środa, 9 maja 2018

10. Jedwabnym Szlakiem na Borneo

10.05.2018
Szóstego dnia od przyjazdu do Kuala Lumpur mój stosunek do klimatu równikowego powoli się klaruje. To klimat, który trzeba przetrwać, który z nikim się nie układa. Już od samego rana rozlewa się wilgocią i czeka w pokoju aż się wybudzę. Potem czyha przed wejściem do hotelu zachłanny, aż cały dam się pochłonąć. Uciekam, ukrywam się, odliczam czas, który mi pozostał, podczas gdy on w milczeniu robi swoje. Zanurza mnie w swej esencji, bo przecież nie mam nic do powiedzenia. Mogę tylko biec, chcieć wyrwać się z mokrego bąbla, w którym najpierw zatapia, a potem rozgrzewa cały świat. Uciekam w mroźnych inkubatorach taksówek, sklepów i wszystkich wnętrz świata tego, a gdy powracam do ciepła jego odmętów, on daje mi słodycz. Uliczne śmietniska na zapleczach knajp pod latarnią, stosy worków w bocznych alejach, miejskie strefy rozkładu spowite niewidzialną mgłą. Ta słodycz, którą tak wabi, to woń królestwa szczurów. W półśnie choć na jawie, na dnie jego rozgrzanej wilgoci, przemierzam ich pastwiska, mijam ich mroczne nory...
Na próbę przed wieczornym koncertem wyruszamy ze sporym wyprzedzeniem. Ulice zamiast spodziewanych korków świecą pustkami. Klub No Black Tie to jedno z nielicznych miejsc w Azji, gdzie muzykę stawia się na piedestale. Dla Evelyn - malezyjskiej Chinki o filigranowej posturze, promotorki sztuki, wrażliwej na jej osobliwe przejawy, koncerty są świętem. Dzisiejszego wieczoru gramy u niej po raz trzeci. 
Oświetlenie, jedzenie, wystój sali, nagłośnienie, obsługa, instrumenty, muzyka w przerwach, w zasadzie wszystko się tu zgadza. Na pół godziny przed koncertem na widowni siedzi tylko jedna Polka. Ludzie podobno zgromadzili się na mieście czekając na zaprzysiężenie nowego premiera. - Na ulicach jest spokojnie, choć spodziewano się demonstracji, nawet zamieszek - relacjonuje pobudzona, gdy zapraszamy ją do stolika. Mimo że występujemy przed kilkuosobowym zgromadzeniem, gra się świetnie. Kuba, nasz saksofonista z łapanki okazuje się strzałem w dziesiątkę. To wewnętrzne ciśnienie, ta kondensacja przeżyć, tak szkodliwa dla introwertycznych typów, którzy nie znajdują kanału dla ich odprowadzenia, nadaje jego pedantycznej grze szczególnego wyrazu. Ten nałogowy palacz, ten czyścioszek w bejsbolówce słucha, nabrzmiewa i rzyga tęczą melodycznych ciągów z pełną napięcia, wirtuozowska swadą.
Taksówkarze potwierdzają, że zwycięstwo opozycji pod przewodnictwem dziewięćdziesięciodwuletniego, byłego premiera Malezji to przełomowy moment w historii kraju. - Koniec z korupcją! - mówi Hindus, którego dziadkowie dotarli tu w latach trzydziestych wraz z falą emigracji zarobkowej - Teraz trzeba z rasizmem porządek zrobić ciągnie z grubszej rury - Co z tego, że mam obywatelstwo, skoro nie jestem ani Malajem ani muzułmaninem - skarży się, próbując ubrać swoje rozgoryczenie w żartobliwy ton. 
- Jak to?! - oburza się Malaj, gdy w jego taksówce mówię coś w stylu, że malezyjska demokracja jeszcze do wczoraj miała tyle wspólnego z jej zachodnim odpowiednikiem, co islam z buddyzmem. Od ogłoszenia niepodległości sześćdziesiąt lat musiało upłynąć, żeby kraj w końcu doczekał się swojego Wałęsy. Ale na ulicach nie czuć entuzjazmu. Radość z wyboru premiera, który obiecuje walkę z korupcją to nie to samo, co euforia po wyzwoleniu z jakiejś mniej lub bardziej realnej niewoli. Dopiero późnym wieczorem na ulicach pojawiają się wiwatujący. - Chodzi o to, żeby znieśli sześcioprocentowy VAT - mówi inny taksówkarz. Stojąc na światłach patrzymy, jak przez uchylone okno czerwonego Ferrari ktoś macha flagą partii walczącej o obniżenie cen...

11.05.2018
Po tygodniu wegetacji w Hotelu z Widokiem zespół jest podekscytowany. Perspektywa wylotu do celu naszej podróży pobudza wszystkich do działania. Borneo. Druga co do wielkości wyspa świata, równikowa dżungla, oazy niebytu na mapie cywilizacji. Mateusz z Grzegorzem nabierają wigoru w hotelowej siłowni, Kuba postanawia zrobić pranie dwie przecznice dalej, a ja się pakuję na ostatnią chwilę. Z niezrozumiałych powodów do Miri muszę polecieć sam. Kuba tłumaczy, że przepisy, którym podlega nasz publiczny mecenas zabraniają korzystania z tanich linii w ramach sponsorowanych przez siebie projektów. Air Asia znalazła się na jego czarnej liście. Mój lot z Malaysian Airlines kosztuje dwa razy drożej niż bilety reszty zespołu razem wzięte.
Na lotnisko wiezie nas malezyjski Chińczyk. Pyta, odpowiada, opowiada. Jego dziadek porzucił Kanton jeszcze przed pierwszą wojną światową. Na fali chińskiej emigracji, która zalała północną Sumatrę, Singapur i Malezję dotarł do Malaki. Nasz kierowca, zapytany o politykę, od razu przechodzi do sedna sprawy. - Nie czuję się mniej uprzywilejowany od Malajów - tłumaczy - Chińczycy nie mają powodu do narzekania. To prawda, że istnieją w Malezji odgórne podziały, bo król jest Malajem. Szanujemy jego wolę, natomiast życie pisze swój własny scenariusz. Malajowie nie mają dostępu do tego, co my uznajemy za swoje własne przywileje - puentuje enigmatycznie.
Malaysian Airlines to linie lotnicze, które chcą sprawiać, że klient czuje się uwodzony. - Dzień dobry Pani. Czy jeszcze w czymś mogę Panu pomóc? Po przejściu kontroli bezpieczeństwa trafiam do eleganckiego terminalu odlotów. Produkty ze skóry, zegarki topowych szwajcarskich firm, wszystko to, czego mogłaby zapragnąć kapryśna żona klienta z pokaźnym portfelem, oferuje terminal odlotów przypominający ekskluzywną mini galerię handlową.
Lot z Kuala Lumpur do Miri trwa ponad dwie godziny. Śpię przez całą drogę, ale nic nie tracę. Raz, że siedzę obok skrzydła. Wydaje mi się, że to standardowe miejsce dla obcokrajowców, bo zawsze siedzę koło skrzydła. Dwa, że nie ma czego podziwiać. Pod nami chmury i woda, a lotnisko w Miri, położone jest nad brzegiem oceanu. Przed odebraniem bagażu wszyscy pasażerowie lotu z Malezji Zachodniej do Malezji Wschodniej przechodzą odprawę paszportową bez względu na narodowość. W moim paszporcie pojawia się wschodniomalezyjska wiza w formie pieczątki. Przez dziewięćdziesiąt dni mogę posiedzieć w prowincji Sharawak. Żeby przemieścić się dalej na wschód do Sabah, musiałbym przekroczyć kolejną granicę, choć teoretycznie to wschodnie rubieża tego samego kraju.

12.05.2018
Na mapie kurortów porozsiewanych w tropikach, Miri to kolejna leniwa mieścina. Są centra handlowe, hotele i uliczne jadłodajnie, strzeżone plaże, miejscowi zobojętniali na przyjezdnych i taksówkarze oferujący dziwki dla rozrywki.
Popołudniowa próba przed koncertem idzie bardzo sprawnie, bo i organizacja festiwalu ociera się o granice przesady. Kuba przesyła nam plan zajęć. Na wszelki wypadek co chwila ktoś przypomina nam jednak to czy tamto. W pokoju odbieram telefony od osób, które upewniają się, że wszystko jasne. Gdy przygotowuję się do wyjścia, dzwoni opiekunka. Informuje, że za dziesięć minut zbiórka w autobusie. Pod festiwalową scenę docieramy na godzinę przed koncertem. Klub z obszernym balkonem w kształcie prostokątnej podkowy, barem i barokowymi żyrandolami zwisającymi nad sceną, przypomina krótką i wysoką stodołę. Coco Cabana. W drewnianych ścianach rzeźbionych w koronkowe wzory osadzono ozdobne drzwi. Prowadzą na taras w widokiem na bezkres oceanu. Za dnia widać kilka statków przyklejonych do horyzontu w oddali. Wieczorami, na kamienistym nabrzeżu grupki miejscowych wysiadują w oczekiwaniu na zachód słońca. 
Festiwalowy koncert z naszym udziałem tym razem otwiera big band. Mimo, że to impreza jazzowa, nagłośnienie jest typowo rockowe. Dopiero w przerwie na przepinkę sceny rozumiem dlaczego. Na sali panuje pełen alkoholowego podniecenia gwar, jak w londyńskim barze, głośniejszy od wrzawy sobotniego targowiska, gęstszy od dworcowego zgiełku. Nie wiadomo do końca czy to knajpa z muzyką w tle, czy koncert z alkoholem dla podniesienia nastroju słuchacza. Z resztą wóda w sali z muzyką jest jak publiczny szalet w domowej kuchni. Woń kardamonu musi w którymś momencie przemieszać się z smrodem zgorzkniałej szczyny. Po pierwszym utworze stoję przed dylematem. Wzywając publiczność na dywanik, stawiam na sprzężenie zwrotne. Chcę nadać muzyce muzyce heroinowego wyrazu. Teraz zespół może już napierdalać. Forsowną grą odcinamy się od pijackiej wrzawy.
Mateusz nie sili się na metafory. - Niezły kotlet! - podsumowuje kodę naszej miesięcznej trasy. Po występie jeszcze przez dłuższą chwilę jestem solidnie nakręcony. Mówię, szybko, głośno, bez zastanowienia. 

13.05.2018
Od wczesnego popołudnia kręcę się w Coco Cabana. W klubie, przed garstką słuchaczy i pięcioosobowym jury właśnie dobiegają końca przesłuchania konkursu dla lokalnych zespołów. Malezyjska jurorka, wmontowana w nieustępliwość uśmiechu matki pocieszycielki, którego nie sposób wymazać z twarzy nawet pod presją nagłego ataku wściekłości, nie szczędzi komplementów. Ale jurorzy mają wyjątkowo trudne zadanie. Muzyka tego regionu świata pozbawiona jest wigoru rytmiki prowokującej odruchy taneczne. Nie ma tu krakowiaków, polek i marszy. Jest za to flet na tle leniwego stuku puku. Dla mnie to nowy wymiar transowych doznań, który w połączeniu z dominantą azjatyckiej bierności, braku indywidualistycznych ambicji daje jednak specyficzną mieszankę. Jej wybuchowość z trudem wprawia w ruch silnik wysokoprężnej gry sekcyjnej, tak charakterystycznej dla muzyki ukształtowanej przez Afrykę. Jeżeli jakimś cudem silnik ten zaskoczy, z łatwością dławi się i krztusi. Do braku podparcia w grze sekcyjnej nawiązuje w swoim komentarzu europejski członek jury.
Po zakończonych przesłuchaniach, biorę udział w panelu dyskusyjnym. Jego temat oscyluje wokół idei łączenia kultur przez jazz. Pojawiają się peany na temat wolność i braterstwa, których jazz jest adwokatem, promotorem, ambasadorem, mecenasem i świętym. Pada pytanie co zrobić, żeby malezyjscy muzycy zaczęli grać w Europie. Europejczycy przecież już tu grają. Paneliści uchylają się od bezpośredniej odpowiedzi, owijają w bawełnę uciekając w dygresje na powrót opiewające wręcz mesjańskie już przymioty jazzu. Co zrobić?! A no zapierdalać, mieć sprytnego menadżera i najlepiej wsparcie państwa. 
- Niech europejskie instytucje pokrywają koszty wymiany kulturalnej pomiędzy Azją i Europą - pada pierwsza propozycja, choć wciąż nie wiadomo dlaczego. Ktoś inny skarży się, jak trudno jest zdobyć państwowe środki, żeby przewieźć do Europy lokalnych muzyków, na co obecny na sali dyrektor instytutu Goethego daje publiczną próbkę niemieckiej szczodrobliwości- Niemcy są gotowe pokrywać koszty takiej wymiany! Wymiany?! Zapłacą niemieckim muzykom za występy w Malezji i Malezyjczykom za występy w Europie. W dodatku można odnieść wrażenie, że dyrektor mówi w imieniu całej Europy. 
- Europejskie rządy dotują kulturę, bo to ich produkty narodowe, niejednokrotnie jednak kultura jest narzędziem miękkiej dyplomacji, - pucuje się włoski ambasador - a to przynosi wymierne korzyści. Ktoś zrozpaczonym głosem wyznaje, że Europa powinna wziąć na siebie koszty importu miejscowego jazzu, bo europejska muzyka tak wiele zawdzięcza instrumentom o azjatyckim rodowodzie... Rozchodzimy się w poczuciu, że coś niedopowiedzianego ugrzęzło nam w gardłach. Pewne jest natomiast, że cały ten jazz dawno przerodził się w politykę.
Popołudnie mija nam na balkonie Coco Cabany. Ostanie godziny ostatniego roboczego dnia trasy decydujemy się spędzić  w oczekiwaniu na zachód słońca. Pijemy darmowe piwko, wspominamy i patrzymy w dal, w przyszłość. W miarę jak światło nabiera żółcieni, na balkonie przybywa krzeseł. Muzyka sączy się ze sceny na parterze, a ludzie schodzą się w milczeniu, wsłuchani w myśli, wpatrzeni w transformacje kolorów nieba, sparaliżowani w pułapkach telefonów. Coco Cabana wynagradza hałas sobotniego wieczoru spokojem popołudniowej niedzieli, cichą obecnością towarzyszy ceremonii pożegnania słońca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz