poniedziałek, 3 lipca 2017

Alcanadre Puta Madre

W Alcanadre wiatr rzadko ustaje. Klimat tej pięcusetosobowej osady przycupłej kilka kilometrów od drogi pomiędzy Saragossą a Bilbao potwierdza charakterystyczną dla regionu północnego centrum Hiszpanii pogodową groteskę. Silne wiatry hulają po bezkresnych pagórkowatych równinach redukując w mgnieniu oka ponad czterdziestostopniowe skwary do kilkunastostopniowych chłodów, początkiem lipca. Dzisiaj mieszkańcy słonecznej Hiszpanii paradują przed nami w swoich jesienno-zimowych kurtkach podczas gdy my, nawet przez głowę mi nie przeszło, żeby zasięgnąć pogodowej porady smartfona, w krótkich spodenkach i przewiewnych koszulo-bluzach. Stoimy głodni pod stalowym niebem na pustej ulicy, a wiatr nas czesze jak w kominie.
Alcandre jest opustoszałe. W przeciągu ostatnich lat to siedlisko wśród pustkowi, rozdarte siłami przylegających do siebie regionów Nawarry i La Rioja, utraciło ponad siedemdziesiąt procent mieszkańców. W chłodne dni, takie jak ten, gdy siesta zaprojektowana pod ucieczkę przed nieznośnym upałem kompletnie traci rację bytu, ciasne uliczki nastrajają do refleksji. Prawie nikt się tam nie szwenda. Nawet dzieci. W Alcanadre została ich już tylko garstka. Wieczorem drą się jak radosne zwierzęta pod drzewem zdobiącym centralny placyk osady widmo. Na przywitanie, przyjezdnym, których widzą na oczy po raz pierwszy, odpowiadają rześko, bez wahania czy zdziwienia. To tam znajduje się skromna siedziba merostwa. Nad jego bramą, targana chłodnym wiatrem łopocze tęczowa flaga. Lokalna społeczność pod wodzą dwudziestosześcioletniego mężczyzny - najmłodszego mera Hiszpanii, chce na powrót zaludnić opustoszałą osadę. Gejowski symbol przytwierdzony do frontowej ściany wysyła zaproszenie nie przebierając w adresatach. 
Bar Asu jest centrum życia społecznego Alcanadre. Jego uroda i funkcjonalność stoją w wyraźnym konflikcie. Asu-właścicielka hoteliku Casa de Azul uwija się parząc kawy. Układa na chlebie plastry suszonej szynki i pichci te miałkie tortille o smaku bezbarwnym jak życie Saudyjek. Jej chrypliwy głos zderza się z akompaniamentem telewizyjnej relacji z kolejnej gonitwy za piłką, a starszyzna pod oknem, spragniona światła, trzaska swój kontrapunkt grając leniwie w domino...

niedziela, 18 czerwca 2017

The Spirit of Reason

Eric is stubborn! The religious beliefs that he thinks he long rejected add to it. Now he rejects all that goes against logics of nature for Eric knows who he is running from. The people that would sooner die then gave up their beliefs while invoking the spirit of reason.
- Once stubborn about something, always stubborn about anything - he says. He believes that the stubbornnes born out of the neccesity to protect the irrational is like weed. It is gradually overtaking the whole garden. Now it is obvious to him how the pious think. He himself was convinced once that this attitude has no impact on other areas of life but once provoked he would not know how to bring the defence of his holly ground to a halt. So he would talk and talk until they let them say what he must say. He had no ability to listen and think reasonably after all. What he realizes now is that his mind was forcefed with the most unbrakable of convictions that the unreasonable he cherished so much was the ultimate truth. That is why when his logics was undermined he snapped into madness. His socializing reduced to those who shared the sentiments for the same pile of contradictions. But the religious that he was must be stubborn. The fortress of his beliefs demended such attitude. It would be doomed to collapse otherwise. And he always jumped to defend it. 
That's why it is still customary for Eric to deal with absolutes. He loves to say „always” or „never” but he doesn't know why.

środa, 5 kwietnia 2017

Chinda

mimo że jej działania oparte są na logice niezrozumiałej dla Dumkraty, Chinda jest wciąż rzadkością tu, w ludzkiej mgle, gdzie reaguje się na niewiele. nawet jeżeli poszczęści mu się przydumać z taką Chindą, w służbie biurokracji, paraliżowanej strachem przed odpowiedzialnością za pieniądze i reputacje swoje lub któregoś z szefów, nic nie dzieje się szybko. decyzje podejmowane są na ostatnią chwilę, ale  gracze wzbudzający pożądanie przezroczyste jak znamię ambicji na to właśnie czekają. 
teraz ustami Chindy po raz któryś przypominają co komu przystoi. świadomi swojej pozycji i roli nie potrafią kibicować inaczej dobrobytowi własnego narodu. nigdy przecież nie zdefiniowali patriotyzmu. z resztą nie są w tym odosobnieni. w odległej Kurabii też nie podejmuje się romantycznych decyzji.
Chinda brnie więc z pokorą w życie asystentki asystenta, otwarta na pytania, rozumiejąca przeszkody, świadoma co należy zrobić, odpowiadająca gotowością zmiany taktyk w obliczu przejawów braku skuteczności poprzednich działań, przemawiająca cierpliwością tych, co zawsze się dopasowują. zawsze lojalna sile, która nikomu nie pozostawia wyboru.

niedziela, 19 lutego 2017

Nad Czyimś Strumykiem

       W restauracji przy drodze dobrze dają. Tak jak z resztą i u tych obok, chociaż ta tu wygląda na prawdziwą dajnię. Poznać to po natężeniu pustki w przerwach pomiędzy erupcjami, bo wyraźnie skacze i po zgiełku pojazdów - tylko on stale wypełnia przestrzeń pod przepastnym zadaszeniem. Przesuwają się łagodnie po ekranie niewidocznych wrót jedynego wyjścia. Za to koło wychodka jest jak w domu. Może gdyby nie te blaszane drzwi - zaczynają się na wysokości kolan a pachnie gorzkniejącą szczyną. Na tle przytłumionej ulicy brzęczy gdzieś ta gitarka, kojąco jakby jej kto pudło wydrążył w wyschniętym patyku. Błękitnodzioby ptak szamocze się w klatce na pomarańczowych lapkołydkach. 
Wiercąc własną melodią definiuje pod lasek nad czyimś strumykiem...  

niedziela, 5 lutego 2017

To Be Hayya

It is difficult to be Hayya although she wouldn't agree.
Having lived on the planet for twenty eight years the pretty woman that she is still has no husband although her mother and grandmother married at just thirteen. Born in the heart of desert, never conquered by any power throughout its entire history, Hayya is a strong believer. In this matter she resembles the rest of her people. Her believes seem unshaken by common doubts. 
Hayya's life didn't spare her misfortunes. Her brother died recklessly in a speeding accident and she grew up in in a military village. Her family led by a high rank army man and there, fifteen hundred houses sinking in the schorch of sands. Despite her age Hayya cannot leave their farm on her own. Even a forty kilometers trip to the nearby town needs to be approved by the old father. Only then can she go accompanied by a male relative. 
She is an educateed woman of a curious mind. She likes history and speaks a foreign language. 
Hayya is among the youngest of her eight brothers and sisters without step mothers. Her father never took wives although it is incouraged among his people.
Hayya is a capricious girl. She lives driven by the rhythm of her whimsical behaviour. Menstruations and heat. Religious duties and the conviction of living an exclusive life. The society of wealth and social unity. All provided by endless sea of oil and religion of the only truth. Therfore Hayya hardly ever admits her mistakes. All she does is follow the will of God. Anyone who thinks different should reconsider their own misinterpretation of truth that she claims to have always been plugged into the source of. Therefore she feels no need to explain herself to anyone. 
But Hayya gets lonely. In those moments bearability of her very existance depends on talking to a male - such a sparse commodity in her desert world. That is why she choses to talk with strangers, online. Chatting became an important part of Hayya's everyday life. What else does she have left to do but hiding in the airconditioned rooms of her heat-proof bunker called house or the temple and the nearby workplace's chilly quarters? 
And Hayya keeps dreaming of a foreign husband. The idea of having a boyfriend doesn't even cross her mind. The very thought of it is so alien to Desert People as democracy in China. But the tribal traditions oppose marrying strangers even if they are beleievers. Dreams that musn't come true are all Hayya can enjoy silently. Her avatar shows Hayya kiss the lips of her own reflection in the mirror. She is all that exists out there for the woman she wants to be. Inspite of her age Hayya still remains innocent like children can be. Internet once palyed on her a robotic trick and let her see people fuck in front of her eyes for the very first time. Shaken from the reality of the images already pictured anyway for so many times yet in a completely different way, that night Hayya didn't sleep a wink. 
Hayya is trapped between the desires of "what life might be if" and the reality that makes her obey the lifestyle observed there for thousands of years. Modern technology brought its gadgets to that place but the change they herald are also the very poison her people protect themselves from. So does Hayya. She craves to taste the fruit of change yet she remains loyal to all the traditions - always halting people on their paths they might taken. Consumed by this conflict, she gets to suffer from fits of anger she doesnt's fully realise the source of. But Hayya likes to play with fire although all the talking to strangers, unbefitting a true believer, must forever be kept a secret... The shady marigins of her clendestine life are for her to roam alone. 
In this Hayya opposes the very rules she believs to be right.
It is difficult to be Hayya...

wtorek, 10 stycznia 2017

The Tranlucent Cloud of Eric's Dilemma

    Mary is always worried when Eric gets away on one of his uncountable trips for bread and pleasures. Mary is his Mother after all and he gets away frequently. Now Eric thinks he can be Mary's therapist. Lured by the charms of his mid-life changing discoveries Eric is becaming a preacher of change and Mary loves to be his devout follower. She likes pretending to be in need of advice. She enjoys playing a woman at peace with a man. She reviews her special part for all those times' sake when she couldn't deliver as the wife she once was. Now Mary believes her fault in it to be the reason of all the sufferings she will yet have to face. She has no money either. At least not much. Edward left her with a modest pension after the divorce that felt like a long labour concluding thirty five years of pregnancy for the gloom of disilussions. Once mostly dependant on her husband's income now she is being condamned to her sons' whims of generosity. All due to Mary's memory for wrongdoings that brought her pain. She remembers them all and she cherishes them just the same. But she was broken apart many times... Never did her father fall short on generosity lecturing his family with the authotity of a horse whip. So she learned to obey. She cooked for nine. She worked the field since being six. She was even a servant at sixteen. The mouths were too many too feed. How she cared for the baron's son bedded with small pox!
      Mary met Eric's father at the shipyard. She was down here. He was up there. Drawn by innocence still smouldering thickly or by recklesness fortold she would fell for Edward's charms. His toungue of silver soon started to rattle for a daughter! It was during her pregnancy that she realized Edward's having already long been away with other women. The cheapest tobbaco and poisonous thoughts of the unforgiving and revange never left Mary during her debut pregnancy. Eric's brother's coming to this world removed Mary's hopes for happy life with Edward for good. Unable to divorce her husband for the pious that she was and for how much she cared for what they say, Mary felt forced into the cold of being a wife trapped in marriage and a mother of children rejected by a father longing for offspring of opposite sex. Whatever the waves brought she would face in only way familiar to her - fighting her husband's lies while beating the kids into integrity of which no capital failiures at school and regular church attendance were the elements of key. But this was how Mary loved her family. What Mary struggles with is the solitude occassionally peaced by companionship of her yet another boyfriend's. Eric is ten years younger then Mary. Yes, her boyfriend's name is Eric too but this one she calls Ricky. She already let Ricky go a number of times but he keeps coming back at her resolve's ritual softening. For the first time Mary enjoys cock. Besides Ricky knows his ways around the house as well. When the season gets right he likes to show the kind of a handy man he is always with his pint of bourbon well at hand. But Mary has no illusions. What she tries to share with Ricky is far removed from his capacity to comprehend the woman of such sensitivity. It is the perspective of a lonely life that made her practical. 
       Now Mary is blaminmg Eric for the ungreatful firstborn that he is, for his disrespect that she finds blatant and ourageous. This is where we get to Eric's true dilemma. Eric's father, Edward, grew up without his own old man whom he lost to tuberculosis at being himself just two. Naturally Edward had no clue what being a role model should really be about. Brought up without Edward's manly guidience through the honorable and tough, Eric has always been hovering in acrid fumes of doubt.  
-Is it really man's job to contain woman's nature regardless of the blood hierarchy? 
He lectures his own mother after all.
     Mary knows well about her son's therapies that's why she gets to enjoy being around him out of curiousity. Can the tiny steps he takes toward self-improvement bring herself closer to managing her own problems? But she really likes making people guilty of her own disappointments. Today, with Eric gone far for long and Ricky away for a few days Mary is finally reaching. Her melodramatic expression fed back with the usual biterness stands for the spirit in which Mary hisses to Eric her "all the best" at new year's wishing time.    
-Give up your fucking hope, son. You'll never change!

piątek, 9 grudnia 2016

Broda Ognista

     Obcokrajowiec, co dużo gada i do tego przed mikrofonem, powinien na Ukrainie trzymać mordę na wodzy. Niby wojny z "Noworosją "nie czuje się na ulicach Lwowa, Równego czy Tarnopola, lecz atmosfera serwuje napięcie. Po angielsku na salonach konferansjerka się nie sprawdza, a za ruski dostaje się po uszach gwizdem. Za to po polsku jakieś ogólniki udaje się przepchnąć. Mieszkańcy historycznych Kresów Wschodnich paradoksalnie szczycą się sentymentem do języka polskiego, mimo iż okres przynależności Zachodniej Ukrainy do II Rzeczpospolitej można porównać, bez nadmiaru wyobraźni, do rosyjskiej okupacji ziem polskich z czasów zaborów.
    Lekcja historii w pigułce? W międzywojniu osiemnastoprocentowa, katolicka mniejszość rządziła ukraińskojęzyczną prawosławną większością na terenach stanowiących piątą część ówczesnej Rzeczpospolitej. Lokalne "chamstwo" nie miało dostępu do władzy. Realizowała się też polityka rewindykacji i polonizacji cerkwi prawosławnej katolicyzująca wschodnich "polaków" - rozbiórki świątyń a język polski w szkołach i urzędach. 
  Ale to fiasko Barbarossy ostatecznie przygotowało grunt pod scenariusz filmu Smarzowskiego.

poniedziałek, 19 września 2016

Little Chucha

     Eric likes having to do with people who find themselves intellectually towering over others. They so easily contradict themselves in concepts they hardly understand. He likes shaking the cornerstones of their fancy beliefs like the ones about the nature of personality.
- My personality is who I am - claims little Chucha - but my attitude depends on who you are. I'm a nice person so if I'm rude to you, you need to ask yourself why - she nails it in a fashion of prophetic anger.
    But Eric's religion #4 teaches about ultimate objectivity and it applies to personalities as well. He read about them somewhere and now those tiny shreds of information make up one of his yet another religion's key doctrines. He says: "Personality has nothing to do with who we are. Who we are is beyond thoughts and personality is but a monument of mental projections about who we should become to prevail in battles of trying to hide our own shame, in wars waged by egos."
    On the other hand Eric is sure as well that blaming others for one's own attitudes is nothing but looking for excuses to keep on acting low. Those attitudes, thought by many to be born out of ability to pass objective judgements, are but subjective behaviours sanctified by self-given rights to punish people for bringing out the worst in them. This is where Eric advocates reflecting on why one's particular attidudes take such unpleasant shapes. 
- Don't make me do your job! - says ultimately objective him.   

czwartek, 8 września 2016

Podbój w lektyce

     Chiny to kraina pełna języków chińskich, na tyle zróżnicowanych, że Sekretarz Mao podczas jej podboju w lektyce, podróżował z grupą tłumaczy! 
    Chiński krajobraz językowy, jeszcze w czasach Wielkiej Rewolucji Ekonomicznej, oferował równie egzotyczną gamę różnic dialektalnych samego mandaryńskiego - języka mediów i polityki Chin. 
  Obecnie, oddziaływanie internetu i telewizji dokańcza dzieła ujednolicenia mowy, wypłukując z młodych Kraju Środka resztki naleciałości gwar rodziców jak kraj długi i szeroki, a kolejny aspekt romantyzmu wielkich podróży na naszych oczach idzie się paść i pastwiska już nie porzuci!
      Co w tym znaczącego? Nic. To może co w tym dziwnego? Wyobraźmy sobie dwie rdzenne Góralki z Tatr kłócące się w języku Teleexpresu...

wtorek, 6 września 2016

Life Must Get Bad!

        Eric is not an atheist. Atheism is the religion of nonexistance of God. It gets as fanatic as religious believes of many people walking this earth. He thinks he doesn't belong to any religion at all, although the idea of God was slipped into his innocent mind of a child when he still belonged among the truest of believers. What he doesn't know is that he is a rebellious soul responsible for the birth of the religion #1 - his own concept of incessent dealings with the God that now he believes doesnt't exist for him anymore.
      Czechs are the only Slavic people that observe the religion of Ordung. In this regard they follow orderly fashions that have had a long history of prevailing in Germany. That is why Eric's mother resembles all the Germans themselves. Czech trains depart on time and Czech waiters always care to ask if you want to pay separatly or together. That's the religion #2
          The religion #3 is this fashionable despise toward complaining. It is trying hard to keep the fuck away from it. 
Eric cannot really complain about being European or living where he lives. Democracy provides him with a flying carpet of predictibility. It gives him a deeper sense of long distance security. He doesn't have to risk his life fighting for anything. He wastes his water abunduntly every day to live the life he chooses. But still, he is surprised at how it delivers reasons to go for it and grumble on a bad day and mostly about anything.
If we agree that life is good, it is only so because it gets bad as well. There is no discussion here although interdependebility (is there such a word?) of those two is usually denied by the religion #3. Furthermore, complainig always meets its contempt. It is so uncool and so not sexy to do it. Eric's complaining reveals his lowest self and makes the buddist peace he strives to radiate with a bitter appearance of an edgy self-control... So he, for instance, chooses to complain about his weather. Its nature is so fucking changable and so are the characters of the people that surround him living under its regime. The bitter part of it is that this lack of emotional stability stands a vital component of the Central European Meantality that affects him, known as scepticism. 
Eric is so extatic to be leaving for Asia!

wtorek, 7 czerwca 2016

Pani Doktor

  Pani doktor jest wiecznie nieszczęśliwa. Dzisiaj też jej przeszkadzamy. Nasza obecność mąci porządek tej przestrzeni, która powinna być spełnieniem jej lekarskich marzeń - pusty gabinet, w którym oddaje się lekturom wiecznie odkładanym na później. Pani doktor lubi sapać, gdy zadajemy niewłaściwe pytania. Czy tu w ogóle można zadać właściwe? Pani doktor spełnia swój obowiązek w bólach oczekiwania na amnestię po ciężkim wyroku.
  Teraz i my czekamy, gdy drzwi do gabinetu stoją otworem. Pani doktor poszła się wysrać...

sobota, 4 czerwca 2016

Słowa Elżbiety

     Na moim balkonie zamieszkał gołąb. W zdewastowanej skrzyni na buty znalazł sobie przytulny kąt. Chyba zależy mu, żeby w niej pozostać, bo nie grucha. Kilka razy dziennie ostrożnie otwieram drzwi i zaglądam przez wyłom w deskach czy nadal siedzi. A jakże! Łypie na mnie z plastikowej doniczki, jakby patrzenie w tył wychodziło mu lepiej. Dopiero po kilku dniach zauważam, że siedzi na jajach. Teraz widzę, że to śliczna gołębica. 
  Na moim balkonie bywały już gołębie. Dokarmiałem. Srały. Przeganiałem. Jeden nawet przez otwarty balkon mi wlazł, gdy ja sobie pyk, pyk te zioła, co w Czechach już leczą. Najpierw pomyślałem, że to Bóg, więc ustąpiłem mu drogę. Bóg? Intruz kurwa, nie Bóg! Zasyczał i ruszył do przodu z walecznym łopotem. On mnie skrzydłami, to ja go gitarą. W szamotaninie zasrał mi dywan, dopiero potem się wycofał. Taki fason... Ale samotna gołębica na dwóch bielutkich jajach?!
   Choć rzadko z sąsiadami rozmawiam,  teraz komu popadnie opowiadam o tym, co dzieje się u mnie na górze. Większość jest zgodna: 
-Masz szczęście!
Też jestem skłonny uwierzyć, że mam. Jestem gotowy otworzyć się na działanie dumy. Jestem wybrańcem!
-Idź na targ i kup jej karmy, a obok skrzyni ustaw spodeczek z wodą - podpowiada Elżbieta. Wstyd mi, że z własnej inicjatywy nie poszybowałem w stratosferę empatii. Póki co kruszę chleb przez szczelinę w wieku skrzyni, z której wyziera ruchliwy łepek strwożonego stworzenia. 
- Gdybym był gołębiem, to bym za nią latał! 
Ma gładkie pióra, a jej czerwone łapki porażają młodocianą świeżością. Nie kuśtyka. Jest taka proporcjonalna. Patrzę jak transportuje w dziobie budulec znaleziony na osiedlu. A to przywlecze włosie lub pożółkłe trawy, a to kawałki siatki i plastikowych opasek. Gdyby mogło, przez ten ułamek sekundy, serce by mi pękło, gdy tak pochylam się wylęknioną ptaszyną.   
Wieczorny telefon od Elżbiety wytrąca mnie z szachowej zadumy.
-Edyta też miała na balkonie gniazdo! 
A więc młode się wykluły i zaczęło się sranie po balustradzie, gruchania i kolektywne łopoty.   
-Musisz wyrzucić jaja i zniszczyć gniazdo.
Słowa Elżbiety biją chłodem. Właśnie znalazłem się na Półwyspie Kolskim, a mroźny grad smaga moje nagie ciało.
    Rano wypędzam gołębice w pizdu, a jaja wypierdalam przez balkon. Gdy tak patrzę jak lecą, wciąż czuję ciepło tej nieskazitelnej gładzi na swoich zimnych dłoniach...

poniedziałek, 30 maja 2016

W tempie wagonowej ciszy

     Ciszę powściągliwych rozmów podsyca konstrukcja wagonów. Ich kadłuby są wytłumione na sucho. Obok mnie Hindus kontempluje półbułkę. Przełożona plastrem sera. Owinięta we wstążkę zgrzebnej serwetki. Ceny tu jak na wojnie, więc pogryza w tempie wagonowej ciszy. 
     I te krowy za oknem, co wyglądają tak zdrowo. Pośród pagórków porośniętych soczyście, rozpoczyna się metamorfoza, której ja też lubię przyklasnąć: ta zieleni chlorofilu w brąz czekolady Lindta. 
  Majowe słońce w swej nieśmiałości bezczelnie demaskuje perwersję porządku, przy którym nawet niemiecki ordung blednie. Szwajcaria...

czwartek, 5 maja 2016

Wyroki za darmo

   Tam, gdzie za leczenie się płaci, tam podniesieni na duchu się gromadzą. Stać ich na to uniesienie. Mogą się wznieść ponad ujadającą chmarę niewolników socjalu. To co, że przywodzi ich choroba. Przynależność do klubu tych, co mogą więcej niż ci, co nie mogą, jest równie ważna. Modeluje ich postawy w karykatury cięższego wymiaru. 
     Tam, gdzie za leczenie się płaci czują się jak na plebanii. W czystym otoczeniu zmartwychwstałej architektury, utożsamiają się z tą przynależnością. Mówią cichymi glosami. Tak się mówi, gdy za ścianą chłodne tabernakulum czyha. Ich tembry są jak zwierzenia wtulające się w ucho spowiednika. Spolegliwe, wyzierające obietnicą ostatecznej poprawy. Informacjami też wymieniają się poprawnie, jak życzeniami wigilijnymi składanymi pod presją marzeń o dniu harmonii doskonałej. Nawet ta dziewczyna w rozbiegu, co za plecami pozostawia plastikowy flakonik z uryną, czuje się częścią ich metamorfozy. Przed majestatem lęku o zdrowie, pod auspicjami klubu dostatnich, jej pożegnalnej formule odpowiada rześki chór. Zgodnie. Daleko mu do obojętnej niemrawości zgromadzeń oczekujących na wyroki za darmo. 

sobota, 14 listopada 2015

Dwa ciała

       Nie wiedziałem, że sroki jedzą jeże! Ten przy krawężniku pękł pod kołami samochodu. Sroka to obtańcowywała truchło podskubując krwawy łakoć, to uskakiwała przed kołami kolejnego samochodu w zgrabnym popłochu
      Pod drzwiami piekarni przypomniałem sobie, że Boże Ciało już od tylu lat mnie zaskakuje...  

piątek, 13 listopada 2015

Eden

      W niedzielę, w Szałasie nigdy klienta za mało. Tu kolejka, tam kolejka. Nie wiadomo niby, gdzie się ustawić, ale wiadomo. Proste, że głowa nie pęka. Za moimi plecami, Ewa szeptem scenicznym po Adamie jadzie, żeby rżnął głupa. A że Adam do rżnięcia jest pierwszy, bo to przecie żadna udręka, to już się mości przy ladzie.
- Jako to? Jedna, Pan powiadasz, kolejka???!  

czwartek, 12 listopada 2015

Spierdalam!

     Pod klatką przy krawężniku, gdy gadka wieczorna się snuje, to i obczajka zwykle się kręci. Aż tu “na co się kurwa gapisz?!” z chodnika kontruje ostro i ciach!!! Dziura sama w głowie się wierci. Wiadomo. Bilety na podróż gotowe, w plecaka kieszeni pranego w zimy połowie się trzyma. Pogoda, buty, motyle… Tam gdzie jadę, bo przecież będzie tak ciepło, wszystko się zmieni na chwilę. Jedzenie, dźwięki, godzina... 
       Spierdalam! Bo od wściekłości za dużo mi czasu na Śląsku już przez te palce przeciekło…  

środa, 8 kwietnia 2015

The Potion

     A great day today! A guy from Fiji (i've never talked to one before) asked me a question I couldn't escape trying to formulate an answer to. "Why Polish women are so different? I mean why are they not racist like the rest of European nazi white power bitches?!"  
:0
     Amount of admiration matched by intensity of fucking hatred! Well, if they were so different, maybe it's because the Polish women (along with Polish men) were secluded from the rest of the world for more than fifty years and this is how their starving for difference manifests itself? But then there are other post-communist countries: Slovakia, Bulgaria, Hungary... Ok. What if the Polish women have a deeper, spiritual insight due to the nation's Christian heritage? Well, the whole Europe happens to have been in Christianity's holy embrace like forever... Maybe they are so different due to the post-World-War-II Poland's being homogenous in terms of mostly everything including language, religion and food with almost no minorities able to flavor the communist boredom with the counterpoint of their existence? Half a century of the whole nation's political detention can sharpen appetites for novelty...
  The thing is that the Poles have a long long long history of being quarrelsome, vindictive and bossy, thus gifted with a flair to alienate their own kind. As a consequence, craving for a company of a kind that is not their own, regardless of its faith or race, might have become their fate. But Poland's being too big to act small and too small to act big definitely became her flame. This is what has kept the potion cooking. It boils so those who come to Poland can marvel at what is made of her presumptuous and her humble... 
     So if you, my Fijian friend, find it unprecedentedly romantic that this is in Poland where women make you feel fallen for whereas everywhere else you feel despised, well, guess what. They probably have no choice!

niedziela, 12 października 2014

Cyklop

   W sobotę też przychodzą maile. Marcus usłyszał od Andreasa, że śpiewam i to dziwnie rzeczy. Czy mogę za dwa dni pojawić się na dwa tygodnie w Szwajcarii? Jasne! Rozmawiamy, nagrywam próbki i wysyłam mailem. Znowu rozmawiamy i jadę. Taksówką w nocy do Balic, samoltem do Zurychu. Na lotnisku odbiera mnie Stefan. Mentalność i sylwetka sportowca. Po drodze dużo się śmiejemy. Zahaczmy o biuro. W Zurychu pada deszcz. Dopiero tu dogadujemy szczegóły kontraktu. Przez dziesięć wieczorów będę pracownikiem cyrku z Bazylei. 
    Od dziś mieszkam w hotelu, a do pracy jeżdżę hotelowym rowerem. Mam zastąpić wokalistę, który współtworzył spektakl. Markus oczekuje, że w ciągu dwóch dni odnajdę się w półtoragodzinnym przedstawieniu podzielonym na dwadzieścia pięć odsłon ilustrowanych muzyką z elementami improwizacji. Pierwsze dwa dni mijają na próbach. Nie mam nawet ochoty przyglądać się Szwajcarii, w której nigdy nie byłem. Wszyscy są mili i kibicują moim wysiłkom. W końcu skoczyłem w sam środek sezonu, bez zastanowienia. Pierwszy spektakl gram dwa dni po przylocie. Na widowni, pod gołym niebem około pięćset osób, w środę. 
   Zabawa zaczyna się tuż przed zachodem słońca. Naturalne światło w tempie zapadającego zmroku oddaje pierwszeństwo reflektorom. Rozjaśniają scenę, w której centrum widnieje stalowa konstrukcja. Ten szkielet głowy cyklopa jest głównym rekwizytem surrealistycznego przedstawienia. Subtelna audio elektronika ilustruje całą tę akrobatyczną bieganinę. Aktorzy-tancerze na oczach widzów instalują elementy twarzy gigantycznego potwora. Policzki pokrywa skóra. Pojawia się ucho, a w nim Bene, grający na perkusji w makijażu na wzór wojów Williama Wallace'a. Pojawia się też oko i usta. Gdy te zaczynają się poruszać, zwisając z ramienia niewidzialnego wysięgnika, z głośników dobiega mój głos. To cyklop wydaje swe pierwsze dźwięki. Śpiewa swoją pierwszą balladę.

czwartek, 9 października 2014

Niebezpieczeństwo, niebezpieczeństwo!

- Karnas!
Głos mężczyzny, który nie rozumie, co to sprzeciw, wytrąca mnie z oczekiwania. Tempo kolejki do odprawy wizowej mierzone jest wnikliwością zadawanych pytań. Ja słyszę już tylko polecenia. Wypełniam fromularz imigracyjny. Gość niemal wyrywa mi z ręki długopis. Moje pobudzenie rozmija się z jego wyobrażeniem standardu spolegliwego podążania za tonem rozkazującym.
-Nazywam się Pan H.
-A ja nazywam się Pan K.
Znika gdzieś z moim paszportem i po chwili wraca. Zachowuje się retorycznie, więc poprostu biegnę w jego ślady. Patrzę jak wita się po drodze z karabinowymi. Obcałowują się, ściskają i śmieją. Ta cała atmosfera odwzajemniania pochlebstw w oddziałach władzy wykonawczej, którą tutaj sprawuje armia... Podjeżdża samochód. Pan Huda zagania mnie do wnętrza. Policjant na motorze toruje nam drogę przez zatłoczone ulice przedmieść stolicy. Czuję się oficjalnie.
- W hotelu wszystko ci wyjaśnią - kierowca umywa ręce od dalszych wyjaśnień. Przed hotelem dwa samochody policyjne i betonowa bariera z kolcami. Już się osuwa w dół. Wejścia do lobby strzeże pracownik obsługujący rentgen na bagaże. Na piętro wspinam się po schodach. W pokoju zimno jak w chłodni. Algieria!
   Fajnie, ale minbusem na próbę, minibusem do do hotelu. Tu za późno na kawę w centrum, tam lepiej się zatrzymywać. Chcę w końcu wyrwać się organizatorom. A bo po co? A niby gdzie? Nesrin w końcu się poddaje. Zostawia mnie przed kawiarnią, przy stoliku pod okapem. 
   Już któryś raz siedzę w tej samej knajpie. Dziś w poszukiwaniu toalety trafiam do piwnicy. Facet stoi przy jedynym pisuarze i obmywa sobie wodą z plastikowej butelki. Pomieszczenie jest niewielkie. Nawet szczyna inaczej tu wonia. Sfermentowana, słodka. Na wprost schodów zieje oczodół ościeżnicy pozbawionej drzwi. Czarnoskóry gość patrzy na mnie rozespanym wzrokiem. Łóżek jest kilka. Do pracy piętro wyżej kelnerzy wychodzą przez toaletę.
    Dopijam trzecią herbatę z miętą i ruszam. Byle dalej od portu. Cynkowa biel budowli i ażurowy błękit balkonowych balustrad-poplamione dowody upadku, wiary w to, że istnieje zewnętrzna siła, która utrzyma Afrykę w pionie, widać na każdym kroku. Wielopiętrowe zabytki puszą się wśród śmieci, otulone zapachem zgnilizny. Europejczyków nie widać. Festiwalowi goście poruszają się w autobusach, pomiędzy hotelami a salą koncertową, pośród stałych elementów wpisanych w krajobraz miasta - Policji i śmieci. Ta pierwsza ustanawia chwiejny autorytet przy pomocy karabinów, za to śmieci są jak Chiny. Nie da się ich powstrzymać.
 Wspinaczka w stronę Kasby ujawnia gruzowiska podwórek, a na nich dzieci grające w piłkę, restauracje ciasne i lepkie okupowane przez podstarzałych karciarzy. Za to zniknęli spekulanci szemrający swoje oferty.
- Niebezpieczeństwo, niebezpieczeństwo! - ostrzega gość, widząc telefon w mojej dłoni. Gdzie ono jest? Podbiegnie? Chodzę ulicami już parę godzin, ale nikt nie zagaduje. Czuję się jak jedyny turysta w mieście. 
   Zataczam koło i docieram na dworzec kolejowy. Właśnie trwa bójka. Oszalały pracownik kolei szuka w popłochu jakiegoś narzędzia. Chce zdzielić gościa, który już dawno wycofał się z kłótni. Jestem gotowy opuścić to miasto, które w zaledwie pięć dni zdołało mnie odrzucić, zafascynować i znudzić. Biorę taksówkę. Droga powrotna do hotelu zajmuje mi prawie godzinę, a i tak czuję, że to centrum.
   Wyjazd do Tipazy przynosi upał i błękit nieba. Zniknęły śmiecie i smog. Teraz już tylko pary pochowane w zaroślach porastających rzymskie ruiny, wiatr od morza czeszący niewidzialnym grzebieniem przybrzeżne niskopnie i ta otwarta przestrzeń. Błękity, suche zielenie i jeszcze bardziej wysuszone brązy. Myślę o wyjeździe głąb kraju, choć owoce morza smakują tu bosko.
   O siódmej rano na peronie pustki. Jestem jedynym klientem przy kasie. Pierwsza klasa? Po co? Chcę zobaczyć, jak jeździ się w drugiej. Pociąg ma poszycie z potłuczonej, karbowanej blachy. Idę korytarzami czterech wagonów, których okna pootwierane są na oścież. Siedzenia pokrywa warstwa piaskowego pyłu. Kupuję bilet na pierwszą. 
  Ruszmy o czasie. Mijamy podmiejskie stacje, na których tłoczą się Algierczycy. Czekają na swoją kolej pośród powygryzanego betonu, zardzewiałych prętów i plastikowych śmieci. Tu dzielnice przypominają porzucony plac budowy. Zmęczenie nie pozwala mi czuwać przy oknie. Budzę się na chwilę gdzieś w górach. Palę dla otrzeźwienia przy otwartych drzwiach kołyszącego się wagonu. Ktoś zagaduje, reszta obserwuje. W wagonie restauracyjnym czyha samotny barman. 
   Do Konstantyny wtaczamy się z prawie trzygodzinnym opóźnieniem. Wał kolejowy pełen jest dzieci. Witają nas gradem kamieni. Przed stacja sznur samochodów. Korek zdążył sparaliżować miasto. Do hotelu przedzieram się taksówką. Pośród gruzowisk i szkieletów żelbetonowych konstrukcji, dwa kilometry robimy w pól godziny. 
   Ibis jak ibis - łóżko, telewizor, okno, łazienka. Po wodę trzeba zejść do baru. Ruszam w miasto w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Obchodzę centrum, ale pora jakiś trefna, bo wszystko pozamykane. W pustej restauracji zamawiam owczą głowę. Słona i śmierdzi, więc przegrywam oliwkami i bułką. Mięsa na niej niewiele. Próbuję zjeść oko.
   Tuż obok mostu nad przepaścią dzieci wykrzykują coś w moją stronę. Słyszę jak za plecami rozpryskują się butelki. Nad krawędź urwiska brodzę w szklanych łupinach. Jakiś facet przygląda mi się z daleka. Portfel wciśnął sobie pod tiszert a na głowie globtrotterski kapelusz. Joël jest prawnikiem z Francji. Po pięćdziesiątce. Zdecydowanie woli towarzystwo chłopców. Ruszam na most, klikam parę zdjęć, robię skręta. To zawsze wzbudza zainteresowanie. Porozumiewawcze uśmiechy i prośby o bucha. Jakiś chłopak zatrzymuje się i w nabierającym tempa arabskim monologu instruuje mnie, że palenie haszyszu jest w Algierii zakazane. Brzmi stanowczo i poważnie. Joël nadbiega z odsieczą jak rycerz. Odpowiedź po arabsku zamyka chłopakowi usta.
  Tutejsza Kasba daje swoim biedakom widok. Rudery wiszą nad urwiskiem, na dnie którego płynie rzeka. Wspinam się powoli drogą do centrum, a obok mnie zatrzymuje się stary Peugeot. Kierowca macha w moją stronę. Zaprasza do środka. To Joël. Za dwadzieścia euro na dobę, od tygodnia tłucze się po Algierii w wynajętym gruchocie. Najchętniej nocą. Nic, co przeczytałem i usłyszałem o bezpieczeństwie w tym kraju nie trzyma się kupy. 
   Żeby dotrzeć do jednego z mostów, kluczymy wyboistymi zaułkami. Parkujemy w zatoczce, tuż za tunelem wydrążonym w litej skale. Na murku sięgającym kolan siedzą z wywieszonymi nogami Algierczycy. Pod ich stopami kilkuset metrowa przepaść. Jakieś grupy piknikują na kamieniach wyrastających z pionowej ściany po drugiej stronie urwiska. Skradam się do krawędzi, żeby zerknąć w rozpadlinę. Jeden z nich przeskakuje przez murek i staje nad przepaścią. Waży grubo ponad sto kilo. Ci ludzie nie boją się wysokości.
   Do Algieru wracam taksówką. Stolica nie jest miejscem, gdzie chcę się luzować. Przechadzka z Darią wzbudza zainteresowanie miejscowych. Długo zajmuje nam marsz po kebab, a potem poszukiwanie miejsca, gdzie w spokoju można go pogryźć. Siadamy na rurkach jakiejś balustrady. Rozmowa się snuje, ale miejsce nie daje spokoju. Starszy gość w poplamionej galabiji znowu ostrzega nas przed nie wiadomo czym. Trudno tu o niezachwianą pewność, czy aby granica, poza którą już tylko łzy i wywiad do kamery w towarzystwie dwóch zamaskowanych wyznawców religijnej rewolucji, nie została już przekroczona.
   Do hotelu biorę taksówkę. Kierowca ledwo mieści się za kierownicą. Nie chce zejść z ceny. Ma przecież chusteczki. Mogę też skorzystać z jego dezodorantu i przegryźć gumą do żucia. Biorę gumę. Zatwardzenie na ulicach miasta dopiero wieczorami reguluje się w bezbolesny przepływ samochodowej masy. Taksówkarze są zmęczeni. Ten też pracuje po szesnaście godzin. Chłodniejsze powietrze i szybka jazda przy otwartych oknach sprzyjają milczeniu...

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

14. Dymanie żab

  Klimat kontynentu amerykańskiego, tam gdzie Nowy Jork, oferuje szeroką amplitudę wrażeń w interwale pomiędzy szczytem wilgotnego i gorącego lata, a dnem śnieżno-mroźnej zimy, nie jest moim ulubieńcem. Grudniowe zawieruchy nastały już początkiem miesiąca. Nonszalancką kreską malowały obraz świata zgrzytającego w mroźnym uścisku. 
  Topografię komuny miałem w jednym palcu. Po tygodniach przeczesywania jej zakamarków w poszukiwaniu pomysłów na przetrwanie, wiedziałem gdzie szukać wełnianego płaszcza, sięgającego za kolana, jesiennych butów z kłapiącą podeszwą, nieporęcznie grubego szalika i wełnianej czapki pilotki. Rękawiczki, kupiłem jeszcze w lecie, dla jaj. Bezcelowość tego zakupu nagle nabrała praktycznego wymiaru… Poowijany jak katorżnik przemykałem ulicami Harrison. Wyziębione sapały, podniecone nadejściem przedwczesnej zimy. Stację przesiadkową na Manhattanie miałem już przerobioną. Na Queens chciałem dotrzeć przed czasem. 
  Od ulicy wiał przenikliwy wiatr. W przewiewnym sweterku i czapce pilotce stałem przed stertą cegieł. Źle się ubrałem do roboty na mrozie... Z dwupiętrowego ceglanego domu dobiegały dźwięki młotkowania. To chłopy obstukiwały ściany, grzejąc się w środku przy gazowych dmuchawach. Choć służbę w czołgu i życie na kompanii znałem tylko z opowieści, charakter pracy na budowie nie pozostawiał wątpliwości. Koty na start do chujowej roboty! Smołowanie sufitu i ścian zabudowanej rurami piwnicy zajęło mi kolejne dwie dniówki. Czarne gluty we włosach, którym kąpiel nie dawała rady, nosiłem jak dredy wyrolowane na hebanowym gównie. 
   Robota na budowie jest najgorsza! Nie dlatego, że jest wyjątkowo ciężka. Nie. To ten permanentny chaos, który paraliżuje motywacje. O ile do syfu przyzwyczajam się szybko, to brak zauważalnych postępów w pracy zawsze przysparza mi dodatkowych cierpień. W otoczeniu, nad którego transformacją pracowaliśmy zespołowo tygodniami, tak naprawdę nic się nie zmieniało. Pierwsze dni mijały na ustalaniu zakresu moich obowiązków, w szarpaninach konfrontacji, które i tak ustawiły mnie na dnie hierarchii pomagierów, fachowców i majstrów - chłopów spod Tarnowa, warszawskich taksówkarzy, Górali i ginekologa. Każdy chciał mnie czegoś uczyć. Mietek pokazał mi jak sozem przycinać plajłuty i co się robi z tubajforów, a Kazek wziął mnie na praktykę przy sitrakach. 
- Tak wyznaczasz prostą czoklajnem, a tak przycinasz jiksą. 
Z podziałki metrycznej na kłoderincze, incze i stopy i tak już przesiadłem się w fabryce.
  Harmonia powracała do mojego mikroświata, w miarę jak integrowałem się z syzyfową naturą nowego zajęcia. Powrót do życia z dala od podstawowych egzystencjalnych trosk był na wyciągnięcie ręki. Na budowie otaczali mnie teraz ojcowie starszych ode mnie dzieci, dziadkowie dorastających wnucząt, którzy z dnia na dzień stawali się moimi kumplami. Rysiek gadał o Mielcu, a ja o jazzie.
– Student! Nie opierdalaj się, tylko podaj tam śrubokręt z parapetu… 
Rutyna nadeszła szybko. Tu można było zapalić, a tam posiedzieć, żeby nikt nie widział. Bos od razu załapał, że angielski z całej brygady kumam tylko ja. Tak zaczęły się wypady na zakupy w czasie pracy. Choć sporadyczne, uwalniały od ciasnoty i pożółkłego światła, od szorstkich dźwięków i linearnych myśli. W ciszy czystego samochodu tak łatwo jest płynąć nieznanymi ulicami, w przepoconych ciuchach, z trocinami we włosach. Szef w kalkulacyjnej zadumie, od której zamiera ruch gałki ocznej, ja w upojnej pół-hipnozie, niedospany, szczęśliwy, że to inni gną się nad moją robotą. Dziurawymi ulicami Queensu wyjeżdżaliśmy gdzieś poza miasto, a ceglane dwupiętrowce z wolna ustępowały miejsca co raz to większym połaciom zieleni... 
   Komuna przy Frank Rodgers Blvd. miała w grudniu już tylko pięciu stałych lokatorów. Ania i Filip dawno wyjechali. Tadek żyjąc trybem, co nie wadzi nikomu, jak większość mieszkańców komuny, pracował, jadł, oglądał telewizję i spał. Marek przyjeżdżał na weekendy. Spragniony towarzystwa snuł opowieści o dziadku, podszyte goryczą, pełne samarytańskich spostrzeżeń harcerza, który został pielęgniarzem z konieczności. Marek nie obnosił się ze swoimi rozterkami. Wychowany w tradycji studenckich wypadów w góry, rejsów z jachtklubu, potrafił radzić sobie z samotnością, a towarzystwo traktował jak okazję do zabawy. Zbyszek był najstarszy z nas, pełen dystansu wyrażanego przedłużającym się aktem zdziwienia. Jego podpierana długą szyją głowa przemieszczała się we wszystkich kierunkach, w granicach wyznaczonych przez fizjologię kręgów, podczas gdy opuszczona broda, z na wpół rozwartymi ustami, niemal ocierała się o jego mostek. Marszczył przy tym twarz, a jego badawcze spojrzenie zza grubaśnych szkieł sygnalizowało, iż ciąg buforowych zachowań, dzięki którym realizuje się w roli żywej antytezy pochopnych osądów właśnie został zainicjowany. 
   Kuchnia stanowiła centrum życia publicznego na Frank Rodgers. Spora lodówka, stół, telefon na długim kablu i stary telewizor, który urozmaicał czas darmowymi seansami sitcomów łapanych z anteny. No bo co robić po robocie? Chwila rytualnych ablucji i posiłek pochłaniany łapczywie. Popołudnia przechodziły w wieczory, podczas których, zebrani przy stole, ubijaliśmy pianę ze spraw błahych. Tylko Andrzej, zżerany marzeniami o zielonej karcie, wydeptywał rynienkę w kuchennej podłodze. Przyspieszony krok i te wybałuszone niedowierzaniem oczy, te same od lat utyskiwania na szefa, że niby w końcu pomoże mu załatwić papieryZ nudów, z przekory podsycałem jego demony, a on śmiał się jak opętaniec. Nie był w stanie się bronić. W głębi duszy nienawidził mnie tą samą nienawiścią, którą żywił do szefa. Uwierał go kaganiec spolegliwości, na którą musiał się zgodzić, ale przecież chodziło o sprowadzenie rodziny do Stanów. Mimo to pastwiłem się nad nim z sadystyczną rozkoszą osiedlowych gówniarzy, dręczących żaby przy cegielnianych sadzawkach. Nadymane przez słomkę wciśniętą w dupę, dryfowały po wodzie jak liście popychane podmuchami jesiennego powietrza. Machały nieudolnie łapkami, próbując przywrócić zniekształconemu ciału bezpowrotnie utraconą manewrowość. Biernie się temu przyglądałem. Ciekawość jest przecież silniejsza od pogardy dla sadyzmu. 
    Teraz ja dręczyłem Andrzeja, choć widziałem jak go rozdyma...

wtorek, 29 lipca 2014

Liberace

 Kino to ucieczka z własnej rzeczywistości w cudze marzenia. Źródło tymczasowych zmian w lepszego człowieka. Wypełniacz okresów bezczynności. Gdy te nastają, do oglądania podchodzę przekrojowo. Przeczesuję filmografie aktorów, reżyserów, scenarzystów-tych od kina poważnego i tych od rozrywki. Rzucam się na historie oparte na faktach lub na czyściutkie biografie. W okresach bierności, wręcz wyręczam się kinem. Faktualizowane fabuły wypełniają plamy na mapach mojej niewiedzy. Coco Chanel, Gandhi, Ostatni Król Szkocji, Lista Schindlera, Aviator, Skandalista Larry Flint, Upadek, Tudorowie... Pośród filmów o losach muzyków (Niczego nie żałuję, Cadillac Records, Ray, Control, The Doors) specjalną kategorię tworzą już filmy o wirtuozach fortepianu. Po Amadeuszu, Blasku i Pianiście pojawił się Wielki Liberace. Reżyser Steven Soderbergh, twórca oskarowego hitu Erin Brockovich, snuje tym razem opowieść o starczych perypetiach supernowej fortepianowego kiczu, otwierając przed widzem podwoje prywatnej rezydencji przerysowanego showmana z Las Vegas. 
   Liberace to dziesiątki milionów sprzedanych płyt i rozpoznawalność na miarę Presley'a. Złote dziecko amerykańskiego szołbiznesu, uosabiające wszystko to, czym dawała się uwodzić powojenna Ameryka. Szarmancki wirtuoz w smokingu. Archetypiczny maż, zięć i kochanek. Gwiazdor telewizyjny monolitu białych, chrześcijańskich konsumentów, rozkochanych w tytoniu i whiskey z lodem. Zakładnik konserwatyzmu uwikłanego w tradycyjne wartości - Boga i rodzinę,  skrzętnie ukrywający swój ekstrawagancki homoseksualizm. 
    Twórca filmu postanawia zagrać na nosie fanom legendy wielkiego Liberace.  Oto oznajmia wiernym, że świeżo upieczony święty kościoła, to złodziej i wszetecznik, i w dodatku są na to dowody. Kojarzony z ultraheteroseksualnych ról Michael Douglas, przekornie wciela się w rolę pianisty. Na planie partneruje mu Matt Damon, który o portretowanie kryptopederasty otarł się już w Utalentowanym panu Ripley. Pikantny obraz życia gejowskiej pary, wykreowany przez ten oskarowy tandem, wciąga jak słuchanie plotek, bo i aktorstwo, z perspektywy heterowidza, jest niewiarygodnie wiarygodne. 
   Steven Soderbergh w jednym z wywiadów zapowiedział, drżąc z rozgoryczenia, że Wielki Liberace to ostatni film w jego reżyserii. Produkcję wykluczono z dystrybucji w amerykańskich kinach, więc i popis Douglasa stracił szansę na oskarową nominację. Dla tak cudacznej kody, zwieńczającej wielką karierę reżyserską, lubię stracić czas!

niedziela, 27 lipca 2014

Hedonistyczny prysznic

  Zapomniałem, więc szybko do urzędu miasta. Jest siódma trzydzieści. Budynek jest pusty. Siadam i patrzę jak schodzą się urzędnicy. Składają podpisy na listach obecności i w milczeniu rozchodzą się do swoich obowiązków. Załatwiam, co trzeba i biegnę na dworzec. Autobus się spóźnia i do tego nie ma gdzie usiąść. Czekam na następny. Nabity nawet nie zajeżdża na przystanek. Do Katowic docieram tym trzecim, więc do przesiadki na lotnisko czasu jest niewiele. Tam za to samolot się opóźnienia. W ogóle cała ta podróż ułożona jest jak jakieś mroczne domino. Sypie się jeden element, sypie się wszystko. A więc z Malme busem, na który bilety dostępne są tylko w przedsprzedaży, muszę dojechać do Kopenhagi, żeby zdążyć na pociąg do Środkowej Jutlandii. Przymusową pauzę w podróży spędzam na pogaduchach z Adamem i Korą. Mieszkają w Danii i już nie wracają. Adam jest zachwycony nową ojczyzną. Trudno mu znaleźć jakieś negatywy. No może drogie samochody i słabe jedzenie. Za to Dania to system udogodnień. Kolejny kapitalistyczny socjalizm, który drakońskimi podatkami niweczy marzenia o bogactwie, definiując, że życie na wysokim poziomie, może być wystarczającym źródłem satysfakcji. Polacy, których spotykam w Danii peanują swojej nowej ojczyźnie, w której rowery zostawia się bez opieki pod ścianami czy na parkowiskach. Wychwalają duński social i udogodnienia wyrażające szacunek systemu dla wszystkich, który nabyli prawo bycia jego częścią. 
- Jak pociąg spóźnia się dwadzieścia minut, to możesz wziąć taksówkę na koszt kolei.
  Pogoda w Szwecji jest bajkowa - dwadzieścia dwa stopnie i obłoczki. Wąsaty Polak nagania klientów w kierunku busa zaparkowanego przed halą jedynego terminalu. Potrzebuję szwedzkich koron, ale bankomat nie chce połknąć karty.
- Odwrotnie się tu wsadza - tłumaczy po polsku głos za plecami.
Czekamy jeszcze na kilku pasażerów i ruszamy w drogę. Zajmuję miejsce w przednim rzędzie, obok kierowcy. Mijamy opłotki Malme - niskopiennej pipidówy jakich pełno tam, skąd pochodzę. Kierowca jest kontaktowy. Chętnie opowiada jak rozkręcił biznes. Więc najpierw był most nad cieśniną. Po kilku latach pojawiło się połączenie lotnicze z Polską. Złote czasy nie trwały długo, bo inni też się podłapali, że można tę parę koron wycisnąć. Mariusz - kierowca po pięćdziesiątce, daje nam po kawałku lukrecji i opowiada niestworzone rzeczy o Dunkach. Kto by pomyślał, ale to przecież potomkinie Wikingów. Na kopenhaskim dworcu mam jeszcze czterdzieści minut. Bilety muszę odebrać w szwedzkim automacie. Kod nie działa. Pracownik kolei też głupieje. Rząd cyfr wpisujemy po kilka razy, na różnych terminalach, w końcu idziemy do okienka. Maszynę znów wyręcza człowiek. Szybki starbucks i biegiem na peron. Pociąg odjeżdża do Aarhus, ale wszędzie piszą, że to do Aalborga. Pytam co i jak, ale nikt nic nie wie na pewno. Wszyscy za to wyrażają swój optymizm. Słyszę "Chyba tak" albo "Na pewno wszystko będzie ok"... W końcu ktoś brzmi przekonywająco. Tym razem mam rezerwację. Stoliczek we czwórkę dzielę z babcią i jej wnukami, których spokój wykracza ponad moje pojęcie natury pacholęctwa. Święte dzieci. Częstuję ich sernikiem kupionym pod blokiem. Dzieci podejrzliwie wciskają do ust kawałki ciasta. 
  Do Aarhus przyjeżdzamy o czasie. Eliza czeka już na dworcu. Szuszczy po angielsku i ubezdźwięcznia. Moje uszy rozwierają się na cztery palce. Hotel znajduje się tuż pod dworcem. Eliza wręcza mi moją paczuszkę z programem festiwalu, mapą i t-shirtem, a ja jej bilety i rachunki. Biegnę na chwilę do pokoju i od razu idziemy w miasto, na jakiś koncert. Wstęp jest wolny, za to małe piwko po dwadzieścia parę złotych. Z miejscowym big bandem występuje dzisiaj Wiktoria Tołstoj - krasawica, co śpiewa po amerykańsku i zabawia Duńczyków szwedzką konferansjerką. Publiczność jest spora. Wyrozumiale wsłuchuje się, jak tamta szwargoli po swojemu, a Eliza przedrzeźnia jej wyrazisty akcent.
   Po piwku przychodzi lekkie ssanie. Ruszamy do restauracji. Mamy czas na pogawędki, tym bardziej, że moje vino generuje szybki i nadmierny veritasEliza jest emerytowaną woluntariuszką. Nie pracuje już dla pieniędzy. Wybucha śmiechem, gdy mówię, że Norwegów trudno jest rozśmieszyć. Przed restauracją blokuje koło roweru obręczą z patentowym zamkiem.
- Grasują u nas bandy ze Wschodniej Europy.
Do tej oazy ultrademokratycznej wyrozumiałości, wręcz statutowej empatii, przyjeżdżają po rowery i miedź. Ich łupy lądują w kontenerach, które ciężarówkami wywozi się na Wschód...
Właściciel lokalu uwodzi nas bukietem uprzejmości, dowcipów i pochlebstw. Te ostatnie działają. Eliza szczebiocze pozytywnie zakłopotana i zamawia coś Duńskiego. Na stole ląduje miseczka ziemniaków posypanych koperkiem, sos beszamelowy z jakąś zieleniną i miska boczku krojonego w grube plastry, wysmażonego  na głębokim oleju w olbrzymie skwary. To tak jadają Wikingowie... Eliza wsłuchuje się w moje "co w gębie to z głowy". Sąsiedzi, rodzina, religia, związki, demokracja i reszta tematów spędzających sen z powiek. Ta nieodległa Dania, to inny świat. Znowu czuję się niepogodzonym dzieckiem ludu, który zawsze rości sobie do czegoś pretensje.
- Musisz w końcu opuścić dom rodzinny - kwituje swoim werdyktem Eliza. Póki co opuszczamy restaurację.
  Rano ląduję w biurze festiwalowym. Załatwiam papierkową robotę i idę oglądać panoramę miasta z dachu miejscowego muzeum sztuki. Połacie białych ścian, a na ich tle miniaturowe ekspozycje.
- Tu nowa biblioteka, a tam muzułmańskie getto. Ci ludzie - peroruje Eliza - wychowali się z dala od zasad, które wyznajemy, ale wszystkich trzeba przygarnąć. Dać im czas.
Idealizm... Koń trojański demokracji-prawo większości już opróżnia swoje bebechy. Wyłażą z nich ideologie, które niesione na fali demograficznej arytmetyki ostatecznie przejmą kontrolę nad prawodawstwem.
  Robię kilka zdjęć i krętymi schodami schodzę w dół. Na jednej ze ścian odbywa się projekcja filmu. Można go oglądać stojąc na półpiętrze. Ludzie chodzą w tę i z powrotem. Samotnie wciągam się w akcję. Po chwili dołącza do mnie grupa przedszkolaków pod opieką stonowanego brodacza. Teraz razem przyglądamy się nagiej kobiecie, która stoi w niewidzialnym akwarium. Kąpie się w miodzie lejącym się litrami z sufitu. Gęsta ciecz spływa po jej twarzy, ramionach, piersiach, pośladkach. Puzonowa gęganina ilustruje całe zajście. Dzieci obserwują ten hedonistyczny prysznic w nabożnym milczeniu. Opiekun uśmiecha się i powraca do seansu. Po dwudziestu minutach miód wypełnia prostokąt obrazu, a postać tonie, unosząc się w złocistej cieczy jak upiorny preparat zanurzony w formalinie.
  Koło południa ruszam z Michałem (jednym z trzech z duńskiego składu) w poszukiwaniu jedzenia. Miasto żyje jazzem. Dwieście trzydzieści koncertów w sześć dni to dużo. Wbrew temu, co sądzi się o społeczeństwach starego zachodu, sporo na ulicach wózków. Michał, u progu pierwszego ojcostwa, zachowuje się jak detektor matek z dziećmi.
- Patrz! Tam też wózek!  
Napychamy się w chińskim all you can eat i wracamy do hotelu na chwilę relaksu przed próbą i występem w środku dnia. Gramy w białej sali ze skajlajtem, w podziemiach kolejnego muzeum. W przygotowaniach do koncertów pomagają nam emeryci. Ich łagodność jest obezwładniająca. 
   Reisefieber już drugi raz towarzyszy mi podczas tej podróży. Rano w pustej restauracji hotelowej łykam śniadanie, zawijam w chusteczki coś na drogę i ruszam na dworzec. Pociąg jest odwołany. Następny za trzy kwadranse. Zastanawiam się, którędy do najbliższego postoju taksówek. Na wszelki wypadek pytam kolejarza, jaka jest procedura, jeżeli nie zdążę na samolot
- A skąd ja mam wiedzieć?!...
  Na kopenhaskie lotnisko docieram na dwie minuty przed odjazdem pociągu do Szwecji. Na dworcu w Malme biegam jak poparzony. Nikt nic nie wie. Autobus na lotnisko znajduję w ostatniej chwili. Na szczęście można płacić kartą. Teraz mogę pooglądać centrum przez szybę. Malme w niczym nie przypomina swoich przedmieść, ani tym bardziej ceglanych centrów duńskich miast. Więcej tu tynków i połączenia betonu ze szkłem. Miasto jest piękne, zadbane do bólu. Trochę niepokoi mnie ten ład... 
  Autobus ślimaczy się na maksa. Na lotnisko docieramy w trzy kwadranse, no i biegiem do kontroli bagażowej. Mało tu ludzi i tak głucho. Do odlotu pozostało dwadzieścia pięć minut. Grupa pasażerów udających się do Katowic już waruje w oczekiwaniu na lądowanie samolotu z Polski. Nie wiem, po co to robią. Siadam i marzę o przespanej nocy. Wspominam minione kilkadziesiąt godzin i wiem, że jeszcze nie rozumiem Skandynawii.

wtorek, 1 lipca 2014

Zamknięte Królestwo VI - Romantic 69

  Popołudnie w łaźni i kąpiel w lodowatych wodach Morza Żółtego... Sierpniowy pobyt w Dalian dobiega końca. Do Pekinu postanawiamy wrócić pociągiem. Jun, nasz miejscowy gospodarz, przewodnik i druh odwiedza nas rano w hotelu. Wparowuje do pokoju z jakimś pudełkiem w ręku i połamaną angielszczyzną wyjaśnia, że to pierogi i to domowej roboty, po czym obejmuje nas niezdarnie na pożegnanie i znika. Trudno powiedzieć czy kieruje nim serdeczność czy chińskie poczucie obowiązku. Uważa nas przecież za swoich gości. Anyway jest miło... Pracownicy recepcji są też tacy uprzejmi.
- Visa? Mei you wenti! - ale problem jest. Płatność nie przechodzi, a czas leci. Argumenty, że nasz pociąg odjeżdża za moment nie działają.
 - Zapłacimy przelewem z Pekinu! 
Recepcjonistka ze spokojem po raz kolejny prosi o pin i daje do zrozumienia, że postoimy tu do skutku. 
   Na dworzec wpadamy biegiem potrącając tłoczące się ciała. W Chinach ludzie obijają się o siebie obojętnie. Nikt tu nikogo nie przeprasza, bo kto chce iść przez życie ze skruchą na ustach? Szybko przyswajam sobie ten nawyk. Odnalezienie właściwego pociągu zabiera dłuższą chwilę. Nazwę "Pekin" trzeba przecież wyłowić spośród innych znaków, informujących Bóg wie o czym. Na peron wchodzimy już spokojnie - jak na płytę lotniska, całą grupą i pod kuratelą mundurowych. Sąsiadujące perony zioną pustką. Najwyraźniej służą tylko do wsiadania i wysiadania. Żadnych ławek, tylko beton i szeregi opasłych wagonów. Perspektywa dziesięciogodzinnej podróży na "twardych siedzeniach" nie nastraja koktajlowo. Zapowiada jakąś formę cierpienia. Szybko znajdujemy swoje miejsca, podczas gdy pasażerów nieustannie przybywa. Klimatyzacja jest chyba ustawiona pod ilość miejsc siedzących, bo nasze czoła szybko pokrywa rosa. Jarek to mój towarzysz podróży i kumpel z instytutu orientalistyki. Po kulinarnej przygodzie w szwedzkim barze przy autostradzie do Yentai doszedł już do siebie. Teraz przy pomocy podręcznego słownika rozczesuje tabliczki informacyjne, których pełno na ścianach wagonu. Ja też dla zabicia czasu wkręcam się w słownik. Na zmianę dzielimy znaki na klucze i docieramy do informacji ukrytych w "krzakach". Chińczycy dyndają nad naszymi ramionami. Stoją jednak cierpliwie, wręcz pokornie. Jeszcze tylko osiem godzin. Padają pierwsze pytania, a my z trudem próbujemy udzielić odpowiedzi. Posługiwanie się językiem tubylców, nawet słabo poznanym, lubię w podróżowaniu najbardziej! Grunt to podtrzymać rozmowę. Każdy wyłuskany ochłap informacji staje się nagrodą i choć nieporadność jednych nakręca bezsilność drugich, rozmowy na krawędzi braku zrozumienia zawsze są szczere i prostolinijne. Kpią z fasadowości form i norm. Pozbawiają balastu skojarzeń. W ruch idzie te kilka czasowników na krzyż, wyliczanie i rozmowy o czasie. Tak, trzeba koniecznie określać czas! Ludzie lubią wiedzieć jak długo i najlepiej ile. Rzeczowniki się gestykuluje, a przymiotniki olewa. Paleta subtelności przydawkowego gąszczu kurczy się tu do podstawowych barw. Wszystko jest co najwyżej dobre lub złe, dzięki czemu rozmówcy na powrót stają się dziećmi! Dogłębna znajomość języka tylko mąci obraz człowieka...
   Po kilku godzinach jazdy rozpoczynam przechadzkę po wagonach. Pociąg wlecze się lub stoi bez końca na stacjach, w miastach bez nazw. Mój brązowy podkoszulek w trzech słowach wykrzykuje przesłanie, na które nikt nie zwraca uwagi. Jakiś gość uśmiecha się porozumiewawczo. Może dlatego, że też przyjezdny. Podchodzi i czyta na głos, wprost z mojej piersi.  
السلام على الأرض -
Czarnoskóry hip-hopowiec z Arabii! Od razu ruszamy w pety i gawędę. Mamy mnóstwo czasu. 
   Aziz przyjechał do szkoły. W przyszłości będzie budował drogi i mosty, ale na razie uczy się chińskiego. Jego rodziny nie stać na opłacenie mu studiów za granicą, ale to żaden problem. Król za wszytko płaci. Chłopak chciałby mu osobiście podziękować, choć Chińczyków uważa za dzicz. Ich kuchnia napawa go obrzydzeniem. 
- W Pekinie nawet jadłem psinę! - obnażam swoje uwielbienie dla chińskiej kuchni. Patrzy na mnie tak, jakbym relacjonował jedzenie gówna. Rozmowa się klei, więc z łatwością omijamy kwestie religijne.
- Chinki? Przez cztery miesiące z dwoma się spotykałem. Jedna się zakochała jak wariatka, a jaka zazdrosna! Seks w Arabii? W ubikacji się umawiasz. Wiadomo, że to grzech, ale jak się ożenię, to od razu pielgrzymka i życie w czystości. No co ty?! Dziewczyna, co pierdoli się przed ślubem to kurwa! Przyszła żona musi być dziewicą! 
  Jarek ze zdziwieniem przyjmuje do wiadomości, że Aziz jest Saudyjczykiem. Wystarczy spojrzeć na jego ciuchy. Ciekawi nas, co jeszcze ma do powiedzenia. Jest cool i dużo się uśmiecha. Proponujemy mu wspólny pokój w hostelu. Przed wylotem do Rijadu i tak musi załatwić jakieś sprawy w ambasadzie. Z resztą podoba mu się pomysł zaoszczędzenia kilkudziesięciu dolarów.
  Po południu wychodzimy na miasto. Nasz hostel znajduje się w pobliżu Wieży Bębna i jeziorka. Otaczają nas bary restauracje i biali turyści. My też wyglądamy jak grupa angielskich samców z Placu Wacława, bo naganiacze po raz kolejny szepczą nam swoją ofertę.
- Jesteśmy gejami!
- To może chłopców.
- A trupy?
- ...
  Na Dalekim Wschodzie Aziz bez rozterek odwraca się od powagi swoich wahhabickich tradycji. Pije z nami piwo. Nie odmawia też bejdzia. 56% alkoholu w destylacie z sorga może działać podstępnie, ale Aziz chce pokazać, że Saudyjczycy potrafią zachowywać się jak ludzie Zachodu. Opowiada o swojej ojczyźnie, przybija z nami piątki i cieszy go, że w Pekinie pije z Polakami, co gadają po arabsku. My też nie dowierzamy, że to bejdzio, co tak mordę wykrzywia pijemy z Saudyjczykiem. Pod hotelem rozmowa schodzi na Koran. W obliczu świętości zachowuje pijane milczenie.
   Pekińskie upały są nie do zniesienia. Smog i wilgotność przekonują nas do pozostania w chłodzie klimatyzowanych pomieszczeń hotelu. Dwa tygodnie w Pekinie i tak mamy już za sobą. Rano szybko przenosimy się na najwyższe piętro. Teraz mamy już okno i mieszkamy we czwórkę. Nasz nowy współlokator jest gadatliwy, miły, wręcz subtelny. We wszystkim, co mówi daje się wysłyszeć łopot tęczowej flagi. Aziz aż trzęsie się na myśl, że będzie musiał dzielić z nim pokój. Rzuca arabskimi obelgami, a jego żarty brzmią poważnie. Po południu nagrywamy materiał do mojej pracy. Wypytuję go o potoczne nazwy intymnych części ciała, słowa, których nie wypada mówić w obecności kobiet oraz wyzwiska typowe dla dialektu z Dżeddy. Jest pierwszym Saudyjczykiem, którego mogę o to spytać. 
- Naprawdę chcecie przyjechać do Arabii? Zaproszę was Insha'Allah. Tutaj jest mój e-mail. Romantic 69... 
    Jakież to proste!
   Po południu żegnamy się z Azizem. W ruch idą piątki. Jest klepane po plecach. "Bracie to, bracie tamto". Do Arabii maila piszemy już po kilku dniach. Puszczam sygnał przez skypa i dla pewności daję cynę na fesjbuniu. Romantic 69 milczy...

środa, 18 czerwca 2014

13. Miedziaki - ziemniaki...

  Pierwsze dni na bezrobociu potraktowałem jako przymusowy przestój w pracy, ale też należny odpoczynek. Błękit porannego nieba, takiego co najmniej koło dziesiątej, spłukiwał żółć światła fabrycznych żarówek. Czułem się wyzwolony z poczucia obowiązku, usprawiedliwiony z bezczynności.  Kierowany sprawdzoną maksymą „jakoś to będzie”, szukanie roboty odkładałem na jutro, na kolejny poniedziałek, ale ci pod stacją metra dziś wyciągają ręce po drobne, bo kiedyś też zaufali podobnej logice... Nadchodzące dni unaoczniały jedynie tempo, w jakim bezrobocie może wejść w fazę krytyczną, pozbawiając mnie resztek beztroski. Po kilku tygodniach opróżniałem już puszki z fasolą. Porzucone przez mieszkańców komuny, których już nikt nie pamiętał, znowu stanowiły podstawę czyjegoś posiłku. Z czasem nawet kuchenne szafki opustoszały. Nie było już w czym przebierać, więc pudełka z przeterminowanymi płatkami, omijane dotychczas z pogardą, odkurzałem teraz z pietyzmem. To, co zaoszczędziłem na jedzeniu wydawałem na fajki. Po przeczesywaniu kuchni przyszedł czas na naczynia z drobniakami. Wszędzie było ich pełno. Przebierałem monety w szklanym dzbanku na kredensie, w salaterce na półce przy łóżku, w jakimś talerzyku z kluczami, które do niczego nie pasują, w zakamarkach na dnie zatęchłych szuflad. Moi poprzednicy gromadzili je od lat, opróżniając kieszenie niby od niechcenia. W poczuciu, że sięgam po cudze, najpierw wyławiałem kłodry. Nikle, piątaki no i miedziane jednocentówki zabierałem już pewną ręką. Kasę na czynsz musiałem jednak pożyczać od Marka. Jemu, u boku zrzędzącego po wylewie dziadka, fortuna niezmiennie sprzyjała.
  Po opróżnieniu kuchennych szafek, że wszystkiego co w torebkach, pudełkach i konserwach, przyszedł czas na wór ziemniaków i galon oleju. Smażenie frytek stało się moim popołudniowym rytuałem, wyczekiwaną kulminacją długiego dnia w opustoszałym domu. Przyglądałem się ziemniaczanym prostopadłościanom, jak drżą w kipieli wrzącego oleju i olejowi, jak ciemnieje odmierzając upływające dni. Do tego chciało się palić. Ranki poświęcałem na przeszukiwanie mniej eksplorowanych zakamarków komuny. Przetrzepywałem kieszenie porzuconych spodni, płaszczy, koszul, których zatęchłe sterty spoczywały w szafach. Pordzewiałe zawiasy radosnym skrzypieniem oznajmiały krótką przerwę w bezruchu. W poszukiwaniu drobnych, po omacku szperałem pod łóżkami, nurzając dłonie w plątaninach pajęczyn. Z troskliwością botanika spryskującego kwiatostany rzadkich roślin, swoje trofea układałem w rurkach z papieru, po dwadzieścia pięć miedziaków w każdej. Kapryśne jednocentówki przewracały się wewnątrz papierowych jelit, a ja tę jedyną pracę powtarzałem od początku. W sumie jeszcze trzeba było zanieść je do banku, po drugiej stronie ulicy. Urzędniczka ważyła je, po czym wypłacała mi dwa, trzy dolary, które w sklepie obok natychmiast wymieniałem na dziesięciofuntowy worek ziemniaków. Dzięki chłopakom z komuny moje menu przybrało charakter symultanicznych monotonii. Lodówka zawsze była pełna twarogów, które regularne przynosili z fabryki. Początkowo urozmaicały moje kartoflane menu. Z czasem jednak wszystko rośnie w ustach. Końcem listopada czułem się jak marynarz, który zatęsknił za widokiem lądu. Dryfowałem od wielu tygodni, bez dochodów, w długach. Ostatnie miedziaki wymieniłem na jednodolarówki i po raz pierwszy kupiłem polską gazetę. Byłem zdeterminowany kupić pracę. 
 Szczegóły dogadaliśmy przez telefon. W głosie pracownika agencji pobrzmiewał wschodni akcent. Białostocki, przemyski? Generalnie ta naiwna melodia, poczciwa, wiarygodna...
- Jest praca, jest. Na budowie. Dla niewykwalifikowanych. Tak, siedem na godzinę na start. Nie, no numer pracodawcy dostaniesz na miejscu, w agencji. Tak, dwieście. Płatne gotówką... 
   Minęło ponad pół roku od mojego przyjazdu do USA. W tym czasie wciąż nie miałem ani okazji, ani chęci ani tym bardziej powodu żeby wyrwać się na Brooklyn. Wieczorem zaciągnąłem u Marka ostatni dług. Bijący ode mnie optymizm w prognozowaniu dochodów uzasadniał prawdopodobieństwo jego rychłej spłaty. Z agencją byłem już dogadany. Ręka mojego jedynego wierzyciela wciąż jednak niepewnie ściskała dwa studolarowe banknoty. 
 Astronomicznie, wbrew temu co prawił kuchenny kalendarz, trwała zima. Mróz zaczynał dogryzać, a świat zbroił się na nadejście Bożego Narodzenia. Tym razem wstałem wcześnie rano. Pozbierałem się szybko i pociągiem ruszyłem na Manhattan. Spośród istniejących systemów kolei odpowiadających definicji metra, nowojorskie poplątanie podziemnych korytarzy z napowietrznymi torowiskami łączy największą ilość stacji. Setki kilometrów katakumb oraz kolei na i nadziemnej spajają pięć miast-dzielnic w jeden metropolitalny organizm. Węzły komunikacyjne tworzą tam głębokie na kilkadziesiąt metrów plątaniny tuneli, w których pociągi poruszają się na wielu poziomach. Ta nowoczesność pomysłu na organizację masowej komunikacji miejskiej nie idzie w parze z wrażeniem, jakie na podróżnym wywierają perony, pomieszczenia stacji oraz kilometry łączących je korytarzy. Grube warstwy starej farby łuszczą się na nitowanych kolumnach podtrzymujących stalowe dźwigary. Klaustrofobiczne, śmierdzące pomieszczenia stacji, do których dostępu chronią masywne kraty, przypominają więzienne korytarze. Gdy ten penitencjarny styl uchodził za nowoczesny, o Marylin Monroe nikt w Ameryce jeszcze nie słyszał.
  Zagubiony w plątaninie przejść, bramek, symboli postanowiłem zasięgnąć pomocy. Mężczyzna w czerni, ubrany w przykrótkie spodnie, w skórzanych butach, w długim, grubym chałacie i czarnym kapeluszu z rondem, spod którego, na wysokości skroni figlarnie dyndały sprężynki pejsów zwracał na siebie szczególną uwagę. Od dziecka czułem magnetyzm bijący od ortodoksów Ludu Izraela. Enigmatyczne treści epitafiów wyrytych na zdemolowanych płytach nagrobnych żorskiego kirkutu pobudzały moją dziecięcą ciekawość. Nęciła mnie uroda pisma kryjącego tajemnice powtarzane od tysiącleci, głębia starotestamentowego języka, przybliżającego wiernym obraz Stwórcy bez zbędnego balastu tłumaczeń, cała ta otoczka powiązana z niecodziennością gadżetów oraz odprawianych przy ich pomocy rytuałów, stanowiących dziś element historycznego folkloru egzotycznej w powojennym świecie mniejszości religijnej. Słyszało się od dziadków, że Żydzi to, Żydzi tamto. Pochlebnych recenzji wystawiali jednak niewiele. Tu, w Jerozolimie Zachodu, stałem teraz na stacji metra, tuż obok bożego emisariusza, którego wygląd manifestował oddanie jakiejś monumentalnej sprawie. Czułem, że wręcz muszę go zapytać o drogę.
- Nie wiem, nie wiem. Nic nie wiem! - odpalił błyskawicznie głosem drżącym, odwrócił się na pięcie i oddalił w pośpiechu.
 Odnalezienie właściwego peronu zajęło mi dłuższą chwilę. Za to rozedrganego typa w czerni zauważyłem od razu. Stał w tłumie i czekał. Zdębiałem. Może powiedziałem coś niezrozumiale? W końcu mieszkałem w Stanach dopiero od kilku miesięcy. A może myślał, że chodzi mi o pieniądze? Tak! W Nowym Jorku obcym na ulicy zawsze chodzi o pieniądze! Z drugiej strony może to ten amerykański duch współzawodnictwa kazał mu skłamać? Tak na wszelki wypadek, żeby zachować przewagę. Przecież wszyscy uczestniczymy w jakimś wyścigu... A może fakt, że jestem gojem miał jednak jakieś znaczenie? Urodzony i wychowany na Śląsku wiedziałem, że świat dzieli się na goroli i hanysów. Pewnie dziadek miał rację mówiąc, że... Kontynuowałem swoją introwertyczną analizę, wyczekując, aż jego zdumione spojrzenie potknie się o niedowierzanie, z jakim moje oczy świdrowały jego przestępującą z nogi na nogę pewność siebie. Nie rozumiałem, że rozumiem...
   Izrael to państwo bunkier. Kraj, który broni się przed nienawiścią Świata Arabskiego, opartą na przekonaniu, że w skutek syjonistycznego podstępu Palestyna utonęła w blasku gwiazdy Dawida. W odpowiedzi na tę nienawiść, Izrael na utrzymanie swojej armii przeznacza dziesiątą część produktu krajowego brutto. Nieustannie ją doskonali i dozbraja. Służba wojskowa jest w Izraelu obowiązkiem, ale i dla większości młodych patriotów zaszczytem. Trudno jej uniknąć, a ci, którym się to udaje nie mają powodu do dumy. Ortodoksyjni Żydzi nie widzą w tym jednak ujmy na honorze. Państwo zwalnia ich ze służby pod bronią i do tego łoży na ich utrzymanie w zamian za wysiłek, który ci wkładają w studiowanie tory. Aktywna ortodoksja, już od czasów Ben Guriona uważana przez prawo za zjawisko społecznie użyteczne, jest jednak źródłem zawiści, a więc i nienawiści izraelskiej klasy pracującej. Paradoksalnie. Ortodoksyjne rodziny, tradycyjnie wielodzietne, ożywiając scenerię skansenu starotestamentowego judaizmu, dają gwarancję żydowskiej większości w państwie. Izrael to przecież demokracja, a pejsacze to jedyna grupa społeczna zdolna współzawodniczyć z Arabami, dla których religijnie motywowana wielodzietność jest również demograficznym orężem. Stratedzy izraelskiej demokracji, jedynej na Bliskim Wschodzie i ostatniej u bram bezkresów Azji, rozumieją, że ceną przegranej w tym prokreacyjnym maratonie będzie utrata władzy we własnym państwie, a w konsekwencji koniec izraelskiego eksperymentu. Zlaicyzowani mieszkańcy tej małej, żydowskiej Ameryki, nie widzą jednak w ortodoksach swoich zbawców. Harują od świtu do nocy, a potem kryją się w schronach czynszówek, które wynajmują za cenę tęsknoty za krajem porzuconym w poszukiwaniu lepszego życia. Do tego ta ciągła niepewność, lęk przed utratą wszystkiego, co oferuje kapitalizm Ziemi ŚwiętejZ łatwością ujadają więc na pejsatych darmozjadów, nie zdając sobie sprawy, że ich pogarda wierci dziurę w burcie arki, w której chybocze się cały Izrael. A tamci? Naród wybrany przez samego Boga! Żyjąc w oparciu o zasady, których zręby powstawały dziesiątki pokoleń przed Chrystusem, bez trudu odwracają się od wszystkiego, co nie pasuje do starotestamentowej, ale i talmudycznej wizji świataNo a gość drżący peronie? Chyba nie można być częścią Izraela i jednocześnie wraz z nim się nie chybotać. Tak romantycznie hołubione przeze mnie oblicze wiary potomków Ibrahima przyozdobiła częstochowska blizna.
  Moja głowa wynurzyła z podziemnego korytarza stacji na Greenpoincie, wścibska jak koleżanki mojej matki, czujna jak peryskop. Dwa długie miesiące idealnej posuchy zrobiły swoje. Sklepowe wystawy puszyły się bogactwem ekspozycji, a deficyty, na widok polskich kiełbas, boczków, chlebów i ciast dawały o sobie znać. Patrzyłem na wąskie ulice Brooklynu. Wszędzie znajome rysy twarzy, swojskie sylwetki ludzi wynoszących ze sklepów zakupy w ogromnych papierowych torbach. Rybnik! Wczytywałem się w treści szyldów nad delikatesami, pralniami, księgarniami. Bilboardy reklamowaly po polsku usługi amerykańskich operatorów telefonicznych. Widok czarnego policjanta wytrącił mnie z chwilowego odurzenia. Historia zatoczyła swój krąg. Rok spędzony na autostopowych eskapadach po Europie, otwierającej swe podwoje przed biedotą ze Wschodu, nigdy tak naprawdę się dla mnie nie skończył. Eksponowane na wystawach sklepowych towary tu też traktowałem jak muzealne eksponaty. Kupić? Daleko mi było do zasobności portfela kolekcjonera dzieł sztuki… W agencji pośrednictwa, bez niespodzianek, dostałem to, po co przyszedłem. Warty dwieście dolarów numer telefonu mojego nowego szefa spoczywał bezpiecznie w wewnętrznej kieszeni szarego płaszcza. 
- Siedem to dla pracownika z doświadczeniem! – wyśmiewał moją łatwowierność jakiś Jacek. Z siedmiu dolarów gwarantowanych przez Poczciwinę z Greenpointu szybko zrobiło się pięć.
– Jak ci pasuje, to jutro zaczynasz o siódmej.
Dyskusja nie miała żadnego sensu.