poniedziałek, 26 lutego 2018

Z pamiętnika Ostrej K

Pewien anglojęzyczny dziennikarz muzyczny, którego poproszono o napisanie artykułu z okazji pewnej ważnej dla polskiego środowiska jazzowego rocznicy pyta mnie, Kaśkę, nie Kasię i nie Katarzynę, dlaczego Polski Jazz wydał na świat tak niewiele instrumentalistek, na co ja, saksofonistka jazzową z Mielca, od razu kontrą, czy fotosynteza na pewno wymaga światła? Zwiesza się na chwilę, po czym ciągnie dalej, że niby sporo jest nas tam, gdzie Europę nazywa się Zachodnią. Ciekawe, czy zdołałby wymienić nazwisko choć jednej kobiety, która grała u boku takiego Gillespiego, Davisa czy Parkera? Wiadomo jak się prowadziła ta powojenna Ameryka. Życie nie rozpieszczało murzynów, choć rasizm wymościł piedestały międzynarodowej sławy setkom czarnych jazzmanów w czasach, gdy za kolor skóry co najmniej należał się wpierdol. Taka czarna kobieta nic wtedy nie mogła, za to mężczyzna, bez względu na kolor skóry, zawsze coś mógł. Z zemsty albo z rozpaczy rzygnął taki w rurę tym czarnym testosteronem i tak oto rodził się jazz. Męski, szowinistyczny. My na swoje reprezentantki musiałyśmy jeszcze długo czekać. Kabotyńskie dowcipy i to udowadnianie innym samcom, gdzie jest ich miejsce w stadzie. Takie hece to nie na naszą wrażliwość. - Nie potrafisz dopierdalać to wypierdalaj! - oto skrót doktryny tytanów jazzu. Ten buntowniczy, nieokrzesany, przekorny, bezkompromisowy jazz, grany przez pijaków, przez narkomanów i kurwiarzy zawsze karmił się arogancją utuczoną na testosteronie. Gdy w końcu doczekał się nobilitacji, gdy przyznano mu status akademickiej sztuki, gdy każdy mógł się go uczyć, a potem wspinać się po jego plecach na kolejny szczebel kariery naukowej, gdy nowa demokracja, poprawność polityczna i inne bzdety zaczęły tępić wybujałość kolorytu męskiej próżności, w końcu zaczęto dopuszczać nas do głosu. Teraz miałkość dokarmiała pokolenia nowego gatunku artystów, wychowanków tej nowej, globalnej religii, głoszącej przez Facebook równość oraz wszelką tolerancję. Rozkwitałyśmy, gdy pod groźbą wykluczenia z wszechpotężnej wspólnoty bledły kontrasty samczych narcyzmów, gdy mnożyły się koalicje słabeuszy, gdy wystudzała się krew napędzająca cały ten jazz. Czymże była ich spolegliwość, a czym był nasz gniew?
To dla was, heteroseksualne siostry, wydreptujemy kręte ścieżki, pnąc się ku błękitom po kamienistych zboczach, tam gdzie zawsze hula wiatr. To dla was wijemy się rozpalone charyzmą mrocznych aniołów. Tych przecież będzie coraz mniej.

sobota, 17 lutego 2018

Brat z Ameryki

Pod domem przy stole siedzi pięciu w lnianych kitlach. Przystaję i zaglądam w głąb otwartej wnęki. Ten w okularach pyta czy chcę robić zdjęcia. Odpowiadam, że chcę patrzyć. Po mojej lewicy siedzi jego starszy brat. Podsuwają mi krzesło. Ktoś od razu polewa herbaty. Ktoś inny stawia przede mną butelkę wody. Okularnik ma sześćdziesiąt sześć lat i pochodzi z północy. Francuskiego nauczył się w szkole. Żartujemy. Z wnętrza niewielkiej salki patrzy na nas portret mężczyzny o szeroko rozstawionych, wąskich oczach, sumiastych, pociągłych ustach i płaskim trójkącie olbrzymiego nosa. W głębi kręci się młodziutki grabarz. Pogrzeb. Syn zmarłego podchodzi do ołtarzyka z wizerunkiem ojca, poprawia kitel i ustanawia pogodny wyraz twarzy. Robię mu zdjęcie i zbliżam się do trumny. Drewniane wieko jest otwarte. Spod plastikowej pokrywy wyłania się pożółkła twarz stuletniego nieboszczyka. Z lekko otwartych ust sterczą powykrzywiane zęby. Poczerniały już i pełno w nich dziur. Gospodarz stypy uśmiecha się a ja nie czuję grobowej powagi. Nie ma szeptów, łkań i lamentów. Ktoś śmieje się w głos. To żałobnicy żartują przy stole. Jakaś kobieta krząta się w tę i we w tę, a wnękę kaplicy wypełnia uliczny gwar. Maszerujący za trumną machali już kiedyś wesoło wykrzykując w moją stronę. 
- Hello!!! - jeden przez drugiego.
Facet w okularach tłumaczy jak należy zwłoki chronić przed rozkładem. Będą tak leżeć jeszcze pięć dni. Obyczaj? - Czekają, na przyjazd brata z Ameryki - tłumaczy okularnik w żałobnym kitlu.


Na ziemi walają się karty. Leży trochę pieniędzy. Kobieta w złotej kolczudze wiedzie prym wśród tych pobudzonych, nadaje rytm grze. Ale to stara w bransoletkach wygląda na szefową, gdy tak ściska w dłoni ten plik pięćsetek. Inkasuje, rozmienia, czasem sama zagra. Babka w piżamie i plażowym kapeluszu podsuwa mi pod nos kupony na loterię. Łasi się przy tym do starej. Może chociaż ta da zarobić. Ktoś przed chwilą przyniósł gorącą zupę. Strzelisty cinkciarz siorbie teraz przygięty nad miską. Siadam na schodach, pod drzwiami, w kręgu. Pytam w co grają.
Wietnamski poker! - tłumaczy Kobieta w złotej kolczudze. Na ziemi, pomiędzy jej nogami leży gruby portfel. Na tej ulicy grywa się grubiej.