poniedziałek, 7 maja 2018

8. Jedwabnym Szlakiem na Borneo

03.05. 2018
„Tałatajstwo, brud i ścierwo!” Tak w słowach piosenki podsumowują Kraj Środka the Abstinents. Kwintesencjonalny tekst punkowej formacji ze Śląska odwołując się do obiegowych opinii na temat realiów życia Chin i Chińczyków przypomina, jak bardzo są one przedawnione. Chiny to wciąż najdynamiczniej rozwijający się gigant na gospodarczej mapie świata. Przez niespełna czterdzieści lat od zapoczątkowania Rewolucji Ekonomicznej, która położyła kres wyniszczającej polityce komunistycznego idealizmu, Chiny nieustannie ewoluowały. To obecnie światowa potęga numer jeden, przy której legenda Ameryki nabiera mocy sentymentu, jakim darzy się pożółkłe zdjęcia odkurzane podczas rodzinnych spotkań. Sukcesowi Chin daleko do wybujałej legendy. Do naszego hotelu oddalonego o sześćdziesiąt kilometrów od lotniska, przez cały czas jedziemy ulicami miasta, a Chengdu to miasto klasy B. To taki Kalisz. Daleko mu rozmachem do molochów Szanghaju, Chongching, Pekinu czy Guangzhou, mimo to, przedmieścia przypominają tu osiedla szacownych centr europejskich aglomeracji. Jest zielono, są dobre restauracje i jeszcze lepsze samochody. Ten świat uwikłany w nieustająca sinusoidę skrajnych upadków i wzlotów, po raz kolejny stanął u progu potęgi, na którą zdaję się być skazany. Spoglądam z wysokiego piętra Hotelu Na Wypasie i widzę plony niewzruszonej strategii Cichego Giganta.
Popołudnie upływa mi na szamotaninie. Szamoczę się trwoniąc cenną energię w nadziei, że chińską młodzież można jakimś cudem wytrącić z letargu. Pomimo całego zachwytu nad sukcesem Chin, nie jestem w stanie zrozumieć, co leży u jego źródła. Przemawiam do ludzi bez inicjatywy, zapatrzonych w telefon, czasem w dwa na zmianę. Ktoś próbuje mi wyjaśnić, że Chińczycy są przecież nieśmiali, ale to maska skrywająca obojętność, bierność. Po kilku godzinach obcowania z chińską młodzieżą czuję się wydrenowany.
Jeżeli w Chinach istnieje jakaś religia, to bez wątpienia jest nią jedzenie. Sute biesiady są ulubioną formą okazywania gościnności. Jedzenia zamawia się tyle, żeby nie dało się zjeść. To rodzaj narodowej obsesji. Po południu, z inicjatywy naszych gospodarzy jedziemy do restauracji serwującej wykwintną lokalną kuchnię. Obsługa prowadzi nas do prywatnej sali. Pojawia się siedem rodzajów mięsa, na ciepło, na zimno, sporo warzyw i zup. Oprócz słodkich ziemniaków i białego ryżu wszystko jest pikantne. Mateusz jeszcze nigdy nie zaznał rozkoszy biesiadowania przy obrotowym stole. Spoglądam na niego sycąc oczy obrazem człowieka szczęśliwego. - Nie rozumiem dlaczego ludzie tak się zachwycają kuchnią japońską! - zwierza się pobudzony doświadczeniem kulinarnego przełomu. 
Nasz gospodarz co chwila upewnia się czy mi smakuje. - Tak sobie - żartuję po śląsku zawsze ciekawy reakcji ludzi łasych na komplementy. 

04.05.2018
W baraku publicznej biblioteki znalazłem się z okazji dziesiątej rocznica śmierci kumpla. Porzucił padół w tragicznych okolicznościach zmagań z bezwzględną naturą wisielczej pętli. Podobno dzisiaj będzie można przejrzeć jego teczkę z orędziem dla świata. Nikt nie wie co może zawierać. W jednej z sal spotykam Kajtka, koleżkę z osiedla. Bibliotekarz wskazuje nam stół, na którym niczym muzealny eksponat spoczywa grubaśna teka. - Nie można jej otworzyć bez udziału rodziny - informuje łagodnym głosem i znika, jakby go kto potraktował różdżką. „Teczka dla Świata” - mówi nazwa, którą ktoś ręcznie wypisał na skrawku papieru i przykleił do stołu. - Nie ma na co czekać! - puentuje Kajtek. Rozdziera folię, którą owinięto teczkę i ostrożnie uchyla twardą oprawę. Plik papierów. To wiersze. Kilkanaście stron zapisanych na maszynie. Bełkotliwe zdania poukładane w czterowersowe zwrotki układają się w pieśń szaleńca. Trudno z nich wyłowić jakąkolwiek treść. Wertujemy w poszukiwaniu czegoś, co można na oko zrozumieć. Obrazy. Ktoś namalował je na skórze, której krawędzie obszył grubym kordonkiem. Wydaje mi się, że to reprodukcje, lecz gdy ich dotykam wyglądają na oryginały. Na jednym z nich wszystko porusza się jak na filmie. Ożywione grubą kreską niesforne cielę wielbłąda wybiega z kadru w stronę postawnego osobnika pasącego się w tle. Natrafiam na portret nieruchomego brodacza z nienaturalnie odchyloną w tył głową. Wygląda na Żyda w chałacie. Są zdjęcia kolekcji monet złotych i srebrnych. Nic z tego nie rozumiem. Kajtek znika gdzieś na chwilę, a ja wertuję stos papierów, kserokopii, obrazów. To, co widzę nie pasuje do zapamiętanego zestawu sprzeczności, które targały właścicielem teczki. 
- Jakim prawem bezcześcisz tajemnice mojego syna?!!! - wytrąca mnie z zadumy grzmot głosu jego rozhisteryzowanej matki. Otwieram oczy. Nocną ciszę hotelowego pokoju tylko nieznacznie mąci szum klimatyzatora.
Chłopaki wyjeżdżają na lotnisko już o siódmej rano. Lecą do Singapuru, a stamtąd autobusem do Kuala Lumpur. Ja szczęśliwym zbiegiem okoliczności lecę bezpośrednio do KL, z tym że dopiero o północy i to z Air Asia... - Jeżeli chce pan opuścić pokój o osiemnastej, to trzeba dopłacić połowę ceny - informuje recepcjonistka, gdy tłumaczę w jakiej jestem sytuacji. Próbuję ją przekonać.
- Skoro zameldowałem się o północy, to może w takim razie zapłacę połowę mniej za pierwszą dobę? Menadżer hotelu pozwala mi zostać do czwartej.
Turystyczny, biznesowy, jakikolwiek tymczasowy pobyt w Chinach ma swoje mankamenty. Największym z nich jest działanie internetu. Od dostępu do poczty mailowej, komunikatorów i portali społecznościowych uzależniłem się wraz z zakupem pierwszego smartfona. Stamtąd poszło już z górki. Bóle głowy. Dopiero po kilku miesiącach wpadłem na to, że trzeba przyciemnić ekran. Okulary. Moja wrodzona nadwzroczność szybko zmieniła się w krótkowzroczność. Bezsenność. Obrazy, informacje, tempo ich przyswajania i przekazywania wprawiło w ruch ten wir, który siłą inercji właściwą ciele o dużej masie jeszcze długo po odstawieniu telefonu wypełnia głowę kołowrotem wspomnień, skojarzeń i planów. Chiny zafundowały mi co prawda wakacje od internetu, ale co to za wakacje, skoro czuję się jak alkoholik na odwyku, lub pracoholik na wycieczce w Egipcie z okazji dziesiątej rocznicy ślubu. W Chinach nie można sobie ot tak kupić karty sim. Trzeba zawrzeć umowę z usługodawcą, co bez konta w chińskim banku jest niemożliwe. Nieodłącznym elementem chińskiej przygody staje się poszukiwanie publicznych sieci wi-fi, które pozwalają na dostęp do "chińskiego internetu". Korzystanie z google i innych stron przydatnych dla osób utrzymujących kontakt ze światem zewnętrznym jest możliwy jedynie przy pomocy nakładek systemowych instalowanych w formie aplikacji spowalniających pracę telefonu. Udręką mogą być bankomaty. Większość z nich obsługuje tylko chińskie karty. Pieniądze trzeba wymieniać w banku, ale to długotrwała procedura, wymagająca okazania paszportu, a zakup zachodnich walut dostępny jest tylko dla obywateli Chin, którzy w celu dokonania transakcji muszą wypełnić szczegółowy formularz, przy czym bank nie sprzeda im więcej niż pięćset dolarów dziennie. Z jednej strony nie można tu legalnie kupić obcej waluty, z drugiej strony wywożenie z Chin juanów jest nielegalne. Zgodnie z prawem pieniądze zarobione w Chinach powinno się więc wydawać w Chinach. Gdy przypominam sobie wietnamski styl działania władzy komunistycznej, życie obcokrajowca w Państwie Środka może być mordęgą. Trzeba wyjątkowej motywacji, żeby tu zamieszkać. Ja osobiście widzę kilka. 

05.05.2018
Malezja to w przeciwieństwie do Singapuru kraj muzułmański, o czym już na lotnisku świadczą toalety. Zamożniejsza od Indonezji, gdzie slumsy są częścią krajobrazu miast, wilgotniejsza od tropikalnej Tajlandii i dużo bardziej zeuropeizowana niż Wietnam. Stolica kraju -  Kuala Lumpur to prawdziwy tygiel świata islamu. Ulubione miejsce wypoczynku zamożnych obywateli Półwyspu Arabskiego, magnes dla muzułmańskich przedsiębiorców z Pakistanu, Bangladeszu czy Indii. Pierwsi przyjeżdżają tu dla zmiany klimatu na równikowo-liberalny, czyli wilgotny i daleki od surowej obyczajowości zachodnich muzułmanów, drudzy w poszukiwaniu lepszego życia w kraju stabilnym politycznie i ekonomicznie, otwartym dla zachodniej turystyki i biznesu. Wszyscy natomiast ciągną tu do swoich meczetów, restauracji halal i prawodawstwa uwzględniającego islamski charakter kultury tutejszych Austronezyjczyków. Malezja to równikowy inkubator dla zamożnych Arabów z Bliskiego Wschodu, napędzany przedsiębiorczością ich braci z Azji Południowej.
Przejazd do Hotelu z Widokiem, usytuowanego w centrum, zajmuje czterdzieści pięć minut. Stratedzy rozwoju regionu musieli brać pod uwagę, że Kuala Lumpur nie chce lotniska w mieście. Żaden bum gospodarczy nie jest w stanie sprawić, żeby ta niewielka stolica kiedykolwiek wchłonęła oddalony o pięćdziesiąt kilometrów port lotniczy. Jest za pięć szósta. Pierwszy tego dnia azan właśnie dobiega z minaretów.

06.05.2018
Naszą woluntariuszka zbliża się do trzydziestki. I co z tego? Ta chłopczyca z odstającym zębem o przepięknych, migdałowych oczach jest pełna dziecięcego wigoru. Emanuje nim bez wysiłku, łagodząc huśtawkę naszych nastrojów kołysaną napływem informacji o nieustannie zmieniającym się rozkładzie dnia. Mówi o festiwalu i jego idei. Celem organizatorów, jest ochrona młodzieży przed zarazą głupoty czasów dyktatury internetu. Ambitny plan... Malezja jest krajem, gdzie sztuka w sferze publicznej istnieje tylko dzięki prywatnym inicjatywom. Władze nie angażują się w edukację artystyczną, dlatego nie ma tu państwowych szkół muzycznych. Organizator festiwalu - gość w rasta czapce, jest typowym idealistą. Wierzy, że jego impreza jest częścią zmian zachodzących w życiu kulturalnym Malezji. 
Sala koncertowa to zakamuflowany obiekt. Najpierw jazda windą, potem marsz plątaniną korytarzy.  Soundcheck wciąż trwa, choć dawno mógłby się skończyć. Ustawienia rozsypują się ze trzy razy. Monstrualnych rozmiarów, niemłody już grubas albo nie rozumie co do niego mówimy, albo w ramach jakiegoś spóźnionego wolontariatu właśnie zdobywa cenne doświadczenie kosztem upływającego czasu. Za to ekipa z kablami uwija się jak trzeba. Przepinają, przestawiają, zaznaczają, są pomocni i wydają się znać na swojej robocie. Po próbie czuję się wyczerpany. W Hotelu z Widokiem połykam szybki lancz. Mam jeszcze sporo roboty. Z realizacji moich planów wypina mnie niekontrolowana drzemka.
W garderobie lądujemy na godzinę przed występem. Na scenie gra trio z Bangladeszu. Gitarzysta jest uosobieniem spokoju. Jego gra jest za to płomienna. Sposób, w jaki prowadzi melodię przypomina grę na sitarze. Na pierwszy rzut ucha słychać, że skład prosi się o zmianę basisty uroczego jak anioł, przewidywalnego jak msza święta. Nawet gdyby sam lider wpadł na ten pomysł, jego realizacja nie byłaby już sprawą tak oczywistą. - W Bangladeszu są dwa zespoły jazzowe - tłumaczy - Najpierw był kwintet, ale się podzieliliśmy. Teraz na naszej scenie jest ciekawiej! Zakutana w chustę młoda konferansjerka drze się do wypełnionej w połowie sali jakby za chwilę na scenie miała się pojawić Metallica. Dzisiejszego wieczoru gra z nami polski saksofonista wykształcony w Katowicach. Kolejny Kuba. Ten prosty jak struna jegomość o zgrabnych dłoniach, których ozdobą jest pokaźnych rozmiarów srebrny sygnet z błękitnym okiem, splotem zdarzeń zakotwiczył w Indonezji.  Niewiele mówi, gdy tak stoi przed pulpitem z lewą nogą zgiętą w kolanie i prawym biodrem wypchniętym na zewnątrz. 
Eksport jazzu do Azji to przede wszystkim eksport postaw kształtowanych przez zachodni kult indywidualizmu. Azjaci temu właśnie chcą się przyglądać. Robią to z ciekawością, niedowierzaniem, z podziwem. Imponuje im prawo do artystycznego szaleństwa, egocentryzm, przekora, narcyzm leżące przecież u podstaw indywidualistycznej sztuki Zachodu, które tu są czymś kompletnie obcym. Z drugiej strony język naszej muzyki, nie tylko jego gramatyka, leksykon, lecz cały bagaż treści zakodowanych w nim przez kulturę buntu, jest w Azji mało zrozumiały. Euforia wśród publiczności, towarzysząca naszym wyjściom na scenę, to tylko przelotna radość ze spotkania z nieznanym. Z resztą uniwersalizm jazzu to kolejna sponsorowana legenda. - Wzorem demokracji, która go nacechowała - mówi jej treść - jazz przemawia językiem równości, a jego unikalny uniwersalizm przyczynia się do budowania ponadkulturowych relacji poprzez wspólne doświadczanie muzyki na żywo. Nic bardziej zwodniczego. Jazz jest dzieckiem buntu czarnej Ameryki. Przeciwstawiając się arogancji białego ucisku, musiał sformułować odpowiedź adekwatną do języka publicznej debaty - arogancką, zrozumiałą w realiach walki społecznej o przywileje i prawo do pierwszeństwa. Jedyną cechą wspólną ludzi wrażliwych, bez względu na miejsce i kulturę z której się wywodzą, jest zdolność do rozpoznawania piękna i reagowania na jego przejawy. Język uwzględniający te cechę ludzkiej natury jest jedyną uniwersalną formą ponadkulturowej komunikacji i tworzenia. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz