sobota, 29 czerwca 2019

Lido di Ostia

Jest wrzesień 1992. Nad wybrzeże koło Ostii docieramy po prawie dwóch dniach podróży autostopem. Na plaży spotyka nas Lechas. Od jakiegoś czasu siedzi tam z siostrą na robocie. Za połowę kasy przywiezionej z kraju przejeżdżamy te kilka stacji pociągiem w pobliże polskiego obozowiska. Leśne śmietnisko upstrzone pałatkami. Tropiki bez komór namiotów w środku, a pod nimi legowiska z nagich gąbek poczerniałych u wezgłowia otaczają śmierdzący stos flaszek. To święty stos. W obozie panuje poruszenie. Poprzedniego dnia jakiegoś Polaka zabili na stójce. Karabinierzy na koniach przeczesują chaszcze, w których trafiają się porzucone wraki na polskich rejestracjach. 
Na stójce, jak co rano, tłum i wielkie zamieszanie. Gruby Włoch podjeżdża oklepanym vanem. Szuka dwóch do pomocy na budowie. Na jeden dzień... Szamotanina. Jakiś zapruty koleś leży pod murkiem. Nie obchodzą go ocierające się o siebie ciała obcych mężczyzn. Niekąpane prą naprzód pocąc się w porannym słońcu. Jakiś młody chłopak błyszczy płynną włoszczyzną.
Obóz dla uchodźców z Maghrebu usytuowany jest tuż koło leśnego siedliska pijaków z Polski. Lechas przedstawia nas cieciowi strzegącemu porządku pośród prowizorycznych, białych zabudowań, odgrodzonych od reszty lasu drutem kolczastym. Tutaj też popłoch. Bawiąc się pistoletem, cieć Polak wyjaśnia, że złoto ktoś w nocy Arabom podpierdolił, stąd ta bieganina, kłótnie, prywatne dochodzenia i samosądy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz