym od lat rządzi niepodzielnie. Wczoraj, z tej okazji, zgodnie z obowiązującym w Uzbekistanie protokołem odbyło się spotkanie turkmeńskiego męża stanu z korpusem dyplomatycznym. Wziął w nim udział nasz sąsiad z góry, Ambasador RP. Tym razem obyło się bez śpiewania ludowych pieśni na życzenie prezydenta, jak na lekcjach muzyki w szkole. Turkmenistan, Arabia Saudyjska, Korea Północna to kraje z serii tych, które pobudzają wyobraźnię podróżnika obytego już ze światem dostępnym. Do Turkmenistanu trudno wjechać, zaś nieroztropność tych, którym się powiodło, może skutkować problemami z wyjazdem. Tomek jest pracownikiem ambasady w Taszkencie. Z roboczą wizytą znalazł się w Turkmenistanie dziesięć lat temu, czyli siedemnaście lat po ogłoszeniu prze kraj niepodległości. Jego ręcznie wypisana wiza opatrzona była numerem 247. Upoważniała do pięciodniowego pobytu w kilku wyznaczonych miejscach. Podróż do Turkmenistanu musi przypominać przeprawę do odległej epoki w kabinie wehikułu czasu. Turkmeni, od rozpadu imperium sowieckiego trwają w stanie izolacji. 
Do radia Oriat FM docieram z Kubą o dziesiątej rano. Olesya prosi, żebym zaśpiewał na żywo. Odmawiam. Rozmawiamy na antenie po rosyjsku, a w drugiej części odpowiadam na pytania słuchaczy. Ktoś pyta o improwizację, ktoś inny o moje ulubione żarcie. Oleysa sprawia wrażenie szczerze nakręconej swoją radiową robotą - To mój dom - podsumowuje oprowadzając mnie po zakamarkach niewielkiego budynku tej, jak twierdzi, najpopularniejszej uzbeckiej rozgłośni radiowej.
Dzień jest wietrzny. Powietrze, w którym wirują pożółkłe liście wzbija tumany pyłu, od którego kichamy na zmianę na balkonie rezydencji. 
Wieczór przynosi dobre wieści. Moje zdjęcie zatytułowane Dog Shower zdobywa pierwszą nagrodę w brytyjskim konkursie fotograficznym w kategorii Politics of Food. Gratuluję!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz