środa, 16 maja 2018

11. Jedwabnym Szlakiem na Borneo

14.05. 2018
Entuzjazmowi, który towarzyszy naszej wycieczce na skraj lasu nie daleko do ciszy panującej w taksówce. Ostatni dzień podróży chcemy spędzić za miastem. W przydrożnej bazie dla turystów kupujemy wodę i bilet do dżungli. Pod okienkiem bileterki napada nas grupka Chińczyków. Podnieceni ustawiają nas do zdjęć jak lalki i porzucają jak zużyty łach. Kładką przechodzimy przez strumyk. Przed nami równikowy las.
Liany i drzewa giganty, wodospady i leśne jeziorka. Maszerujemy w zagrzybionej saunie na dnie zielonej gęstwiny. W powietrzu bzyczą owady. W tle słychać dudnienie nadchodzącej burzy. Po dwóch godzinach marszu jestem kompletnie mokry. Dyszę i piję łapczywie nie mogąc się nasycić ani wodą ani powietrzem.

15.05.2018
Pół roku. Tyle minęło od kiedy opuściłem Polskę. Pierwsze tygodnie spędzam w Sajgonie. To moje ulubione miejsce. Tu, w komunistycznym raju, wyrwany z gmatwaniny nakazów czuję się swobodnie. To świat, który nie oczekuje ode mnie interakcji i w zamian oferuje obojętność. Nikt mnie nie poucza, niczego nie wymaga. Żyję instynktownie. 
Dwadzieścia dni jesiennej trasy przynosi nowe doświadczenia. Podróżowałem już z koncertami po Europie, ale granie w Azji to nie to samo. Olbrzymie dystanse pokonuje się na porządku dziennym. Najpierw podróż pomiędzy kontynentami i te pierwsze kilka dni roboty w półśnie. Potem latanie pomiędzy miastami oddalonymi od siebie o setki, tysiące kilometrów. W Szanghaju ziąb, w Manado upał, noc w samolocie, dzień w poczekalni. Ale przygoda dba o katalog nieodpartych wspomnień. Jawę przemierzamy pociągiem. W drodze na Celebes z powietrza podziwiamy Borneo.
Do Wietnamu wracam prosto z Indonezji. Mieszkam teraz koło lotniska. W korytarzach sajgońskiego kurwidołka nad kawiarnią buszują szczury. Co rusz zamiatam z podłogi truchła karaluchów olbrzymów. Mijają tygodnie. Nikt mnie nie pozdrawia, nie pyta o imię, nie dziękuje mi za nic i nie mówi mi nic na do widzenia. Pod koniec stycznia mam dość obojętności. Kambodża mnie gna. Czarne chmury kłębią się nad jej płonącymi śmietniskami. Ktoś, kto ucieka przed własnym przeznaczeniem kładzie kres tej gonitwie. Kładzie mnie na asfalt. Wystawia na podszepty opatrzności. Pęknięte żebro do mnie szepcze. Szepcze pozszywany łeb. Minie miesiąc zanim dojdę do siebie. Dzięki temu chiński nowy rok rozpoczynam pracowicie. Wtedy pojawiają się widma Uzbekistanu i Kirgizji. W tandemie z Kubą przemierzamy teraz meandry biurokracji. Fantazyjne, kręte, nieprzewidywalne. Uwikłany w rozwiązywanie problemów piętrzących wokół organizacji wiosennej trasy, nie zauważam, że to temat na książkę pod pseudonimem. Początkiem kwietnia lecę tam, gdzie cztery lata temu rozpocząłem azjatycki rekonesans południowego wschodu. W Kuala Lumpur rozpoczyna się też dla mnie kolejna podróż z muzyką po nowe pieczątki w paszporcie. Azja Środkowa, potem stare śmieci i Malezja Wschodnia.
Teraz znowu czekam w Kuala Lumpur. Czekam na powrót do domu. 
- How are you sir? - pyta odźwierny przy wejściu do samolotu. Nie poczuwam się do żadnej reakcji. Jego usta wypowiadają troskliwe formułki, a ja słyszę reklamę British Airways. Zgodnie z jakimiś przepisami, przed samym startem dwóch facetów dezynfekuje samolot rozpylając w powietrzu słodki aerozol. Już sobie przypominam, to o czym prawie udało mi się w Azji zapomnieć. Obsesyjna przepisowość i kult kokieterii: oto świat do którego wracam. Polecenia w formie próśb i zawoalowany szantaż chrzęszczą nam z głośników. - Prosimy najpierw przykryć się kocem, potem dopiero zapiąć pas bezpieczeństwa. Nie chcemy nikogo budzić w razie konieczności sprawdzenia, czy pas na pewno jest zapięty.
Powracałem do Europy, wyczekując na Azję jak we śnie, w planach karmionych wspomnieniami. Pamiętam, że nie byłem w Chełmie. Nie pamiętam ile razy byłem w Kuala Lumpur, Bangkoku, Chengdu, Singapurze, Sajgonie, Pekinie, Szanghaju, Hanoi. Obrazy azjatyckich miast skleiły się w jeden symboliczny pejzaż podróży przez świat Dalekiego Wschodu. Zmiany temperatur, kolorów nieba, smaków, stref czasowych, architektury, języków, walut, hoteli, środków transportu, mozaik twarzy. Nieprzyporządkowane wspomnienia. Od tempa następujących po sobie symetrii, od kalejdoskopu zdarzeń, po czterech latach abstrakcji życia na czubku wahadła, czuję kompletny mętlik. Jestem wygłodniały nudy, jej niezmienności dającej poczucie, że się należy do miejsca i ludzi, do nieistotnych historii i zwykłych zdarzeń. Czuję głód domu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz