środa, 12 czerwca 2019

5. A przyszło znad Rzeki Czerwonej

25.04
Hotele w okolicy Pham Ngu Lao ukazują głębię podziałów świata iskrzącego na styku wszelakich niezgodności. Są hotele, w których gnieżdżą się tylko czarni Afrykańczycy. Jednoczy ich stosunek do koloru skóry, do wszystkich uprzedzeń na temat ich Afryki, ale przede wszystkim to porozumienie bez zbędnych pytań. Trudno określić jednoznacznie co ich tu sprowadza, ale Afrykanki bez ceregieli zagadują mnie na ulicy. Ich czarni odpowiednicy też nie wyglądają na backpackersów. Grupkami przesiadują w pobliskim parku, palą materiał, popijają i donikąd się nie śpieszą. Są hotele, w których bez ogródek odprawia się ich z kwitkiem. To miejsca dla pacholąt dostojnych socjalizmów zachodniej Europy: Szwedzi, Duńczycy, Belgowie, Niemcy, Francuzi, Brytole. Tam tętni wychuchane życie w blond pochlebstwach, w uśmiechach natychmiast i jakby darmo. Popuchnięci od okazywania szacunku dla wszystkich przejawów życia, goście hotelowi stąpają tam wokół siebie na palcach. W miejscach, w których tak się objawia lęk przed nieznanym naprawdę można wypocząć. 
Jeden z hoteli, tam gdzie pod bramą zagnieździły się szczury, opanowali Hindusi. To jedno z tych miejsc, gdzie między piętrami lepiej nie chodzić boso. Pety i puste butelki po piwie walają się w dusznych korytarzach, w których na próżno szukać kamer. Podczas śniadania gość w czarnym turbanie pogrążony w telefonie nuży tę żonę, co czuwa przy pustym talerzu wierne jak suka przyklejona do pańskich stóp. Biali unikają tych miejsc. Nawet karaluchy pełzają tam jakby leniwiej. Nikomu w końcu nie przeszkadzają. Cenę pokoju za dobę negocjuję z leniwym recepcjonistą. Już wiem, gdzie sobie zrobię kolejny sajgoński przystanek.

26.04
Dziesiątki tysięcy lat temu świat dzielił się na cztery nieprzenikające się ekosystemy, niczym cztery planety na powierzchni jednego globu. Dzisiejszy świat to arena zmagań dwóch przenikających się propagand. Z jednej strony chrześcijańska demokracja. Mariaż idealizmów urokliwy jak zabawy w harcówce. Naiwny jak wiara w niezbywalność praw. Niewinny jak spalenie mieszkania podczas zabawy zapałkami. Niekończące się debaty i cykliczne zmiany priorytetów to jej kula u nogi. Głoszone przez nią przekonanie o słuszności decyzji podejmowanych głosem uprawnionej do tego większości to jej koń trojański. 
Z drugiej strony monopartyjny kapitalizm. Stateczność drutu kolczastego. Pragmatyzm gilotyny. Jedynowładztwo nie musi się przed nikim tłumaczyć. W szybkim podejmowaniu decyzji nie przeszkadza mu przecież żadna opozycja. Jego poddani też się do politykowania nie garną. Gwarancja trwałości warunków do bogacenia się pozbawia ich takiej potrzeby. Sto, dwieście lat - oto ile trwa kadencja u steru władzy w monopartyjnym kapitalizmie. Wzrost znaczenia Chin w ostatnich dekadach udowodnił, że pod nieobecność publicznej debaty marzenia o potędze narodu łatwiej się spełniają.

30.04
Język wietnamski jest schizofreniczny! Zmusza do postrzegania siebie z różnych perspektyw. Nie pozwala przyzwyczaić się do tego jednego jedynego JA, niezmiennego w relacjach ze zmieniającymi się rozmówcami, ich wiekiem, płcią i statusem społecznym. JA świata Zachodu jest utwardzone, zawsze takie samo i zawsze pełne siebie. Wietnamskie JA po prostu nie istnieje. Charakter języka Wietnamczyków nie dopuszcza do rozkwitu JA w tym niezmiennym zaimku, w słowie reprezentującym postrzeganie siebie z tej ostatecznej perspektywy. Język wietnamski nieustannie tresuje swoich użytkowników. Ta zmienność miejsca w szeregu, co jak nastroje pompowane estrogenem tańczą a podporządkować się nie chcą, jest wpisana w jego naturę. Coś, do czego trzeba się długo przyzwyczajać, gdy się tu wkracza z Indoeuropy. Taki język zmusza do myślenia o sobie jak o kimś innym. Nie dość, ze JA to od teraz zawsze ON, to jeszcze nieustannie nie ten sam ON. Wczoraj byłem starszym bratem jakiejś młodszej dziewczyny obsługującej mnie w sklepie. Z rana na chwilę stałem się dzieckiem staruszki sprzedającej ciasta zawijane, a teraz, w recepcji hotelu jestem młodszym bratem trzy lata starszego ode mnie gościa z tatuażami recydywisty czy marynarza. Język wietnamski jest schizofreniczny!

02.05
W prywatnym pokoju piętro wyżej spokój też nie jest mi pisany. Przez ściany tylko odrobinę grubsze od dykty zachowania moich głuchoniemych sąsiadek z Chin są wyraziste. Niczym szepty spowiedników na tle kościelnej ciszy sprawiają, że jeszcze trudniej się w nie nie wsłuchiwać. Nocny tryb życia i to gotowanie w pokojach pootwieranych na oścież. Żyją jak w taborze. Po południu oddaję ciuchy do prania i wybieram pieniądze z jedynego bankomatu, który wydaje dużo na raz. Myślami jestem już w drodze.

03.05
Rzeka Sajgon to rzeka graniczna. Na niewielkim odcinku oddziela Kambodżę od Wietnamu oraz prowincje Tay Ninh od Binh Phuoc. Dalej wyznacza północno-zachodnią granicę miasta Ho Chi Minh znanego jako Sajgon, do którego wbija się szerokim korytem kreśląc zarysy dzielnic wyrosłych w jej olbrzymich meandrach. W miejscu, gdzie uchodzi do rzeki Soai Rap od niedawna działa jeden z największych portów przeładunkowych Azji Południowo-Wschodniej. Ponad głębokim korytem tej gigantycznej rzeki cumują piećdziesięciotysięczniki. Gdy na nie spojrzeć z wysoka i z oddali, wyglądają jak miniatury statków wystawione na pokaz w konkursie dla modelarzy.
Droga do terminalu promowego prowadzi przez strefę budów. Jak wszędzie na obrzeżach Sajgonu, tam też rosną nowoczesne osiedla. Za dwadzieścia lat będą wizytówką potęgi tego kraju. Dzisiaj to wciąż ohydne, betonowe odludzia zdominowane przez ciężki transport nastawiony na obsługę budownictwa. Ponad dziurawymi drogami w powietrzu unoszą się tumany cementowego pyłu. Ciężarówki mozolą się wlokąc z miejsca na miejsce stalowe elementy gigantycznych konstrukcji. Tu wszędzie jeździ się w maskach. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz