środa, 15 sierpnia 2018

17. Cztery Pory w Raju: Transformacja Amerykańskiego Koszmaru

Sylwestra zdecydowałem się spędzić sam. Nie miałem już ochoty na towarzystwo poklepujących się po plecach polonusów, na imprezy u Janusza, podczas których oddawano cześć informatykowi, wodzowi, zwycięzcy. Znał przecież angielski, miał stałą robotę z ubezpieczeniem zdrowotnym, duży samochód, mieszkanie, którego nie musiał z nikim dzielić, młodszą o dziesięć lat żonę i zieloną kartę. Tej karty najbardziej mu wszyscy zazdrościli. To dla niej Andrzej upokarzał się w fabryce serów, latami dławiąc nienawiść do szefa, za rozłąkę z żoną, co cyckała go do ostatniego grosza. To dla niej Marek zaciskał zęby podcierając porzuconego przez rodzinę dziadka po wylewie. To dla zieleni banknotów oddawaliśmy się w szpony Ameryki, która w swoim statutowym dążeniu do prawdy potępiała nielegalną imigrację, pasąc się cichaczem na jej zakneblowanym potencjale. Żeby amerykański sen nie tracił na wyrazistości. Tworzono więc iluzję równości i napędzano demokrację na wzór rzymskiej, jakby te dwa tysiące lat też można było zamieść pod dywan. Czarne niewolnictwo, na którym wyrosły amerykańskie fortuny, zmieniło już kolor skóry na biały. Przystrojone w fatałaszki wolności wyboru, podsycane cichym przyzwoleniem dla nielegalnej pracy milionów imigrantów ugrzęzłych w szarej strefie zapewniało ciągłość polityki wyzysku. Tak działa nieustająca transformacja amerykańskiego koszmaru - American Dream!
Zakupy z East Orange wystarczały mi na długo. Tego wieczoru postarałem się tylko o butelkę whisky. Zalany tanim alkoholem, otumaniony samotnością z wyboru, cały wieczór wpatrywałem się w ekran telewizora. Świetlista kula wznosiła się ku górze, a głos odliczający sekundy pozostałe do końca roku, ostatecznie i na zawsze zanurzającego się w otchłani przeszłości, tonął w kaskadach euforii ogarniającej Times Square. Wszystko to działo się tak niedaleko. Wiwatujące tłumy. Deszcze konfetti, jak te podczas parady zwycięstwa symbolizującej koniec wielkiej wojny. Z turysty spragnionego doznań dających się przetworzyć na opowieści przy piwie, zmieniłem się w emigranta, któremu szkoda czasu i pieniędzy, żeby wyruszyć na ich poszukiwanie. Nie maiłem siły jechać pociągiem w tę samotną, mroźną noc, żeby połączyć się ze skandującym tłumem obcych. Nie chciałem już nic przeżywać. Wszystko wydawało się absurdalne.
Ostatni dzień w pracy był spóźnioną o dwa miesiące wigilią, osadzoną jak szlachetny kamień w prozie paradoksu. Kazik, Mietek, Tadek, Rychu, brudna robota, której od miesięcy końca nie było widać i życie na komunie. Wyobrażenie powrotu do kraju, mimo całej pogardy dla niewolniczego trybu życia, rodziło we mnie tęsknotę za tym miejscem. Od Zbyszka-szefa firmy budowlanej, który okantował mnie do spółki z złodziejami z agencji pośrednictwa pracy na Green Poincie musiałem jeszcze wydrzeć trzy zaległe tygodniówki. Miałem na to kilka dni. W robocie krążyły już plotki o bankructwie firmy, a postawa towarzyszy od kielni nie nastrajała optymistycznie. 
- Lepiej się Młody w ogóle nie upominać. Jak się Zbyszek wkurwi, to nikomu nie wypłaci - mentalność niewolnika zawsze znajdzie emisariuszy swojej rozedrganej prawdy. Miałem dosyć roli wygnańca w świecie, dla którego mogłem tak na prawdę nie istnieć, w którym anonimowość rodziła obojętność. Rzygać mi się chciało od ideałów. Sprawiedliwość. Godność. Każdy z nas doświadczał tyle godności, ile zdołał wydrzeć nie oglądając się na innych. 
Na kilka dni przed wylotem do Polski w skrzynce pojawił się czek. Amerykańska skarbówka zwracała mi nadpłacone podatki za cztery miesiące roboty w siapie u Borysa. Ponad tysiąc dolarów, czyli roczną pensję w moim skarłowaciałym kraju! Na lewym social security, bez zezwolenia na pracę, na przeterminowanej, turystycznej wizie dostawałem to, co należało się każdemu, kto nie przekroczył średniej krajowej. I mógłbym tak harować do emerytury, a potem żyć w złotej klatce, bez paszportu, bez prawa do głosowania, w bezkrytycznym milczeniu, w zamian za przyzwolenie na wegetację w piwnicach Ameryki.
Oczekując na metro w drodze na  JFK  przyglądałem się rapującym na peronie chłopaczkom. Czerwony plecak ze stelażem oraz skórzana torba od Marty pęczniały od płyt, z którymi nie chciałem się rozstawać. Resztę dobytku wysłałem paczką morską. "Odzież używana" - informował list przewozowy. Po roku spędzonym w Ameryce nie było mnie stać na opłacenie cła za odtwarzacz CD i słuchawki. Wpatrując się w budynek terminalu z okna samolotu byłem pewien, że oto widzę Nowy Jork po raz ostatni. Podczas trwającego kilkanaście minut kołowania zachłannie pożerałem wzrokiem masywne sylwetki pojazdów poruszających się po płycie lotniska, odczytywałem nazwy przewoźników wymalowane na kadłubach mijanych boeingów 747 - Quantas, Air China, Saudi Airlines. Logo Air France zdobiło smukłą bryłę dziobatego jak sam bocian concorde'a. Podczas powietrznych manewrów łakomie utrwalałem w pamięci wieczorną panoramę Nowego Jorku. Jeszcze przez chwilę błyszczała po sam horyzont. Gdy majaczące w dole światła kanadyjskich miast ustąpiły czerni bezkresów Atlantyku, zanikły ostatnie sygnały stacji radiowych. Byłem w strefie przejściowej. Już nie w Ameryce, której obecność wciąż prześladowała mnie świeżością wspomnień, a jeszcze nie w Europie, do której już dawno nie należałem.
Obudził mnie lekki wstrząs. Wyjrzałem przez okno. Samolot przez krótką chwilę kołował po nierównościach niewielkiego lądowiska, po czym zamarł przed jedynym terminalem upstrzonym zdobieniami z różowego plastiku. Wystygłe kadłuby samolotów z napędem śmigłowym, jak zmokłe ptaki, co nie miały gdzie skryć się przed deszczem, spoczywały sporadycznie na płycie lotniska. Obok dumnej sylwetki boeinga, zastygającej po transatlantyckim rejsie uwijały się ochoczo pocieszne bryły małych fiatów...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz