niedziela, 9 czerwca 2019

3. A przyszło znad Rzeki Czerwonej

29.03
Niczym kowadło wypuszczone w przepaść z rąk stojącego na moście, potężny Boeing pikuje samotnie naprzeciw piaszczystego pustkowia. Dwustu mężczyzn dynda w kabinie pasażerów pod oparciami foteli. Niektórzy rzygają ze strachu, inni pokrzykują z niedowierzaniem. Ten zwiotczały zwisa przebity pociskiem z broni przeciwlotniczej. Nikt się takiego lądowania nie spodziewał. Nikt z nich dotychczas nie pikował w stronę rozpalonej słońcem ziemi. Nikt z nich w ogóle nigdy nie pikował. Upływ czasu rozkleja Michaelowi usta. Zalepione ostrożnością koczownika wegetującego wśród obcych w końcu zmieniają się w kłapiącą maszynkę do wskrzeszania przeszłości. Mówi o Iraku. Na zlecenie amerykańskich mocodawców organizuje w swoim kraju grupę białych najemników. Teraz lądują pod ciężkim obstrzałem. Jeżeli przeżyją, będą ochraniać cywili w służbie armii USA w strefach zielonych i czerwonych. Jeszcze nie wiedzą, że na rozkaz amerykańskiego dowództwa przyjdzie im zabijać. Po wygaśnięciu irackiego kontraktu Michael kilka lat przepracował w Chinach. Teraz uczy angielskiego w tutejszych podstawówkach. Z niepokojem referuje mi ostatnie doniesienia z RPA. Narzeka, że reżim Murzynów najpierw zbezcześcił idee Mandeli, potem zrujnował gospodarkę. Korupcja oraz socjalistyczne ambicje władzy doprowadziły kraj na krawędź wojny domowej. Pokazuje mi jakiś filmik. Rzeczywiście. Wygląda na to, że prezydent Zumba jeszcze nie rozgryzł liczebników.
-Byliśmy jak Australia czy Nowa Zelandia. Teraz jesteśmy jak Zimbabwe. Wkrótce będziemy jak Somalia - wrzuca RPA do jednego wora z upadłymi państwami, w których rządzi chaos.

30.03
Dzisiaj rano powrócił Jezus. Jaranie chyba odjęło mu rozum, bo na pytanie gdzie się przez te kilka dni bujał, nie jest w stanie powiedzieć czy był na północy czy może jednak na południu. Przestał jeść i mało pije. Trujący susz muzyki znowu pobrzękuje z jego słuchawek na tle ciszy, do której zdążyliśmy szybko przywyknąć. Sepultura...
- Jesus! Puedes bajar un poco? - ścisza od razu i bez śladu pretensji.

03.04
Najpierw klęka nam klimatyzator. Potem na celę wjeżdżają wentylatory. Od paru dni mam zapalenie ucha. Przydałyby się antybiotyki, ale postanawiam nie iść na łatwiznę.
Piąty dystrykt, to Chińska Dzielnica zamieszkiwana przez buddyjską mniejszość Hoa - potomków handlarzy przybyłych do Wietnamu w czasach dynastii Qing. Dwieście lat zajmuje im przejęcie kontroli nad wietnamskim handlem, a szczyt ich prosperity przypada na okres francuskiej władzy kolonialnej. Na ulicach Piątego Dystryktu towary opatrzone chińskimi znakami do dziś przeładowuje się z ciężarówek na motocykle. W Sajgonie to najlepsze miejsce, żeby znaleźć "chińskiego" lekarza. Dla mnie to najlepszy moment, żeby się przekonać jak się ma wietnamskie ziołolecznictwo. 
Medycyna wschodnia zwana tu północną jest w Wietnamie silną alternatywą dla medycyny konwencjonalnej czyli zachodniej. Pierwsi lepsi na ulicy wskazują mi pierwszy lepszy gabinet zielarza. 
- Lekarz będzie za dziesięć minut - informuje młody chłopak i każe mi siadać. Drzwi gabinetu otwarte są na oścież i wychodzą na ruchliwą ulicę. Zielarz zjawia się po chwili i jak przystało na prawdziwego lekarza przywdziewa biały fartuch. Wypytuje o cel mojej wizyty, bada puls, sprawdza język, zagląda w oczy i wypisuje receptę. Czternaście ziół.
- Wizyta jest bezpłatna - tłumaczy. Mam tylko wykupić lekarstwa w jego aptece, za sześćdziesiąt dolarów... Wygląda na to, że medycyna północna to w Wietnamie alternatywa dla zamożnych. Nawet nie mam tyle przy sobie. O dziwo lekarz pozwala mi zabrać gęsto zapisaną receptę, którą realizuję w obskurnej aptece obok. Lekarstwa kosztują mnie tam prawie trzy razy taniej. Godzina wyszukiwania odpowiednich suszy, odmierzania, drobienia i paczkowania, no i dostaję siedem foliowych worków.
- Kup gliniany garnek do gotowania ziół, wsyp do niego zawartość worka, zalej trzema miskami wody, gotuj aż dwie miski odparują i pij gorące. Z tego, co zostało w garnku zrób wieczorem jeszcze jeden wywar. - wyjaśnia jednym tchem krępy aptekarz o poczerniałych stopach. Instrukcję nagraną na dyktafon rozszyfrowuje mi w hotelu matka właścicielki. Na targu za półtorej dolara kupuję garnek i zabieram się do gotowania. Włochate korzenie, zasuszone wióry i nieznane mi z wyglądu liście prezentują się egzotycznie. Wywar jest brązowy, słodki, intensywny. Po czterech dniach zapalenie ustępuje. Nie wiem jeszcze, że nadciąga plaga.

07.04
Ludzie urodzeni i wychowani w Kraju Środka to zupełnie inny przelot. Ich przodkowie udomowili ognień, żaden najeźdźca nigdy ich sobie do końca nie podporządkował, tradycyjnie sprawowana u nich władza absolutna uchroniła ich przed zarazą indywidualizmu, a wszelkie statystyki z historycznego punktu widzenia zawsze działały na ich korzyść. Chińczycy. To potencjał ludzki, niekończące się rezerwy robotników, żołnierzy, ofiar są ich największym atutem. W zamian za rosyjską bombę atomową Mao Zedong był gotów poświęcić trzysta milionów obywateli swojego nowo powstałego, komunistycznego cesarstwa. Na tyle szacowano liczbę ofiar wojny atomowej przeciwko Stanom Zjednoczonym w imię otwartej walki Chin - emisariusza komunizmu przeciwko imperializmowi - walki, w którą Sowieci w czasach zimnej wojny nie mogli się otwarcie się zaangażować.
Dzisiaj rano w hotelu zainstalowała się nowa grupka. Cała gromada Chińczyków. Głuchoniemych...

10.04
Codziennie testuję w terenie wyrażenia nowo podłapane albo te, o które dopytuje na potrzeby sytuacji łatwych do przewidzenia. Wiem, kuszę los, ale i tak planuję kolejne scenki przedstawienia bez końca, a potem doprowadzam do ich premiery. O tyle mi łatwiej, że otaczają mnie ludzie, którzy nie wiedzą co to agresja. Ryzyko fizycznej konfrontacji w razie przekroczenia norm zwyczajowych jest w Wietnamie znikome. 
Prostota rozmów opartych na bezpośredniej wymianie informacji dotyczących spraw, z których większość w świecie Zachodu uchodziłaby za prywatne, delikatne lub wręcz poufne, przeznaczone dla uszu najwęższej grupki przyjaciół, to podstawowy schemat komunikacji z ludźmi napotykanymi na targowiskach. Rozpoczynanie rozmowy pytaniem o stan cywilny to standard.
- Co taki wymęczony siedzisz? - pyta cieć z hotelu naprzeciwko, bo widzi, że siedzę wymęczony. Jest szósta rano.
- Nie twoja sprawa - wypuszczam z siebie po wietnamsku pierwszą wypowiedź dnia, z ciekawością, ale i ze szczerością wpisaną w kalkulację doboru tej potencjalnie nieprzyjemnej w odbiorze reakcji nastawionej na zatamowanie strumienia cudzej dociekliwości. Zadziałało! Obraził się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz