czwartek, 20 czerwca 2019

7. A przyszło z nad Rzeki Czerwonej

16.05
Komu odebrać, ile komu dać i ta niepewność. Nie wiadomo przecież gdzie zaczyna się strata, a gdzie kończy zysk. Czy to już wyrównanie rachunku, czy tylko inwestycja w kolejne kłopoty? Do tego dochodzi ten lęk. Omówić czy cisnąć? Przecież się należy. Czy na pewno się zwróci skoro nie sposób uchronić przed pokusą uczestnictwa w sprawiedliwości? Prawo natury głosem kolektywnych doświadczeń mówi tylko, że na wszystko przyjdzie czas, a jak się skądś wydrze to gdzieś trzeba będzie oddać. 
Od chwili powstania Ziemi ogólny bilans straty i zysku wody pozostaje w zasadzie niezmienny. Podobno zaledwie 0.02 % uleciało w kosmos w postaci wodoru, który mógłby przyczynić się do jej ponownej syntezy. Reszta uwikłana w nowo narodzone dzieci, parowanie po deszczu, rozkład trupów, w spiralę zlodowaceń, fotosyntezy czy oddychania, nieustannie pojawia się w takiej czy innej formie i znika, by z całą pewnością powróć i znowu odejść którąś z niewyjaśnionych dróg. 

18.05
Serpentyna jedynej ścieżki na zachód od Nha Trang wije się cienką kreską jak okiem sięgnąć. Wygryziona stromym zboczom oferuje pakiet przeżyć, których intensywność zawsze idzie w parze z wrażliwością. Monumenty skalnych formacji, co pionowym urwiskiem zwisają nad głową, wodospady, przepastne doliny, osuwiska głazów, oberwania drogi. Pieszych tam nie uświadczy.
Ślady pierwszych ludzi rozumnych w lądowej części Azji Południowo-Wschodniej datuje się na jakieś 50.000 lat temu. Zasiedlanie odbyło się w kilku fazach odseparowanych od siebie okresami tysięcy lat przerw. Podczas jednej z takich migracji drogą morską około 30.000 lat temu, Australo-Melanezyjczycy dotarli na Półwysep Indochiński. Z tamtego okresu pochodzi poelolityczno-mezolityczna kultura Sơn Vi – protoplasci kultury Hòa Bình poprzedzającej pierwsze osady rolnicze neolitu, który zawitał tu stosunkowo późno. Od jej upadku rozpoczynają się właściwie dzieje współczesnego Wietnamu. Austroazjaci posługujący się językami z grupy mon-khmer przybyli z północy z terytorium dzisiejszych Chin około 10.000 lat temu i opanowali dzisiejsze południe. W Miarę jak kultura Hòa Bình dogorywała na północy, dzisiejszy Wietnam Centralny zasiedlili Austronezyjczycy, których potomkowie zwani Czamami dotarli tam z Borneo około 3000 lat temu. Powstałe na ich nowych terenach królestwo Czampy osiągnęło szczyt swojej potęgi pomiędzy siódmym a dziesiątym wiekiem, Kontrolowało wtedy handel przyprawami i jedwabiem na szlaku pomiędzy Chinami, Indiami, wyspami Indonezji oraz Imperium Abbasydów. Najstarsze zabytki literatury austronezyjskiej pochodzą z czwartego wieku przed naszą erą i zapisane są w właśnie języku czamskim. W piętnastym wieku, pod naporem ekspansji terytorialnej Wietnamczyków, którzy po niemal tysiącletnim okresie chińskiej dominacji przeszli do ofensywy rozpoczynając swój marsz na południe, Czampa utraciła większość swoich terytoriów, a jej pozostałości na południu ostatecznie zostały zaanektowane przez Wietnam w 1698 roku. W tym właśnie miejscu początkiem dwudziestego wieku wykiełkowało Nha Trang.
W rześkim powietrzu sosnowych lasów porastających góry Płaskowyżu Centralnego unosi się zapach igliwia. Zaledwie trzy godziny jazdy stąd wilgotny powiew znad morza buja korony strzelistych palm kokosowych. Żyłując skuter nieustanną jazdą pod górę co raz częściej mijam cieplarnie. Zagnieździły się jak okiem sięgnąć w powygryzanych zębami koparek połaciach gleby pomarańczowej jakby ją w Photoshopie nasycił. To tu przez cały rok uprawia się truskawki, kwiaty no i kawę - tę suszoną na słońcu i tę, którą srają łasice. Coś w sam raz dla typów namiętnie posługujących się wołaczem. Trafiają się nawet uprawy cannabisu. Na nasłonecznionych zboczach tutejszych gór materiał rośnie po cichu jak nadzieja w sercu uzależnionym od przejawów miłości.
- No to po ile gram?
- Sto dolarów kilo.

19.05
Pagórkowate labirynty krętych ulic, slumsy, które by tu pasowały jak złoto do ruskiej szczęki, kurtki z kożuszkiem pomimo tropików i herbata z serem. Đà Lạt.
Koło piątej budzi mnie klakson ciężarówki mknącej po opustoszałej ulicy. Zemsta za to, że on już musi, a my jeszcze nie? Mało prawdopodobne. To przecież Azja, a nie Europa. W sąsiednim budynku ktoś bez pardonu wbija gwoździe seriami machnięć zza ucha. Donośne echo rozbiega się pomiędzy domami zastygłymi od snu. W odpowiedzi wbijam do uszu zatyczki.
W Đà Lạt nie rządzą prawa tropiku. Za wysoko na klimatyzatory w domach, pozbawione pikanterii żarcie i lekką odzież. Temperatura w cieniu przez cały rok utrzymuje się tu niska, ale w otwartym słońcu zatraca się poczucie wysokości nad poziomem morza. Ten kurort założony pod koniec dziewiętnastego wieku przez Francuskich okupantów dla ich własnej wygody rozrósł się do niemal półmilionowego miasta. To cel turystycznych pielgrzymek z całego Wietnamu, miejsce wytchnienia od żaru tropików.

20.05
Dynamizm wietnamskich miast sprawia, że nie można w nich zaznać spokoju. Chyba nikomu z resztą to nie przeszkadza. Raz że spora część Azjatów musi mieć przytępiony słuch. Mówią głośno, bo przebijanie się przez taki czy inny rodzaj dźwiękowych zawirowań to przecież norma. Poza tym uniewrażliwili się na bodźce, nad którymi nie można zapanować. Nie zmagają się z rzeczywistością. Nie próbują jej korygować, mimo że pozwalają na to prawa czy przepisy. Historia sprawowanej tu od tysiącleci władzy absolutnej ukształtowała człowieka społecznie bezkonfliktowego. Tu, w gigantycznej rzece samowolnie realizowanych potrzeb żyje się bez narzekania, a konfrontacje należą do rzadkości. To chyba jedyna metoda, żeby nie zwariować. Tu ktoś ogląda telewizor, tuż obok ktoś inny słucha muzyki, podczas gdy gość po drugiej stronie ulicy śpiewa. Specjalny zestaw do karaoke - złoty, bezprzewodowy mikrofon i olbrzymi głośnik rozkręcony na maksa niosą na pół dzielnicy tę jego pieśń, od której uszy krwawią. Do tego wiertła, młoty pneumatyczne i młotki. Nie ma ulicy na której czegoś się nie buduje. Od samego rana wgryzają się, borują i tłuką. Wieczory czy niedziele – to bez większego znaczenia. Panujące tu upały sprawiają, że miasta już przed szóstą rano tętnią pełnią życia. Taki oto bukiet sonorycznych doznań towarzyszy Azji na drodze do światowej dominacji. Gromadny tryb życia ma jednak swój urok. Pod moim oknem w kamienicy świętują dziś buddyści. Muzyka modlitewna, dziękczynna, optymistyczna ubarwia dookoła czas blednących błękitów wieczornego nieba. Dzieci ożywiają się na widok sztucznych ogni, krzyczą i biegają. Bezchmurny wieczór z muzyką i rześkim powietrzem. W takich chwilach nikt chyba nie czuje się samotny.
Wietnam po części przypomina Polskę. Wietnamczycy to naród dumny, pamiętliwy i uparty. Zbyt wielki, żeby dać się ignorować. Zbyt mały żeby rościć sobie prawo do wielkości. Gęstość zaludnienia w tym stumilionowym kraju jest niemal dwa razy większa niż w Chinach. Stąd ta ciasnota w miastach, na drogach, ta obfitość jadłodajni, hoteli, dróg, warsztatów naprawczych, szpitali, świątyń. Życie skupia się w wąskim pasie nadmorskich miast, w Delcie Mekongu oraz dorzeczu Rzeki Czerwonej, tam, gdzie wszystko się zaczęło. Reszta to pustkowia. Góry, których tu pełno, równiny wyściełane zielenią ryżowych pól, gęstwiny tropikalnych lasów i piaski. W kobietach z łatwością wyczuwa się pokrewieństwo przekory.

22.05
Języki lokalnych mniejszości narodowych różnią się od oficjalnego języka Wietnamu tak bardzo jak polski różni się od mowy arabów. Dla Koho, najliczniejszej lokalnej mniejszości, Okolice Đà Lạt to ziemia ojczysta, a wietnamski to język obcy. Z resztą dla ponad pięćdziesięciu innych mniejszości rozproszonych w wietnamskim interiorze, wzdłuż granic z Kambodżą, Laosem i Chinami to też obca mowa. Mowa ludu Kinh z dorzecza Rzeki Czerwonej. Ci, przejąwszy struktury państwa od Chińczyków, którzy przez tysiąc lat administrowali na ich terenach, wraz z uwolnieniem się spod chińskiego zaboru, bo tak tu postrzega się dar prawa, pieniądza, pisma, religii, muzyki i tym podobnych budulców sprawnie funkcjonującej cywilizacji, rozpoczęli własną ekspansję na południe. Tysiąc lat nauki nie poszło na marne. Teraz sami od pięciuset lat rządzą Wietnamem Centralnym, wyparłszy Czamów z ich własnej ziemi, a od prawie trzystu lat Wietnamem Południowym i Zachodnim, gdzie zaanektowali tereny od niemal dwóch mileniów przynależne przodkom dzisiejszych Khmerów. W drugiej połowie dwudziestego wieku tocząc krwawe wojny ustanowili prymat w Indochinach. W wojnie o niepodległość pod czerwonymi sztandarami pokonali Francuzów. W połowie lat siedemdziesiątych upokorzyli samych Amerykanów, którzy pod presją opinii społecznej w swoim własnym kraju wycofali się z wojny przeciwko władzy, która przed nikim nie ponosi odpowiedzialności. Eksport komunizmu do Laosu i Kambodży utwierdził zachodnich sąsiadów Wietnamu w roli jego państw satelickich, zaś sam komunizm ostatecznie dowiódł swojej siły. Komunistyczni cesarze z niczego się nie muszą tłumaczyć, więc decyzje podejmuje się tu szybko.
W zasadzie poza wietnamskim wybrzeżem i większymi miastami w nie tak znowu głębokiej głębi tego kraju chuderlawo prezentującego się na mapie, wietnamski jest językiem oficjalnym lecz na większości terytorium Wietnamu nie językiem ojczystym.
Plemieńcy formalnie są obywatelami, lecz to obywatele innej kategorii. Nie pracują w policji ani w szkołach państwowych, nie wchodzą też w struktury administracji. Posady państwowe są poza ich zasięgiem. Sektor prywatny jest jedyną otwarta przestrzenią, gdzie mogą wykazać jak w praktyce sprawdza się umysł ukształtowany przez skrajną dwujęzyczność. Dużo łatwiej od Wietnamczyków uczą się języków obcych. Ich mowa plemienna cechuje się wyrazistą fonetyką, opartą na ruchliwym języku - artykulacyjnym bogactwie, którego w wietnamskim brak. Większość Plemieńców to jednak chłopi zamieszkujący wsie i podgrodzia. Ich świat styka się ze światem panów tej ziemi głównie na targowiskach. Bogactwo kultur Wietnamu nie tworzy mozaiki opartej na więzach krwi. Małżeństwa mieszane Wietnamczyków z Plemieńcami to wyjątkowa rzadkość.


25.05
Ksoi. Już dla samych dłoni można oszaleć! Pomimo zwinnego ciała, diabelskich oczu i uśmiechu, co przykuwa wzrok jak znamię, prawie nikomu się tu nie podoba. Jej ciemna karnacja odstręcza wietnamskich chłopców. Ich filigranowe dziewczyny bywają przecież bielsze nawet od białych dziewcząt. W dodatku plemieńcy to ciemnoskóre robole, tępaki. Całe życie Ksoi kreci się wokół uprawy truskawek, a tu sezon nigdy się nie kończy. Pozornie łagodna ma nieugięty charakter. Kobiety Koho są spadkobierczyniami majątku, a dzieci przejmują nazwiska po matce. Matriarchat. Jeżeli po ślubie Ksoi zdecyduje się opuścić rodzinny dom, będzie musiała zatrudnić na swoje miejsce zastępcę na stałe. - To będzie męża kosztować jakieś trzysta dolarów miesięcznie, - wylicza na moją prośbę. Aż do śmierci matki będzie go kosztować.
Jak większość jej współplemieńców, Ksoi mieszka w drewnianej chałupie krytej falistą blachą i wierzy w Jezusa Chrystusa. Gdy się całuje, myślami jest w czyśćcu. Czasem dla odmiany klęczy zapłakana na Golgocie. Poczucie winy w sercu ciemnoskórej dziewczyny, której plemienna kultura ma tyle wspólnego z naukami galilejskiego Żyda, co skłonności ludzkiej natury z ideą głoszonej przez niego miłości, nawet tu poniewiera beztroskę. A przecież mogłaby być wcieleniem sił natury...
Pora deszczowa na dobre zagościła na południu. Teraz pada już codziennie. Tu w Da Lat, tysiąc pięćset metrów na poziomem morza chmury wydają się być tak blisko. Czas spierdalać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz