sobota, 5 maja 2018

7. Jedwabnym Szlakiem na Borneo

27.04.2018
Lot z Taszkentu do Singapuru trwa siedem i pół godziny. To mój debiut w Uzbekistan Airways. W kabinie samolotu jest ciepło. Nie mogę zasnąć. Kiedy w końcu udaje mi się przymknąć oczy, stewardesy w topornych uniformach wytrącają mnie z letargu proponując z kobylą subtelnością wodę, kawę i herbatę. Jak gęgające blond roboty kierują formułkę oferty obiadowej do rozbudzonych i do śpiących. 
Singapurskie lotnisko Chiangi przypomina lobby czterogwiazdkowego hotelu. Obsługa w punktach informacyjnych uwodzi cierpliwością, a sprawnie działający internet rozpieszcza. Zalewany światłem sufitowych lamp idę w pustym holu, wyrwanym z wyobraźni Jarmusha. Po ścianą, z nie wiadomo jakiego powodu stoi Hindus posługacz, a Oskar Peterson sączy się z nie wiadomo kąd.
Na mapie Azji Południowo-Wschodniej, Singapur jest enklawą dobrobytu i wręcz germańskiej organizacji życia. W dodatku ta pompa wielokulturowego charakteru miasta-państwa, w którym tolerancja kwitnie w ramkach twardego prawa. Zdelegalizowane gumy do żucia, mandaty za plucie na ulicy, kara śmierci za przemyt trawki. Na stacji metra biegam, żeby wymienić banknoty na drobne. Wszędzie kręcą się gotowi do pomocy pracownicy lotniska. Przy każdym automacie biletowym ktoś coś cierpliwie wyjaśnia. Widząc, że mi się śpieszy i że drobne, które zdobyłem są wciąż za grube, pomagierka spod automatu dopłaca mi dwa dolary, które wyciąga z własnego portfela.
Przystań promowa, to jednocześnie gigantyczny kompleks handlowy. Bramki przy wyjściu z metra, potem w lewo do długiego tunelu i w prawo przez uliczkę fast foodów aż do ruchomych schodów. Nimi na trzecie piętro. Gdy dobijam do chłopaków, jestem już mokry. Odprawa przypomina procedurę na lotnisku. Kontrola paszportów, drukowanie kart pokładowych, nadawanie bagaży. Niczego sobie promik w mgnieniu oka nabiera prędkości. Dopiero z pokładu na rufie widać czym naprawdę jest Singapur. Na redzie mijamy setki statków handlowych, holowników, łodzi rybackich i jachtów. Żegnają nas rzędy bogatych domów z widokiem, dźwigi, wieżowce, mini-miasteczka pasażerskich wycieczkowców, kominy fabryk. Masywna zabudowa nowoczesnego miasta, które postawiło na sukces ekonomiczny, puszy się ku zdumieniu przyjezdnych takich jak ja.
W kolejce do indonezyjskiej odprawy mijam ogromny afisz, a na nim zdjęcie rąk zakutych w kajdanki - ostrzeżenie przez pracą na czarno. Kuba spogląda porozumiewawczo. Zastanawiamy się, czy organizator zajął się papierologią jak trzeba. Podczas odprawy paszportowej celnik zadaje pytania o cel przyjazdu. Na wszelki wypadek, mówię, że jestem turystą.

28.09.2018
W Hotelu Królewskim - naszym domu na najbliższe kilka dni, śniadania je się na dachu. Na pierwszy rzut oka widać, że wszystko tu kiedyś było dżunglą. Palmy porastają widoczne wzgórza i niemal każdy skrawek niezagospodarowanej ziemi. Powietrze jest lepkie od wszechobecnej wilgoci, a kłębiące się od samego rana tropikalne chmury zapowiadają popołudniowy deszcz. Mimo że nie ma jeszcze dziewiątej, już jestem mokry, a przecież tylko poruszam szczęką.
Po nocy nieprzespanej w uzbeckim samolocie, nocka w hotelowym zaciszu nie wystarcza, żeby w pełni się ocknąć. Wciąż jestem senny, nieustannie zmieniające się plany naszych gospodarzy wymuszają jednak czujność. Kuba co chwila podsyła nam korekty planu nadchodzących wydarzeń. W Azji Południowo-Wschodniej nie wiele dzieje się punktualnie. Rzadko zdarza się, żeby ktoś, wbrew przyjętym tu zwyczajom, oczekiwał od nas jakiejś punktualności. Stragan dziewczyny w chuście przypomina warsztat zegarmistrzowski. Kilka telefonów, kable i gadżety o trudnym do odgadnięcia przeznaczeniu walają się niewielkim stole. Tu można załatwić kartę sim. Nowy numer trzeba najpierw zarejestrować. Dziewczyna przeszukuje stronice przybrudzonych arkuszy z rzędami danych, wybiera rząd cyfr i wklepuje coś na klawiaturze archaicznej Nokii, do której przytwierdzono coś w rodzaju czytnika kart. Po kilku minutach oddaje mi telefon. Działa! W drodze do Hindusa buszuję po indonezyjskim internecie pod czyimś nazwiskiem. 
W restauracji klimat jest spartański. Ciężkie krzesła i stoły, białe ściany i żadnych ozdób. Szybko zamawiamy i chwilę czekamy. Gdy okazuje się, że masala jest przesolona, kelner bez słowa wynosi ją na zaplecze i po chwili przynosi nową porcję, chyba rozwodnioną, bo kolor coś pojaśniał. Jedzenie jest smaczne, ale nikt z zachwytu nie cmoka. W trakcie posiłku w restauracji zjawia się kobieta. Chodzi od stolika do stolika i każdemu bez wyjątku poświęca tyle czasu, ile potrzeba, gdy tak stoi z wyciągniętą ręką, niewrażliwa na obojętność, jakby zachęcana odmowami. Teraz kolej na nas. Odmawiam jej po polsku, na co ona kaszle mi do talerza i dalej swoje. Hindus siedzący obok czuje się zakłopotany. Nikt z obsługi nie reaguje. Zwykle spokojny Grzegorz, zaszachowany nieznaną sobie dotąd odmianą niezłomności, próbuje odciąć się od natręctwa, gdy nadchodzi jego kolej, udając, że nic nie widzi. Niełatwe to zadanie. Musi zachować spokój, tak potrzebny w delektowaniu się ulubioną potrawą, okazać stanowczość skrywając zarazem opanowujący go gniew, z którym tak nie lubi się obnosić. Kobieta, która teraz wydaje mi się już niespełna rozumu, nie daje za wygraną. Grzegorz, poderwany atakiem narastającej złości, nie patrząc jej w oczy rzuca w powietrze stężałe „nie!”. Je przy tym łapczywie, jakby chciał uciec od stołu, lecz żal mu było porzucić na wpół dojedzone danie. 
Jako człowiek bożego implantu, w temacie jałmużny zgadzam się z naukami bahaizmu. Obdarowujący, powodowani litością, motywują obdarowywanych do trwania w bierności. Taka postawa w efekcie oddala od Boga i jednych i drugich. Tylko działanie ukierunkowane na duchowy rozwój jest ścieżką, która do niego zbliża, sam zaś obdarowujący, powodowany słabością popełnia grzech, utwierdzając obdarowywanego w przekonaniu, że bierność też może liczyć na nagrodę. Mimo że z czysto emocjonalnego punktu widzenia już samo odmawianie jałmużny budzi niesmak, posuwam się o krok dalej. Wstaję od stołu i biorąc kobietę delikatnie pod rękę, wyprowadzam z lokalu. Kelner patrzy na mnie z wdzięcznością, a ja na niego z rosnącą odrazą. Nikt z biesiadujących nie chce się podjąć tej igraszki ze złą karmą. Przecież ta kobieta nie ma nic, a ja nie dość, że mam i nie chcę się podzielić, to jeszcze wyrzucam ją z jedynej pracy, którą zna. Wszyscy jednak czują ulgę. Wyręczam ich.
Plac, na którym stoi scena jest centralnym miejscem dzisiejszego festynu. Soundcheck trwa zaledwie kilka minut. Sprawdzamy tylko monitory. O osiemnastej zaczyna się wezwanie do modlitwy, a do dwudziestej w ogóle nie można nic wpuszczać na przody. Impreza odbywa się pod największym meczetem na wyspie.
W miarę pogłębiania się organizacyjnego chaosu, nasz asystent informuje Kubę na bieżąco o kolejnych obsuwach. Z hotelu wyjeżdżamy o dwudziestej pierwszej zamiast o dziewiętnastej trzydzieści. Dookoła placu pod meczetem ulice są zakorkowane. Na błotnistej ziemi, na której jeszcze rano rosła tłusta, tropikalna trawa, zaparkowano setki skuterów. Przeciskamy się na tył sceny, podczas gdy konferansjer zabawia publiczność w stylu, w jakim prywatne stacje radiowe poklepują słuchaczy po plecach. Nie mam wątpliwości, że trzeba będzie pomachać grubym prętem. Wywołani, wychodzimy przed kilkutysięczny tłum gapiów. Chłopaki stoją gotowi do gry, a konferansjer urządza mi talk show. Każda odpowiedź, każdy mój gest spotyka się z piskliwą reakcją zgromadzonych pod sceną nastolatek. Ich wrzaski w mgnieniu oka definiują charakter całego występu. W grze, która jest odpowiedzią na napór szalonej energii tłumu nie ma miejsca na subtelności. Głośno, mocno, metodycznie, zdecydowanie i bez zadawania pytań. Oto odpowiedź na jego nieuświadomione potrzeby. Mateusz twardo zagaja na basówce, Grzegorz wtóruje mu ciosem zza ucha, ja drę się do mikrofonu jak małolata z Taszkentu, a dziewczyny kwiczą, gdy żyłuję wysokie nuty. Po pierwszym numerze jestem kompletnie mokry. Ktoś podbiega z papierowymi chusteczkami. Chusteczki? Tu koszulę trzeba wyżymać! Rzucam w tłum parę kontrolnych haseł. Mam w zanadrzu malarską opowieść pod improwizowaną część koncertu. Ze zdziwieniem stwierdzam, że prawie nikt nie zrozumiał naszego talk showu po angielsku...

29.04.2018
Asfaltowa droga położona jest na szczycie krótkiej przełęczy. Po jednej stronie znajduje się nasz Hotel Królewski, do którego prowadzi stromy podjazd w dół, po drugiej rozpościera się widok na dachowisko ciasnej zabudowy ni to wsi ni miasteczka. Ruszam żużlową ścieżką tam, gdzie ponad dachami, kopuły meczetów górują na tle błękitu morza. Strome zejście przez zagrodę zagraconą odpadami z plastiku prowadzi do pierwszych zabudowań. Zaczyna kropić. Jakiś mężczyzna zaprasza mnie pod okap. Zbiega się gromadka dzieci. Pochodzi też młoda dziewczyna. Pyta podejrzliwie, co tu robię. Wyjaśniam. Interesuje ją mój wiek, narodowość, zawód. Chce wiedzieć czy mam żonę i dzieci. Nie pozostaję jej dłużny. Ma dwadzieścia lat, męża i dziecko. Jest chrześcijanką. - Tu wszyscy na wzgórzu to chrześcijanie - wyjaśnia wskazując na obrośnięte slumsami zbocze, u podnóża którego ścielą się domy zamożniejszych mieszkańców i ich meczety.
Wąska ścieżka wyściełana betonowymi płytami kluczy pośród chaotycznej wzniesionych samowolek, którym nie można odmówić pastelowego uroku. Błękitna woda o mlecznej konsystencji sączy się bezgłośnie pod mostkiem, nieco wstydliwie, jak na ściek przystało. Po Dwugodzinna wędrówka w nieznośnym upale, monotonny labirynt wąskich ulic zmuszają mnie do odwrotu taksówką.
Celem naszej popołudniowej wycieczki jest wizyta w Hotelu Plażowym. Wylot do Chin mamy za trzy dni, ale wylot z Hotelu Królewskiego już jutro rano. Kombinujemy jak przezimować bez ponoszenia kosztów. Gdy zespół tapla się w basenie, Kuba negocjuje z menadżerem. Sygnet, cygańskie bryczesy i koszula w stylu koko dżambo. Zobaczymy jak pójdzie. 
- Dogadałeś coś? - pyta zniecierpliwiony Mateusz. Tylko głowy nam z wody wystają. - Zagracie seta i możemy posiedzieć do wyjazdu - oznajmia nasz menadżer na rozparciu dumą z pomyślnego wyniku kilkunastominutowej pogaduchy. Z dnia na dzień, bez planu, z wiarą, że jakoś się ułoży Azja wciąż daje się lubić.

30.04.2018
Niebo szarzeje, gdy tak czekamy w lobby Hotelu Królewskiego, z którego od godziny próbujemy próbujemy się wymeldować. Recepcjoniści nalegają, żebyśmy zapłacili za room service, choć wszystkie usługi, z których korzystaliśmy w pokojach były wyrazem gościnności organizatorów festiwalu. Poza tym umówiony transport nie przyjedzie. Kierowca dzisiaj ma wolne.
Droga do Hotelu Plażowego prowadzi przez bezludzia wyrwane dzikiej naturze. Będzie tego ze dwadzieścia kilometrów wąskiej szosy. Singapurski inwestor zadbał nawet o połączenie promowe z tą zaciszną oazą, problem w tym, że to grobowe zacisze. Koło basenu kręci się kilku gości hotelowych. Podpisują kwit na ręczniki i kładą się na leżakach uplecionych z plastikowej wikliny. Bar serwuje drinki bez konieczności wychodzenia z wody, a tablica pod barem informuje czego na basenie nie wolno. A więc nie wolno krzyczeć, biegać, skakać na bombę i miziać się z ukochaną. Wolno natomiast się schlać i utopić na trzech metrach. Przy plaży, która za dnia ujawnia płytkie dno rozbełtane ruchem tutejszych pływów, też nikogo nie widać. - Uwaga na meduzy i szkaradnice! - ostrzega szyld opatrzony symbolami zagrożeń. Pokoje cieszą wystrojem. Jest szezlong i nocne lampy, nowoczesny telewizor i komódka pełna szuflad. Na ścianie czuwa niby Miró. Zastanawia mnie czym kierował się autor, gdy przeciągał te kilka czarnych kresek ponad bardzo ciemnozielonym tłem. Na widok silikonowej bejcy, łuszczącej się w miejscu, gdzie wysłużona wanna styka się ze ścianą, doznaję flashbacków gastarbeitera.
Szybko okazuje się, że wynegocjowany przez Kubę deal uległ modyfikacjom. Z oferty znika lancz, zamiast spodziewanych czterech mamy dwa pokoje i gramy dwa dni zamiast jednego. Co mi tam. Lubimy przecież grać, w dodatku mieliśmy parę dni przestoju. Dopiero gdy po skończonym secie menadżer podchodzi do mnie i proponuje, żebyśmy jeszcze jeden zagrali, tracę kontrolę nad emocjami. 
- Może szklanką wody by nas ktoś najpierw poczęstował?! 
- Może by poczęstował, ale trzeba poprosić!!! - odcina się reprymendą za niedomiar pokory. Podczas spaceru czuję się chrześcijaninem. Waham się, czy aby nie miał racji. Dręczą mnie wyrzuty sumienia powodowane brakiem wdzięczności, która przecież powinna mnie przepełniać. Za ten występ pod recepcją, za ostrzegawczy ton zdarzeń, za tę atmosferę domu spokojnej starości, nawet za publiczność, która nie przyszła tu słuchać, za równikowy raj. Wracając przez lobby widzę, jak koledzy, zażenowani moim uniesieniem, dwoją się i troją podczas wymiany uprzejmości. Menadżer też się uwija polewając szczodrze z butelki zatopionej w metalowym naczyniu z lodem. W powietrzu czuć wyraźne fą fą. A jednak gościnność mu się przetkała. Zasypiam w poczuciu z wolna rozpływającej się udręki...

01.05.2018
Podczas śniadania dochodzi do konfrontacji. Kuba uważa, że przeginam i że nie ma zamiaru za mnie kolejny raz przepraszać. Grzegorz, że moje zachowanie na wszystkich rzutuje. Wszyscy są zgodni, nawet milczący Mati, tym bardziej, że w końcu spędzili fantastyczny wieczór. Menadżer okazał się równym gościem. Czarował szczodrością, śpiewał i częstował bezalkoholowym winem. Na zakończenie feralnie rozpoczętego wieczoru zapowiedział się, że wpadnie na jutrzejszy występ, a Grzegorzowi obiecał nawet flaszeczkę tego wykwintnego trunku. Tłumaczę się i bronię. Na szalę rzucam lojalność. Wchodząc w niepożądane dysputy pomijam przecież bezdyskusyjny wkład menadżera w niepomyślny rozwój sytuacji. W retoryce roszczeń uderzam w ton słusznie podważający kompetencje organizatorów, mimo że przelaniu się czary goryczy można zażegnywać w korespondencjach i negocjacjach na żywo, które nie są moim obowiązkiem. Kuba jeszcze nie rozumie, że bez względu na sytuację powinien trzymać stronę zespołu. Bywam porywczy, ale nie jestem nieracjonalny. Chłoniemy, choć temat wisi w powietrzu. Zbyt wiele obowiązków wzięliśmy na siebie. Kuba ogarnia bieżące sprawy, biega z kamerą, a do tego ta cała dyplomacja. Z uśmiechem na twarzy stawia czoła idiotyzmowi, który napotykamy na każdym kroku, a z którym wolałby sobie radzić prosto z mostu, jak przystało na gościa, którego do snu koi Behemoth. Ja prowadzę koncerty, warsztaty, robię zdjęcia, codziennie piszę, a w międzyczasie na odległość zajmuję się festiwalem. Pół roku poza domem, w hotelach, wynajętych pokojach, wśród zgiełku, brudu, jedzenia w tanich knajpach i życia wśród ludzi, dla których jestem powietrzem, sprawiło, że chwilowo nie stać mnie na wyrozumiałość wobec gospodarza imprezy, który chce na mnie zaoszczędzić. Charakter Kuby mieści się w ramkach wymogów pracy menadżera. W sytuacjach ekstremalnych potrafi powstrzymać impuls skutkujący destrukcją. Dzielę się z nim swoim doświadczeniem jak mogę, lecz nie chcę się bezpośrednio angażować. Impulsywność jest znakomitym silnikiem aktów tworzenia. To maszyna napędzająca czołg autokreacji, generująca zupełnie inny typ energii. Można ją bezkarnie zaprzęgać w jarzmo artystycznych wypróżnień. Problem pojawia się wtedy, gdy w sprawach, za które powinien odpowiadać menadżer, narzędziem interwencji staje się porywczość artysty, jego skrajnie subiektywna ocena sytuacji oraz przekonanie o działaniu w imię jakiegoś ideału. Ta postawa zwana przez jednych brakiem roztropności, przez innych uważana jest za głupotę. Współpraca z Kubą pod banderą Jazzu po Polsku, po prawie trzech trasach i ponad pięćdziesięciu tysiącach wspólnie przejechanych kilometrów ewoluowała do pełnego turbulencji stanu połowicznie kontrolowanej symbiozy. To kolejny krok naprzód!
Przepastne lobby Hotelu Plażowego jest gotowe do wieczornego koncertu. Pod sufitem migają rurki naszpikowane kolorowymi żaróweczkami, przed sceną, smagane podmuchem gigantycznego klimatyzatora chłodzą się puste fotele. Podczas wyjścia na scenę, barmani machają nam zza kontuaru. W głębi holu, przy drzwiach czuwa odźwierny. Dziewczyny z recepcji też łypią w naszą stronę. Nie ma gości hotelowych, nie ma równego menadżera. nie ma flaszki bezalkoholowego wina. Do końca występu na sali panuje kompletna pustka.

02.05.2018
Z Hotelu Plażowego do przystani promowej jadę z portierem. Pyta jak minął mi pobyt i czy jeszcze tu wrócę. Też się cieszy, że jego półroczny kontrakt wkrótce się kończy. Gorąco poleca jakąś inną wyspę w pobliżu. - Tam proszę pana czuć życie!
Prom, którym wracam do Singapuru przypomina wodolot, zaś sama podróż przez cieśninę przeprawę przez olbrzymie kotwicowisko. Po długim oczekiwaniu w kolejce i szybkiej odprawie paszportowej wskakuję do żółtej taksówki. Autobus, którym zamierzałem dotrzeć na lotnisko, właśnie odjechał. W pierwszym terminalu wsiadam do kolejki. Dalej już autobusem. Gdy okazuje się, że wszystko pomyliłem, wracam skąd przyjechałem, żeby odprawić się w Air China. Po raz pierwszy lecę do Chin bez wizy... Próby zdobycia glejtu w Sajgonie spełzły na niczym, więc postanawiamy, że czas przetestować opcję trzydniowego tranzytu.
Air China to linia z ambicjami. Od niedawna obsługuje bezpośrednią trasę do Polski oferując do tego programy lojalnościowe. Samolot jest czysty, a obsługa spolegliwa. Lot z Singapuru do Chengdu w linii prostej na północ trwa cztery godziny. W samolocie snuję w głowie scenariusze typowe dla Polaka, który przeszedł przez młockarnię amerykańskiej procedury wizowej i doświadczył kowbojskiego stylu pracy służb granicznych za oceanem. W chińskim tranzycie podróżuję niby zgodnie z jego zasadami. Wyruszyłem przecież z kraju A przez kraj B, czyli przez Chiny, do kraju C. Ale co to za tranzyt skoro lecę z Singapuru przez Chengdu do Kuala Lumpur? To tak jakbym z Londynu leciał do Paryża przez Nowy Jork. Wizyta w lotniskowej toalecie kładzie kres moim rozterkom. Tworzę sobie w głowie nowy podział na mapie świata i tylko to się teraz liczy. Są więc kraje toalet publicznych z muszlą klozetową i papierem, który w dowolnych ilościach, otworem rzeczonej muszli odpływa w niepamięć w postaci odrażającej pulpy. To kraje kultury Zachodu. Tam promuję się higienę stosowania papieru. Zanurzywszy ręce po łokcie w dżemie, przedstawiciel tej kultury jest skłonny uwierzyć, że papier wytrze je do czysta, zaś efekt takiego aktu higieny uznać za całkowicie satysfakcjonujący. Są kraje przykucania ponad dziurą i wrzucania papieru do kubełka bez przykrywki. W tych krajach papier nosi się ze sobą. Ce suo li mei you zhi - W toalecie nie ma papieru. - podpowiada już w którymś z pierwszych rozdziałach podręcznik do mandaryńskiego, autorstwa znakomitego tercetu polskich sinologów. Toalety krajów o korzeniach muzułmańskich należą do grupy, którą faworyzuję najbardziej. Tam też jest przykucnik, nie ma papieru, ale jest prysznic! Tak, lepiej ręce utaplane w dżemie płukać, niż wycierać je z dżemu suchym papierem! Choć podłogę tych wychodków przypomina błotniste bajorko, ich niewątpliwą zaletą jest jakość powietrza. W toaletach kultury zachodu wyziewy kamufluje się tężyzną odoru zielonego jabłeczka, żeby mogły powirować niezauważenie w atmosferze zmęczonej i wzdętej. W muzułmańskich wychodkach nie ma takiej potrzeby. Tam z reguły nie śmierdzi. Kategoria, którą najwyżej sobie cenię, to wychodki ateizmów postkomunistycznej Azji Południowo-Wschodniej. Tam nie dość, że jest papier, muszla i prysznic, to nie ma kubełków bez przykrywki i chemii w powietrzu. Można sobie takie pomieszczenie spłukać do poziomu własnej nadwrażliwości, by spokojnie oddać się powinnościom, które nas tam przywiodły.
Chińscy pogranicznicy różnią od swoich amerykańskich kolegów pod każdym względem. Pani zamiast drążyć temat celu mojej podróży, cieszy się, że ma okazję po angielsku sobie pogadać, panowie wpisują do wielkiej księgi nazwy miast na trasie mojej podróży, nazwę i adres hotelu, w którym się zatrzymam, ja pieczętuję to własnoręcznym podpisem, a pani wręcza mi paszport z trzydniową wizą w formie pieczątki. Chłopaki czekają już na mnie z bagażem. Znowu jestem w Chinach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz