wtorek, 25 czerwca 2019

8. Jeszcze tylko ten jeden kęs zgnilizny...

26.05
Powrót Đà Lạt do Sajgonu to zjazd trójfazowy. Faza pierwsza jest łagodna i prosta. Szeroka droga gładko ciągnie się pośród zielonych gór zanurzonych w powietrzu wciąż rześkim jak na te szerokość geograficzną. Faza druga, tuż za Bảo Lộc, to ciąg stromizn. Wiją się jak wąż, co urodą przepastnych dolin kusi do nieuwagi. W miejscu, gdzie droga z Đà Lạt łączy się z krajową AH1 rozpoczyna się faza trzecia. To brutalna zmiana nastroju. Kończy się przyroda, zaczyna umęczony użytkowaniem zakorkowany beton. Cementowy pył unosi się w gorącej chmurze spalin spowijającej zakorkowaną arterię. Wraz z nadejściem zmroku dopada mnie deszcz. Na chodniku przed cukiernią piętrzą się składowiska worków. Powietrze w mig wypełnia się smrodem zgnilizny. To śmieci uwalniają toksyczny sok. Sączy się do czarnych sadzawek, w których motory zalewane strugami podzwrotnikowej ulewy brodzą na pół koła. Pędzący przez głęboką kałużę samochód właśnie zaserwował mi kąpiel. Na skrzyżowaniu śmieciarka sapie mi pod nosem. Jej smrodliwe bebechy buchają wilgocią fermentacji na ciepło. Oto doświadczenie drogi na odcinku do Biên Hoà, niespełna trzydzieści kilometrów od Sajgonu. Aleja Potępienia. Na jej plugawym dnie, w mroku, w deszczu, bezradne pojazdy brodzą ku swemu przeznaczeniu. W takich chwilach czuję do tego kraju odrazę.

29.05
Lubie wracać do początków. Początki są zawsze silne, niezacieralne. To one prowokując te najsilniejsze emocje stają się budulcem najtrwalszych wspomnień. Dlatego lubię most na Wiśle w Toruniu i paryską szesnastą dzielnicę. To dlatego moją ulubioną kawę w Sajgonie podają naprzeciwko hotelu, w którym znalazłem się podczas pierwszej wizyty w tym mieście. Dziś zamawiam już drugą pod rząd, choć przed niespełna trzema miesiącami jej dwa łyki rozpędzały moje myśli do prędkości nadświetlnych. Przedawkowałem podróż, zaangażowanie w pracę, przedawkowałem dziewczynę. Nadmiar euforii tak szybko kładzie kres głębszym pokładom radości. Pozbawia energii. Przedawkowałem wyobrażenie o przyszłości i pamięć o tym, co mnie skłoniło do ponownego otwarcia. Zbyt długo i zbyt dużo miałem do oddania. Wczoraj do tego wszystkiego przedawkowałem Davida. W swojej nieufności już dawno przemienił się w wampira. Pożąda zwierzeń ludzi pieczołowicie wyselekcjonowanych. - Daj znać jak się pojawisz w grodzie, to pogadamy o życiu – proponuje w mailu niby ot tak, ale wiem, że już skamle. Jest uzależniony od cyklicznej obecności ulubieńców, których z takim pietyzmem sobie dobiera, z taką przyjemnością przeżuwa i w takim pośpiechu wypluwa. Życie, w którym brak miejsca na kompromis wymaga jednak nieustannej zmiany otoczenia. David co chwila zmienia więc mieszkania i czyha. Couchsurfing to jego ulubiona pułapka, oaza cierpliwości, laboratorium smakosza. David uwielbia wysublimowane pokarmy. Ostatnio na przykład karmił się Żydami.
- Izraelici - mówi. 
Już trzecią noc leżę w pustym pokoju. Teraz to moja podłoga. Wentylator wyrabia powietrze lepkie jak ciasto, miele je, okleja ciało balsamicznym chłodem i nie pozwala zasnąć.
- Już się zrywasz? - pyta na widok plecaków spakowanych na dwa dni przed zaplanowaną zmianą miejscówki - Przecież pisałem, że spanie jest na materacu - przekonuje mnie, że oparcie z sofy metr na pół i dwie karłowate poduszki dostawione na styk to właśnie ten materac. - Następnym razem dorzucę zdjęcie...
David uważa się za dobrze wychowanego i choć tapla się w tej odmianie egoizmu, którego przejawów ludzie dobrze wychowani na ogół się wstydzą, lubi wierzyć, że jego ręce są czyste. Zabezpiecza tę wiarę pieczołowicie ustalając reguły gry z wyprzedzeniem. Jest przecież fanatycznym szachistą. - Widziały gały co brały - oto filozofia dzielenia się z innymi, która najbardziej do niego przemawia, choć sam w ten sposób jej nie formułuje. David jest świeżo po trzydziestce, ale myśli kategorycznie, jak starzec. Nawet na ulicy porządkuje otaczający go świat, ale to w swoim mieszkaniu zastawia te sidła właściwe, tę sieć utkaną z zasad pozornie nieistotnych, lepkich jak dłonie dzieciojeba. Choć odpala jeden od drugiego, przesadnie dba o czystość w domu i w jedzeniu. - Nie dłub w nosie - poucza mnie, a potem odchyla obcisłe majtki i w zapamiętaniu godnym wychodka zamkniętego na klucz przekłada z boku na bok to, w co tak bardzo jest zapatrzony. A może w skrajnej pedanterii po prostu sprawdza, czy znowu nie złapał syfa? W każdym razie robi to przy mnie i nic mu w tym nie przeszkadza.

01.05
Czerwiec w Sajgonie przynosi radykalne zmiany pogodowe. W cieniu drzew, których w Sajgonie tu i ówdzie nie brakuje czuć przyjemną rześkość. Nawet w otwartym słońcu podczas jazdy na motorze otacza mnie lekki chłodek. Deszcze zdarzają się często i w różnych porach dnia choć nie codziennie. Popołudniowe ulewy są krótkie. Wieczorne potrafią ciągnąć się godzinami. Wilgoć staję się nachalna. To dzięki niej aura targowisk przechodzi metamorfozę. Pod ich parasolami, zadaszeniami, tam, tam gdzie spośród wymurowanych rzędów prowizorycznych stoisk, na obślizgłych chodnikach stoją czarne rynsztoki, resztki warzyw, rybich łusek, żabiej krwi gniją teraz nieustannie. To dzięki nim na przywitanie poranka nasyconego parującym deszczem moje nozdrza napełniają się odorem ciepłym jak pozdrowienia na końcu e-maila. Po co się męczyć w poszukiwaniu egzotyki w bezludnych dżunglach Borneo? Jej smrodliwa esencja niewidzialną łuną uderza do głowy w Samym sercu wielkiej aglomeracji. Zaczynam dostrzegać uroki pory deszczowej.  

02.06
Krautberg przyjechał do Azji podupczyć. Ten wysportowany typ koło czterdziestki z zakolami sięgającymi potylicy kołysze się z mapą w ręku w wagonie pekińskiego metra objuczony plecakiem. To jego pierwszy dzień w Chinach, w ogóle pierwszy dzień w Azji.
- Przepraszam, czy mogę ci w czymś pomóc? - pyta zatroskanym głosem filigranowa Chinka. Przez tydzień praktycznie nie wychodzą z hotelu. To znaczy on wychodzi coś zjeść, a ona wychodzi na lekcje. Krautberg już wie, że odnalazł swoje miejsce na ziemi. Przemierzył Filipiny, Tajlandię, Indonezję, ale to w Wietnamie mieszka od pięciu lat. Ze wszystkich Azjatek Wietnamki ceni sobie najbardziej. Dlaczego? Szeroko pojęta uroda! Krautberg właśnie popija piwo ze swoim ziomalem, z którym wszystko go łączy i dzieli. To w tym momencie się do nich dosiadam. Cezary. Wychudzony karateka, co popala jeden od drugiego śmieje się sucho ujawniając przy tym nierówności pożółkłych zębów. - Nie mogę sobie poradzić z otaczającą mnie tępotą - uderza zwierzeniem intymnym jak baryton kantora, z tym że jego głos to wysoki tenor kaszlącego palacza. Po piątym piwie obydwaj się przekrzykują. Dużo mówią, mało słuchają. Monologi Krautberga to dla Cezarego nieznośne chwile wyczekiwania. Czeka na ten moment zawahania, który otworzy możliwości dla ulewu jego własnych, cenniejszych dygresji, spostrzeżeń, analiz. Cezary pyta mnie o coś z grzeczności. W tym momencie kelnerka zaburza czknięcie jego kurtuazji swoim mało istotnym pytaniem o kolejne piwo. Cezary natychmiast zapomina, że w ogóle o coś pytał. Trudny z nas tercet, bo każdy lubi się pochwalić. Krautberg chwali się, że dupczy jak buchaj i że na pewno nie jest bi. Kłóci się to z alergią, z jaką reaguje na nadmiar uwagi Cezarego na to czy tamto spostrzeżenie z mojej strony. Przez rok przecież mieszkali razem. Gdy Krautberg do czegoś przekonuje, a przekonuje przez cały czas, napierdala statystykami. Tak przechwala się kondensatem swojej wiedzy. Obydwaj są dumni ze swojej przenikliwości. Cezary jest otwarty. Nie wyklucza perspektywy seksu z innym mężczyzną. Krautberg pielęgnuję za to maskę homofoba, choć w głębi duszy nie pogardziłby przeniesieniem ich burzliwej relacji na nieco wyższy poziom intymności. Ja też przystanąłem, żeby się czymś pochwalić. Gdy tak patrzę jak się rozpychają, zamieniam się w słuch. Ostentacyjnie, bo przecież można. Jak balon mnie ta zamiana ich bełkotem wypełnia. Zamykam uszy, żeby nie pęknąć i po chwili wiotczeję, mogę słuchać dalej. Cezary chwali się swoimi obsesjami, wierząc, że to one czynią go wyjątkowym. - Szybko się uczę. Bardzo szybko! - Znam cztery języki. To chyba o czymś świadczy, tak? - Mam totalną podzielność uwagi - kontynuuje - Nawet jak z tobą rozmawiam, to nie potrafię dupy nie obciąć. - Chciałbym umieć z idiotami gadać o pierdołach, ale stary nie daję rady. Jak mi laska ględzi o kinie, to mnie chuj szczela. Dlatego pierdolę związki, a jak nie wytrzymuję to idę na dziwki -  pikantnych szczegółów nie szczędząc, erotomanią i wyższości manią też się chwali. To taki tryb wzajemnego oświecania się bezpośredniością. Humanizm Egoistyczny często towarzyszy spotkaniom Polaków, szczególnie na dalekiej obczyźnie. Ta łatwość komunikowania się osadzona we wspólnej perspektywie patrzenia na wszystko, co bliskie i ważne wybudza we mnie szczególny rodzaj patriotyzmu. Trudno to dostrzec, a co dopiero docenić, gdy na co dzień żyje się w kraju. Wspólne uprzedzenia, wiara w gusła, duma z bycia nieustępliwym i to przekonanie o dziedzictwie krzywdy, która nam Polakom daje moralne prawo do oceny wszystkiego i wszystkich, na przekór chrześcijańskiemu duchowi narodu. Poczucie oddalenia od domu, życie w izolacji od świata miejscowych przekierowuje naszą rozmowę na najbardziej bezpośrednie z wyobrażalnych tory. Teraz można rozmawiać tak, jakby świat miał się wkrótce skończyć, językiem luster, w których podziwiają się nasze własne dziwactwa, językiem testerów poziomu odwagi, której domaga się taka czy inna kategoria zwierzeń. Wyszukuję w sobie jakąś niewielką tajemnicę, której zawsze strzegłem, niezauważenie wstrzykuję ją do obcych uszu i czekam. Nic. 
Światy podróży dalekich czy bliskich pełne są ludzkich konfesjonałów. Dryfują nieświadome roli, którą mają wobec siebie do spełnienia. Lubię sobie od czasu do czasu w takim czy innym przyklęknąć. Dla zdrowia oczywiście.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza