czwartek, 20 czerwca 2019

6. A przyszło znad Rzeki Czerwonej

04.05
Wytchnienie od sajgońskich upałów i chińskiej niereformowalności zstępuje na mnie jak moc rozgrzeszenia powołana ustami wyrozumiałego spowiednika. Rozumiem to w ten sposób, że pierwsze dwie noce po przyjeździe do Vũng Tàu przesypiam jak w chorobie lub w ostatniej fazie pokuty za grzechy wstydliwe.
Historycznie te bagna na cyplu, w pobliżu których już w czternastym wieku statki europejskich handlarzy cumowały w drodze do Chin, to dzisiaj imponujące miasto. Imponuje rozmiarem, który idzie w parze z czystością i czymś sielskim. Czyste ulice i powietrze znad morza, sielskie popołudnia w cieniu kawiarń i ruch uliczny, który reaguje na zmiany kolorów świateł. Vũng Tàu. Złoża ropy naftowej i gazu ziemnego uczyniły je jednym z najbogatszych miast Wietnamu, którego budżet bogaci się na dochodach z przemysłu naftowego. Stąd te niezliczone hotele, restauracje, kawiarnie, kluby, promenady i cała infrastruktura harmonizująca z łagodnością nadmorskiego klimatu. Vũng Tàu przyciąga turystów przez cały rok. Ich zagraniczną część w dużej mierze reprezentują Rosjanie. Ci upodobali sobie wietnamskie wybrzeże od Delty Mekongu aż po Đà Nẵng.

05.06
Na pytanie o korzenie kultury Azji Południowo-Wschodniej nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Pewne jest, że do dzisiejszych czasów nie zachowały się prawie żadne jej przejawy. Języki, piśmiennictwo, religie czy systemy polityczne panujące tu obecnie przybyły przecież z zewnątrz. 
W trzecim stuleciu przed Chrystusem, w Indiach dochodzi do schizmy w buddyzmie. Południe oficjalnie zaczyna praktykować Therawadę a północ Mahajanę. Do Indochin Therawada dotrze bezpośrednio drogą morską, Mahajana zaś pośrednio przez Tybet i Chiny. Podczas Pierwszej Chińskiej Dominacji swoją pozycję utrwali na północy dzisiejszego Wietnamu, a wraz z marszem Wietnamczyków na południe rozprzestrzeni się po całym kraju. 
Od pierwszego wieku naszej ery rozpoczyna się sukcesywny proces indianizacji Azji Południowo-Wschodniej. To z ekspansją kasty indyjskich handlarzy wiąże się historia tutejszego hinduizmu spopularyzowanego wśród lokalnych elit, które sukcesywnie ulegają urokowi filozofii głoszonych przez braminów. Świadectwem historii hinduistycznych królestw Funan, Angkor i Czampa są do dzisiaj liczne zabytki porozsiewane po bezdrożach Indochin. Popadają w ruinę w niedostępnych dżunglach, ale też w miejscach uczęszczanych przez turystów. Zaświadczają o historii, która tyle ma tyle wspólnego z życiem współczesnych mieszkańców regionu, co wizerunki Światowida z światopoglądem dwudziestowiecznych Słowian. O ile w Polsce nikt mu już nie bije pokłonów, Hinduistów w Wietnamie jest wciąż około sześćdziesięciu tysięcy. To głównie czamska mniejszość, dla której religia jest reliktem dumnej przeszłości, łącznikiem pomiędzy teraźniejszością a ich Judeą, której dziś nie sposób sobie już nawet wyobrazić. W trzynastym wieku ekspansja islamu kładzie kres dominacji kultury Hindusów trwale wzbogacając lokalną mozaikę o kolejny napływowy element. Nieliczni wyznawcy hinduizmu i islamu do dziś żyją w okolicach Phan Thiết. To właśnie tu decyduję się spędzić kilka dni.  Do oddalonej o dwadzieścia kilometrów od centrum dzielnicy zwanej Mũi Né przenoszę się z nudów.

08.05
Mũi Né wszystko wydaje się takie ruskie. Tam, wzdłuż drogi zabudowanej infrastrukturą kapitalizmu, co się na obietnicy przygód pasie i wciąż napaść się nie może, tylko co poniektórzy przysiadują cichaczem i w pojedynkę. Ten czas sjesty snuje się jak nocna cisza za dnia. Nie widać, żeby ktoś z kimś gadał. Skwar zamiast dodawać animuszu wraz z energią słońca, która panoszy się wnikając w każdą najciaśniejszą szczelinę, odbiera chęć istnienia dla siebie, a co dopiero dla innych. Popijają więc samotnicy przeczekując nawałnicę słońca. Ich skóry chronią najtłustsze kremy, które kupuje się tu w sklepie u Maszy. W ucieczce przed samym sobą przystaję, bo czterech w barze wokół stołu gromko rozprawia po francusku! Ten najgrubszy, co nad resztą o głowę góruje to właściciel. Już ósmy rok popala tu jointy, bo mu zawsze zimno w stopy i z wszystkimi gada po francusku, bo innego języka nie zna. Tak się robi jak się jest Francuzem na obczyźnie! W tym to do Ruskich z Mũi Né już akurat im daleko. Wietnamczycy wiją się tu w pogoni za moskiewskim rublem. Nauczyli się przywitań i nazw towarów. Dawno zapomnieli język francuskich najeźdźców. Teraz podliczają klientów werbalną cyrylicą zapraszając do ponownych odwiedzin. Wszechobecna czerwień sierpów i młotów sprawia, że dla Moskwiczan ta wyprawa do rajskich plaż to nie tylko sentymentalna podróż w głąb wspomnień o sowieckiej przeszłości. Obecność czerwonych flag sprawia, że przeżywają orgazm w zbiorowej podświadomości pokoleń ukształtowanych przez sowietyzm. Tak oto niezauważenie spełniają się marzenia o potędze narodu. Francuzi nie potrzebują tego rodzaju fikcji. Czasem trafi się jakiś wariat, którego wyobraźnia utknęła na kartach historii. Większość z nich nie ma jednak złudzeń. Ich język dawno stracił na znaczeniu, a mimo to z Francji śmiało wyrusza się w świat. Przecież czwarta jego część albo fizycznie do niej należała albo wciąż znajduje się pod jej ekonomiczną okupacją.

09.05
Pora deszczowa bąblem duchoty na dobre przykryła już południe Wietnamu podczas gdy wiosna powoli rozgrzewa Europę. To dlatego Mũi Né świeci pustkami. Restauracje bez frontowych ścian czekają porozkraczane jak stodoły gotowe na przyjęcie wozu ze stogiem siana. Naganiacze błagalnym spojrzeniem szantażują nielicznych już turystów do skorzystania z tej czy z tamtej oferty. Ci nad wyraz panoszą się od tego błagania, od którego normalnie robi się nieswojo. 
Jeżdżę więc po wsi i przyglądam się krowom. Kolejne stadko wyżera resztki na śmietnisku. Ich szczęki mielą cuchnącą zawartość plastikowych worków. Stoją tak w tym upale i pasą się niczym gigantyczne szczury. Będzie gulasz i mleko do kawki. W powietrzu wyczuwa się dzisiaj podniosłą atmosferę. Tak. To przecież Dzień Pabiedy!

10.05
Dostatek kurortu, który zdaje się nie mieć większego wpływu na zamożność kieszeni biedaków tej rybackiej osady działa na mnie przygnębiająco. Wczesnym przedpołudniem opuszczam Mũi Né.
Na rogatkach zatrzymuje mnie policja. Kontrola prawa jazdy i prezentacja zdjęć z czterech kamer zastawionych po drodze jak pułapki na myszy. Ten najstarszy mówi, żebym wyskakiwał z bańki. To prawie dwadzieścia pięć dolarów za piętnaście kilometrów na godzinę ponad miarę i to na szerokiej, gładkiej, opustoszałej, asfaltowej drodze w wybielały od palącego słońca dzień.
- Długie spojrzenia w milczeniu, wyczekiwać no i mówić, że im dzieci uczysz angielskiego - radzi David, gdy w Sajgonie przy kawce rozprawiamy o złodziejskich praktykach lokalnej policji. Moja brożka to gadanie. Mówię, co mi ślina na język przyniesie, bo wiem, że będą słuchać i to z kilku powodów. Po pierwsze są zaskoczeni, że obcokrajowiec mówi do nich po wietnamsku. Totalna ciekawostka przyrodnicza. Po drugie nie do końca rozumieją co mówi. Po trzecie gdzieś tam, w głębi tli się szacunek dla człowieka, który ich kulturze coś z siebie poświęcił. Oczywiście żeby zedrzeć ze mnie pieniądze muszą szybko brać się w garść. Tłumaczę, że przed wyjazdem z Sajgonu dokładnie upewniłem się na posterunku, czy wszystko z moimi papierami jest OK. Ten młodszy śmieje mi się w twarz. Ma rację. Moje samochodowe prawo jazdy nie uprawnia mnie tu do jazdy na motorze, pomimo że przepisy pozwalają na to w Polsce. W Wietnamie prawo jazdy na motor to prawo jazdy na motor. Nie ma mowy o jakiejkolwiek cesji przywilejów. Polka jeszcze niedawno mogłaby się z tego tytułu domagać prawa do prowadzenia samochodu w Arabii Saudyjskiej. Wszystko jasne. Od pięciu lat jeżdżę bez papierów.
Kierując się na północ wybieram drogę wzdłuż nadmorskich pustkowi, gdzie wiatr liże czuby niezliczonych wydm. Pośród nich majaczą połacie samotnych nekropolii. Pstrokato umalowane nagrobki porozrzucane bezładnie to tu to tam tworzą osamotnione, cmentarne kolonie. Cisza przepalona południowym słońcem sprawia, że jest w tym coś romantycznego.
Region Wybrzeża Południowo-Środkowego obejmuje dziewięć prowincji i ciągnie się u podnóża Płaskowyżu Centralnego, z którym graniczy na zachodzie. Tu zawiewa przez cały rok. Droga do Cam Ranh - krajowa AH1 wije się łagodnymi łukami ku górze. Zwalniam, żeby przyjąć na siebie kołyszące porywy wiatru. Od morza nadciąga burza.
Pod zadaszeniem z pordzewiałej blachy właśnie odbywa się stypa. Żałobnicy w białych strojach wpatrzeni w smartfony bujają się w hamakach pod prąd rytmu muzyki, która ewidentnie zagrzewa do tańca. Utwory nie mają początku ani końca. Czasami zmienia się tempo. Niezmiennie za to jazgocze ten instrument dęty. Beczy jak kobza, gęga jak duduk. Opowiada o życiu nieboszczki - burzliwym, dramatycznym, pełnym napięcia, niezmiennym. Dookoła rozbrzmiewają śmiechy. Rodzina zmarłej siedemdziesięciotrzylatki zaprasza mnie na herbatę. Ktoś podsuwa mi pod nos pestki dyni. Łupiemy sobie w milczeniu, w rytuale pożegnania, przeczekania deszczu. Nikt o nic nie pyta.
Droga AH1 wciśnięta jest pomiędzy krętą linię brzegową i góry zwiastujące sąsiedztwo Płaskowyżu Centralnego. Pola ryżowe tylko czasem ustępują miejsca cmentarzom, które teraz pokrywają łagodne zbocza kamienistych pagórków. Pośród jednego z nich wyrasta cały zagajnik wiatraków. Wystrzeliwują z ziemi jak trzylistne palmy nakreślone ręką twórcy komiksów straszących przepowiedniami przyszłości. Co kilka grobów to kolejny wiatrak.
Phan Ranh to pierwsze po drodze miasto z prawdziwego zdarzenia! Ciasne centrum zarosłe architekturą dającą sporo cienia przy nieznacznym tylko odchyleniu słońca od zenitu. Są ronda i niewielkie parki. Jest też port i tłok na ulicach. Zmęczony jazdą w deszczu połykam na ławce bánh bao, tutejszą kluskę na parze z mięsem i przepiórczymi jajami. - Słyszałem, że szczurze mięso tam pakują - ostrzega mnie przy jakiejś okazji David. Ciastko jest ciepłe i podane czysto, a ja głodny. Łykam łapczywie świadomy, że być może to naprawdę szczurzyna.

11.05
Cam Ranh to mieścina przecięta na pół. Centrum miasta to ta sama droga AH1 - główna arteria komunikacyjna kraju. Rykiem klaksonów huczących jak statki na redzie autobusy i ciężarówki płoszą zmotoryzowane grupki, które czyhają na okazję, żeby szczęśliwie przemknąć na drugą stronę.
Zmęczenie, oprócz pośpiechu i pogoni za nałogami najczęściej odbiera mi rozum. W Lily Hotel targuję się z właścicielką. Schodzi z ceny o dwadzieścia procent, ale trafiam do pokoju na parterze, tuż koło windy i parkingu dla minibusów i motocykli. Po całym dniu uczestnictwa w hałaśliwej anarchii ruchu na wietnamskich drogach łaknę ciszy. Przed północą budzi mnie klakson samochodu parkującego pod moimi drzwiami. Nie rozumiem dlaczego tak się wściekam. Bywam w tym kraju od dawna, a wciąż mnie kurwa kusi. Nagiąć tę rzeczywistość do własnych potrzeb, wymodelować ją, bo w końcu istnieją jakieś zasady. Przekonanie, że ma się prawo do nocnej ciszy czy jazdy na zielonym, to kolejna, przebiegła sztuczka głupoty, jej metamorfoza do postaci utajonej. Jedynego źródła spokoju doszukuję się w zdolności do zobojętnienia. Wmuszanie we mnie postawy wobec naciągaczy, dziwek, żebraków, oszustów, złodziei, wobec anarchii, despotyzmu, korupcji, hałaśliwego stylu życia, obcych manifestacji wszelkich izmów, brzydoty i piękna zarazem - oto ulubiony zestaw narzędzi mojej azjatyckiej karmy. 

13.05
W Nha Trang chyba uważają mnie za Ruskiego, bo prawie nikt ze mną nie gada. Ruscy nie będą zagadywać do swojego. Raz że pełno tu takich jak oni, to przecież Moskwa Wietnamu, dwa że w Rosji z obcymi zwyczajowo się nie gada. Rozmowy z uprzejmości naszpikowane grymasami twarzy imitującymi przyjazną postawę to domena Europy, w szczególności zachodniej. Ruskie twarze są zimne. Może dzięki temu Rosjanki tak długo nie mają zmarszczek. Wietnamczycy też tu się do rozmów nie garną. Masażystka zdradza mi, że nie przepada za Ruskimi, bo traktują miejscowych jak służących. Potem jeszcze długo coś tłumaczy, ale już dawno nie rozumiem, co do mnie mówi. Trochę ją poniosło. - Niech się dwoją i troją w służbie rublowi - mówią na głos ich czyny, albo - No przecież wyraźnie tłumaczyłam, że chce te dojrzałe! - skarży się mężowi w obecności właścicielki straganu z owocami oburzona Rosjanka. Kobieta w słomkowym kapeluszu nie daje się wciągnąć w ripostujący ton. - Te po sto dwadzieścia a tamte po osiemdziesiąt tysięcy - informuje spokojnie i też po rusku. Na jej nosie rosi się pot.
W Nha Trang czuć potęgę pieniądza. Olbrzymi łuk plaży i rząd hoteli wystrzeliwujących pod te niższe niebiosa. Po raz kolejny rzuca mi się w oczy nazwa Vincom. Najpierw trafiam do ich szpitala w Sajgonie. Cała dzielnica Landmark 4 wraz z dopiero co wyrosłym, najwyższym wysokościowcem Azji Południowo-Wschodniej to też własność Vingroup. Vinmarty, Vinszpitale, Vinapteki, Vinprzestrzenie biurowe, Vinszkoły, Vingalerie handlowe, Vinhotele, Vincentra badawcze, Vinfabryki pojazdów, Vinuniwersytety, Vintelefony komórkowe to zapowiedź nadchodzącej epoki Vindoborobytu. Z promenady ciągnącej się wzdłuż zatoki nie można nie zauważyć Vinwyspy. Gigantyczny napis Vinpearl, umocowany na zboczu góry, nie pozostawia wątpliwości, kto ją nabył. Pierwszy multimiliarder Wietnamu podwaliny swojego imperium wybudował na Ukrainie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz