środa, 15 sierpnia 2018

16. Cztery Pory w Raju: Ja, Gastarbeiter

Pod koniec listopada nadeszła z Polski paczka. Niewielkich rozmiarów, płaskie pudełko: „Ja Miles”, w prezencie od Palucha. W atmosferę opisywanych wydarzeń wchodziłem w roli świeżo upieczonego ojca na odległość, osaczony zbiegiem wydarzeń, uwikłany w niezauważalną pajęczynę konsekwencji. Ja, Gastarbeiter z podupadającej rudery, ze stacji przesiadkowych, z podwodnych tuneli, z mostów nad rzekami, w śmierdzących ciuchach, z ropą w oczach, w drodze do znienawidzonej roboty. Rzut oka znad książki: panorama rozświetlonego Manhattanu z wagonu metra kołyszącego się na Williamsburg Bridge. Czułem się jak dziecko obdzierające pudełko z papierowej ozdoby pod choinką. Paluch tęsknił za takimi chwilami. Chciał znowu być za oceanem i nie miało znaczenia co się dla Stanów w Stanach robi. Czytał wspomnienia Milesa ilustrując tęsknotę kartami z atlasu własnej legendy o Ameryce. Za czym tak tęsknił? Od poniedziałku do soboty robota w pralni. Życie na komunie z karaluchami, z ludźmi. Długie przejazdy w półśnie na Siedemdziesiątą Drugą i bieganina z brudnym praniem tam, przy Broadway'u, wśród wiernych wyznawców obojętności dla konkurencyjnych przejawów istnienia. W Nowym Jorku tak łatwo poczuć się tak niewiele wartym. A oszczędzanie? I to przygotowywanie się do powrotu od pierwszego dnia na emigracji. Kupowanie gadżetów, setki godzin spędzonych w płytowych second handach, kanapki zabierane do roboty, zakupy w tanich supermarketach, rygor pracy na czarno i radość z każdego ocalałego dolara. Ale były też słodkie powroty do domu, z butelką piwa w torebce z szarego papieru, po lufce wypalonej na szybko przy wyjściu z piwnicy pod Amsterdam Avenue, gdy wieczór duszny i waniliowy...
Wrażliwość przemielona z awersją dla wszelkich jej przejawów dusi do skutku. Miała już wkrótce zadusić Palucha. 
Podarowana książka była jedynym zapamiętanym przeze mnie przejawem jego bezinteresowności.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz