niedziela, 7 lipca 2019

12. A przyszło znad Rzeki Czerwonej

04.07
Sajgońskie niebo na dobre spowiły niewidzialne chmury. Znikają chodnikowe stragany. Hotele zioną pustką. W noclegowni Khoi Hostel nastała klasztorna cisza. Nie ma Chińczyków, zniknął też Michael. Na ulicach coraz rzadziej widuje się białe twarze. Teraz skośnookie wycieczki sporadycznie krzątają się po centrum. Trwają wietnamskie wakacje, ale po co tracić czas na taplanie się w wielkomiejskim brudzie, w smrodliwych rewirach przemoczonego miasta? 
Wczoraj obserwowałem pasące się szczury. Pełno ich pośród opustoszałych straganów targowiska, na którym prawie codziennie się stołuję. Na żer wychodzą wieczorami. Niektóre są płochliwe. Niektóre nie zważają na nadchodzących z mroku. Jest w tym coś znajomego, coś bliskiego. Jeszcze tylko chwila. Jeszcze tylko ten jeden kęs zgnilizny...

wtorek, 2 lipca 2019

11. A przyszło znad Rzeki Czerwonej

02.07
Phương nie chodzi już do szkoły. Teraz codziennie od piątej rano krząta się w obejściu. Pobudka, toaleta, wyjazd na targowisko, rozkładanie straganu. Razem z matką sprzedaje bánh cuốn nóng, to znaczy matka gotuje jedzenie, układa na talerzach i kasuje klientów po dolarze, a Phương przygotowuje stoły, podaje gotowe dania i bawi się telefonem. Ma czternaście lat. W sumie po co jej nauka, skoro i tak będzie pracować na targu? Nie tylko z tego powodu matka dwa lata temu zdecydowała się usunąć dziecko ze szkoły.
-A gdzie mąż? - dopytuję bez obciachu w stylu targowej wymiany informacji. 
-Umarł.
-Hmm... No to gratuluję! - dopalam z grubszej rury w ryzykownej próbie rozładowania nastroju po tym smutnym zwierzeniu. Baby przysłuchujące się naszej niecodziennej rozmowie od razu wybuchają śmiechem. 
Przed dziesiątą rano, w chwili zamknięcia straganu w worku matki Phương znajdzie się około piętnastu dolarów.  
Do hurtowni oddalonej o pół godziny jazdy od domu na przedmieściach, Pani Lan dociera przed trzecią rano. Tam, po siedem tysięcy za sztukę kupuje sto niewielkich kokosów i wlecze je do centrum Sajgonu na skrzypiącym wózku. Przytwierdzony do ramy starego motoru kolebie się na pokrzywionych kołach. Pani Lan będzie stać w słońcu aż do wyprzedania towaru. Na każdym orzechu zarobi pięćdziesiąt groszy. W cyklu całomiesięcznej krzątaniny, po odliczeniu kosztów wyciuła ze trzysta dolarów. Przez cały czas będzie ją chronić słomkowy kapelusz.
Pani Huệ emanuje radością z powodów do radości! Na swoim karłowatym stołeczku przesiaduje przed aluminiowym garem i czaruje przechodniów naturalną urodą swojego uśmiechu. Przy pomocy płaskiej chochelki, miseczki oczarowanych wypełnia ciepłym tofu, które podaje z syropem imbirowym i kokosowym sosem. Przygotowanie pięciuset porcji kosztuje ją dwadzieścia pięć dolarów. Do tego codziennie odpala coś pomagierom i właścicielowi domu, który udostępnia jej wieczorami swój kawałek chodnika. Po miesiącu jej tofu bar przyniesie dwa tysiące dolarów czystego dochodu, a pani Huệ będzie dalej emanować radością z powodów do radości.
Thương zawsze była zaradna. Uciekając z wietnamskiej wsi od męża narkomana, przeniosła się do wielkiego miasta. W pracy nauczyła się mówić po japońsku, a dzięki mężowi z Nowej Zelandii po angielsku. Po kolejnym rozwodzie utrzymywała się z internetowego handlu kosmetykami. Od czasu, gdy poślubiła Rumuna zajęła się jednak sprzedażą szafranu. Osobiście szmugluje go z Iranu. W tylnych kieszeniach dżinsów zawsze trzyma dolary. W lewej pięćdziesiąt, w prawej sto, jakby celnikowi na widok cennego towaru pięćdziesiąt było mało. To lukratywne zajęcie opłaca jej operacje plastyczne, daje sporo czasu na chodzenie po fryzjerach, kosmetyczkach i zajmowanie się siedemnastoletnią córką z pierwszego małżeństwa. Dla roześmianej Pani Huệ czy zaradnej Thương pokrycie kosztów nauki dziecka w państwowym liceum, to żaden wydatek. Dla większości Wietnamczyków, takich jak Pani Lan od kokosów czy matka czternastoletniej Phương to wydatki, z którymi zawsze będą musieli się liczyć.
Socjalistyczną Republikę Wietnamu z socjalizmem łączy tylko nazwa, bo to system skrajnie kapitalistyczny. Amerykański Kapitalizm, który na mnie, wychowanym w gierkowskim socjalizmie zrobił tak bezduszne wrażenie, po niespełna dwóch latach spędzonych w komunistycznej Azji jawi się jako pełen empatii wyraz zatroskania władzy o dobro wszystkich mieszkańców kraju, nawet tych, co robią na czarno. Wietnam nie przyznaje obcym obywatelstwa, a swoich obywateli nie rozpieszcza żadnymi przywilejami. Choć wietnamska konstytucja zapewnia wolny dostęp do bezpłatnego szkolnictwa, rodziny obarczone są odpowiedzialnością finansową za wykształcenie swojego potomstwa. Zgodnie z konstytucją wietnamskie dziecko musi ukończyć pięcioletnią podstawówkę. Dziewięćdziesiąt pięć procent sześciolatków rozpoczyna naukę w szkole podstawowej, ale w praktyce dwadzieścia procent nigdy podstawówki nie kończy. Dlaczego? Powodem są pieniądze.
Kapitalizm ma to do siebie, że zmusza do walki o miejsce przy takim czy innym korycie. W Wietnamie bardziej niż gdziekolwiek liczą się oceny i wyniki, bo tu żyje się na pokaz. Dziecko z oblaną maturą to hańba dla rodziny i pośmiewisko dla sąsiadów. Stąd popularność płatnych zajęć, których organizatorami są szkoły państwowe. Te dodatkowe lekcje angielskiego czy matematyki dla wszystkich, którym zależy na ocenach, a wszystkim zależy, stają się obowiązkowe. Lepiej nie ryzykować. Do tego szkoły pobierają opłaty za ponoszone koszty remontów oraz za zakupy wyposażenia sal lekcyjnych. Koszt rocznej nauki w państwowej podstawówce czy liceum waha się od stu do nawet czterystu dolarów. Za rok studiów swojej córki Thương będzie musiała zapłacić pięćset. Dla wielodzietnej rodziny Pani Lan wykształcenie trojga rodzeństwa to poważna inwestycja w swoją przyszłą wydajność. Tradycyjnie, po zakończeniu nauki wietnamskie dzieci spłacają narzucony im dług aż do śmierci rodziców. Oddają część swoich miesięcznych dochodów lub finansują z własnych oszczędności spłaty rodzinnych kredytów na motor, dom czy ziemię. To jedyny znany tu większości system emerytalny. Nauczyciele, lekarze, policjanci, pracownicy komitetów ludowych to nieliczna grupa uprzywilejowanych, która otrzyma formalną emeryturę. Statystycznie najwięcej otyłych Wietnamczyków trafia się wśród policjantów drogówki...

10. A przyszło znad Rzeki Czerwonej

21.06
Po dwóch miesiącach regularnego przyjmowania glutminianu sodu tracę pociąg do lokalnego żarcia. To i tak niezły wynik. Z reguły wszystko dużo szybciej się nudzi. Po tygodniu jedzenia gęstych chlebów, baranich szaszłyków, końskiej kiełbasy i grillowanych mięs zobojętniałem na kuchnię Azji Centralnej. Ta ciężkostrawna pasza sprawdza się w przypadku mieszkańców jurt, gdzie życie to nieustanne zmaganie się z chłodem. Za każdym razem, gdy wracam do Chin zwija mnie ten sam kulinarny orgazm. Chińczycy są mistrzami wydobywania smaków przy pomocy glutaminianu. Kto nie próbował prawdziwej kuchni chińskiej i uparcie żyje w przekonaniu, że sushi i reszta japońszczyzny to jest to, niech znakiem krzyża spróbuje odstraszyć demony, które zaślepiając wyobraźnię zamykają mu drogę do nowych, bardziej wysublimowanych doznań. Kuchnia chińska jest spektakularna! To nieskończona różnorodność produktów, potraw, tradycji gotowania w zależności od regionu. Jeżeli wie się gdzie jeść, pierwsze dni spędzone w Kraju Środka to czas kulinarnej ekstazy, bo każdy posiłek to spełnione uczestnictwo w orgii smaków. Jak każdy zachwyt i ten przemija w tempie swojej własnej eksplozji. 
Kuchnia Wietnamu, choć blednie w obliczu oferty swojego północnego Praojca, oferuje sporą paletę kulinarnych różnorodności. W makaronach, kluskach, ryżach, „ciastach” oraz niskowęglowodanowych daniach wieczornych zawierają się najważniejsze oferty kuchni wietnamskiej.
Makarony to najpopularniejsza z potraw. Każdy Wietnamczyk codziennie zjada porcje w postaci zalewanej lub na sucho. Przyjezdni widzą w nich zupy o różnych nazwach, ale te nazwy zmieniają się właśnie w zależności od rodzaju makaronu, klusek lub „ciast” stanowiących ich bazowy komponent. Phở, hủ tiếu oraz mì quảng to najpopularniejsze z nich. Hủ tiếu - specjalność z Południa do Wietnamu przywędrowała w latach sześćdziesiątych z indochińskiego Zachodu. Podawana w odmianach z owocami morza, wątróbką, jelitami, przepiórczymi jajami, wołowiną lub mieszanką tych składników w jednej misce jest popularnym daniem śniadaniowym. Do każdej porcji podawana jest sałata i sporo liści o gorzkawym smaku. Phở serwuje się w bulionie drobiowym z plastrami surowej wołowiny lub ugotowanymi kawałkami kurczaka oraz bukietem liści na osobnym talerzu. Makarony doprawia się do smaku sokiem z lemonki, zalewą czosnkowa, sosami rybnym i sojowym oraz pikantnymi papryczkami.
Pod nazwą bún kryją się komponenty zup oraz suchych potraw na zimno. Na oko, to nic innego jak kolejny rodzaj białego makaronu o miękkiej konsystencji, który z uwagi na swoją wietnamską nazwę bún przynależy do grupy klusek. Bún bò Huế to kluski z wołowiną podawane w rosole z trawą cytrynową i cebulą. Trzeba się urodzić Wietnamczykiem, żeby smak bún odróżnić od takiego na przykład phở. Bún riêu to potrawa o smaku charakterystycznym, łatwym do odróżnienia, serwowana na wywarze z krabów i pomidorów z dodatkiem mielonego mięsa, ślimakami, kawałkami wędzonego tofu, zakrzepami ze świńskiej krwi (huyết), wieprzowymi pulpetami i zieleniną. Doprawia się ją smrodliwym sosem ze sfermentowanych krewetek (mắm tôm). Potrzeba sporo czasu żeby zaakceptować tę przyprawę jako delikates, a nie tylko zgniliznę, która trafia do zupy po to, żeby nieodwracalnie zatruć jej smak. Bún chả to kluski podawane z chả giò znanymi pod nazwą sajgonek. Grillowane plastry boczku, miska wodnistego sosu i zielenina to dodatki typowe dla tej potrawy. Bún to również węglowodanowy dodatek do gulaszu z psiny. Biel makaronu przetrąca się ciemnobrązową berbeluchą – wywarem z pogruchotanych maczetą fragmentów psiego korpusu i kończyn. To popularna wśród wieśniaków z Północy przekąska do wódki. Północ Wietnamu przejęła od Chińczyków cały pakiet nawyków kulinarnych, które z punktu widzenia kultury Zachodu uchodzą z dowód upodobania Azjatów do różnych form perwersji. Jedzenie kotów, myszy czy robaków nie należy tam do rzadkości.
Do kategorii ryżów można zaliczyć cơm, xôi oraz cháo. Cơm to ryż na parze podawany do wyboru z jajkiem sadzonym, kawałkami gotowanego boczku, z rybą w słodko-słonej zalewie krojoną w cienkie dzwonka, z jajeczno-grzybową mielonką (chả trứng), z gotowaną, słoną wieprzowiną lub na słodko, w grillowanych plastrach, z kawałkami żaby na ostro, z rybą w panierce smażoną na głębokim oleju, z popularną przepęklą ogórkowatą faszerowaną wieprzowym pulpetem, z pieczonym kurczakiem i gotowanymi warzywami. Jest też cơm w wersji wegetariańskiej. Potrawy wegetariańskie pełnią w Wietnamie dwie funkcje. Są produktem kultury buddyjskiej, wyrazem jej empatii wobec wszystkich istot żywych. Cơm chay czyli jarski ryż to jednak przede wszystkim danie dla biednych lub oszczędnych. Wymyślne, sojowe dodatki przypominają kurze nóżki, plastry boczku, mielone kotlety, grillowane żeberka. Zaangażowani w ochronę życia zwierząt wegetarianie dla osiągnięcia pełnej satysfakcji ze spożywanego pokarmu nie potrzebują sycić się wyobrażeniem jedzenia zwierzęcych szczątków. Taka stylizacja potraw łagodzi gorycz tych, którzy na prawdziwe mięso nie mogą sobie pozwolić. To prawdziwi wegetarianie muszą sobie z nią jakoś poradzić. Jedynym ciepłym elementem potraw opartych na ryżu jest sam ryż. Do tego, że cała reszta już dawno wystygła trzeba się po prostu przyzwyczaić.
Xôi to klejący ryż podawany na słodko z kokosowymi wiórkami i sosem oraz arachidową posypką. W wersji na słono z Południa porcję gorącego ryżu przesmarowaną pasztetem je się z przepiórczymi jajami, plastrami mielonki (chả) i słodkiej, suszonej kiełbasy (lạp xưởng) oraz ze słonymi włóknami drobiowego mięsa (chà bông). Całość doprawiona jest tą samą arachidową posypką. W wersji z Północy xôi podaje w uproszczonej postaci. Dodatkiem do ryżu jest mielona, biała fasola i chà bông. Całość zawija się ciasno w liść bananowca. W innej wersji jedynym dodatkiem do ryżu jest rozgotowany boczek. Skóra, tłuszcz i mięso nie różnią się od siebie konsystencją. W każdym przypadku xôi przygotowuje się, ze specjalnego gatunku ryżu.
Cháo to ryż gotowany na wolnym ogniu podawany w formie gęstej zupy z dodatkami świńskich jelit, zakrzepłej krwi, plastrów gotowanego mięsa, wątroby, żołądków lub serc. Kiełki są wszechobecnym we wszystkich rodzajach zup dodatkiem.
„Ciasta” czyli bánh to chyba najbardziej urozmaicona grupa potraw. W jej skład wchodzą kanapki, „naleśniki”, pączki bułki na parze i...zupy. Bánh mì to kanapka na bazie karłowatej bagietki o puszystym, mało pożywnym miąższu wysmarowanym cienką warstwą pasztetu. Kanapki faszeruje się kotletami mielonymi lub kawałkami pieczonego boczku, zielonym ogórkiem, kolendrą i kiszonkami. Doprawia się je sosem sojowym i pikantnymi dodatkami. Bánh mì to jeden z niewielu elementów miejscowej kuchni, oprócz topionego sera i suszonej, słodkiej kiełbasy, których popularność Wietnam zawdzięcza francuskiej okupacji Indochin. Jajeczny placek bánh xèo podobny jest do olbrzymiego naleśnika. Smaży się go w woku z dodatkiem wieprzowiny, krewetek i grzybów enoki. Kawałki naleśnika zawija się w spore liście, między innymi w sałatę, taki zwitek okręca się w papier ryżowy i zjada maczany w wodnistym, glutaminianowym roztworze słodko-słonym z dodatkiem mielonych papryczek. Bánh tiêu to rodzaj pączków z sezamową posypką smażonych na głębokim oleju. W Đà Lạt podaje się je tradycyjnie z gorącym mlekiem sojowym (sữa đậu nành). 
Bánh bao to bułki na parze, te, które podobno faszeruje się szczurzym mięsem. Oprócz mięsnej mielonki wypełnia się je przepiórczymi jajami. Prezentują się nadzwyczaj schludnie. Podawane są na gorąco, prosto z parownika. Bánh canh to zupa z grubaśnym makaronem na bazie wywaru zagęszczanego mąką ryżową, wieprzowego albo rybnego. Ciekawa odmiana dla niewiele różniących się od siebie w smaku lokalnych zup. Bánh cuốn to zielenina, plaster gotowanej wieprzowiny oraz krewetka zawinięte w papier ryżowy. Dodatkiem do potrawy jest gęsty, słodkawy sos doprawiany mielonymi orzeszkami ziemnymi oraz pikantną papryką. W wersji na ciepło to naleśniki z mąki ryżowej obrabiane na parze. Napełnia się je mielonym mięsem, zawija w sflaczałe niby rolki, które nożyczkami kroi się na mniejsze kawałki. Posypane prażoną cebulą je się je polane słodko-słonym wodnistym sosem przyprawionym mielonymi, ostrymi papryczkami. Bánh chuối chiên to smakowite banany smażone na głębokim oleju po uprzednim zanurzeniu w lanym cieście.
Na kategorię niskowęglowodanowych dań wieczornych składają się głównie gorące garnki oraz grillowane proteiny zwierzęce w tym jaja wypełnione wciąż nieopierzonymi zarodkami. Do najpopularniejszych należą jaja przepiórcze i kacze.
Gorący garnek to grupowa zabawa w gotowanie. Kawałki surowych warzyw i plastry różnych rodzajów mięs wrzuca się do naczynia z wrzącym rosołem i po kilku minutach wyławia. Ich jedzeniu będzie towarzyszyć chroniące przed poparzeniem ust donośne siorbanie.
Różnorodności grillowane to głównie nieskończona różnorodność ryb morskich. Wraz z przekąskami grillowanymi na patykach, od warzyw począwszy, poprzez owoce morza, a na mięsach skończywszy, to opcje przyczyniające się do szczupłej kondycji narodu. Nawyk niełączenia podczas wieczornych posiłków węglowodanów z proteinami wpisany jest w wietnamską kulturę jedzenia. To rzecz naturalna. Miejscowi nie opychają się przed snem ryżem i kurczakami czyli odpowiednikiem frytek i szaszłyka. Jest za to ćwiartowana żabina i ośmiornice w pikantnej zalewie, kiście białych grzybów enoki owinięte plastrami boczku, glistowate rybki (cá kèo), wołowina zawijana w liście trawy cytrynowej, bakłażany, karłowate makrele, popularne w tutejszej kuchni piżmiany jadalne, bukiety gorzkich liści i miks przypraw zalewany sokiem z kumkwatu o miękkim, soczystym miąższu.
Liczne jadłodajnie oferują różnorodność morskich muszli, ślimaków i ostryg. Gotowane lub z grilla podaje się je z topionym serem albo dressingiem czosnkowym, paprykowym lub z dodatkiem zielonej cebulki.
Całe to bogactwo nieznanych europejskim podniebieniom produktów, ta euforia towarzysząca ich spożywaniu z czasem ustępuje miejsca nerwowym poszukiwaniom knajpy z hamburgerem i frytkami. Tyle z wpływu równowagi kulinarnej oferowanej przez glutaminianową Azję na ogólną równowagę wewnętrzną przyjezdnych z Dalekiego Zachodu.

sobota, 29 czerwca 2019

Lido di Ostia

Jest wrzesień 1992. Nad wybrzeże koło Ostii docieramy po prawie dwóch dniach podróży autostopem. Na plaży spotyka nas Lechas. Od jakiegoś czasu siedzi tam z siostrą na robocie. Za połowę kasy przywiezionej z kraju przejeżdżamy te kilka stacji pociągiem w pobliże polskiego obozowiska. Leśne śmietnisko upstrzone pałatkami. Tropiki bez komór namiotów w środku, a pod nimi legowiska z nagich gąbek poczerniałych u wezgłowia otaczają śmierdzący stos flaszek. To święty stos. W obozie panuje poruszenie. Poprzedniego dnia jakiegoś Polaka zabili na stójce. Karabinierzy na koniach przeczesują chaszcze, w których trafiają się porzucone wraki na polskich rejestracjach. 
Na stójce, jak co rano, tłum i wielkie zamieszanie. Gruby Włoch podjeżdża oklepanym vanem. Szuka dwóch do pomocy na budowie. Na jeden dzień... Szamotanina. Jakiś zapruty koleś leży pod murkiem. Nie obchodzą go ocierające się o siebie ciała obcych mężczyzn. Niekąpane prą naprzód pocąc się w porannym słońcu. Jakiś młody chłopak błyszczy płynną włoszczyzną.
Obóz dla uchodźców z Maghrebu usytuowany jest tuż koło leśnego siedliska pijaków z Polski. Lechas przedstawia nas cieciowi strzegącemu porządku pośród prowizorycznych, białych zabudowań, odgrodzonych od reszty lasu drutem kolczastym. Tutaj też popłoch. Bawiąc się pistoletem, cieć Polak wyjaśnia, że złoto ktoś w nocy Arabom podpierdolił, stąd ta bieganina, kłótnie, prywatne dochodzenia i samosądy.

9. A przyszło znad Rzeki Czerwonej - Azja Tonalna

16.06
Po kilku dniach zmagań z azjatycką grypą budzę się w nastroju do dogmatyzowania hipotez. Co do tego, że język kształtuje kulturę swoich użytkowników nie ma żadnych wątpliwości. Nad stwierdzeniem, że języki tonalne dla użytkowników wrodzonych w kultury przez nie kształtowane są źródłem życiowego relaksu, należałoby się natomiast już nieco pochylić. Niewyobrażalnie proste pod względem morfologicznym (sylaby w językach chińskich, wietnamskich czy tajskich nigdy nie zmieniają swojej formy), języki tonalne są niczym innym jak układaniem słów w ciągi znaczeń modyfikowanych przez inne niezmienne w formie słowa-narzędzia. To pociąga za sobą wiele konsekwencji, począwszy od sposobu, w jaki rozwija się inteligencja osoby posługującej się od urodzenia tego typu językiem, a skończywszy na łatwości, z jaką psychika kobiet uwolnionych od nawyku analitycznej rozkminy ułatwia im osiąganie orgazmu. Język, który nie wymaga nieustannej rzeźby w morfologicznym gównie, kontrolowania niezliczonej ilości elementów każdej z wypowiedzi pod względem liczby, rodzaju, czasu, przypadku czy trybu wykształca w użytkowniku inny typ myślenia. To myślenie na skróty, w którym gąszcz koncepcji składających się na poprawność form nie stoi na przeszkodzie w wyrażaniu sedna sprawy. To dlatego języki tonalne pozwalają na wysoką przepustowość wysławiania się, na wyrażanie się z pominięciem gramatycznego balastu. Są w dodatku kompaktowe. Na każde kilka chińskich sylab przypada kilkanaście polskich. Tłumaczenia literatury europejskiej na języki tonalne zmniejszają ich objętość względem oryginału o połowę. Ale przede wszystkim ta prostota! Tonalne dziecko już w wieku kilku lat mówi poprawnie. Przekłada się to na higienę pożycia społecznego. Łatwość nabywania pełnej kompetencji językowej sprawia, że w kulturach tonalnych nie ma miejsca na pogardliwe krytyki wobec tych, którzy z punktu widzenia typowych dla języków morfologicznych standardów poprawności językowej mówią niepoprawnie. W mowie, w której nie można potknąć się o morfologię nie ma się w zasadzie do czego przypierdolić. Znikają podziały na wieśniaków i miastowych. Nie ma też powodów do wywyższania się wytykając rozmówcom takie czy inne błędy w odmianie.
Idąc tym tropem nie można wykluczyć, że prostota myślenia typowa dla umysłów sprofilowanych przez języki Wschodu mogła leżeć u podstaw rewolucyjnych idei, które na zawsze przeobraziły życie człowieka na ziemi. Pierwsze udomowienie ognia, wynalezienie papieru, kompasu, druku czy liczydła miały przecież miejsce w Chinach. Tysiące lat wędrówki łowców-zbieraczy. Im dalej na wschód od afrykańskiej kolebki człowieka myślącego, tym prostsze składniowo wydają się języki. Trudno powiedzieć, co i kiedy ostatecznie zdeterminowało fonetykę języków tonalnych do przyjęcia takich a nie innych innowacji (fonetyka nie pozostawia po sobie zabytków archeologicznych). Pewne jest natomiast, że w Azji Tonalnej komunikaty są proste i krótkie, choć oparte w głównej mierze na kontekście bywają niejednoznaczne.
- Chcesz iść do kina czy na lody?
- Tak.
„Mężczyzna, którego pies nasrał nam przedwczoraj na wycieraczkę jest synem sędziwego architekta i młodej sprzątaczki, poznanych przez nas podczas zeszłorocznych wakacji na Majorce” to dla Tonalnych zdanie niemożliwe. Dlatego kelnera w Nha Trang lepiej poinformować o tym, co ma się znaleźć na stole, a nie ile czego i dla kogo ma zamówić na kuchni.
- Cztery zupy, sześć ośmiornic, trzy butelki piwa i duży talerz ryżu!
Tonalne umysły nienawidzą działań na podzbiorach.

wtorek, 25 czerwca 2019

8. A przyszło znad Rzeki Czerwonej

26.05
Powrót Đà Lạt do Sajgonu to zjazd trójfazowy. Faza pierwsza jest łagodna i prosta. Szeroka droga gładko ciągnie się pośród zielonych gór zanurzonych w powietrzu wciąż rześkim jak na te szerokość geograficzną. Faza druga, tuż za Bảo Lộc, to ciąg stromizn. Wiją się jak wąż, co urodą przepastnych dolin kusi do nieuwagi. W miejscu, gdzie droga z Đà Lạt łączy się z krajową AH1 rozpoczyna się faza trzecia. To brutalna zmiana nastroju. Kończy się przyroda, zaczyna umęczony użytkowaniem zakorkowany beton. Cementowy pył unosi się w gorącej chmurze spalin spowijającej zakorkowaną arterię. Wraz z nadejściem zmroku dopada mnie deszcz. Na chodniku przed cukiernią piętrzą się składowiska worków. Powietrze w mig wypełnia się smrodem zgnilizny. To śmieci uwalniają toksyczny sok. Sączy się do czarnych sadzawek, w których motory zalewane strugami podzwrotnikowej ulewy brodzą na pół koła. Pędzący przez głęboką kałużę samochód właśnie zaserwował mi kąpiel. Na skrzyżowaniu śmieciarka sapie mi pod nosem. Jej smrodliwe bebechy buchają wilgocią fermentacji na ciepło. Oto doświadczenie drogi na odcinku do Biên Hoà, niespełna trzydzieści kilometrów od Sajgonu. Aleja Potępienia. Na jej plugawym dnie, w mroku, w deszczu, bezradne pojazdy brodzą ku swemu przeznaczeniu. W takich chwilach czuję do tego kraju odrazę.

29.05
Lubie wracać do początków. Początki są zawsze silne, niezacieralne. To one prowokując te najsilniejsze emocje stają się budulcem najtrwalszych wspomnień. Dlatego lubię most na Wiśle w Toruniu i paryską szesnastą dzielnicę. To dlatego moją ulubioną kawę w Sajgonie podają naprzeciwko hotelu, w którym znalazłem się podczas pierwszej wizyty w tym mieście. Dziś zamawiam już drugą pod rząd, choć przed niespełna trzema miesiącami jej dwa łyki rozpędzały moje myśli do prędkości nadświetlnych. Przedawkowałem podróż, zaangażowanie w pracę, przedawkowałem dziewczynę. Nadmiar euforii tak szybko kładzie kres głębszym pokładom radości. Pozbawia energii. Przedawkowałem wyobrażenie o przyszłości i pamięć o tym, co mnie skłoniło do ponownego otwarcia. Zbyt długo i zbyt dużo miałem do oddania. Wczoraj do tego wszystkiego przedawkowałem Davida. W swojej nieufności już dawno przemienił się w wampira. Pożąda zwierzeń ludzi pieczołowicie wyselekcjonowanych. - Daj znać jak się pojawisz w grodzie, to pogadamy o życiu – proponuje w mailu niby ot tak, ale wiem, że już skamle. Jest uzależniony od cyklicznej obecności ulubieńców, których z takim pietyzmem sobie dobiera, z taką przyjemnością przeżuwa i w takim pośpiechu wypluwa. Życie, w którym brak miejsca na kompromis wymaga jednak nieustannej zmiany otoczenia. David co chwila zmienia więc mieszkania i czyha. Couchsurfing to jego ulubiona pułapka, oaza cierpliwości, laboratorium smakosza. David uwielbia wysublimowane pokarmy. Ostatnio na przykład karmił się Żydami.
- Izraelici - mówi. 
Już trzecią noc leżę w pustym pokoju. Teraz to moja podłoga. Wentylator wyrabia powietrze lepkie jak ciasto, miele je, okleja ciało balsamicznym chłodem i nie pozwala zasnąć.
- Już się zrywasz? - pyta na widok plecaków spakowanych na dwa dni przed zaplanowaną zmianą miejscówki - Przecież pisałem, że spanie jest na materacu - przekonuje mnie, że oparcie z sofy metr na pół i dwie karłowate poduszki dostawione na styk to właśnie ten materac. - Następnym razem dorzucę zdjęcie...
David uważa się za dobrze wychowanego i choć tapla się w tej odmianie egoizmu, którego przejawów ludzie dobrze wychowani na ogół się wstydzą, lubi wierzyć, że jego ręce są czyste. Zabezpiecza tę wiarę pieczołowicie ustalając reguły gry z wyprzedzeniem. Jest przecież fanatycznym szachistą. - Widziały gały co brały - oto filozofia dzielenia się z innymi, która najbardziej do niego przemawia, choć sam w ten sposób jej nie formułuje. David jest świeżo po trzydziestce, ale myśli kategorycznie, jak starzec. Nawet na ulicy porządkuje otaczający go świat, ale to w swoim mieszkaniu zastawia te sidła właściwe, tę sieć utkaną z zasad pozornie nieistotnych, lepkich jak dłonie dzieciojeba. Choć odpala jeden od drugiego, przesadnie dba o czystość w domu i w jedzeniu. - Nie dłub w nosie - poucza mnie, a potem odchyla obcisłe majtki i w zapamiętaniu godnym wychodka zamkniętego na klucz przekłada z boku na bok to, w co tak bardzo jest zapatrzony. A może w skrajnej pedanterii po prostu sprawdza, czy znowu nie złapał syfa? W każdym razie robi to przy mnie i nic mu w tym nie przeszkadza.

01.05
Czerwiec w Sajgonie przynosi radykalne zmiany pogodowe. W cieniu drzew, których w Sajgonie tu i ówdzie nie brakuje czuć przyjemną rześkość. Nawet w otwartym słońcu podczas jazdy na motorze otacza mnie lekki chłodek. Deszcze zdarzają się często i w różnych porach dnia choć nie codziennie. Popołudniowe ulewy są krótkie. Wieczorne potrafią ciągnąć się godzinami. Wilgoć staję się nachalna. To dzięki niej aura targowisk przechodzi metamorfozę. Pod ich parasolami, zadaszeniami, tam, tam gdzie spośród wymurowanych rzędów prowizorycznych stoisk, na obślizgłych chodnikach stoją czarne rynsztoki, resztki warzyw, rybich łusek, żabiej krwi gniją teraz nieustannie. To dzięki nim na przywitanie poranka nasyconego parującym deszczem moje nozdrza napełniają się odorem ciepłym jak pozdrowienia na końcu e-maila. Po co się męczyć w poszukiwaniu egzotyki w bezludnych dżunglach Borneo? Jej smrodliwa esencja niewidzialną łuną uderza do głowy w Samym sercu wielkiej aglomeracji. Zaczynam dostrzegać uroki pory deszczowej.  

02.06
Krautberg przyjechał do Azji podupczyć. Ten wysportowany typ koło czterdziestki z zakolami sięgającymi potylicy kołysze się z mapą w ręku w wagonie pekińskiego metra objuczony plecakiem. To jego pierwszy dzień w Chinach, w ogóle pierwszy dzień w Azji.
- Przepraszam, czy mogę ci w czymś pomóc? - pyta zatroskanym głosem filigranowa Chinka. Przez tydzień praktycznie nie wychodzą z hotelu. To znaczy on wychodzi coś zjeść, a ona wychodzi na lekcje. Krautberg już wie, że odnalazł swoje miejsce na ziemi. Przemierzył Filipiny, Tajlandię, Indonezję, ale to w Wietnamie mieszka od pięciu lat. Ze wszystkich Azjatek Wietnamki ceni sobie najbardziej. Dlaczego? Szeroko pojęta uroda! Krautberg właśnie popija piwo ze swoim ziomalem, z którym wszystko go łączy i dzieli. To w tym momencie się do nich dosiadam. Cezary. Wychudzony karateka, co popala jeden od drugiego śmieje się sucho ujawniając przy tym nierówności pożółkłych zębów. - Nie mogę sobie poradzić z otaczającą mnie tępotą - uderza zwierzeniem intymnym jak baryton kantora, z tym że jego głos to wysoki tenor kaszlącego palacza. Po piątym piwie obydwaj się przekrzykują. Dużo mówią, mało słuchają. Monologi Krautberga to dla Cezarego nieznośne chwile wyczekiwania. Czeka na ten moment zawahania, który otworzy możliwości dla ulewu jego własnych, cenniejszych dygresji, spostrzeżeń, analiz. Cezary pyta mnie o coś z grzeczności. W tym momencie kelnerka zaburza czknięcie jego kurtuazji swoim mało istotnym pytaniem o kolejne piwo. Cezary natychmiast zapomina, że w ogóle o coś pytał. Trudny z nas tercet, bo każdy lubi się pochwalić. Krautberg chwali się, że dupczy jak buchaj i że na pewno nie jest bi. Kłóci się to z alergią, z jaką reaguje na nadmiar uwagi Cezarego na to czy tamto spostrzeżenie z mojej strony. Przez rok przecież mieszkali razem. Gdy Krautberg do czegoś przekonuje, a przekonuje przez cały czas, napierdala statystykami. Tak przechwala się kondensatem swojej wiedzy. Obydwaj są dumni ze swojej przenikliwości. Cezary jest otwarty. Nie wyklucza perspektywy seksu z innym mężczyzną. Krautberg pielęgnuję za to maskę homofoba, choć w głębi duszy nie pogardziłby przeniesieniem ich burzliwej relacji na nieco wyższy poziom intymności. Ja też przystanąłem, żeby się czymś pochwalić. Gdy tak patrzę jak się rozpychają, zamieniam się w słuch. Ostentacyjnie, bo przecież można. Jak balon mnie ta zamiana ich bełkotem wypełnia. Zamykam uszy, żeby nie pęknąć i po chwili wiotczeję, mogę słuchać dalej. Cezary chwali się swoimi obsesjami, wierząc, że to one czynią go wyjątkowym. - Szybko się uczę. Bardzo szybko! - Znam cztery języki. To chyba o czymś świadczy, tak? - Mam totalną podzielność uwagi - kontynuuje - Nawet jak z tobą rozmawiam, to nie potrafię dupy nie obciąć. - Chciałbym umieć z idiotami gadać o pierdołach, ale stary nie daję rady. Jak mi laska ględzi o kinie, to mnie chuj szczela. Dlatego pierdolę związki, a jak nie wytrzymuję to idę na dziwki -  pikantnych szczegółów nie szczędząc, erotomanią i wyższości manią też się chwali. To taki tryb wzajemnego oświecania się bezpośredniością. Humanizm Egoistyczny często towarzyszy spotkaniom Polaków, szczególnie na dalekiej obczyźnie. Ta łatwość komunikowania się osadzona we wspólnej perspektywie patrzenia na wszystko, co bliskie i ważne wybudza we mnie szczególny rodzaj patriotyzmu. Trudno to dostrzec, a co dopiero docenić, gdy na co dzień żyje się w kraju. Wspólne uprzedzenia, wiara w gusła, duma z bycia nieustępliwym i to przekonanie o dziedzictwie krzywdy, która nam Polakom daje moralne prawo do oceny wszystkiego i wszystkich, na przekór chrześcijańskiemu duchowi narodu. Poczucie oddalenia od domu, życie w izolacji od świata miejscowych przekierowuje naszą rozmowę na najbardziej bezpośrednie z wyobrażalnych tory. Teraz można rozmawiać tak, jakby świat miał się wkrótce skończyć, językiem luster, w których podziwiają się nasze własne dziwactwa, językiem testerów poziomu odwagi, której domaga się taka czy inna kategoria zwierzeń. Wyszukuję w sobie jakąś niewielką tajemnicę, której zawsze strzegłem, niezauważenie wstrzykuję ją do obcych uszu i czekam. Nic. 
Światy podróży dalekich czy bliskich pełne są ludzkich konfesjonałów. Dryfują nieświadome roli, którą mają wobec siebie do spełnienia. Lubię sobie od czasu do czasu w takim czy innym przyklęknąć. Dla zdrowia oczywiście.

czwartek, 20 czerwca 2019

7. A przyszło z nad Rzeki Czerwonej

16.05
Komu odebrać, ile komu dać i ta niepewność. Nie wiadomo przecież gdzie zaczyna się strata, a gdzie kończy zysk. Czy to już wyrównanie rachunku, czy tylko inwestycja w kolejne kłopoty? Do tego dochodzi ten lęk. Omówić czy cisnąć? Przecież się należy. Czy na pewno się zwróci skoro nie sposób uchronić przed pokusą uczestnictwa w sprawiedliwości? Prawo natury głosem kolektywnych doświadczeń mówi tylko, że na wszystko przyjdzie czas, a jak się skądś wydrze to gdzieś trzeba będzie oddać. 
Od chwili powstania Ziemi ogólny bilans straty i zysku wody pozostaje w zasadzie niezmienny. Podobno zaledwie 0.02 % uleciało w kosmos w postaci wodoru, który mógłby przyczynić się do jej ponownej syntezy. Reszta uwikłana w nowo narodzone dzieci, parowanie po deszczu, rozkład trupów, w spiralę zlodowaceń, fotosyntezy czy oddychania, nieustannie pojawia się w takiej czy innej formie i znika, by z całą pewnością powróć i znowu odejść którąś z niewyjaśnionych dróg. 

18.05
Serpentyna jedynej ścieżki na zachód od Nha Trang wije się cienką kreską jak okiem sięgnąć. Wygryziona stromym zboczom oferuje pakiet przeżyć, których intensywność zawsze idzie w parze z wrażliwością. Monumenty skalnych formacji, co pionowym urwiskiem zwisają nad głową, wodospady, przepastne doliny, osuwiska głazów, oberwania drogi. Pieszych tam nie uświadczy.
Ślady pierwszych ludzi rozumnych w lądowej części Azji Południowo-Wschodniej datuje się na jakieś 50.000 lat temu. Zasiedlanie odbyło się w kilku fazach odseparowanych od siebie okresami tysięcy lat przerw. Podczas jednej z takich migracji drogą morską około 30.000 lat temu, Australo-Melanezyjczycy dotarli na Półwysep Indochiński. Z tamtego okresu pochodzi poelolityczno-mezolityczna kultura Sơn Vi – protoplasci kultury Hòa Bình poprzedzającej pierwsze osady rolnicze neolitu, który zawitał tu stosunkowo późno. Od jej upadku rozpoczynają się właściwie dzieje współczesnego Wietnamu. Austroazjaci posługujący się językami z grupy mon-khmer przybyli z północy z terytorium dzisiejszych Chin około 10.000 lat temu i opanowali dzisiejsze południe. W Miarę jak kultura Hòa Bình dogorywała na północy, dzisiejszy Wietnam Centralny zasiedlili Austronezyjczycy, których potomkowie zwani Czamami dotarli tam z Borneo około 3000 lat temu. Powstałe na ich nowych terenach królestwo Czampy osiągnęło szczyt swojej potęgi pomiędzy siódmym a dziesiątym wiekiem, Kontrolowało wtedy handel przyprawami i jedwabiem na szlaku pomiędzy Chinami, Indiami, wyspami Indonezji oraz Imperium Abbasydów. Najstarsze zabytki literatury austronezyjskiej pochodzą z czwartego wieku przed naszą erą i zapisane są w właśnie języku czamskim. W piętnastym wieku, pod naporem ekspansji terytorialnej Wietnamczyków, którzy po niemal tysiącletnim okresie chińskiej dominacji przeszli do ofensywy rozpoczynając swój marsz na południe, Czampa utraciła większość swoich terytoriów, a jej pozostałości na południu ostatecznie zostały zaanektowane przez Wietnam w 1698 roku. W tym właśnie miejscu początkiem dwudziestego wieku wykiełkowało Nha Trang.
W rześkim powietrzu sosnowych lasów porastających góry Płaskowyżu Centralnego unosi się zapach igliwia. Zaledwie trzy godziny jazdy stąd wilgotny powiew znad morza buja korony strzelistych palm kokosowych. Żyłując skuter nieustanną jazdą pod górę co raz częściej mijam cieplarnie. Zagnieździły się jak okiem sięgnąć w powygryzanych zębami koparek połaciach gleby pomarańczowej jakby ją w Photoshopie nasycił. To tu przez cały rok uprawia się truskawki, kwiaty no i kawę - tę suszoną na słońcu i tę, którą srają łasice. Coś w sam raz dla typów namiętnie posługujących się wołaczem. Trafiają się nawet uprawy cannabisu. Na nasłonecznionych zboczach tutejszych gór materiał rośnie po cichu jak nadzieja w sercu uzależnionym od przejawów miłości.
- No to po ile gram?
- Sto dolarów kilo.

19.05
Pagórkowate labirynty krętych ulic, slumsy, które by tu pasowały jak złoto do ruskiej szczęki, kurtki z kożuszkiem pomimo tropików i herbata z serem. Đà Lạt.
Koło piątej budzi mnie klakson ciężarówki mknącej po opustoszałej ulicy. Zemsta za to, że on już musi, a my jeszcze nie? Mało prawdopodobne. To przecież Azja, a nie Europa. W sąsiednim budynku ktoś bez pardonu wbija gwoździe seriami machnięć zza ucha. Donośne echo rozbiega się pomiędzy domami zastygłymi od snu. W odpowiedzi wbijam do uszu zatyczki.
W Đà Lạt nie rządzą prawa tropiku. Za wysoko na klimatyzatory w domach, pozbawione pikanterii żarcie i lekką odzież. Temperatura w cieniu przez cały rok utrzymuje się tu niska, ale w otwartym słońcu zatraca się poczucie wysokości nad poziomem morza. Ten kurort założony pod koniec dziewiętnastego wieku przez Francuskich okupantów dla ich własnej wygody rozrósł się do niemal półmilionowego miasta. To cel turystycznych pielgrzymek z całego Wietnamu, miejsce wytchnienia od żaru tropików.

20.05
Dynamizm wietnamskich miast sprawia, że nie można w nich zaznać spokoju. Chyba nikomu z resztą to nie przeszkadza. Raz że spora część Azjatów musi mieć przytępiony słuch. Mówią głośno, bo przebijanie się przez taki czy inny rodzaj dźwiękowych zawirowań to przecież norma. Poza tym uniewrażliwili się na bodźce, nad którymi nie można zapanować. Nie zmagają się z rzeczywistością. Nie próbują jej korygować, mimo że pozwalają na to prawa czy przepisy. Historia sprawowanej tu od tysiącleci władzy absolutnej ukształtowała człowieka społecznie bezkonfliktowego. Tu, w gigantycznej rzece samowolnie realizowanych potrzeb żyje się bez narzekania, a konfrontacje należą do rzadkości. To chyba jedyna metoda, żeby nie zwariować. Tu ktoś ogląda telewizor, tuż obok ktoś inny słucha muzyki, podczas gdy gość po drugiej stronie ulicy śpiewa. Specjalny zestaw do karaoke - złoty, bezprzewodowy mikrofon i olbrzymi głośnik rozkręcony na maksa niosą na pół dzielnicy tę jego pieśń, od której uszy krwawią. Do tego wiertła, młoty pneumatyczne i młotki. Nie ma ulicy na której czegoś się nie buduje. Od samego rana wgryzają się, borują i tłuką. Wieczory czy niedziele – to bez większego znaczenia. Panujące tu upały sprawiają, że miasta już przed szóstą rano tętnią pełnią życia. Taki oto bukiet sonorycznych doznań towarzyszy Azji na drodze do światowej dominacji. Gromadny tryb życia ma jednak swój urok. Pod moim oknem w kamienicy świętują dziś buddyści. Muzyka modlitewna, dziękczynna, optymistyczna ubarwia dookoła czas blednących błękitów wieczornego nieba. Dzieci ożywiają się na widok sztucznych ogni, krzyczą i biegają. Bezchmurny wieczór z muzyką i rześkim powietrzem. W takich chwilach nikt chyba nie czuje się samotny.
Wietnam po części przypomina Polskę. Wietnamczycy to naród dumny, pamiętliwy i uparty. Zbyt wielki, żeby dać się ignorować. Zbyt mały żeby rościć sobie prawo do wielkości. Gęstość zaludnienia w tym stumilionowym kraju jest niemal dwa razy większa niż w Chinach. Stąd ta ciasnota w miastach, na drogach, ta obfitość jadłodajni, hoteli, dróg, warsztatów naprawczych, szpitali, świątyń. Życie skupia się w wąskim pasie nadmorskich miast, w Delcie Mekongu oraz dorzeczu Rzeki Czerwonej, tam, gdzie wszystko się zaczęło. Reszta to pustkowia. Góry, których tu pełno, równiny wyściełane zielenią ryżowych pól, gęstwiny tropikalnych lasów i piaski. W kobietach z łatwością wyczuwa się pokrewieństwo przekory.

22.05
Języki lokalnych mniejszości narodowych różnią się od oficjalnego języka Wietnamu tak bardzo jak polski różni się od mowy arabów. Dla Koho, najliczniejszej lokalnej mniejszości, Okolice Đà Lạt to ziemia ojczysta, a wietnamski to język obcy. Z resztą dla ponad pięćdziesięciu innych mniejszości rozproszonych w wietnamskim interiorze, wzdłuż granic z Kambodżą, Laosem i Chinami to też obca mowa. Mowa ludu Kinh z dorzecza Rzeki Czerwonej. Ci, przejąwszy struktury państwa od Chińczyków, którzy przez tysiąc lat administrowali na ich terenach, wraz z uwolnieniem się spod chińskiego zaboru, bo tak tu postrzega się dar prawa, pieniądza, pisma, religii, muzyki i tym podobnych budulców sprawnie funkcjonującej cywilizacji, rozpoczęli własną ekspansję na południe. Tysiąc lat nauki nie poszło na marne. Teraz sami od pięciuset lat rządzą Wietnamem Centralnym, wyparłszy Czamów z ich własnej ziemi, a od prawie trzystu lat Wietnamem Południowym i Zachodnim, gdzie zaanektowali tereny od niemal dwóch mileniów przynależne przodkom dzisiejszych Khmerów. W drugiej połowie dwudziestego wieku tocząc krwawe wojny ustanowili prymat w Indochinach. W wojnie o niepodległość pod czerwonymi sztandarami pokonali Francuzów. W połowie lat siedemdziesiątych upokorzyli samych Amerykanów, którzy pod presją opinii społecznej w swoim własnym kraju wycofali się z wojny przeciwko władzy, która przed nikim nie ponosi odpowiedzialności. Eksport komunizmu do Laosu i Kambodży utwierdził zachodnich sąsiadów Wietnamu w roli jego państw satelickich, zaś sam komunizm ostatecznie dowiódł swojej siły. Komunistyczni cesarze z niczego się nie muszą tłumaczyć, więc decyzje podejmuje się tu szybko.
W zasadzie poza wietnamskim wybrzeżem i większymi miastami w nie tak znowu głębokiej głębi tego kraju chuderlawo prezentującego się na mapie, wietnamski jest językiem oficjalnym lecz na większości terytorium Wietnamu nie językiem ojczystym.
Plemieńcy formalnie są obywatelami, lecz to obywatele innej kategorii. Nie pracują w policji ani w szkołach państwowych, nie wchodzą też w struktury administracji. Posady państwowe są poza ich zasięgiem. Sektor prywatny jest jedyną otwarta przestrzenią, gdzie mogą wykazać jak w praktyce sprawdza się umysł ukształtowany przez skrajną dwujęzyczność. Dużo łatwiej od Wietnamczyków uczą się języków obcych. Ich mowa plemienna cechuje się wyrazistą fonetyką, opartą na ruchliwym języku - artykulacyjnym bogactwie, którego w wietnamskim brak. Większość Plemieńców to jednak chłopi zamieszkujący wsie i podgrodzia. Ich świat styka się ze światem panów tej ziemi głównie na targowiskach. Bogactwo kultur Wietnamu nie tworzy mozaiki opartej na więzach krwi. Małżeństwa mieszane Wietnamczyków z Plemieńcami to wyjątkowa rzadkość.


25.05
Ksoi. Już dla samych dłoni można oszaleć! Pomimo zwinnego ciała, diabelskich oczu i uśmiechu, co przykuwa wzrok jak znamię, prawie nikomu się tu nie podoba. Jej ciemna karnacja odstręcza wietnamskich chłopców. Ich filigranowe dziewczyny bywają przecież bielsze nawet od białych dziewcząt. W dodatku plemieńcy to ciemnoskóre robole, tępaki. Całe życie Ksoi kreci się wokół uprawy truskawek, a tu sezon nigdy się nie kończy. Pozornie łagodna ma nieugięty charakter. Kobiety Koho są spadkobierczyniami majątku, a dzieci przejmują nazwiska po matce. Matriarchat. Jeżeli po ślubie Ksoi zdecyduje się opuścić rodzinny dom, będzie musiała zatrudnić na swoje miejsce zastępcę na stałe. - To będzie mnie kosztować jakieś trzysta dolarów miesięcznie, - wylicza na moją prośbę, a ja jej w tym pomagam - aż do śmierci matki.
Jak większość jej współplemieńców, Ksoi mieszka w drewnianej chałupie na palach i wierzy w Jezusa Chrystusa. Gdy się całuje, myślami jest w czyśćcu. Czasem dla odmiany klęczy zapłakana na Golgocie. Poczucie winy w sercu ciemnoskórej dziewczyny, której plemienna kultura ma tyle wspólnego z naukami galilejskiego Żyda, co skłonności ludzkiej natury z ideą głoszonej przez niego miłości, nawet tu poniewiera beztroskę. A przecież mogłaby być wcieleniem sił natury...
Pora deszczowa na dobre zagościła na południu. Teraz pada już codziennie. Tu w Da Lat, tysiąc pięćset metrów na poziomem morza chmury wydają się być tak blisko. Czas spierdalać.

6. A przyszło znad Rzeki Czerwonej

04.05
Wytchnienie od sajgońskich upałów i chińskiej niereformowalności zstępuje na mnie jak moc rozgrzeszenia powołana ustami wyrozumiałego spowiednika. Rozumiem to w ten sposób, że pierwsze dwie noce po przyjeździe do Vũng Tàu przesypiam jak w chorobie lub w ostatniej fazie pokuty za grzechy wstydliwe.
Historycznie te bagna na cyplu, w pobliżu których już w czternastym wieku statki europejskich handlarzy cumowały w drodze do Chin, to dzisiaj imponujące miasto. Imponuje rozmiarem, który idzie w parze z czystością i czymś sielskim. Czyste ulice i powietrze znad morza, sielskie popołudnia w cieniu kawiarń i ruch uliczny, który reaguje na zmiany kolorów świateł. Vũng Tàu. Złoża ropy naftowej i gazu ziemnego uczyniły je jednym z najbogatszych miast Wietnamu, którego budżet bogaci się na dochodach z przemysłu naftowego. Stąd te niezliczone hotele, restauracje, kawiarnie, kluby, promenady i cała infrastruktura harmonizująca z łagodnością nadmorskiego klimatu. Vũng Tàu przyciąga turystów przez cały rok. Ich zagraniczną część w dużej mierze reprezentują Rosjanie. Ci upodobali sobie wietnamskie wybrzeże od Delty Mekongu aż po Đà Nẵng.

05.06
Na pytanie o korzenie kultury Azji Południowo-Wschodniej nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Pewne jest, że do dzisiejszych czasów nie zachowały się prawie żadne jej przejawy. Języki, piśmiennictwo, religie czy systemy polityczne panujące tu obecnie przybyły przecież z zewnątrz. 
W trzecim stuleciu przed Chrystusem, w Indiach dochodzi do schizmy w buddyzmie. Południe oficjalnie zaczyna praktykować Therawadę a północ Mahajanę. Do Indochin Therawada dotrze bezpośrednio drogą morską, Mahajana zaś pośrednio przez Tybet i Chiny. Podczas Pierwszej Chińskiej Dominacji swoją pozycję utrwali na północy dzisiejszego Wietnamu, a wraz z marszem Wietnamczyków na południe rozprzestrzeni się po całym kraju. 
Od pierwszego wieku naszej ery rozpoczyna się sukcesywny proces indianizacji Azji Południowo-Wschodniej. To z ekspansją kasty indyjskich handlarzy wiąże się historia tutejszego hinduizmu spopularyzowanego wśród lokalnych elit, które sukcesywnie ulegają urokowi filozofii głoszonych przez braminów. Świadectwem historii hinduistycznych królestw Funan, Angkor i Czampa są do dzisiaj liczne zabytki porozsiewane po bezdrożach Indochin. Popadają w ruinę w niedostępnych dżunglach, ale też w miejscach uczęszczanych przez turystów. Zaświadczają o historii, która tyle ma tyle wspólnego z życiem współczesnych mieszkańców regionu, co wizerunki Światowida z światopoglądem dwudziestowiecznych Słowian. O ile w Polsce nikt mu już nie bije pokłonów, Hinduistów w Wietnamie jest wciąż około sześćdziesięciu tysięcy. To głównie czamska mniejszość, dla której religia jest reliktem dumnej przeszłości, łącznikiem pomiędzy teraźniejszością a ich Judeą, której dziś nie sposób sobie już nawet wyobrazić. W trzynastym wieku ekspansja islamu kładzie kres dominacji kultury Hindusów trwale wzbogacając lokalną mozaikę o kolejny napływowy element. Nieliczni wyznawcy hinduizmu i islamu do dziś żyją w okolicach Phan Thiết. To właśnie tu decyduję się spędzić kilka dni.  Do oddalonej o dwadzieścia kilometrów od centrum dzielnicy zwanej Mũi Né przenoszę się z nudów.

08.05
Mũi Né wszystko wydaje się takie ruskie. Tam, wzdłuż drogi zabudowanej infrastrukturą kapitalizmu, co się na obietnicy przygód pasie i wciąż napaść się nie może, tylko co poniektórzy przysiadują cichaczem i w pojedynkę. Ten czas sjesty snuje się jak nocna cisza za dnia. Nie widać, żeby ktoś z kimś gadał. Skwar zamiast dodawać animuszu wraz z energią słońca, która panoszy się wnikając w każdą najciaśniejszą szczelinę, odbiera chęć istnienia dla siebie, a co dopiero dla innych. Popijają więc samotnicy przeczekując nawałnicę słońca. Ich skóry chronią najtłustsze kremy, które kupuje się tu w sklepie u Maszy. W ucieczce przed samym sobą przystaję, bo czterech w barze wokół stołu gromko rozprawia po francusku! Ten najgrubszy, co nad resztą o głowę góruje to właściciel. Już ósmy rok popala tu jointy, bo mu zawsze zimno w stopy i z wszystkimi gada po francusku, bo innego języka nie zna. Tak się robi jak się jest Francuzem na obczyźnie! W tym to do Ruskich z Mũi Né już akurat im daleko. Wietnamczycy wiją się tu w pogoni za moskiewskim rublem. Nauczyli się przywitań i nazw towarów. Dawno zapomnieli język francuskich najeźdźców. Teraz podliczają klientów werbalną cyrylicą zapraszając do ponownych odwiedzin. Wszechobecna czerwień sierpów i młotów sprawia, że dla Moskwiczan ta wyprawa do rajskich plaż to nie tylko sentymentalna podróż w głąb wspomnień o sowieckiej przeszłości. Obecność czerwonych flag sprawia, że przeżywają orgazm w zbiorowej podświadomości pokoleń ukształtowanych przez sowietyzm. Tak oto niezauważenie spełniają się marzenia o potędze narodu. Francuzi nie potrzebują tego rodzaju fikcji. Czasem trafi się jakiś wariat, którego wyobraźnia utknęła na kartach historii. Większość z nich nie ma jednak złudzeń. Ich język dawno stracił na znaczeniu, a mimo to z Francji śmiało wyrusza się w świat. Przecież czwarta jego część albo fizycznie do niej należała albo wciąż znajduje się pod jej ekonomiczną okupacją.

09.05
Pora deszczowa bąblem duchoty na dobre przykryła już południe Wietnamu podczas gdy wiosna powoli rozgrzewa Europę. To dlatego Mũi Né świeci pustkami. Restauracje bez frontowych ścian czekają porozkraczane jak stodoły gotowe na przyjęcie wozu ze stogiem siana. Naganiacze błagalnym spojrzeniem szantażują nielicznych już turystów do skorzystania z tej czy z tamtej oferty. Ci nad wyraz panoszą się od tego błagania, od którego normalnie robi się nieswojo. 
Jeżdżę więc po wsi i przyglądam się krowom. Kolejne stadko wyżera resztki na śmietnisku. Ich szczęki mielą cuchnącą zawartość plastikowych worków. Stoją tak w tym upale i pasą się niczym gigantyczne szczury. Będzie gulasz i mleko do kawki. W powietrzu wyczuwa się dzisiaj podniosłą atmosferę. Tak. To przecież Dzień Pabiedy!

10.05
Dostatek kurortu, który zdaje się nie mieć większego wpływu na zamożność kieszeni biedaków tej rybackiej osady działa na mnie przygnębiająco. Wczesnym przedpołudniem opuszczam Mũi Né.
Na rogatkach zatrzymuje mnie policja. Kontrola prawa jazdy i prezentacja zdjęć z czterech kamer zastawionych po drodze jak pułapki na myszy. Ten najstarszy mówi, żebym wyskakiwał z bańki. To prawie dwadzieścia pięć dolarów za piętnaście kilometrów na godzinę ponad miarę i to na szerokiej, gładkiej, opustoszałej, asfaltowej drodze w wybielały od palącego słońca dzień.
- Długie spojrzenia w milczeniu, wyczekiwać no i mówić, że im dzieci uczysz angielskiego - radzi David, gdy w Sajgonie przy kawce rozprawiamy o złodziejskich praktykach lokalnej policji. Moja brożka to gadanie. Mówię, co mi ślina na język przyniesie, bo wiem, że będą słuchać i to z kilku powodów. Po pierwsze są zaskoczeni, że obcokrajowiec mówi do nich po wietnamsku. Totalna ciekawostka przyrodnicza. Po drugie nie do końca rozumieją co mówi. Po trzecie gdzieś tam, w głębi tli się szacunek dla człowieka, który ich kulturze coś z siebie poświęcił. Oczywiście żeby zedrzeć ze mnie pieniądze muszą szybko brać się w garść. Tłumaczę, że przed wyjazdem z Sajgonu dokładnie upewniłem się na posterunku, czy wszystko z moimi papierami jest OK. Ten młodszy śmieje mi się w twarz. Ma rację. Moje samochodowe prawo jazdy nie uprawnia mnie tu do jazdy na motorze, pomimo że przepisy pozwalają na to w Polsce. W Wietnamie prawo jazdy na motor to prawo jazdy na motor. Nie ma mowy o jakiejkolwiek cesji przywilejów. Polka jeszcze niedawno mogłaby się z tego tytułu domagać prawa do prowadzenia samochodu w Arabii Saudyjskiej. Wszystko jasne. Od pięciu lat jeżdżę bez papierów.
Kierując się na północ wybieram drogę wzdłuż nadmorskich pustkowi, gdzie wiatr liże czuby niezliczonych wydm. Pośród nich majaczą połacie samotnych nekropolii. Pstrokato umalowane nagrobki porozrzucane bezładnie to tu to tam tworzą osamotnione, cmentarne kolonie. Cisza przepalona południowym słońcem sprawia, że jest w tym coś romantycznego.
Region Wybrzeża Południowo-Środkowego obejmuje dziewięć prowincji i ciągnie się u podnóża Płaskowyżu Centralnego, z którym graniczy na zachodzie. Tu zawiewa przez cały rok. Droga do Cam Ranh - krajowa AH1 wije się łagodnymi łukami ku górze. Zwalniam, żeby przyjąć na siebie kołyszące porywy wiatru. Od morza nadciąga burza.
Pod zadaszeniem z pordzewiałej blachy właśnie odbywa się stypa. Żałobnicy w białych strojach wpatrzeni w smartfony bujają się w hamakach pod prąd rytmu muzyki, która ewidentnie zagrzewa do tańca. Utwory nie mają początku ani końca. Czasami zmienia się tempo. Niezmiennie za to jazgocze ten instrument dęty. Beczy jak kobza, gęga jak duduk. Opowiada o życiu nieboszczki - burzliwym, dramatycznym, pełnym napięcia, niezmiennym. Dookoła rozbrzmiewają śmiechy. Rodzina zmarłej siedemdziesięciotrzylatki zaprasza mnie na herbatę. Ktoś podsuwa mi pod nos pestki dyni. Łupiemy sobie w milczeniu, w rytuale pożegnania, przeczekania deszczu. Nikt o nic nie pyta.
Droga AH1 wciśnięta jest pomiędzy krętą linię brzegową i góry zwiastujące sąsiedztwo Płaskowyżu Centralnego. Pola ryżowe tylko czasem ustępują miejsca cmentarzom, które teraz pokrywają łagodne zbocza kamienistych pagórków. Pośród jednego z nich wyrasta cały zagajnik wiatraków. Wystrzeliwują z ziemi jak trzylistne palmy nakreślone ręką twórcy komiksów straszących przepowiedniami przyszłości. Co kilka grobów to kolejny wiatrak.
Phan Ranh to pierwsze po drodze miasto z prawdziwego zdarzenia! Ciasne centrum zarosłe architekturą dającą sporo cienia przy nieznacznym tylko odchyleniu słońca od zenitu. Są ronda i niewielkie parki. Jest też port i tłok na ulicach. Zmęczony jazdą w deszczu połykam na ławce bánh bao, tutejszą kluskę na parze z mięsem i przepiórczymi jajami. - Słyszałem, że szczurze mięso tam pakują - ostrzega mnie przy jakiejś okazji David. Ciastko jest ciepłe i podane czysto, a ja głodny. Łykam łapczywie świadomy, że być może to naprawdę szczurzyna.

11.05
Cam Ranh to mieścina przecięta na pół. Centrum miasta to ta sama droga AH1 - główna arteria komunikacyjna kraju. Rykiem klaksonów huczących jak statki na redzie autobusy i ciężarówki płoszą zmotoryzowane grupki, które czyhają na okazję, żeby szczęśliwie przemknąć na drugą stronę.
Zmęczenie, oprócz pośpiechu i pogoni za nałogami najczęściej odbiera mi rozum. W Lily Hotel targuję się z właścicielką. Schodzi z ceny o dwadzieścia procent, ale trafiam do pokoju na parterze, tuż koło windy i parkingu dla minibusów i motocykli. Po całym dniu uczestnictwa w hałaśliwej anarchii ruchu na wietnamskich drogach łaknę ciszy. Przed północą budzi mnie klakson samochodu parkującego pod moimi drzwiami. Nie rozumiem dlaczego tak się wściekam. Bywam w tym kraju od dawna, a wciąż mnie kurwa kusi. Nagiąć tę rzeczywistość do własnych potrzeb, wymodelować ją, bo w końcu istnieją jakieś zasady. Przekonanie, że ma się prawo do nocnej ciszy czy jazdy na zielonym, to kolejna, przebiegła sztuczka głupoty, jej metamorfoza do postaci utajonej. Jedynego źródła spokoju doszukuję się w zdolności do zobojętnienia. Wmuszanie we mnie postawy wobec naciągaczy, dziwek, żebraków, oszustów, złodziei, wobec anarchii, despotyzmu, korupcji, hałaśliwego stylu życia, obcych manifestacji wszelkich izmów, brzydoty i piękna zarazem - oto ulubiony zestaw narzędzi mojej azjatyckiej karmy. 

13.05
W Nha Trang chyba uważają mnie za Ruskiego, bo prawie nikt ze mną nie gada. Ruscy nie będą zagadywać do swojego. Raz że pełno tu takich jak oni, to przecież Moskwa Wietnamu, dwa że w Rosji z obcymi zwyczajowo się nie gada. Rozmowy z uprzejmości naszpikowane grymasami twarzy imitującymi przyjazną postawę to domena Europy, w szczególności zachodniej. Ruskie twarze są zimne. Może dzięki temu Rosjanki tak długo nie mają zmarszczek. Wietnamczycy też tu się do rozmów nie garną. Masażystka zdradza mi, że nie przepada za Ruskimi, bo traktują miejscowych jak służących. Potem jeszcze długo coś tłumaczy, ale już dawno nie rozumiem, co do mnie mówi. Trochę ją poniosło. - Niech się dwoją i troją w służbie rublowi - mówią na głos ich czyny, albo - No przecież wyraźnie tłumaczyłam, że chce te dojrzałe! - skarży się mężowi w obecności właścicielki straganu z owocami oburzona Rosjanka. Kobieta w słomkowym kapeluszu nie daje się wciągnąć w ripostujący ton. - Te po sto dwadzieścia a tamte po osiemdziesiąt tysięcy - informuje spokojnie i też po rusku. Na jej nosie rosi się pot.
W Nha Trang czuć potęgę pieniądza. Olbrzymi łuk plaży i rząd hoteli wystrzeliwujących pod te niższe niebiosa. Po raz kolejny rzuca mi się w oczy nazwa Vincom. Najpierw trafiam do ich szpitala w Sajgonie. Cała dzielnica Landmark 4 wraz z dopiero co wyrosłym, najwyższym wysokościowcem Azji Południowo-Wschodniej to też własność Vingroup. Vinmarty, Vinszpitale, Vinapteki, Vinprzestrzenie biurowe, Vinszkoły, Vingalerie handlowe, Vinhotele, Vincentra badawcze, Vinfabryki pojazdów, Vinuniwersytety, Vintelefony komórkowe to zapowiedź nadchodzącej epoki Vindoborobytu. Z promenady ciągnącej się wzdłuż zatoki nie można nie zauważyć Vinwyspy. Gigantyczny napis Vinpearl, umocowany na zboczu góry, nie pozostawia wątpliwości, kto ją nabył. Pierwszy multimiliarder Wietnamu podwaliny swojego imperium wybudował na Ukrainie.

środa, 12 czerwca 2019

5. A przyszło znad Rzeki Czerwonej

25.04
Hotele w okolicy Pham Ngu Lao ukazują głębię podziałów świata iskrzącego na styku wszelakich niezgodności. Są hotele, w których gnieżdżą się tylko czarni Afrykańczycy. Jednoczy ich stosunek do koloru skóry, do wszystkich uprzedzeń na temat ich Afryki, ale przede wszystkim to porozumienie bez zbędnych pytań. Trudno określić jednoznacznie co ich tu sprowadza, ale Afrykanki bez ceregieli zagadują mnie na ulicy. Ich czarni odpowiednicy też nie wyglądają na backpackersów. Grupkami przesiadują w pobliskim parku, palą materiał, popijają i donikąd się nie śpieszą. Są hotele, w których bez ogródek odprawia się ich z kwitkiem. To miejsca dla pacholąt dostojnych socjalizmów zachodniej Europy: Szwedzi, Duńczycy, Belgowie, Niemcy, Francuzi, Brytole. Tam tętni wychuchane życie w blond pochlebstwach, w uśmiechach natychmiast i jakby darmo. Popuchnięci od okazywania szacunku dla wszystkich przejawów życia, goście hotelowi stąpają tam wokół siebie na palcach. W miejscach, w których tak się objawia lęk przed nieznanym naprawdę można wypocząć. 
Jeden z hoteli, tam gdzie pod bramą zagnieździły się szczury, opanowali Hindusi. To jedno z tych miejsc, gdzie między piętrami lepiej nie chodzić boso. Pety i puste butelki po piwie walają się w dusznych korytarzach, w których na próżno szukać kamer. Podczas śniadania gość w czarnym turbanie pogrążony w telefonie nuży tę żonę, co czuwa przy pustym talerzu wierne jak suka przyklejona do pańskich stóp. Biali unikają tych miejsc. Nawet karaluchy pełzają tam jakby leniwiej. Nikomu w końcu nie przeszkadzają. Cenę pokoju za dobę negocjuję z leniwym recepcjonistą. Już wiem, gdzie sobie zrobię kolejny sajgoński przystanek.

26.04
Dziesiątki tysięcy lat temu świat dzielił się na cztery nieprzenikające się ekosystemy, niczym cztery planety na powierzchni jednego globu. Dzisiejszy świat to arena zmagań dwóch przenikających się propagand. Z jednej strony chrześcijańska demokracja. Mariaż idealizmów urokliwy jak zabawy w harcówce. Naiwny jak wiara w niezbywalność praw. Niewinny jak spalenie mieszkania podczas zabawy zapałkami. Niekończące się debaty i cykliczne zmiany priorytetów to jej kula u nogi. Głoszone przez nią przekonanie o słuszności decyzji podejmowanych głosem uprawnionej do tego większości to jej koń trojański. 
Z drugiej strony monopartyjny kapitalizm. Stateczność drutu kolczastego. Pragmatyzm gilotyny. Jedynowładztwo nie musi się przed nikim tłumaczyć. W szybkim podejmowaniu decyzji nie przeszkadza mu przecież żadna opozycja. Jego poddani też się do politykowania nie garną. Gwarancja trwałości warunków do bogacenia się pozbawia ich takiej potrzeby. Sto, dwieście lat - oto ile trwa kadencja u steru władzy w monopartyjnym kapitalizmie. Wzrost znaczenia Chin w ostatnich dekadach udowodnił, że pod nieobecność publicznej debaty marzenia o potędze narodu łatwiej się spełniają.

30.04
Język wietnamski jest schizofreniczny! Zmusza do postrzegania siebie z różnych perspektyw. Nie pozwala przyzwyczaić się do tego jednego jedynego JA, niezmiennego w relacjach ze zmieniającymi się rozmówcami, ich wiekiem, płcią i statusem społecznym. JA świata Zachodu jest utwardzone, zawsze takie samo i zawsze pełne siebie. Wietnamskie JA po prostu nie istnieje. Charakter języka Wietnamczyków nie dopuszcza do rozkwitu JA w tym niezmiennym zaimku, w słowie reprezentującym postrzeganie siebie z tej ostatecznej perspektywy. Język wietnamski nieustannie tresuje swoich użytkowników. Ta zmienność miejsca w szeregu, co jak nastroje pompowane estrogenem tańczą a podporządkować się nie chcą, jest wpisana w jego naturę. Coś, do czego trzeba się długo przyzwyczajać, gdy się tu wkracza z Indoeuropy. Taki język zmusza do myślenia o sobie jak o kimś innym. Nie dość, ze JA to od teraz zawsze ON, to jeszcze nieustannie nie ten sam ON. Wczoraj byłem starszym bratem jakiejś młodszej dziewczyny obsługującej mnie w sklepie. Z rana na chwilę stałem się dzieckiem staruszki sprzedającej ciasta zawijane, a teraz, w recepcji hotelu jestem młodszym bratem trzy lata starszego ode mnie gościa z tatuażami recydywisty czy marynarza. Język wietnamski jest schizofreniczny!

02.05
W prywatnym pokoju piętro wyżej spokój też nie jest mi pisany. Przez ściany tylko odrobinę grubsze od dykty zachowania moich głuchoniemych sąsiadek z Chin są wyraziste. Niczym szepty spowiedników na tle kościelnej ciszy sprawiają, że jeszcze trudniej się w nie nie wsłuchiwać. Nocny tryb życia i to gotowanie w pokojach pootwieranych na oścież. Żyją jak w taborze. Po południu oddaję ciuchy do prania i wybieram pieniądze z jedynego bankomatu, który wydaje dużo na raz. Myślami jestem już w drodze.

03.05
Rzeka Sajgon to rzeka graniczna. Na niewielkim odcinku oddziela Kambodżę od Wietnamu oraz prowincje Tay Ninh od Binh Phuoc. Dalej wyznacza północno-zachodnią granicę miasta Ho Chi Minh znanego jako Sajgon, do którego wbija się szerokim korytem kreśląc zarysy dzielnic wyrosłych w jej olbrzymich meandrach. W miejscu, gdzie uchodzi do rzeki Soai Rap od niedawna działa jeden z największych portów przeładunkowych Azji Południowo-Wschodniej. Ponad głębokim korytem tej gigantycznej rzeki cumują piećdziesięciotysięczniki. Gdy na nie spojrzeć z wysoka i z oddali, wyglądają jak miniatury statków wystawione na pokaz w konkursie dla modelarzy.
Droga do terminalu promowego prowadzi przez strefę budów. Jak wszędzie na obrzeżach Sajgonu, tam też rosną nowoczesne osiedla. Za dwadzieścia lat będą wizytówką potęgi tego kraju. Dzisiaj to wciąż ohydne, betonowe odludzia zdominowane przez ciężki transport nastawiony na obsługę budownictwa. Ponad dziurawymi drogami w powietrzu unoszą się tumany cementowego pyłu. Ciężarówki mozolą się wlokąc z miejsca na miejsce stalowe elementy gigantycznych konstrukcji. Tu wszędzie jeździ się w maskach. 

4. A przyszło znad Rzeki Czerwonej

12.04
W mrocznym zaciszu noclegowni, która tak sprzyja ucieczce przed żarem wielomiesięcznego wyczekiwania na pierwszy deszcz, w naszej oazie bocznej alejki, która rozpieszcza codziennym rytuałem ciszy w wychłodzonym półmroku, my słyszący jesteśmy świadkami nadejścia milczących. Na okrągło wsłuchujemy się w klaskania migających rąk, kłapanie sandałów podczas nieustających wędrówek, dudnienie drzwi. Te balkonowe, ciężkie, żelazne skrzypią i klekoczą. Ich huk w środku nocy wypełnia wykafelkowane wnętrze hotelowego prostopadłościanu metalicznym echem. Tez z dykty, prowadzące na korytarz, zawodzą tępym jękiem. Jakby kto w pudło kartonowe kopał w pustym kościele nieco dalej od ołtarza. To Wookie bezcześci ciszę, do której tak tęskni się w Sajgonie za dnia. Gdy kończy robić pranie (jest druga w nocy), zaczyna chodzić pomiędzy piętrami. Wtedy kłapią jego ciężkie sandały. Telefon, który zostawia na łóżku też nieustanie oznajmia swoje, jakby rozdzierające ciszę powiadomienia dźwiękowe do czegoś były mu potrzebne. Teraz miga mi przy łóżku z dziewczyną, którą właśnie sprowadził na nocną wizytę. Oboje klaszczą, ale to on wydaje z siebie te dźwięki. Mruczy, chrząka i zawodzi jak pokutnik, jak kobieta, którą dusi nocna zmora, jak Wooki z Gwiezdnych Wojen. Czy ktoś kiedyś próbował rozbudzić jego wyobraźnię? Czy uświadamiał mu, że on dla nas istnieje tam, gdzie my nie istniejemy dla niego, w tym jedynym realium bezkresnej ciszy? Tę i inne kwestie kontempluję już którąś noc z rzędu.

16.04
Nasze relacje z Chińczykami wciąż są przyjazne. To przecież nowy początek, miodowy miesiąc, pierwsza wspólna wycieczka do zoo. Dzisiaj dziewczyna Wookiego uczy mnie mnie jak mignąć coś pożytecznego. Palec wskazujący w stronę swojego serca, potem oskarżycielsko na rozmówcę, a potem trochę pocierania górnej części dłoni w okolicy kciuka złączonymi palcami wskazującym i środkowym i gotowe. Kocham cię! Język migowy w żaden sposób nie rekompensuje głuchoty. Istnieje w trzystu wariantach i dzieli społeczność niesłyszących zamiast ją jednoczyć pod parasolem jednego, powszechnie zrozumiałego języka ludzi, którzy i tak już na starcie zaliczyli skuchę. Żeby wyznać swoją miłość Rosjance Tatianie, Chińczyk Wookie będzie musiał się nauczyć migać po rusku, jakby wyrokiem sił natury zasłużył na więcej niż na samą głuchotę. 
Po dwóch tygodniach prób oswajania się z nowym porządkiem, zaczynam się miotać w poszukiwaniu ucieczki od hałasu świata głuchoniemych. Zanim to nastąpi, chcę się podjąć próby ich zreformowania. Jej pierwszym etapem będzie otwieranie martwych uszu oczami wyobraźni.

18.04
Moje rozmowy z Dimą przynoszą plon. David, przewrażliwiony na punkcie pogłosek na swój temat, nie wytrzymuje. Proponuje spotkanie w knajpie dla ekspatów. W rytuale afiszowania się relacją z kolejnym statystą w teatrze życia pełnego tajemnic, których tak pilnie strzeże, od razu zagaduje barmana. To dla zabezpieczenia potencjalnego źródła przecieku przerywa prawie roczne milczenie. Sporo go to kosztuje. Pali jeden za drugim i trzęsącym głosem przekonuje mnie typowymi dla siebie obwiedniami, że jeszcze nie zwariował, bo przecież wciąż jakoś utrzymuje się na powierzchni, że na bank nie jest bi, bo z jakąś Rumunką w Bangkoku przybujał i że nic mu nie wiadomo o żadnej paranoi. Po prostu zmienił numer telefonu. Takimi metodami próbuje chronić się przed nieobliczalnością tych, do których paradoksalnie go ciągnie. Odwraca bieg domysłów budowanych w oparciu o założenia, zgaduj zgadule, hipotezy, podszepty intuicji i wściekłość za brak kontroli na trzecim okiem. Ale potrzeby kontaktu z pokrewieństwem umysłów uwikłanych w walkę z samym sobą nie da się tak łatwo zagłuszyć. Zrozumienie ze strony bratnich utracjuszy, których stać co najwyżej na ujawnianie się jakąś gigantyczną metaforą jest bezcenne. Nic wprost. Alegorie, metonimie i to nieustanne skrywanie blizn, to tabu wobec jątrzącej się rany. Pod wieloma względami jesteśmy podobni. Obaj świadomie żyjemy na deskach teatru. Lubimy tę niewidzialną scenę i widzialne rekwizyty. Uwielbiamy dobierać statystów i powołać do życia, to co jeszcze przed chwilą istniało tylko w niebycie. Tam tak łatwo przemieniać się w boga.
- Jak będziesz miał ochotę się jeszcze spotkać, to daj znać – proponuję na pożegnanie. Piłkę pozostawiam po stronie Rybaka-Wagabundy.

20.04
Naginanie rzeczywistości do własnych potrzeb - tak długo próbowałem się uwolnić od ulubionych przyzwyczajeń. Głuchoniemi kłapią, siorbią, klaszczą, szumią, dudnią, szurają, trzaskają, szeleszczą i mlaszczą. Dzisiaj przechodzę do ataku, bo czas na rewanż czyli zemstę. Gestykuluję ze swadą w nadziei, że temperament nasączy znaczeniem improwizowane zestawy ruchów symulujących język migowy. Wymachując rękami pochrząkuję angielszczyzną nafaszerowaną gnojówą z najgorszych słów. Tak trzymam w ryzach gniewną retorykę gestów. Klaszczę, podskakuję a oni patrzą...i rozumieją. Nienawidzą mnie za tę nieustępliwość. Nie wiedzą, że ich ignorancja jest źródłem mojego odwetu, bo skąd mają wiedzieć, że są ignorantami. Nie rozumieją też, że to na niej się pasę ulewając nadmiar energii skumulowanej tygodniami przeleżanymi w pozycji gnilnej. Tak przecież przeczekujemy upalne popołudnia na celi w Khoi Hostel, podczas gdy Chińczycy kręcą się w kółko. Jest ich raptem sześcioro, ale z łatwością zmieniają nasz pokój w mrowisko. Mrowią się piorąc, migając, jedząc, prowadzą jakieś nocne konferencje u naszych wezgłowi nabijając sypialnię słonym zapachem dopiero co zalanej zupy. Okupiona serią interwencji naprężonych emocją mroczną, w końcu nastaje cisza...

24.04. 
Budzę się z zaropiałym okiem. Cztery noce nieprzespane z rzędu ostatecznie nabierają ciała. Próby nakierowania Chińczyków na ścieżkę wydreptaną przez demokratyczne propagandy głoszące wzajemny szacunek i równość, zakorzenione od tysiącleci w bezbronnych umysłach wyznawców Zachodu są i będą skazane na porażkę. Chińskie ścieżki wydreptane na długo zanim Zachód w ogóle zaczął dreptać poryte są głębszymi koleinami. Do tego ten brak emocji tam, gdzie demokraci już dawno się grzeją! Ta zdolność do zachowania dystansu, do nieangażowania się w zbędne drenaże jest źródłem ich przewagi oraz przepowiednią ich ostatecznego zwycięstwa. Po południu daję za wygraną. Przenoszę się do pokoju piętro wyżej. 

niedziela, 9 czerwca 2019

3. A przyszło znad Rzeki Czerwonej

29.03
Niczym kowadło wypuszczone w przepaść z rąk stojącego na moście, potężny Boeing pikuje samotnie naprzeciw piaszczystego pustkowia. Dwustu mężczyzn dynda w kabinie pasażerów pod oparciami foteli. Niektórzy rzygają ze strachu, inni pokrzykują z niedowierzaniem. Ten zwiotczały zwisa przebity pociskiem z broni przeciwlotniczej. Nikt się takiego lądowania nie spodziewał. Nikt z nich dotychczas nie pikował w stronę rozpalonej słońcem ziemi. Nikt z nich w ogóle nigdy nie pikował. Upływ czasu rozkleja Michaelowi usta. Zalepione ostrożnością koczownika wegetującego wśród obcych w końcu zmieniają się w kłapiącą maszynkę do wskrzeszania przeszłości. Mówi o Iraku. Na zlecenie amerykańskich mocodawców organizuje w swoim kraju grupę białych najemników. Teraz lądują pod ciężkim obstrzałem. Jeżeli przeżyją, będą ochraniać cywili w służbie armii USA w strefach zielonych i czerwonych. Jeszcze nie wiedzą, że na rozkaz amerykańskiego dowództwa przyjdzie im zabijać. Po wygaśnięciu irackiego kontraktu Michael kilka lat przepracował w Chinach. Teraz uczy angielskiego w tutejszych podstawówkach. Z niepokojem referuje mi ostatnie doniesienia z RPA. Narzeka, że reżim Murzynów najpierw zbezcześcił idee Mandeli, potem zrujnował gospodarkę. Korupcja oraz socjalistyczne ambicje władzy doprowadziły kraj na krawędź wojny domowej. Pokazuje mi jakiś filmik. Rzeczywiście. Wygląda na to, że prezydent Zumba jeszcze nie rozgryzł liczebników.
-Byliśmy jak Australia czy Nowa Zelandia. Teraz jesteśmy jak Zimbabwe. Wkrótce będziemy jak Somalia - wrzuca RPA do jednego wora z upadłymi państwami, w których rządzi chaos.

30.03
Dzisiaj rano powrócił Jezus. Jaranie chyba odjęło mu rozum, bo na pytanie gdzie się przez te kilka dni bujał, nie jest w stanie powiedzieć czy był na północy czy może jednak na południu. Przestał jeść i mało pije. Trujący susz muzyki znowu pobrzękuje z jego słuchawek na tle ciszy, do której zdążyliśmy szybko przywyknąć. Sepultura...
- Jesus! Puedes bajar un poco? - ścisza od razu i bez śladu pretensji.

03.04
Najpierw klęka nam klimatyzator. Potem na celę wjeżdżają wentylatory. Od paru dni mam zapalenie ucha. Przydałyby się antybiotyki, ale postanawiam nie iść na łatwiznę.
Piąty dystrykt, to Chińska Dzielnica zamieszkiwana przez buddyjską mniejszość Hoa - potomków handlarzy przybyłych do Wietnamu w czasach dynastii Qing. Dwieście lat zajmuje im przejęcie kontroli nad wietnamskim handlem, a szczyt ich prosperity przypada na okres francuskiej władzy kolonialnej. Na ulicach Piątego Dystryktu towary opatrzone chińskimi znakami do dziś przeładowuje się z ciężarówek na motocykle. W Sajgonie to najlepsze miejsce, żeby znaleźć "chińskiego" lekarza. Dla mnie to najlepszy moment, żeby się przekonać jak się ma wietnamskie ziołolecznictwo. 
Medycyna wschodnia zwana tu północną jest w Wietnamie silną alternatywą dla medycyny konwencjonalnej czyli zachodniej. Pierwsi lepsi na ulicy wskazują mi pierwszy lepszy gabinet zielarza. 
- Lekarz będzie za dziesięć minut - informuje młody chłopak i każe mi siadać. Drzwi gabinetu otwarte są na oścież i wychodzą na ruchliwą ulicę. Zielarz zjawia się po chwili i jak przystało na prawdziwego lekarza przywdziewa biały fartuch. Wypytuje o cel mojej wizyty, bada puls, sprawdza język, zagląda w oczy i wypisuje receptę. Czternaście ziół.
- Wizyta jest bezpłatna - tłumaczy. Mam tylko wykupić lekarstwa w jego aptece, za sześćdziesiąt dolarów... Wygląda na to, że medycyna północna to w Wietnamie alternatywa dla zamożnych. Nawet nie mam tyle przy sobie. O dziwo lekarz pozwala mi zabrać gęsto zapisaną receptę, którą realizuję w obskurnej aptece obok. Lekarstwa kosztują mnie tam prawie trzy razy taniej. Godzina wyszukiwania odpowiednich suszy, odmierzania, drobienia i paczkowania, no i dostaję siedem foliowych worków.
- Kup gliniany garnek do gotowania ziół, wsyp do niego zawartość worka, zalej trzema miskami wody, gotuj aż dwie miski odparują i pij gorące. Z tego, co zostało w garnku zrób wieczorem jeszcze jeden wywar. - wyjaśnia jednym tchem krępy aptekarz o poczerniałych stopach. Instrukcję nagraną na dyktafon rozszyfrowuje mi w hotelu matka właścicielki. Na targu za półtorej dolara kupuję garnek i zabieram się do gotowania. Włochate korzenie, zasuszone wióry i nieznane mi z wyglądu liście prezentują się egzotycznie. Wywar jest brązowy, słodki, intensywny. Po czterech dniach zapalenie ustępuje. Nie wiem jeszcze, że nadciąga plaga.

07.04
Ludzie urodzeni i wychowani w Kraju Środka to zupełnie inny przelot. Ich przodkowie udomowili ognień, żaden najeźdźca nigdy ich sobie do końca nie podporządkował, tradycyjnie sprawowana u nich władza absolutna uchroniła ich przed zarazą indywidualizmu, a wszelkie statystyki z historycznego punktu widzenia zawsze działały na ich korzyść. Chińczycy. To potencjał ludzki, niekończące się rezerwy robotników, żołnierzy, ofiar są ich największym atutem. W zamian za rosyjską bombę atomową Mao Zedong był gotów poświęcić trzysta milionów obywateli swojego nowo powstałego, komunistycznego cesarstwa. Na tyle szacowano liczbę ofiar wojny atomowej przeciwko Stanom Zjednoczonym w imię otwartej walki Chin - emisariusza komunizmu przeciwko imperializmowi - walki, w którą Sowieci w czasach zimnej wojny nie mogli się otwarcie się zaangażować.
Dzisiaj rano w hotelu zainstalowała się nowa grupka. Cała gromada Chińczyków. Głuchoniemych...

10.04
Codziennie testuję w terenie wyrażenia nowo podłapane albo te, o które dopytuje na potrzeby sytuacji łatwych do przewidzenia. Wiem, kuszę los, ale i tak planuję kolejne scenki przedstawienia bez końca, a potem doprowadzam do ich premiery. O tyle mi łatwiej, że otaczają mnie ludzie, którzy nie wiedzą co to agresja. Ryzyko fizycznej konfrontacji w razie przekroczenia norm zwyczajowych jest w Wietnamie znikome. 
Prostota rozmów opartych na bezpośredniej wymianie informacji dotyczących spraw, z których większość w świecie Zachodu uchodziłaby za prywatne, delikatne lub wręcz poufne, przeznaczone dla uszu najwęższej grupki przyjaciół, to podstawowy schemat komunikacji z ludźmi napotykanymi na targowiskach. Rozpoczynanie rozmowy pytaniem o stan cywilny to standard.
- Co taki wymęczony siedzisz? - pyta cieć z hotelu naprzeciwko, bo widzi, że siedzę wymęczony. Jest szósta rano.
- Nie twoja sprawa - wypuszczam z siebie po wietnamsku pierwszą wypowiedź dnia, z ciekawością, ale i ze szczerością wpisaną w kalkulację doboru tej potencjalnie nieprzyjemnej w odbiorze reakcji nastawionej na zatamowanie strumienia cudzej dociekliwości. Zadziałało! Obraził się.