środa, 9 maja 2018

9. Jedwabnym Szlakiem na Borneo

07.05.2008
Nasze poranki w Kuala Lumpur są leniwe. Hotel z Widokiem już czwarty dzień rozpieszcza zespół, lecz to ostatnie chwile pieszczoty. Kończy się angaż festiwalowy. Od jutra jesteśmy na garnuszku klubu. Korzystając z wolnego dnia, za namową Kuby jedziemy do Jaskiń Batu. Wożenie się Grabem jest bajecznie proste i zaskakująco tanie. Za dziesięciokilometrową przejażdżkę płacimy pięć dolarów. Przy placu u podnóża stromych schodów prowadzących w głąb jaskini, pod niebosiężną statuą boga śmierci i wojny, panuje atmosfera oczekiwania na odpust. Batu to jedna z najpopularniejszych poza Indiami świątyń hinduistycznych, stąd bibeloty, słodycze, wegetariańskie jedzenie i pustki. Wspinaczka po prawie trzystu betonowych stopniach w ten duszny, zapowiadający równikową burzę dzień, oprócz wrażeń widokowych wyciska z nas sporo potu. Poręcze schodów oblężone są przez stado małpich rodzin. Przymilają się żebrząc o jedzenie. Kiedy próbuję jedną dotknąć, robi się agresywna. Rozdziawia zębaty pysk, zeskakuje z poręczy i sycząc napiera bezczelnie w moją stronę. Spłoszony ratuję się kopem. 
W przestronnej jaskini, po lewej mijamy plac budowy i kosze na śmieci, po prawej małą kapliczkę. Gipsowe postacie świecą ubytkami, a całej sytuacji przygląda się betonowy paw. Wzorem innych ignorujemy zakaz przestrzegający przez bezczeszczeniem świątyni nagością kolan. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcia korzystając z cienia i chłodu oferowanego przez jamę, która w końcu czekała na nas miliony lat.
W drodze powrotnej Kuba dzieli się z nami nowym pomysłem. 
- Spróbuję dać menadżerowi sto baks w łapę. Może pozwoli nam zostać do piątku? - nieźle, bo jest poniedziałek. W hotelu smaruje maila z zapytaniem, czy jest opcja, żeby przedłużyć nasz pobytu na jakichś preferencyjnych warunkach. Menadżer na to, że za trzy pokoje trzeba będzie po sześćdziesiąt dolarów dziennie od sztuki zapłacić i to razy trzy nocki, o które toczy się gra. Kuba drąży temat do skutku. 
- Zostajemy do piątku za sto pięćdziesiąt dolców - obwieszcza triumfalnie nasz irokez, wierny towarzysz podróży, szczery kompan i druh.

08.05.2018
Dla podróżujących, którzy lecą na Daleki Wschód w poszukiwaniu Azji, Kuala Lumpur jest zaprzeczeniem całej tej ikonografii przedstawiającej azjatycką biedę. Stolica Malezji to nowoczesne, uporządkowane miasto. Uregulowany ruch uliczny, sprawnie działająca komunikacja, bogate centra handlowe, drogie hotele, eleganckie ulice. Ordung i prosperity, którym tak blisko do atmosfery dusznych stolic starej Europy, gdzie życie płynie leniwie. 
W dzielnicy opanowanej przez Pakistańczyków, pod arkadami kolonialnej zabudowy czas też upływa powoli. Przechodzę tędy po raz drugi, a sprzedawcy pozdrawiają mnie jak stałego bywalca. Bracie to, bracie tamto. Poranna wycieczka na bazar centralny tylko potwierdza jak bardzo zeuropeizowała się Malezja. Mam wrażenie, że Malezyjczycy szczycą się swoją kolonialna przeszłością. W klimatyzowanych przestrzeniach hali targowej, rzędy eleganckich butików oferują bogaty asortyment pamiątek. Nie ma tu przekupniów. Za to białych spotyka się tu na każdym kroku. W doskonałej kopii świata, który opuśczają pod pretekstem poszukiwania przygody czują się równie doskonale. Robią sobie zdjęcia i popijają Nescafé. Zachowują się przy tym tak, jakby uwieczniali pierwsze chwile po wejściu na Dach Indochin, a przecież tylko jedzą curry przy straganie w głównym pasażu. Tak potęguje się ich doświadczenie Azji egzotycznej, odległej, obsługiwanej przez Visę i Mastercard. 
W niewielkim baseniku, tuż koło sklepu z kadzidłami aż roi się od czarnych rybek. Cute Fish - mówi tabliczka nad biurkiem kasjerki. Tu można strzelić sobie rybi piling. Przyglądałem się już niejednokrotnie turystom zanurzającym nogi po kolana w wodzie, w której bez ładu i składu przemieszcza się kolorowa ławica. Tym razem się nie zastanawiam. Nie mam tu nic do roboty. Nie szukam ciuchów ani pamiątek, z resztą komu miałbym je kupić? Płacę, zrzucam buty i ruszam pod akwarium. Chmara czarnych rybek czai się już w oczekiwaniu na porcję świeżego naskórka. Zanurzam nogi. Zdumiewa mnie ich śmiałością. Rzucają się do paśnika jak stado psów, jak wygłodniałe karaluchy, jak szczury. Ogarnia mnie arachnofobiczne uczucie, jakiego doznaje się na myśl o kontakcie z rojem pełzających insektów. Przez ponad połowę seansu nie mogę się zrelaksować, a przecież kocio szorstkie jęzory czarnych stworków oblizują tylko moje stopy, kłapiąc przy tym nieznacznie chrzęstnymi pyskami. Chłopaki przyjmują zabawę bez histerii, jak na przedstawicieli amplitudy łagodnej przystało.

09.05.2018
Choć jest środa, na ulicach pusto. W nadziei na zmianę koloru władzy z błękitnego na jakikolwiek inny Malezyjczycy stają dzisiaj do wyborów. Obecny premier, pełniący najwyższą funkcję w państwie jest najstarszym synem drugiego premiera Malezji i bliskim krewnym trzeciego, zaś partia z ramienia której sprawuje urząd, kieruje krajem niezmiennie od sześćdziesięciu lat. Ale to typowy dla Azji styl kurczowego trzymania się władzy. Pod pozorami demokracji, pod flagą komunizmu, rządów sprawowanych w imię Boga. - Strażnik demokracji od trzydziestu lat! - mówił jemeński slogan z wizerunkiem obalonego w 2012 roku prezydenta Saliha. 
- Nie zapomnijcie zabrać ze sobą paszportów przed wyjściem z hotelu - przestrzega nas Malezyjka, żona Polaka spotkanego w po koncercie w No Black Tie. - Będą kontrole na ulicach i to nie tylko dokumentów. To prawda. Prawo reguluje też dzisiejszy styl ubierania. Trzeba unikać kolorów symbolizujących którąkolwiek z partii startujących w wyborach. Odpada czerwony, czarny, zielony, niebieski i biały. Sprawdzam czy mam w ogóle co na siebie włożyć. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz