sobota, 11 sierpnia 2018

15. Jebane gliny

Tadek już od jakiegoś czasu mieszkał sam, więc perspektywa kompana na długie wieczory zimowej monotonii w zamarzłym mieście bardzo mu odpowiadała. Popalaliśmy w kuchni mohikułę i mendziliśmy o dziewczynach, których było nam wtedy brak. Tadek miał prawo jazdy zdobyte w Chicago i samochód. Łatwo było się przemieszczać za potrzebą, choć wieczorne wypady po zaopatrzenie do Nowego Jorku nie miały sensu. Zimą Washington Square Park zionął pustką. Dwie przygody z policją wyostrzyły moją wyobraźnię, a tam każdy ruch widoczny był jak na dłoni. Po drugie trzeba się było najeździć i naparkować. Tadek znał inne miejsce. East Orange. Miasteczko po sąsiedzku, którego etniczna mieszanka ze znikomą domieszką białego komponentu wydała na świat hiphopowców z Naughty By Nature. Ich herb - baseballowa pała określała ducha okolicznych slumsów.
Wieczór był chłodny. Suchy. Przez kilkanaście minut krążyliśmy po niedoświetlonych, podziurawionych ulicach. Spalone domy, płyty pilśniowe zamiast okien, znużeni bezczynnością murzyni bijący pianę wokół archaicznego magnetofonu-olbrzyma, ciężkie limuzyny, ozdoba białych przedmieść z epoki disco, teraz luksusowy towar z second handu i krążące w nich flegmatycznie bandy o kamiennych twarzach, bez słowa, pozornie bez celu. Sub-basowe głośniki dudniły zadziornie z bagażników brzmieniem głębi oceanu. Oznajmiając, że jest nieszczęście prowokowały. Wyczekiwały odwiedzi na własną prowokacje. W ich ogłuszającym rytmie nasi czarni rówieśnicy przemierzali ulice w poszukiwaniu reakcji na swoje wyzywające spojrzenia.
– What up, Yo!  Macie jakieś palenie? - rzuciłem bezceremonialnie, wyskakując z parkującego samochodu prosto na chodnik. Popłoch, z jakim grupka rzuciła się do ucieczki szydził z prostolinijności pytania, a szansa na udane zakupy rozpłynęła się w mroku za rogiem. Stałem zdezorientowany. Huk zatrzaskiwanych drzwi podpowiadał scenariusz dalszego ciągu zdarzeń. Płot z metalowej siatki, pogięty, pochylony wciąż odgradzał od spękanego, betonowego chodnika wspomnienie po trawniku porastającym niegdyś klepisko wokół zdewastowanej rudery. W oknie ciemnego pokoju na piętrze zauważyłem niewyraźny ruch. Samochód Tadka pojawił się, gdy bukietem przyjaznych gestów dawałem niby-dilerom do zrozumienia, że tu, w nocy, w czarnym getcie to ja powinienem się ich obawiać. Zewnętrzne, blaszane drzwi wejściowe zaskrzypiały.
- Myśleliśmy, że jesteście jebane gliny – wyznał po murzyńsku młodszy ode mnie, chudy jak szczapa koleś i już bez skrępowania wymienił ściskaną w ręku, pękatą torebeczkę na moje dziesięć dolarów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz