środa, 12 czerwca 2019

4. Jeszcze tylko ten jeden kęs zgnilizny...

12.04
W mrocznym zaciszu noclegowni, która tak sprzyja ucieczce przed żarem wielomiesięcznego wyczekiwania na pierwszy deszcz, w naszej oazie bocznej alejki, która rozpieszcza codziennym rytuałem ciszy w wychłodzonym półmroku, my słyszący jesteśmy świadkami nadejścia milczących. Na okrągło wsłuchujemy się w klaskania migających rąk, kłapanie sandałów podczas nieustających wędrówek, dudnienie drzwi. Te balkonowe, ciężkie, żelazne skrzypią i klekoczą. Ich huk w środku nocy wypełnia wykafelkowane wnętrze hotelowego prostopadłościanu metalicznym echem. Tez z dykty, prowadzące na korytarz, zawodzą tępym jękiem. Jakby kto w pudło kartonowe kopał w pustym kościele nieco dalej od ołtarza. To Wookie bezcześci ciszę, do której tak tęskni się w Sajgonie za dnia. Gdy kończy robić pranie (jest druga w nocy), zaczyna chodzić pomiędzy piętrami. Wtedy kłapią jego ciężkie sandały. Telefon, który zostawia na łóżku też nieustanie oznajmia swoje, jakby rozdzierające ciszę powiadomienia dźwiękowe do czegoś były mu potrzebne. Teraz miga mi przy łóżku z dziewczyną, którą właśnie sprowadził na nocną wizytę. Oboje klaszczą, ale to on wydaje z siebie te dźwięki. Mruczy, chrząka i zawodzi jak pokutnik, jak kobieta, którą dusi nocna zmora, jak Wooki z Gwiezdnych Wojen. Czy ktoś kiedyś próbował rozbudzić jego wyobraźnię? Czy uświadamiał mu, że on dla nas istnieje tam, gdzie my nie istniejemy dla niego, w tym jedynym realium bezkresnej ciszy? Tę i inne kwestie kontempluję już którąś noc z rzędu.

16.04
Nasze relacje z Chińczykami wciąż są przyjazne. To przecież nowy początek, miodowy miesiąc, pierwsza wspólna wycieczka do zoo. Dzisiaj dziewczyna Wookiego uczy mnie mnie jak mignąć coś pożytecznego. Palec wskazujący w stronę swojego serca, potem oskarżycielsko na rozmówcę, a potem trochę pocierania górnej części dłoni w okolicy kciuka złączonymi palcami wskazującym i środkowym i gotowe. Kocham cię! Język migowy w żaden sposób nie rekompensuje głuchoty. Istnieje w trzystu wariantach i dzieli społeczność niesłyszących zamiast ją jednoczyć pod parasolem jednego, powszechnie zrozumiałego języka ludzi, którzy i tak już na starcie zaliczyli skuchę. Żeby wyznać swoją miłość Rosjance Tatianie, Chińczyk Wookie będzie musiał się nauczyć migać po rusku, jakby wyrokiem sił natury zasłużył na więcej niż na samą głuchotę. 
Po dwóch tygodniach prób oswajania się z nowym porządkiem, zaczynam się miotać w poszukiwaniu ucieczki od hałasu świata głuchoniemych. Zanim to nastąpi, chcę się podjąć próby ich zreformowania. Jej pierwszym etapem będzie otwieranie martwych uszu oczami wyobraźni.

18.04
Moje rozmowy z Dimą przynoszą plon. David, przewrażliwiony na punkcie pogłosek na swój temat, nie wytrzymuje. Proponuje spotkanie w knajpie dla ekspatów. W rytuale afiszowania się relacją z kolejnym statystą w teatrze życia pełnego tajemnic, których tak pilnie strzeże, od razu zagaduje barmana. To dla zabezpieczenia potencjalnego źródła przecieku przerywa prawie roczne milczenie. Sporo go to kosztuje. Pali jeden za drugim i trzęsącym głosem przekonuje mnie typowymi dla siebie obwiedniami, że jeszcze nie zwariował, bo przecież wciąż jakoś utrzymuje się na powierzchni, że na bank nie jest bi, bo z jakąś Rumunką w Bangkoku przybujał i że nic mu nie wiadomo o żadnej paranoi. Po prostu zmienił numer telefonu. Takimi metodami próbuje chronić się przed nieobliczalnością tych, do których paradoksalnie go ciągnie. Odwraca bieg domysłów budowanych w oparciu o założenia, zgaduj zgadule, hipotezy, podszepty intuicji i wściekłość za brak kontroli na trzecim okiem. Ale potrzeby kontaktu z pokrewieństwem umysłów uwikłanych w walkę z samym sobą nie da się tak łatwo zagłuszyć. Zrozumienie ze strony bratnich utracjuszy, których stać co najwyżej na ujawnianie się jakąś gigantyczną metaforą jest bezcenne. Nic wprost. Alegorie, metonimie i to nieustanne skrywanie blizn, to tabu wobec jątrzącej się rany. Pod wieloma względami jesteśmy podobni. Obaj świadomie żyjemy na deskach teatru. Lubimy tę niewidzialną scenę i widzialne rekwizyty. Uwielbiamy dobierać statystów i powołać do życia, to co jeszcze przed chwilą istniało tylko w niebycie. Tam tak łatwo przemieniać się w boga.
- Jak będziesz miał ochotę się jeszcze spotkać, to daj znać – proponuję na pożegnanie. Piłkę pozostawiam po stronie Rybaka-Wagabundy.

20.04
Naginanie rzeczywistości do własnych potrzeb - tak długo próbowałem się uwolnić od ulubionych przyzwyczajeń. Głuchoniemi kłapią, siorbią, klaszczą, szumią, dudnią, szurają, trzaskają, szeleszczą i mlaszczą. Dzisiaj przechodzę do ataku, bo czas na rewanż czyli zemstę. Gestykuluję ze swadą w nadziei, że temperament nasączy znaczeniem improwizowane zestawy ruchów symulujących język migowy. Wymachując rękami pochrząkuję angielszczyzną nafaszerowaną gnojówą z najgorszych słów. Tak trzymam w ryzach gniewną retorykę gestów. Klaszczę, podskakuję a oni patrzą...i rozumieją. Nienawidzą mnie za tę nieustępliwość. Nie wiedzą, że ich ignorancja jest źródłem mojego odwetu, bo skąd mają wiedzieć, że są ignorantami. Nie rozumieją też, że to na niej się pasę ulewając nadmiar energii skumulowanej tygodniami przeleżanymi w pozycji gnilnej. Tak przecież przeczekujemy upalne popołudnia na celi w Khoi Hostel, podczas gdy Chińczycy kręcą się w kółko. Jest ich raptem sześcioro, ale z łatwością zmieniają nasz pokój w mrowisko. Mrowią się piorąc, migając, jedząc, prowadzą jakieś nocne konferencje u naszych wezgłowi nabijając sypialnię słonym zapachem dopiero co zalanej zupy. Okupiona serią interwencji naprężonych emocją mroczną, w końcu nastaje cisza...

24.04. 
Budzę się z zaropiałym okiem. Cztery noce nieprzespane z rzędu ostatecznie nabierają ciała. Próby nakierowania Chińczyków na ścieżkę wydreptaną przez demokratyczne propagandy głoszące wzajemny szacunek i równość, zakorzenione od tysiącleci w bezbronnych umysłach wyznawców Zachodu są i będą skazane na porażkę. Chińskie ścieżki wydreptane na długo zanim Zachód w ogóle zaczął dreptać poryte są głębszymi koleinami. Do tego ten brak emocji tam, gdzie demokraci już dawno się grzeją! Ta zdolność do zachowania dystansu, do nieangażowania się w zbędne drenaże jest źródłem ich przewagi oraz przepowiednią ich ostatecznego zwycięstwa. Po południu daję za wygraną. Przenoszę się do pokoju piętro wyżej. 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza