piątek, 5 maja 2023

Bangladesz 7: Odporność szczura

Spośród licznych megamiast, przez które przewinąłem się w podróży za chlebem, Dhaka oferuje mi wgląd w zupełnie nowe doświadczenie życia w wielkim mieście.
Jej historia jako osady sięga zaledwie pierwszego tysiąclecia po Chrystusie. Na początku siedemnastego wieku, wraz z uzyskaniem statusu stolicy Bengalu podlegającego władzy muzułmańskiego Państwa Mogołów, które przez czterysta lat kontrolowało większość terenów Azji Południowej, rozpoczyna się historia Dhaki jako ośrodka miejskiego. Produkcja muślinu przez tutejsze manufaktury - jej skala zwiastująca nadejście rewolucji przemysłowej uczyniła z Dhaki jedno z najzamożniejszych miast ówczesnego świata. W skład jego elit wchodzili potomkowie samych władców Mugalu, a splendor, jakim miasto otaczało swoich mieszkańców przyciągało handlowców z najodleglejszych zakątków Azji i Europy, którzy chętnie się tu osiedlali. Czas prosperity Jahangirnagaru - taką bowiem nazwę nosiła w owym czasie Dhaka, przypadł na siedemnasty i osiemnasty wiek, kiedy miasto odgrywało rolę największego w regionie Zatoki Bengalskiej portu rzecznego i morskiego. Wschodni Bengal karmił Indie ryżem, zaspokajając jednocześnie trzecią część zapotrzebowania Europy na import towarów z Azji. Elity rządzące nadały mu prawdziwie imperialny charakter, by zaświadczyć o jego bogactwie i roli,  jaką miasto odgrywało w światowej sieci handlu. Jak grzyby po deszczu wyrastały meczety, pałace, ogrody, fortyfikacje. Wtedy to Dhaka zyskała sobie przydomek Wenecji Wschodu. Wraz z nadejściem brytyjskiej władzy kolonialnej miasto zelektryfikowano. Zmodernizowano też narzędzia kolonialnego wyzysku budując linie kolejową łączącą Bengal z resztą Indii. W 1947, wraz z upadkiem imperium brytyjskiego, Dhaka uzyskała status stolicy Pakistanu Wschodniego, w której władzę w imieniu rządu w Karachi, siłą i w języku Urdu sprawowała pakistańska armia. W 1971 roku ulice Dhaki spłynęły krwią walczących o niepodległość Banglijczyków przeciwko żołnierzom broniącym sfabrykowanej jedności Pakistanu. 1975 rok zapoczątkował ponad dziesięcioletni okres przewrotów wojskowych. Podczas pierwszego z nich lider nacjonalistów i przywódca nowoutworzonej, Ludowej Republiki Bangladeszu - Sheikh  Mujib, którego podobizny widnieją dziś na wszystkich banknotach, został wraz z rodziną zamordowany w pałacu prezydenckim. Jego ocalała córka - Sheikh Hasina pełni obecnie funkcję premiera Bangladeszu.
Ula mieszka tu
 od trzech lat i pracuje dla Departamentu Stanu Stanów Zjednoczonych. Jest nauczycielką nauczania początkowego w szkole dla dzieci miejscowych oligarchów. Wysokość czesnego to trzydzieści tysięcy dolarów rocznie, mimo to szkoła określa się jako organizację non profit. Non profit?! Co prawda dochody z działalności tych rozsianych po całym świecie szkół amerykański departament stanu przeznacza na wypłacanie wysokich honorariów swoim pieczołowicie wyselekcjonowanym pracownikom, zapewnianie im wysokiego standardu życia oraz na inwestycje w rozbudowę tego samofinasującego się mechanizmu wchodzenia do głów dzieciom światowych elit i to za ich własne pieniądze, jednak to amerykanizacja spadkobierców wielkich fortun oraz politycznych wpływów jest jego głównym celem i profitem - niewspółmiernie większym żniwem od dochodów z jakiegoś tam czesnego. A więc polityczne potęgi metodycznie pętają bogatym głowy swoimi ideologiami - system edukacji państwowej nie daje tu zamożnym szans na dobre wykształcenie, zaś wielkie korporacje metodycznie pilnują, żeby biedni nadal żyli w biedzie - w kraju, gdzie czwarta część populacji to analfabeci, niewolnicza praca w przemyśle tekstylnym jest jedyną alternatywą na nieznaczne polepszenie sobie warunków życia.
Do Starej Dhaki jedziemy samochodem sponsorowanym przez departament stanu, który w ramach wynagrodzenia zapewnia Uli również wytworny apartament w nauczycielskim kampusie usytuowanym nieopodal  zabudowań szkoły. Samochód oczywiście z szoferem. Bangladesz to muzułmański kraj i choć doktryna islamu naucza o równości wszystkich jego wyznawców, hierarchizacja społeczeństwa wielkich Indii w wyniku tysięcy lat istnienia kast i ich wpływu na relacje międzyludzkie sprawia, że szofer wciąż płaszczy się przed Ulą i gardzi pieszym.
Dwa i pół kilometra spod mojego hotelu do centrum Starej Dhaki pokonujemy w niecałe pół godziny. To dlatego, że dzisiaj obchodzi się tu jakieś święto, więc na ulicach podobno nie ma korków. 
Przestronny samochód pachnie świeżością. Klimatyzator chłodzi i osusza  powietrze lepkie od wczorajszego deszczu oraz ogólnego poziomu wilgotności, typowego dla tego typu geografii. Bangladesz przecież jedna wielka delta. Od wschodu łączy się z nią Ganges, który przekraczając granicę zmienia swoją tożsamość i już dalej nazywa się Padmą. Od północnego zachodu deltę zasila Brahmaputra. Wraz z jej dopływem Padmą i setkami pomniejszych odnóg tworzą największą deltę na świecie.
Pomimo rzekomego święta, a może z jego powodu ulice Starej Dhaki tętnią. Takiej intensywności przejawów życia ulicznego na próżno szukać w miastach Europy. Wszyscy uczestnicy ruchu, ludzie i pojazdy niemal ocierają się o siebie. Nawet stanie w korkach ujawnia jakąś płynność ruchu. Korzystając z wymuszonych chwil przestoju niepowstrzymany napór pieszych i ryksz, toruje sobie drogę we wszystkich możliwych kierunkach przeciekając przez nieszczelności tych niekończących się kawalkad, co głównymi arteriami prą do przodu. Jedynym gwarantem bezpieczeństwa na tutejszych drogach jest zdecydowane uczestnictwo w ruchu. Pędząca klatko-taksówka nie zwalnia na widok tragarza obładowanego stosem towarów, które ten niesie na głowie. On też nie przyśpiesza ani się nie zatrzymuje, bowiem taksówka i tragarz uczestniczą w tym samym tańcu. Tempo, w jakim będą poruszać się po drodze wymaga zmysłu nietoperza - umiejętnej analizy tysięcy sygnałów wysyłanych przez setki klaksonów. To one informują o nadjeżdżającym pojeździe, o jego odległości, tempie zbliżania się a nawet miejscu przecięcia się planowanej trajektorii podczas poruszania się do przodu. Z tego powodu sygnały ostrzegawcze wysyła się całymi seriami. 
Śmietniska - urobek codziennego obierania owoców, oskubywania zwierząt, pozbywania się plastikowych opakowań całymi górami zalega na głównych skrzyżowaniach, na deptakach wzdłuż rzeki, na której północnym brzegu wyrosła dawna stolica Bengalu.
Buriganga to rzeka ściek. Każdego dnia miejscowe fabryki, manufaktury, gospodarstwa domowe, młyny, szpitale odprowadzają do jej nurtów niemal pięć ton plastiku, gnijących odpadów, odchodów i zwierzęcego truchła oraz piętnaście milionów litrów toksycznych chemikaliów. Czwarta część populacji miasta cierpi w wyniku zatrucia tą poczerniałą od trucizny wodą. 
Stara Dhaka nie zachowała nic z dawnego splendoru. Warunki panujące w tym portowym mieście są dokładną inwersją wyobrażeń o bogactwie i prospericie oraz tym, co przedsiębiorczy przodkowie pokoleniom z dalekiej przyszłości zamierzali pozostawić po sobie w spadku
Dzisiejsza Dhaka, to obraz miasta w rozkładzie. Poczerniałe nory manufaktur rozświetlone zimnym światłem ledowych żarówek, smrodliwe kanały, lepkie stoły poczerniałych jadłodajni, w których ludzie o układach odpornościowych szczurów poczerniałymi rękami wpychają do ust swoje dzienne porcje ryżowej ciapy. To musi odstraszać przyjezdnych, bo Banglijczycy są ich tak bardzo ciekawi. Podczas piątego dnia wędrówek przez miasto nie spotykam białej duszy. Stąd te nieustanne pytania
- You what kandy?
Ula tłumaczy, że kandy to country.
- Polanteke - odpowiadam, bo to jedno z dwóch słów, które dotychczas zapamiętałem.
Ulice starej Dhaki są wilgotne. Słodkie opary unoszą się ze ścieków płynących w otwartej na widok przechodniów kanalizacji, biją nozdrza słodyczą fermentacji świeżo usypanych stert odpadków. Ulice są ciasne zabudową. Pamiętają czasy imperium Brytyjczyków, niektóre z nich okres ekspansji Kompanii Wschodnioindyjskiej. Ta z błogosławieństwem Elżbiety I, przez następne czterysta pięćdziesiąt lat łupiła Południową i Południowo Wschodnią Azję, budując bezkonkurencyjną dziś potęgę brytyjskiego socjalizmu.
Zadziwiające, że każda z tych wnęk, każdy korytarz, budynek czy skrawek ziemi tworzących ten pozorny chaos, są gdzieś komuś przyporządkowane, zapisane, oddane na własność.
W drodze powrotnej od straganiarza nad rzeką kupuję dwa granaty. Sprzedawca nie wie jak je wycenić. Sprzedaje chyba tylko na kilogramy. Na zbiegowisko nie trzeba tu długo czekać. Teraz całe konsylium doradza mu jak sobie poradzić. Prowadzą debatę, po czym wspólnie orzekają werdykt - cenę moich dwóch granatów.

czwartek, 4 maja 2023

Bangladesz 6: Skomplikowana operacja przeszczepu Banglijczyka do kraju nad jakąś Wisłą

Powoli przyzwyczajam się do pikantnego jedzenia, choć wolę wymusić okazje do spożycia przynajmniej jednego posiłku pozbawionego chili.  Dzisiaj na obiad serwuję sobie owoce. Banany i oliwki są dosyć suche, natomiast mango jest boskie - niewielkie, soczyste, słodkie, pozbawione wyrastającego z pestki włosia, które przeczesuje szpary pomiędzy zębami, a potem tam zostaje i dręczy.
Już trzeci raz kupuję podpłomyki u tego samego piekarza. Tym razem siadam przy małym stoliku na jedynej ławeczce dla klientów i czekam na swoją kolej. Wypiekanie świeżych chlebków na przypominającej płaski wok patelni, rozgrzewanej płomieniem spalanej ropy, takiej, jaką tankuje się diesle, idzie bardzo sprawnie. Chętnych jest za to dużo, więc czekam. Ten, co podjechał na motorze, też czeka, więc pyta skąd jestem, po czym chwali się, że ma agencję pośrednictwa pracy - wysyła Banglijczyków na kontrakty do Arabii Saudyjskiej, w niewolę Aramco. Mohammad - piekarz nie odpuszcza uśmiechu i non stop kręci się wokół tematu wizy. Na pytanie ile chlebków sprzedaje dziennie, odpowiada, że osiemset do dziewięciuset. Ja na to, że skoro tyle sprzedaje, to ma tu niezłe życie. W Polsce będzie dzielił noclegownię z sześcioma ziomkami na pięćdziesięciu metrach kwadratowych, za dnia przez dwanaście godzin i siedem dni w tygodniu będzie zmywał naczynia albo w najlepszym wypadku robił na kasie w banglijskiej kebabowni. Kiedy dotrze do niego, że nie o tym marzył, będzie za późno, żeby wyrwać się z pułapki wyobrażeń o lepszym życiu w Europie. Podążanie za nimi kosztowało go przecież cały majątek - sprzedany dorobek życia oraz zaciągnięte długi. Dlaczego? Będzie musiał słono zapłacić pośrednikowi za zaproszenie i mnóstwo innych lewych papierów, potem dojdą koszty wyprawy do polskiego konsulatu w New Delhi - indyjska wiza, bilety na samolot, tydzień w hotelu i jedzenie. Jeżeli mu się poszczęści i wizę dostanie, zapłaci krocie jak na tutejsze warunki za bilet lotniczy do Europy. Zanim zacznie odkładać na lepsze życie miną lata na spłacaniu kosztów całej tej skomplikowanej operacji przeszczepu Banglijczyka do kraju nad jakąś Wisłą, o której prawdopodobnie nigdy się nawet nie dowie.
A więc pyta mnie o której jestem wolny, na co ja że jestem ciągle zajęty. Potem stawia mi herbatę, a na koniec nie chce przyjąć zapłaty za jedzenie. Ja na to, że nie zaciągam długów i proponuję, że skoro jest taki szczodry to niech odda jedzenie za darmo tamtemu biedakowi. On na to, że ja to inna sprawa. Płacę obiecując, że jutro też wpadnę na chlebki.
Po południu Imran podjeżdża taksówką. Jedziemy do Yamaha Flagship Store, gdzie mam poprowadzić warsztaty z improwizacji a zaraz potem zagrać koncert z zespołem Imrana. Improwizację Bengale mają tu już nieźle opanowaną. Najpierw stoimy w korku, dlatego do sali, gdzie mamy dzisiaj pracować, wbiegamy na ostatnią chwilę. Do tego pomiędzy warsztatami i koncertem organizatorzy ustalili trzydziestominutową przerwę na próbę i soundcheck, więc na mocy praw przysługujących band leaderowi zarządzam, że koncert gramy dzisiaj bez próby. Niech się wykażą na ile ten naturalny, wymuszony realiami życia dryg do improwizacji zdołają przełożyć na muzykę. 
W warsztatach uczestniczy kilkadziesiąt osób - głównie słuchacze, ale również osoby śpiewające i instrumentaliści grający pop, death metal, jazz i klasyczną muzykę banglijską. W sali wykładowej - wystawie instrumentów firmy Yamaha, światło razi i nęka chłód. Po godzinie pogadanki, zauważam, że niektórzy uczestnicy trzęsą się z zimna. Ja sam, pomimo obecności audytorium, nie czuję się specjalnie rozpalony, czuję się swobodnie. Świetnie rozumieją angielski, ponadto nie przynieśli ze sobą oczekiwań. Co poniektórzy uśmiechają się, ale prawie nikt się nie śmieje. Starają się klaskać, choć to energia kolektywu wymuszona, nieśmiała, mówiąca, że tego rodzaju aplauz nie leży w ich zwyczaju czy kulturze. Usadowili się w najodleglejszych rzędach i teraz czerpią przyjemność z anonimowej obecności, z tego, że mogą pozostać onieśmielonymi introwertykami, wdzięcznymi za to, że ufa się im i pozwala się na odbiór treści w zgodzie z ich potrzebami. Rozświetlona do granic możliwości sala też nie pomaga schronić się ich uwadze w pieleszach intymności. Odpowiedni wybór i przygotowanie pomieszczeń do pracy z muzyką to jedna z kwestii wymagająca korekty.
Wieczór kończymy we włoskiej restauracji. Pizze, makarony, kanapki - wszystko musi tu zawierać chili, w przeciwnym razie nie będzie smakować. Banglijskie kubki smakowe na brak chili w jedzeniu reagują tak, jak nałogowy pijak na brak alkoholu w piwie. Żeby poczuć, że jest git i basta, trzeba z gwinta ojebać całą flaszkę.
Istnienie takiego Gulshan - dzielnicy na północy, w której odwiedziliśmy Wujka, zagraliśmy w sklepie Yamahy, i w której mieszka nasz ziom Mohaimin potwierdzają zasadę, że każdy kraj -  czy to wyniesiony ku zamożności czy najzwyklej popadły w biedę będzie miał odpowiednio swoje getta dla pominiętych lub enklawy dla pomijających.

Bangladesz 5: Majątek osobisty, sponsorzy, wpływy i liczne koneksje

Od samego rana obchodzę dzielnicę. Idę do tej główniejszej drogi, po której jeżdżą ryksze i trzykołowe motory przysposobione do przewozu dwóch pasażerów lub jednego, rozmiaru XXL. Zatrzymuję się na herbatę i ciastko. Herbaciarnie to sklecone z drewna prowizoryczne stragany z obowiązkowym daszkiem i chybotliwą ławeczką. Tuż obok lady, która jest głównym stanowiskiem pracy herbaciarza, na wiecznym płomieniu agresywnie grzejącej kuchenki gazowej, w olbrzymim aluminiowym czajniku non stop wrze woda.  Proces przygotowania herbaty, do której wrzuca się krojony na pociemniałej, zawilgoconej desce imbir wygląda niechlujnie i jest daleki od zachodnich standardów pojmowania tego, co higieniczne. Wszyscy jednak to piją, więc i ja bez większych oporów do nich dołączam. Po mikro szklaneczce herbaty czas na dominralizowanie się kokosem. Kokosy są tu dwa do trzech razy droższe niż te, którymi co rano raczę się na targowisku w Sajgonie. 
- Nie ma większej różnicy - Nahid porównuje muzułmańską Dhakę do hinduskiej Kalkuty. Tam również mówią po bengalsku, koszt litra benzyny to też ponad dolar, ale w odróżnieniu od świń w Kalkucie nie jada się krów
Na początku wierzę, że straganiarze chcą mnie na kokosach kroić, bo jestem przyjezdny. Szybko zauważam, że ceny wszędzie są tak samo wysokie. Do centrum tej ponad dwudziestodwumilionowej aglomeracji, co czyni Dhakę jednym z największych megamiast świata, trzeba w niekończących się korkach przetransportować towar ciężki i pokaźnych rozmiarów a paliwo jest tu droższe niż w Azji Południowo-Wschodniej.
Dzisiaj, podczas porannego mineralizowania się kokosem podchodzi do mnie mężczyzna. Stoi młody, niski, umorusany i patrzy. Jego spojrzenia są nieśmiałe. Umiejscowił się przecież metr ode mnie, ale jego ciekawość jest silniejsza o zażenowania. Przygląda się mojej brodzie, szortom, trampkom. Wszystko we mnie musi wydawać mu się takie nowe. Szybko przyzwyczajam się do zainteresowania, jakie wzbudza tu obcokrajowiec i nie tylko wśród żebraków.
Pod stacją kolejki nadziemnej zatrzymują się miejskie autobusy. Ich Poobijane jakby ktoś wyklepał je młotkiem, oskrobane od przeciskania się na styk pomiędzy innymi autobusami, przystają tu na kilka sekund. Wtedy to wyskakują z nich pasażerowie robiąc miejsce dla wskakujących, a ponaglają ich do tego pokrzykujący w drzwiach bileterzy. Tam znajduję cukiernię. Wypieki - owale o zróżnicowanym kształcie i rozmiarze, zatapia się w słodkim syropie, którym nasiąkają jak gąbki. Z każdym kęsem sok cieknie po dłoniach jak z plastra miodu. Węglowodanową przyjemność pozostawiam sobie na później. Słodycze zjadam w łazience nad zlewem. 
Po południu Imran zabiera mnie na północ Dhaki. Jedziemy owym trójkołowym motorem. To specjalnie przygotowana do transportu, metalowa klatka - ciasna i klaustrofobiczna. Kolana niemalże sięgają metalowej kraty strzegącej kierowcę przez potencjalnym klientem- złoczyńcą. Okna po bokach to również kraty - przedłużenie wąskich drzwi z żywej stali pomalowanej ciemnozieloną farbą. Drzwi zamykane są na metalowy rygiel, w razie potrzeby na kłódkę. Rygle skrzypią rezonując wysokimi tonami z metalową konstrukcją kabiny boleśnie. Rygiel po lewej stronie kontrolują pasażerowie. To on ma ich ocalić podczas ucieczki z chybotliwej maszyny w razie wypadku, przy założeniu że ta nie padnie na lewy bok. Rygiel po prawej (ruch jest tu lewostronny) kontrolowany jest przez kierowcę. Krata oddzielająca go od pasażerów uniemożliwia, w razie potrzeby, samodzielne otwarcie drugich drzwi. Z każdym kilometrem widać jak zmienia się krajobraz miasta. Jedziemy wzdłuż kanału przypominającego jezioro, ulicami z których zniknęły wszystkie ryksze. Imran tłumaczy, że służą tylko do poruszania się po bocznych ulicach i dzielnicach niedostępnych dla głównych trakcji komunikacyjnych. Z uwagi na ogrom tego miasta, ryksze nie obsługują dalekich kursów. Siedząc w zamkniętej klatce, która sama teraz utknęła w korku i od kilkunastu minut nie porusza się ani o centymetr rozmawiamy z Imranem o wszystkim, co wzbudza kontrowersje: narkotykach, korupcji, wpływach armii i jej relacji z politykami, nadchodzących wyborach, biedocie i bogactwie lokalnej garstki prominentów. Jesteśmy w dzielnicy zamieszkałej przez ludzi z najgrubszym portfelem. Pełno tu cukierni z urodzinowymi tortami, kawiarni, gdzie serwuje się cappuccino i brownie, sklepów z zachodnimi ciuchami, ambasad. Nowoczesna architektura siedzib dużych, międzynarodowych firm, imponuje nowatorstwem pomysłów wyróżniając się na tle ogołoconych z jakichkolwiek znamion urody, typowych dla tego miasta prowizorycznych i szaroburych zabudowań. 
Na końcu zadrzewionej alei, w sąsiedztwie kilku ambasad oraz piętrowca, który niespodziewanie wyrósł i teraz setką balkonów próbuje przez gęste konary dorodnych drzew dopatrzyć się co takiego się dzieje poniżej, na terenie ogrodzonej wysokim murem posesji, znajduje się cel naszej podróży. Stalową bramę otwiera nam umundurowany, uzbrojony strażnik. Jesteśmy umówieni, więc od razu nas wpuszcza. Pod dachem swego rodzaju portierni kilku służących chroni stroni od słońca. Przed domem - imponującym parterowcem z podjazdem dla dwóch samochodów zadaszonym na wypadek deszczu czeka już nasz gospodarz - Wujek. Ten posiwiały mężczyzna koło siedemdziesiątki wita nas osobiście przed drzwiami posesji. Nie stwarza dystansu. Zachowuje się bezpretensjonalnie. Zaprasza nas w gościnę po czym osobiście przeprowadza przez ciąg pokoi zdobnych w gustownie rzeźbione acz funkcjonalne meble z ciemnego drewna, obrazy, drobne rzeźby, wysmakowane, drobne gadżety - ni to ozdoby ni to przydatne elementy wyposażenia tego uporządkowanego wolą i zwyczajami zamożnego pana domu.
W olbrzymim pokoju gościnnym wita nas odziana w sari asystentka Wujka - urodziwa, zaokrąglona na twarzy kobieta u progu trzeciej fazy życia. Usadawiamy się dość daleko od siebie na osobnych sofach. Służący wnoszą sok z arbuza schłodzony kostkami lodu oraz mięsno-owocowe przekąski. Imran dość ogólnikowo przedstawił mi cel naszej wizyty i dopiero w trakcie spotkania zaczynam rozumieć po co tu przyjechaliśmy. Wujek jest dilerem sztuki, stąd te ściany ciasno obłożone obrazami. Ich styl kontrastuje ze sobą, za to ramy są zrobione na tę samą modłę. Najnowszy projekt Wujka, jako wielbiciela i mecenasa muzyki, ma na celu założenie konserwatorium, gdzie będzie się wykładać muzykę zachodu a festiwal Voicingers ma mu w tym pomóc. 
Ustaliwszy plan działania na najbliższe miesiące opuszczamy rezydencję w optymistycznych nastrojach. Wujek na drogę powrotną do domu oferuje nam swój samochód z kierowcą. Ofertę przyjmujemy z wdzięcznością a on, gestem typowym dla relacji pomiędzy panem a sługą, mobilizuje kierowcę do natychmiastowego przygotowania wozu.

środa, 3 maja 2023

Bangladesz 4: Niczym w bańce mydlanej

Royal Inn Hotel, w którym umieścili mnie moi gospodarze, mieści się podobno w centrum miasta. Jednorodność architektury tego centrum zdaje się wykraczać daleko poza jego granice sprawiając, że trudno się zorientować czy to już nie czy jeszcze tak. 
W bezpośrednim sąsiedztwie Royal Hotel Inn sklepów brak. Za to można iść na wprost, koło targowiska wyrastającego w godzinach porannej ciepłoty wzdłuż murów alejki wciśniętej pomiędzy dwa bloki mieszkalne. Wykopy ujawniające przebitą rurę, w której kiśnie czarna jak atrament woda ściekowa, tworzą zapachową aurę. W jej wnętrzu, niczym w bańce mydlanej handluje się mięsem i owocami. Tuż obok pod olbrzymimi niby pokrywkami z drucianej siatki gnieżdżą się kury. Po przeciwległych stronach drewnianej deski siedzą w kucki rzeźnik i jego pomagier. Ten pierwszy ewidentnie tępym nożem piłuje szyję jednej z kur. Krew rozlewa się kałużą po wypalonym słońcem, pylistym klepisku zmieniając je w krwiste błoto. Ten drugi utaplanymi po łokcie w na wpół zaschniętej krwi rękami niezdarnie wyskubuje pióra dogorywającego zwierzęcia, na sucho. 
Można też pójść w lewo, zagruzowaną uliczką. Tam, gdzie krzyżuje się ona z nieco większą ulicą, handel odbywa się w ciągu wnęk, w których jak zwykle rozlewa się herbatę, podtrzymuje temperaturę fasolowych papek o niezmiennie żółtawym kolorze, zapowiadającym pikantną naturę strawy, piecze podpłomyki w cenie dziesięciu lokalnych za sztukę. 
Można też iść w prawo. Tam mija się niewielki postój ryksz barwnie prezentujących się na tle ściany zatapetowanej afiszami. Stamtąd już tylko kawałek szybko do ulicy, która poprawnie tętni życiem. Nie ma tu koszy na śmieci, ale nie ma też śmieci pod nogami. Właściciele sklepów dbają, żeby ich porcje chodników były pozamiatane. Długo się waham gdzie. Ostatecznie plastikową butelkę po wodzie wrzucam do ciasnej wnęki pomiędzy dwoma budynkami. Tam wala się masa innych śmieci.
Naprzeciw hotelu stoi ściana. Codziennie tapetowana jest poranną prasą. Jeśli kto chce zaoszczędzić lub go nie stać na gazetę, może tu przystanąć i przeczesać na stojąco świeżutkie płachty gładko porozklejane na kilkunastu metrach kwadratowych.
- Trujące chemikalia dodatkiem do żywności dla dzieci - Imran tłumaczy tytuł artykułu donoszącego o zamknięciu bezdusznej fabryki przez policję czy jakichś inspektorów sanitarnych.
Przed samymi drzwiami hotelu wysiaduje stara kobieta. Kobietka to chyba lepsze określenie. Nie ma więcej niż metr dwadzieścia wzrostu. Łydki powyginane w kościach jak łuki gotowe do wystrzału na bardzo dużą odległość uniemożliwiają jej chodzenie. Macha na każdemu przywitanie i uśmiecha się. Tak wabi tych, co w udzielaniu jałmużny widzą szlachetny czyn lub tych, którym po prostu przykro na widok tak spektakularnego rodzaju kalectwa.
Tutejsi straganiarze też nie tracą czasu na owijanie w bawełnę. Ja pytam po ile bułka oni czy mam wizytówkę. 
-Wizytówkę?!
-My son - tłumaczy staragniarz - any Europe country collecting money. Help me!
Chwilę zajmuje mi, żeby zrozumieć przekaz. Już wiem! jego syn chce wyjechać do Europy, żeby zarobiać pieniądze a ja mam mu pomóc załatwić wizę. 

wtorek, 2 maja 2023

Bangladzesz 2023: 3. Zrównoważenie biedy

Noc kończy się szybko a poranek dłuży w nieskończoność. Karty sim w głównych miastach Chin czy Wietnamu kupuje się na lotnisku. Naganiacze gestem przypominającym zachodnie "spierdalaj" - wykonuje się go ruchem do siebie a nie od siebie - zachęcają do zakupu tego pierwszego, najbardziej podstawowego towaru, od którego w epoce dataizmu zaczyna się każda, wymagająca paszportu wizyta w obcym kraju. 
Bangladesz rzadko bywa celem turystów udających się do Azji. Tych, co poszukują wygód i luksusów odstrasza brud, nadmiar biurokracji, niedorozwój infrastruktury, szaleństwo korków, miernota dróg, zrównoważenie biedy oraz upór przestępczości i podążającej w ślad za nią korupcji. Oto powszechnie powielany, domagający się weryfikacji wizerunek kraju, w którym karty sim na lotnisku kupić nie można. Nie mam też miejscowych pieniędzy. Imran obiecał, że wpadnie z samego rana pomóc mi rozeznać się w nowej sytuacji. Przychodzi po dwunastej. W miasto wyruszamy rykszą. 
Ryksze to plaga Dhaki. To jej miażdżyca i permanentny zawał. Dystans, który moglibyśmy przejść w piętnaście minut pieszo, pokonujemy w pół godziny. Na wysiadywaniu w palącym słońcu na twardej ławeczce pojazdu napędzanego siłą mięśni rachitycznego mężczyzny spędzamy prawie całą podróż. Tam gdzie w Wietnamie poruszają się motocykle a w Chinach samochody, tu dominują powolne ryksze. Samochody usidlone ospałością tempa trzykołowców napędzanych pedałowo bez przerzutek bezskutecznie próbują pomiędzy nimi lawirować. W tym natłoku podaży zawsze i od razu znajdzie się wolny rykszarz. Podczas jednej szychty wykona osiem do dwunastu takich kursów, za które przy dobrej passie zarobi pięć do ośmiu dolarów dziennie. Średnia krajowa ludzi najciężej pracujących zdaje się nie przekraczać tu stu pięćdziesięciu dolarów miesięcznie...
Miejscowe targowisko ukrywa się przed słońcem w parterowych labiryntach wysokich kamienic centrum miasta. Pełno tu jadłodajni serwujących ryż i curry oraz mini cukierenek, których produkty stężeniem cukru na drobny kęs łakocia mogą konsumenta nie przyzwyczajonego do południowoazjatyckiego stylu dogadzania sobie węglowodanem przyprawić o mdłości. W jednym z korytarzy wiodących w głąb mrocznej plątaniny targowych stoisk znajdujemy handlarza usługami sim. Prowizoryczne budki, nisze, zagłębienia służące za stoiska usługowe nie zdradzają ich prawdziwego potencjału. Na blacie szklanej gabloty, eksponującej używane telefony szybko ląduje czytnik odcisków palców. Podłączony kablem do telefonu służącego za pełnofunkcjonalny mikro-laptop przesyła do sieci skan obydwu palców wskazujących klienta. Cała operacja zajmuje kilka minut i kosztuje mniej niż dolara. W zamian dostaję zarejestrowaną na Imrana kartę i pięć gigabajtów Internetu. Będę z niej korzystał aż do wyczerpania danych. 
Bangladesz to jeden z tych krajów, gdzie biały człowiek wzbudza nieustanne zainteresowanie. Każde spojrzenie w stronę grupki przechodniów, nawet od niechcenia lub przelotne, pobudza kogoś do uwagi przeciągłej, ciekawskiej. Nie jest to jednak ten rodzaj niepokojącego zainteresowania. Czuć w nim jakąś niewinną ciekawość, skromną życzliwość - coś, czego nie czułem podczas samotnych wędrówek po Algierze, gdzie turyści to hipnotyzująca swą rzadkością atrakcja. Z jego krętych zakamarków przyglądały mi się niemożliwe do rozczytania,  kamienne twarze.
Na lancz Imran zabiera mnie do rodzinnego mieszkania. W jego trzech pokojach mieszkają matka, jej dwie córki i syn czyli sam Imran. Mieszkanie jest jasne, okna pootwierane na przestrzał. Olbrzymie, sufitowe wentylatory skutecznie rozpraszają nieznośny efekt narastającego upału. Rozmawiam z najstarszą córką - dużo mówi, ale nie stroni od słuchania, a potem z matką: słucha z zainteresowaniem, choć trudno powiedzieć co ją skłania do uwagi: treść rozmowy czy ogólna aura nowego bytu, co zrządzeniem wszechświata na chwilę wypełnił jej własny, niezmienny i może jednostajny kąt. Tydzień temu straciła męża. Umarł znienacka, we śnie. Cała rodzina wciąż próbuje sobie z tym na różne sposoby radzić. W ich zachowaniu nie widać jednak oznak żałoby - bólu, braku pogodzenia. Są pogodni, serdeczni, spokojni
Powrotna podróż rykszą trwa znacznie krócej. W chodnikowej herbaciarni spotykamy Nahida - dźwiękowca, który będzie odpowiadał za brzmienie wieczornego koncertu. Ciekawość obchodów Światowego Dnia Jazzu to jeden z powodów, dla którego znalazłem się w Dhace. Herbatę pija się tu w stylu arabskim, z małych szklaneczek w kształcie hiperboloidy obrotowej, skręconej z umiarem. Można sobie zażyczyć z dużą ilością cukru lub z dodatkiem mleka. Jest też kawa i chuda ławeczka pod ścianą, na której tuż za moimi plecami powieszono niewielki plakat. Mężczyzna koło pięćdziesiątki leży nieprzytomny na szpitalnym łóżku. Jego zmasakrowane wskutek wypadku nogi i twarz przyprawiają o dreszcz egoistycznej autoempatii. W dolnej części plakatu, horyzontalnie umieszczono pięć portretowych fotografii. Wisielcze pętle oplatają szyję ściganych jakimś prawem nieszczęśników, a plakat nawołuje do wykonania na nich wyroku śmierci. 
Nahid przyjeżdża odebrać mnie z hotelu swoim motorem. Do oddalonego o kilka kilometrów klubu, tam, gdzie wieczorem odbędzie się świąteczne muzykowanie, jedziemy przeciskając się pomiędzy rykszami, ciężarówkami i innymi motorami, po azjatycku, kluczymy po krętych ulicach dzielnicy, w której na próżno szukać jakiegoś punktu orientacyjnego o centralnym znaczeniu. Stare kamienice mieszają się z parterowcami i blokami mieszkalnymi. Pośród nich, niejednokrotnie szarością betonowej pustki zieją szkielety deweloperskich niewypałów. Uczestnictwem w ruchu drogowym rządzą tu podobne do wietnamskich prawa anarchii czyli wszyscy uważają na wszystkich. Im większa koncentracja tym większa szansa na to, że kolejny dzień minie bez urazów. Jedziemy powoli, bo inaczej się nieda, więc Nahid opowiada. Bangladesz, to typowy importer, którego funkcjonowanie zależy od chińskiej taniochy. Nie ma tu naturalnych bogactw za to sporo japońskich inwestycji. Nahid biadoli nad nieodwracalnością skutków korupcji, chwali system edukacji. W Bangladeszu nie jest ona obowiązkowa. Dzieci też muszą pracować. Aby nie padały ofiarą analfabetyzmu-konsekwencji egzystencjalnych wyborów lokalnej biedoty, władze starają się zachęcać rodziców do kształcenia swoich dzieci. Jak? Edukacja chłopców jest tu przez pierwsze pięć, a dziewcząt przez pierwsze dziesięć klas bezpłatna. Nie trudno wyliczyć, że koszt kształcenia pięciorga chłopców może przez kilka lat pochłonąć trzecią część dochodów utrzymującego rodzinę mężczyzny.  
Klub powoli wypełnia się po brzegi. Uwagę moją przykuwa uroda tych ludzi. Kobiety o ostrych wyrazistych, nieco męskich rysach, dużych, szeroko rozstawionych oczach i pełnych ustach oraz mężczyźni, nieco kobiecy, długowłosi, wysocy, szczupli, ciemnoskórzy - żywe archetypy skorygowanych wyobrażeń na temat wyglądu samego Jezusa Chrystusa.
Wieczór wychładza atmosferę, która w klubie przybiera na wilgotności wskutek działania lokalnego wynalazku. Wiatraki wypychają w przestrzeń rozpyloną wodę. Wychłodzona kostkami lodu mgiełka przynosi chwilową ulgę podnosząc w efekcie poziom duchoty, którą w ten spiralny sposób próbuje się niwelować. 
Bangladeski jazz to raczkujące dziecko - chętne, jak to dzieci, do zabawy, wyjątkowo pełne zapału do nauki. Prezentacja muzyki zaplanowana na dzisiejszy wieczór w formie koncertu, w którym uczestniczy kilka zespołów szybko zmienia się w jam session z ponad półgodzinną przerwą na wieczorną modlitwę w pobliskim meczecie. Publiczność cierpliwie i wiernie jak psy waruje na klęczkach pod sceną w oczekiwaniu na wznowienie koncertu. Raczkujące dziecko bangladeskiego jazzu wciąż nie panuje nad formami utworów i dramaturgią koncertu. Braki nadrabia zapałem do grania, czemu sprzyja przychylność słuchaczy żądnych nowości. Zmęczeni nieprzejednaniem wymogów muzułmańskiej tradycji chcą już wytchnienia. Chcą słuchać nowej muzyki, palić jointy i popijać to co w oczach islamu jest haram - to co z angielskiego czyni harm. Na razie palą w zamkniętych na kłódkę kanciapach, ale młode pokolenie z dużych miast już się przygotowuje do ich otwarcia. 

Bangladesz 2023: 2. Niepewność nagle nastającego mroku

Na moment ciemność w kabinie zapada trumienna, by po chwili dać się przeszyć białym igłom ideogramów informujących o konieczności zapięcia pasów i zakazie palenia. Ciemnica zmienia się w mroźny półmrok. AirAsia do przemieszczenia klientów z miejsca na miejsce podchodzi pragmatycznie. Pragmatyzm ów odziera kabiny z gadżetów serwując mrużenie oczu tym co się budzą w ostrym światle jarzeniówek na przemian z wyczekiwaniem końca gwałtownych turbulencji w niepewności nagle nastającego mroku. Przez okna kabiny też niewiele światła wpada. Pochodzenie do lądowania nad nocną Dhaką ujawnia sporadycznie oświetlone połacie lądu. Poza tym odczucie dławiącej pustki pogłębia ilość pustych foteli. Pasażerowie są porozsadzani po całym samolocie tu i ówdzie. Pomimo bezchmurnej nocy, przez owale okien bezskutecznie próbują wypatrzeć coś, czego wypatrzeć się nie da. W chwili, gdy podwozie styka się z nawierzchnią, ciemność we wnętrzu kabiny pod wpływem bladej żółci lotniskowych lamp też nie chce ustąpić
Współczesna historia Bangladeszu to stulecia dominacji brytyjskiego kolonializmu - okres systematycznego wyzysku i spychania kraju w biedę. Upadek imperium i niefortunny rozpad Indii, który w 1947 roku podzielił Azję Południową geograficznie, politycznie i wyznaniowo, zmienił Deltę Gangesu w wasala Pakistanu - Pakistan Wschodni. Próba narzucenia urdu tam, gdzie mówi się po bengalsku doprowadziła w 1971 roku do trwającej niemal rok, krwawej wojny domowej. Za niepodległość od oddalonego o dwa tysiące kilometrów Pakistanu nowonarodzony Bangladesz zapłacił milionami ofiar. Potem przyszła dekada przewrotów wojskowych a po niej władza korporacji. Wskutek niekończącej się spirali ekonomicznych zależności i politycznych turbulencji kraj ten albo nękany był wyzyskiem, wojną czy walką o władzę albo pogłębiającą się w ich wyniku biedą. Rzut oka na nocne ulice Bangladeszu - Dhaki jest wciąż żywym dowodem trwałości skutków tego drugiego.
Tutejsi oficerowie imigracyjni też lubują się w papierach. Na wypadek spotkania z typową dla biurokracji tendencją do buty, przygotowałem wydruki zaproszenia podpisanego przez Imrana, biletu powrotnego, rezerwacji hotelu na cały czas pobytu w Bangladeszu no i odręcznie wypełnioną deklarację oraz dowód opłaty wizowej, którą uiszcza się jeszcze przed rozmową z urzędnikiem mającym prawo odmówić mi wjazdu.
Żeby odprawa paszportowa przebiegła bez żadnych niespodzianek. chłopaki stają na rzęsach. W tych wszystkich drobnych procedurach pomaga mi pracownik lotniska. Po zapieczętowaniu mojego paszportu wizą przez oficera imigracyjnego, który nie oszczędził mi pouczającego tonu, mój pomagier wyprowadza mnie przed terminal bez dalszej kontroli paszportowej i bagażowej. Omijamy barierki, budki i skanery na mocy porozumiewawczych gestów pomiędzy strażnikami, pogranicznikami a opłaconym, jak mniemam, sługą amerykańskiego dolara.
Ponad dwudziestomilionowa Dhaka o pierwszej w nocy już dawno pogrążona jest w głębokim śnie. W nadmiarze okazywania spolegliwości nasz samochód zwalnia, mijając interwencje policjantów uzbrojonych w grubolufowe śrutowce - takie, jakimi w filmach posługuje się Terminator i jemu podobni. Policjanci przetrząsają pod ściana jakichś nieszczęśników wyciągając od nich prawdopodobnie ostatnie pieniądze. Przeładowane do groteskowych rozmiarów trzykołowe motory z mininaczepami przewożą olbrzymie stosy pudeł wykorzystując pustkę na ulicach i ciepłotę nocy. Jutro podobno czterdzieści cztery stopnie w słońcu!

niedziela, 23 kwietnia 2023

Pomiędzy własnymi urodzinami a pogrzebem - Wietnam, 23 kwietnia 2023

Od wczoraj, po tej samej stronie ulicy, dwie podobne flagi zdobią dwa podobne, sąsiadujące domy. Flagi nie różnią się kształtem - ich podłużne trójkąty łopoczą długimi wypustkami, co jak palce łapczywych dłoni przebierają bez celu w zupie ciepłego wiatru zapowiadającego nadejście pory deszczowej. Flagi różnią się kolorem. Ta fioletowa oznajmia, że oto tu trwają przygotowania do chrześcijańskiego pochówku. Ta czarna zdobi dom, w którym do ostatniej podróży gotowi się ciało zgodnie z obrządkiem buddyjskim. To stamtąd od trzech dni nieprzerwanie słychać jak kręci się kołowrót miarowych, trzech niskich tonów bębna, którym odpowiadają rozmazane współbrzmiącymi ćwierćtonami trzy dźwięki gongu. Teraz wtórują im śpiewy sąsiadujących uroczystości pogrzebowych. Tutejsi chrześcijanie wyśpiewują chórem czyste, równoległe frazy w jednogłosie pozbawionym walorów tanecznych. Ilość tekstu narzuca długość wyśpiewywanych fraz zdobionych melodiami, których radosny charakter odmawia mocy ponurej obecności śmierci. Śpiewy w Lac Duong odbywają się lokalnym języku - fonetyczno-składniowej hybrydzie przypominającej brzmieniem mowę sąsiadującej Kambodży, onegdaj władcy tych ziem, zaś obecnością tonów i pewnymi cechami nieskomplikowanej gramatyki język chiński i pokrewne mu języki kultur, które przez tysiące lat rozkwitały w słońcu ekspansji Wielkich Chin

W Lac Duong Plemieńcy Lac mieszają się z Wietnamczykami, których nazywa się Kinh. To oni przywieźli tu z dalekiej północy religię Chińczyków, którą ich przodkowie zapożyczyli od Hindusów, gdzieś w interwale czasu pomiędzy Sokratesem a Chrystusem. Plemieńcy Lac jeszcze ponad sto lat temu byli animistami, a pamięć o zmarłych stanowiła główny nurt ich duchowego życia. Francuzi zaszczepili w nich chrześcijaństwo, które Plemieńcy przyjęli chętnie, chyba z przekory wobec buddyjskiej religii - symbolu władzy narzuconej im przez Północ. Ale cóż to za chrześcijaństwo! Kadzidła dymią się na domowych ołtarzach zdobionych zdjęciami zmarłych członków najbliższej rodziny, obok których, niczym nocne lampki, jarzą się komiksowym błękitem aureole najświętszych Maryj Panien na baterie. Ponad nimi, międzykulturowym już zwyczajem, autorytet ustanawia plastikowa podobizna umęczonego Chrystusa, przed którym lud boży obrządku Lac staje ze skrzyżowanymi na piersiach rękami, tak jak się to robi na Zachodzie, gdy chce się okazać powątpiewanie, wyrazić pretensje, oburzenie czy wręcz gotowość do agresji. Tak właśnie tutejsi Plemieńcy wyrażają swą pokorę. Śpiewają przy tym czysto, ze swoistą werwą, zapalczywie. Ich wiara nie skupia się na ideologicznych fasadach tego, w co sami wierzą, tego czym żyją sąsiedzi wyznający buddyzm, hinduizm, caodaizm czy islam. Tutejsze religie mają przede wszystkim wymiar praktyczny. Ich instytucje budują protezę tkanki społecznej, która nie może wyrosnąć z ciała opiekuńczości państwa, bo państwo, choć zwie się socjalistycznym, pozostawia swoich poddanych w próżni kapitalistycznego samopasu. Gwarantuje dbałość o pokój, spokój i strukturę, w ramach której będą działać szkoły, szpitale i cmentarze. Żeby z nich skorzystać każdy jej uczestnik będzie jednak musiał popuszczać krwi z własnego portfela. To organizacje religijne hodują tę brakującą tkankę, za której deficyt odpowiada tutejszy hiperkapitalizm. A więc z kościoła można za co łaska dostać hektolitry świeżo przefiltrowanej wody lub używaną odzież, wór ryżu, cukier albo olej do smażenia jak kto wykaże się wielodzietnością a wskutek niej biedą. Wspólne śpiewy, modlitwy a po nich biesiady, udział w rytuałach umacniają poczucie, że żyje się we wspólnocie, na którą nie rzadko trzeba liczyć. Pomoc w polu, w opiece nad dziećmi, seniorami, dzielenie się owocami własnej pracy, nieustanna wymiana przysług i towarów - to dzięki nim funkcjonują tutejsze plemiona. Niezliczone kuzynostwo, ciotki, wujkowie, wnuczęta, rodzeństwo babek i dziadków, nawet ci wobec siebie najodleglejsi uczestniczą we wspólnych, niezliczonych spotkaniach rodzinnych - weselach, chrzcinach, pogrzebach i pożegnaniach tych, co wyjeżdżają do dalekiej Japonii czy Ameryki. To im, w drodze na lotnisko do oddalonego o trzysta kilometrów Sajgonu i nadziei na podarunki kiedyś tam, jak się powiedzie, towarzyszą całe delegacje - autobus biesiadny napakowany szczęściem szczęśliwca opuszczającego wietnamski padół dla perspektywy na wzbogacenie siebie i nadziei, że bliżsi i dalsi też coś z tego uszczkną. Przy każdej z takich okazji obowiązują zrzutki. Z pustą ręką nigdzie się nie chodzi. Ale tak wydane pieniądze muszą kiedyś powrócić. Wszyscy tu są równouprawnieni do uczestnictwa w spirali rodzinnych okoliczności, a tych nie bark na drodze, którą każdy z nich przebywa pomiędzy własnymi urodzinami a pogrzebem. 

niedziela, 19 czerwca 2022

Sztywne, osobiste koncepcje

Upór jest toksyczny. Zabija radość życia. Rodzi gorycz umierania. W zasadzie większość jego synonimów odnosi się sztywności, twardości, ostrości skamienienia - typowych dla ludzkiego ciała cech starczych, sygnalizujących gotowość a nawet potrzebę odejścia. Zacięcie, zawziętość, zatwardziałość, nieustępliwość, niestrudzoność, niezłomność, nieugiętość, niewzruszoność, nieprzejednanie, bezkompromisowość, przebojowość, stanowczość to kolekcja negatywów określających wszelakie formy nieprzejednania, sygnalizujące niechęć lub brak zdolności do zmiany pozycji, stanowiska, przekonania, wręcz lubieżne uzależnienie od narzucania woli, podejmowania takiej czy innej walki o swoje.

Jego powszechnie uważane za szlachetne odmiany, górnolotnie określane motywacją, determinacją czy nawet ambicją, spuszczone ze smyczy w samopas działania góry potrafią przenosić. Potrafią być również siłą zaborczą, nacelowaną na przekształcanie tej niechętnej przemianom rzeczywistość do postaci zgodnej z osobistą, sztywną, jednostkową koncepcją. Cała reszta to dopisywanie uzasadnień. 

- Jestem z ciebie dumny! Jak często słyszymy to na co dzień i choć nie mamy problemu z bycia dumnym z tego czy tamtego, duma to przecież w naszej własnej kulturze jeden z siedmiu grzechów głównych. 

- Hę?! 

Tak! Duma to po angielsku "pride" a "pride" to również "pycha". Mówiąc, "żem z ciebie dumny", mówię, że "się tobą pysznię". 

Czym w takim razie jest "duma narodowa" i dlaczego, nie bacząc na ciężar rzeczownika-matki z taką łatwością szafujemy przymiotnikiem-dzieckiem?

Na te i im podobne pytania odpowiadajcie sobie sami :]

niedziela, 22 maja 2022

Egzekutorzy ogołoceni z uśmiechów

Powroty po długiej przerwie bardzo mi smakują, choć w zasadzie wszystko jest po staremu. Ludzie dalej tłoczą się na dworcach, lotniskach i rzadko kiedy myślą o konsekwencjach, zarówno ci potrząsani erupcjami namiętności bliższym pacholęctwu, choć w dowodzie dawno już pogrubło, jak i ci uziemieni skalą doświadczeń, a więc i przemian, z których nie sposób się otrząsnąć. Nadal latamy samolotami, sięgajmy po przetworzone jedzenie, hołubimy coca-colę a cały ten trutka package łykamy na kredyt. 

Samolot z Dubaju do Sajgonu wypełniony jest po brzegi. Przed pandemią transport lotniczy obsługiwał głównie turystów. Po dwóch latach totalnej izolacji Azji na pokładzie dominują Wietnamczycy a turyści to tylko ja i kilku jeszcze zabłąkańców. Tęsknią za zupami, kluskami, kawą i lepkim ryżem, za rodzinami, które w tym świecie odgrywają rolę tak sponiewieraną w socjalizmach zachodu. Cierpliwie znoszą więc ten powrót do kraju, szczególnie ci z Ameryki. Stamtąd lata się przez Atlantyk a nie przez Pacyfik. Trzydzieści do czterdziestu godzin w podróży ze strefy czasowej oddalonej o pół doby. Jetlag po takiej przygodzie, to tydzień wyjęty z kalendarza. 

W Sajgonie kontrola wizowa jest jak zwykle opieszała. Naburmuszeni pogranicznicy nigdzie się nie śpieszą. Mało na ich twarzach przejawów zachodniej definicji człowieczeństwa. To egzekutorzy ogołoceni z uśmiechów, ze zbędnych słów, strażnicy zasad, które gdzieś tam, wprost do ucha nastroszonej wyobraźni, szepczą, że tu nie ma debaty. Ten typ porządku z nikim nie flirtuje. Narzuca się na chłodno 

Dhaka to dziewiętnastomilionowe miasto (tyle w niej mieszka ludzi nocą). W dzień puchnie to rozmiarów czterdziestomilionowego giganta. Sajgon przed pandemią był zatłoczoną metropolią (to wciąż największe miasto Wietnamu). Jego ulice - koryta, którymi rozlewają się zmechanizowane ścieki milionów motocykli wyraźnie powysychały. Biznesom nastawionym na turystykę też zaschło w gardle. Ich właściciele wrócili tam, gdzie nie trzeba ponosić kosztów życia w tym najdroższym z wietnamskich miast, do swoich prowincji, do małych miasteczek, do rodzin, które dotychczas żyły na ich utrzymaniu. 

Powroty po długiej przerwie bardzo mi smakują.



wtorek, 20 kwietnia 2021

Portrety: Mnisza niszo-cisza

Choć trudno powiedzieć czy istnieje ktoś, kto nie ma, Mróz ma zryty beret i nie należy tego podważać. Sam w pewnym sensie jest z tego dumny. "Zryty beret"... Co do samej formy stwierdzenia można oczywiście się silić na oryginały, natomiast slogan ten wytarty jak dłoń koniobijcy, bardziej zrozumiały niż niejeden wykwit wyobraźni epitetyczno-metaforycznej oddaje całkiem nieźle stan umysłu owego Mroza - jego zdolności do budowania relacji poza labiryntem introwertycznych predyspozycji, gdyby w jego przypadku takowe mogły istnieć, do istnienia poza meandrami żłobionymi ciążeniem jego osobistego fatum. 

Mróz jest stereotypowym naukowcem humanistycznym. Chciałby się z tego przekleństwa za wszelką cenę wyplątać przeto wypowiedzi jego kwiecą się barbaryzmami. Bacznie nasłuchuje a potem wyławia je z oceanu życia jak złote rybki. Dla kokieterii, ale przede wszystkim żeby gdzieś przynależeć. Motłoch. Tam zawsze znajdzie się okazja by pointerferować z takim czy innym przejawem chamstwa - Zainstaluj se! - stylizuje i już czuje się swój, gdy tak na chwilę zstępuje z własnego piedestału. Mróz jest fanem motłochu. Imponuje mu odwaga ignorantów. Jest zapatrzony w nonszalancję - tak niewiele się ma w zanadrzu, a tak pewnie się fechtuje i to absolutne zero refleksji - senne noce co spływają ku porankom jak strugi wody po opierzonych ciałach. Pełen podziwu i pogardy Mróz to grzebie w ludzkich śmietniskach, choć ma tak czułe nozdrza, to klęczy niewzruszony pośród gipsowych skorup. Gdy popiersie habilitowanej matki runęło z piedestału zmieniając się w ponure drobiny, czy Mróz powiedział – Nareszcie!? Mróz wybiera milczenie. Teraz, drżąc na klęczkach przed majestatem profesury, na którą ciężko haruje, składa kolejną ze swych cichych ofiar. Zapowiedział już ich całą serię. Praca nad wieloksięgiem, to jego gorzki komentarz na przekór uświęconej tradycji, to słodki owoc przymusów. Czy to stąd ta niechęć, cała ta maskarada, od której nie ma ucieczki? - Hehehehe - śmieje się obnażając swe ewidentne panowania nad przeponą, ale Mróz ciągle się lęka. Wierzy, że praca nad wieloksięgiem jest jego dzieckiem. Nic podobnego. To jego bękart! To najduch kompostowany, suszony, mielony, przetwarzany na paliwo wiekopomniejszego tworzenia. Utylizowany.

Mróz Marzy, że pewnego dnia w jego życiu zapanuje anarchia, zastępując jakże dobrze znany mu chaos. A tajemnice? Tak wiele zainwestował w ich zabezpieczenie. Tych, co go odgadną, świadomie lub z głupia frant, Mróz skaże na izolację, choć wciąż będzie ich przenikał jak wieczna zmarzlina, jak introwertyzm zodiakalnego skorpiona, jak hipnoza, co napawa lękiem a jednak uwodzi pulsując jak otchłań. Buńczuczne, nieujawnione, wściekłe, wyważone, osadzone w bibliografiach analizy skrywa w sobie Mróz i tylko czasem ulewa, gdy wierzy, że świat właśnie na moment wszedł w fazę incognito, że nie zagrozi mu żaden cytat. Lęk przed skandalem jest jego największą fobią. Jeszcze go z roboty wyjebią. A wieloksiąg? A profesura? A może najpierw wpierdol matce za psychiatryk, za tych chłopców, dla których nie ma odwagi, za fałszywą wiarę, że człowiek z wiekiem się zmienia, za brak wiary, że prawdziwa empatia jest cenniejsza niż te kilka lajków pod postem, który do niej nawołuje, za to, czego nie przynosi czas i za konieczność wykazywania się dojrzałością? W tej gmatwaninie Mróz wybiera niedostępność. Chciałby jak ministrant czy harcerz, ale czy to go ochroni przed wścibską wyobraźnią homofobów wypasłych na kopiowaniu Jezusa?

Mróz ucieka na oślep. Jego potknięcia są niewidzialne. Tak ludzie potykają się o samych siebie. To część ekosystemu tych wewnętrznych zmagań, paradoksalnej symbiozy nacisków i pragnień. - Hehehehe – pobudza swoją przeponę w kolejnej próbie wykaszlenia pozorów dystansu do świata i swojej w nim roli. Chce jak najprędzej wrócić do swojej klitki, do wieloksięgu, do mniszej niszo-ciszy. Tam powstaje monument z cudzych słów przemienianych w swoje własne. Tak na swą nieśmiertelność zapracowuje sobie Mróz.

czwartek, 4 lutego 2021

Szufladkujący Słownik Definicji - Roszczeniowość

słownikowo:
- ulubiony zarzut prawa do bezczynności z tytułu piastowanego stanowiska wobec merytorycznej postawy oddolnie naglącej do działania.
a tu mniej emocjonalnie:
- ulubiony zarzut prawa (uważanego z tytułu piastowanego stanowiska za przynależne) do działania w tempie niezależnym od okoliczności, wobec postawy oddolnie naglącej do ostatecznego podjęcia wymaganej inicjatywy.
albo zupełnie przebebszone:
-postawa będąca oddolną, nierzadko rozpaczliwą reakcją w odpowiedzi na uzurpowanie sobie prawa do działania w tempie niezależnym od okoliczności, subiektywnie uznawanego za przynależne z tytułu piastowanego stanowiska lub pozycji zajmowanej w hierarchii.

środa, 3 lipca 2019

11. Jeszcze tylko ten jeden kęs zgnilizny...

02.07
Phương nie chodzi już do szkoły. Teraz codziennie od piątej rano krząta się w obejściu. Pobudka, toaleta, wyjazd na targowisko, rozkładanie straganu. Razem z matką sprzedaje bánh cuốn nóng, to znaczy matka gotuje jedzenie, układa na talerzach i kasuje klientów po dolarze, a Phương przygotowuje stoły, podaje gotowe dania i bawi się telefonem. Ma czternaście lat. W sumie po co jej nauka, skoro i tak będzie pracować na targu? Nie tylko z tego powodu matka dwa lata temu zdecydowała się usunąć dziecko ze szkoły.
-A gdzie mąż? - dopytuję bez obciachu w stylu targowej wymiany informacji. 
-Umarł.
-Hmm... No to gratuluję! - dopalam z grubszej rury w ryzykownej próbie rozładowania nastroju po tym smutnym zwierzeniu, lecz niepewnie wyczekuję reakcji. Nie jest źle. Baby przysłuchujące się naszej niecodziennej rozmowie wybuchają śmiechem. 
Przed dziesiątą rano, w chwili zamknięcia straganu w worku matki Phương znajdzie się około piętnastu dolarów.  
Do hurtowni oddalonej o pół godziny jazdy od domu na przedmieściach, Pani Lan dociera przed trzecią rano. Tam, po siedem tysięcy za sztukę kupuje sto niewielkich kokosów i wlecze je do centrum Sajgonu na skrzypiącym wózku. Przytwierdzony do ramy starego motoru kolebie się na pokrzywionych kołach. Pani Lan będzie stać w słońcu aż do wyprzedania towaru. Na każdym orzechu zarobi pięćdziesiąt groszy. W cyklu całomiesięcznej krzątaniny, po odliczeniu kosztów wyciuła ze trzysta dolarów. Przez cały czas będzie ją chronić słomkowy kapelusz.
Pani Huệ emanuje radością z powodów do radości! Na swoim karłowatym stołeczku przesiaduje przed aluminiowym garem i czaruje przechodniów naturalną urodą swojego uśmiechu. Przy pomocy płaskiej chochelki, miseczki oczarowanych wypełnia ciepłym tofu, które podaje z syropem imbirowym i kokosowym sosem. Przygotowanie pięciuset porcji kosztuje ją dwadzieścia pięć dolarów. Do tego codziennie odpala coś pomagierom i właścicielowi domu, który udostępnia jej wieczorami swój kawałek chodnika. Po miesiącu jej tofu bar przyniesie dwa tysiące dolarów czystego dochodu, a pani Huệ będzie dalej emanować radością z powodów do radości.
Thương zawsze była zaradna. Uciekając z wietnamskiej wsi od męża narkomana, przeniosła się do wielkiego miasta. W pracy nauczyła się mówić po japońsku, a dzięki mężowi z Nowej Zelandii po angielsku. Po kolejnym rozwodzie utrzymywała się z internetowego handlu kosmetykami. Od czasu, gdy poślubiła Rumuna zajęła się jednak sprzedażą szafranu. Osobiście szmugluje go z Iranu. W tylnych kieszeniach dżinsów zawsze trzyma dolary. W lewej pięćdziesiąt, w prawej sto, jakby celnikowi na widok cennego towaru pięćdziesiąt było mało. To lukratywne zajęcie opłaca jej operacje plastyczne, daje sporo czasu na chodzenie po fryzjerach, kosmetyczkach i zajmowanie się siedemnastoletnią córką z pierwszego małżeństwa. Dla roześmianej Pani Huệ czy zaradnej Thương pokrycie kosztów nauki dziecka w państwowym liceum, to żaden wydatek. Dla większości Wietnamczyków, takich jak Pani Lan od kokosów czy matka czternastoletniej Phương to wydatki, z którymi zawsze będą musieli się liczyć.
Socjalistyczną Republikę Wietnamu z socjalizmem łączy tylko nazwa, bo to system skrajnie kapitalistyczny. Amerykański Kapitalizm, który na mnie, wychowanym w gierkowskim socjalizmie zrobił tak bezduszne wrażenie, po niespełna dwóch latach spędzonych w komunistycznej Azji jawi się jako pełen empatii wyraz zatroskania władzy o dobro wszystkich mieszkańców kraju, nawet tych, co robią na czarno. Wietnam nie przyznaje obcym obywatelstwa, a swoich obywateli nie rozpieszcza żadnymi przywilejami. Choć wietnamska konstytucja zapewnia wolny dostęp do bezpłatnego szkolnictwa, rodziny obarczone są odpowiedzialnością finansową za wykształcenie swojego potomstwa. Zgodnie z konstytucją wietnamskie dziecko musi ukończyć pięcioletnią podstawówkę. Dziewięćdziesiąt pięć procent sześciolatków rozpoczyna naukę w szkole podstawowej, ale w praktyce dwadzieścia procent nigdy podstawówki nie kończy. Dlaczego? Powodem są pieniądze.
Kapitalizm ma to do siebie, że zmusza do walki o miejsce przy takim czy innym korycie. W Wietnamie bardziej niż gdziekolwiek liczą się oceny i wyniki, bo tu żyje się na pokaz. Dziecko z oblaną maturą to hańba dla rodziny i pośmiewisko dla sąsiadów. Stąd popularność płatnych zajęć, których organizatorami są szkoły państwowe. Te dodatkowe lekcje angielskiego czy matematyki są obowiązkowe. Do tego dochodzą opłaty za ponoszone przez szkoły koszty remontów oraz wyposażenia sal lekcyjnych. Czesne za rok nauki w państwowej podstawówce czy liceum waha się od stu do nawet czterystu dolarów. Za rok studiów swojej córki Thương będzie musiała zapłacić pięćset. Dla wielodzietnej rodziny Pani Lan wykształcenie trojga rodzeństwa to poważna inwestycja w swoją przyszłą wydajność. Tradycyjnie, po zakończeniu nauki wietnamskie dzieci spłacają narzucony im dług aż do śmierci rodziców. Oddają część swoich miesięcznych dochodów lub finansują z własnych oszczędności spłaty rodzinnych kredytów na motor, dom czy ziemię. To jedyny znany tu większości system emerytalny. Nauczyciele, lekarze, policjanci, pracownicy komitetów ludowych to nieliczna grupa uprzywilejowanych, która otrzyma formalną emeryturę. Statystycznie najwięcej otyłych Wietnamczyków trafia się wśród policjantów drogówki...

niedziela, 2 czerwca 2019

1. Jeszcze tylko ten jeden kęs zgnilizny...

11.03
W spisie moich międzykontynentalnych przepraw tego jeszcze nie było! Podróż Dreamlinerem z Warszawy do totalnej zmiany świata, w jedenaście godzin bez przesiadki za grosze.  
Sajgon jest upalny. Pod tym względem nic się nie zmieni, przynajmniej do kolejnego zlodowacenia. Niebo od czterech miesięcy czeka na swoją menstruację, nabrzmiałe od deszczu niewidzialnie sycącego powietrze wymęczone spaliną. To ostatnie podrygi pory suchej. 
To tu pięć lat temu Azja Południowo-Wschodnia rozdziewiczyła moje wyobrażenia o życiu w tym zakątku świata. Początkowo naiwne, ostatecznie nasycone tą dozą realizmu, której dostarcza pobyt wśród ludzi, gdy znika pośpiech, bo nie ma już do czego się śpieszyć.
Miniona jesień była dla mnie czasem wyczekiwania na powrót. Była to jesień najgorsza! Niekończące się konwulsje kolejnego związku w rozpadzie i ten piętnastomilimetrowy pumeks po środku prostaty! To ogień i metal. Noszę to światło, żeby miało się co odbijać w lustrach. Sprowadzam burzę ku przestrodze, wzniecam pożary ku pamięci. Zanim dym opadnie, odcinam się od własnej pożogi i ruszam dalej, tam gdzie dawno nie było wichury, tam gdzie światło wciąż blade. Stąd te zapalenia wszystkiego, co wkurwia i przedsmak starczych doświadczeń, gdy trzeba minut, żeby wytrząsnąć z siebie tę odrobinę płynu. Stąd ten szpital i wydzieranie na siłę, tydzień z rurką w pęcherzu i gojenie ran. Czas w geologi. Nieskończoność w przestrzeni. Ot symboliczna koda kolejnego cyklu życia bez znaczenia. Przede mną szachownica. To jedna ze ścian gigantycznej kostki Rubika. W skupieniu planuję pierwsze posunięcia. Dużo wody! Oto strategia na ogień. Tę partię chcę rozegrać od niechcenia. 

12.03
Kraj opuszczam w pośpiechu. Dopiero w pociągu dociera do mnie, że chyba jajka w lodówce a śmieci w koszu będą oczekiwać mojego powrotu, a przecież drzwi zaryglowałem na kilka miesięcy. Zakręcić wodę i odesłać modem. Ciach! Ale napisać wszystkie maile? Setki korespondencji - rozmów nastawionych na cele, którym daleko do spełnienia. Laptopa ciągnę za sobą w kieszeni jedynego plecaka.

13.03
Mój Hostel obsługuje sezonowy wylew rzeki młodocianych turystów. Przyjeżdżają tu z zamożniejszej Europy w pogoni za przygodą. To jednostki nieprzeciętne. Przecież sami się organizują i ruszają w nieznane. To przyszli księgowi, prawnicy, lekarze, nauczyciele, urzędnicy podatkowi paradujący po centrum Sajgonu w strojach plażowych. Wystawiają na słońce wszystko to, co skrzętnie chowają miejscowi i włóczą się po głównych ulicach pośród ludzi, którzy dość mają przyjezdnych, jedzą w knajpach, które zebrały najwięcej gwiazdek, a hotelowi przewodnicy prowadzą ich za rękę do najpopularniejszych atrakcji turystycznych. Tam znajdują tematy do  swoich fotoreportarzy, felietonów i opowieści z podróży. Towarzyszą im podobni do nich notariusze w trampkach, pracownicy korporacji w sindbadach i sekretarki małych firm w strojach plażowych bez ramiączek. Jeszcze nie wiedzą, ze już tam pracują na spłatę kredytów na domy, samochody i przyszłe wycieczki do lepszych hoteli w towarzystwie równie dobrze usytuowanych wyznawców konsumpcjonizmu. Na razie są hipisami w poszarpanych ciuchach. Odruchowo za wszystko dziękują, do każdego się uśmiechają i każdemu poświęcają odrobinę czasu.

14.03
Dzisiaj po południu wypiłem tutejszą kawę z mlekiem. Parzona przy pomocy aluminiowego narzędzia z trzema filtrami kapie zbierając się na dnie szklanki w postaci smolistego nektaru. Już kilka miesięcy nie wlewałem w siebie kofeiny. Czuję jak słońce znad Płaskowyżu Centralnego zaczyna we mnie buzować, jak tępe ciśnienie uderza mi do głowy. Mówię głośno i szybko, z emfazą tłukę w klawisze komputera, chodzę po pokoju w tę i z powrotem aż w końcu wychodzę na korytarz. Chcę ze swojego samopoczucia zwierzyć się Okularnicy z recepcji. 
- Dlatego jeszcze nigdy nie piłam kawy - afiszuje się przezornością jakby o wstrzykiwanie heroiny chodziło. Coś w tym jest, bo nie śpię do rana.

17.03
Co jeszcze można zrobić w kraju, który przemierzyło się wzdłuż i wszerz? Czar spotkania z nieznanym dawno przecież prysł. Przede mną czas przebierania w resztkach. Poruszam się w koleinach wyklepanych miksturą doświadczeń i wspomnień o tym, co przyjemne i uzależniające. Wyostrzam okular. 
Pierwsze dni mijają mi na chodnikach na zaliczaniu sprawdzonych jadłodajni. Tak. Ci sami sprzedawcy kokosów, taksówkarze na motorach, handlary butami, naganiacze z agencji turystycznych, dilerzy. Tym razem planuję nowy styl podróży. Będę sypiał na pałę w najtańszych hotelach bez rezerwacji na wyrost. Nie będę sprawdzał gdzie się znajdują ani czy ktoś je poleca. Od niedogodności uchroni mnie skuter.
20.03
Trudno jest dokładnie określić charakter Sajgonu. To azjatycka metropolia. Bogata i biedna zarazem. Wieś ściele się na jej wielkomiejskich chodnikach. Plugawe targowiska afiszują się w sąsiedztwie manifestacji dobrobytu. Sajgon to gigantyczna mozaika wszystkich kultur i warstw społecznych Wietnamu. To najlepsze miejsce do robienia pieniędzy, najgorsze do nauki języka. Miasto pozbawione jednego wzorca, jednolitego stylu. To aglomeracja gwarantująca anonimowość. Mieszkania wynajmowane za gotówkę bez meldunku. Reprezentanci wszystkich plemion, prowincji i wszystkie rodzaje świątyń. Bogactwo kontrastuje z biedą, codzienny brud z odświętną czystością. Mnie pociągają te nieczyste rewiry. Tam ludzie są weseli, rozgadani, prostolinijni. Lubię być wśród tych przykutych do chodnika. Oni przywykli już do patrzenia w górę.

środa, 14 listopada 2018

wycinek: Daremna taktyka

W Weimarze dzisiaj oddychanie i krzyk! Publiczne wydawanie z siebie jęków, skamleń i okrzyków podczas zajęć wokalnych to otwarcie świata intymnych spraw na obcą inspekcję, potencjalną ingerencję. To grzebanie w koszach z brudną bielizną w obecności odpowiedzialnych za te plamy i zapachy. Salwami teatralnego rechotu będą zagłuszać swoje zażenowanie, ale to daremna taktyka. W sformalizowanym życiu śmiech zbyt często staje się narzędziem. Dowody lojalności, świadectwa poparcia, ucieczki przed zakłopotaniem. Tradycja zagrywania uśmiechem jest na zachodzie szczególnie silna. Zajęcia mijają mi szybko.  

sobota, 20 października 2018

Wycinek: O językach Arabów Lingo Widokówka Geopolityczna

Nauka języka arabskiej ulicy przypomina naukę conajmniej kilku słowiańskich języków naraz. Praktycznie każdy Arab mówi inaczej. Tak mówi się w jego rodzinie, albo w jego wsi, w jego mieście, plemieniu, regionie. Poziom beduińskiej krwi w roztworze ma równie ogromne znaczenie. To on określa na ile mowa wielkich miast oddaliła się już od dawnej mowy "prawdziwej". Tendencja zauważalna tam, gdzie rozbrzmiewają gwary semickie na styku kultury beduinów i mieszkańców ośrodków miejskich, od Atlantyku po Ocean Indyjski. Innowacja w odmianie czasowników, linią Nilu wyznacza granicę podziału na języki Arabów Zachodnich i Wschodnich. Libijczyk mieszkający w mieście A zrozumie Libijczyka z miasta B, znajdującego się na drugim krańcu, dużo łatwiej, niż Beduina koczującego nieopodal. Miasta, im dalej od siebie położone na mapie Świata Arabów, tym mniej zrozumiali dla siebie stają się ich mieszkańcy. Libijczyk pojmie Algierczyka w najlepszym przypadku tak, jak osłuchany z językiem sąsiadów Polak Czecha. To tamtejsi Słowianie Północni. Ten sam Libijczyk nie będzie za to swobodnie rozumiał Saudyjczyka. Saudyjczyk, jak Serb Bułgara, bo to Słowianie Południowi, z łatwością zrozumie Kuwejtczyka. Ów Saudyjczyk w Libii załapie jednak tyle, co w Serbii Polak. To przepaść pomiędzy słowiańszczyzną Północy i Południa. Za to Beduin z Libii poczuje się pewniej w towarzystwie gadatliwego kuzyna z Iraku niż mieszkaniec libijskiego miasta w rozmowie ze swoim irakijskim odpowiednikiem. To obecność Beduinów utrwala pamięć o najpierwotniejszej mowie Arabów. Wiedza praktyczna przekazywana z pokolenia na pokolenie wciąż opiera się presji skundlonych gwar terenów zurbanizowanych. Ocalić ile tylko się da z ruin niematerialnej kultury pierwszych Semitów! To jeden z powodów, dla których Arabia nigdy tak na prawdę nie była dostępna. Dynamiczny przyrost populacji w wielkich ośrodkach handlowych przyczynił się do uproszczenia i ujednolicenia języka. Mowa potoczna mieszkańców Dżeddy - najbardziej kosmopolitycznego ośrodka królestwa Saudów, różni się od dialektów pozostałej części kraju. Od czasu proklamowania Królestwa Arabii Saudyjskiej ten ultra religijny, pustynny kraj dopiero w grudniu po raz pierwszy otworzy się na turystów z Zachodu. Gwary Beduinów krążących po bezdrożach Sahary, Synaju, Mezopotamii czy Nedżdu wciąż zachowują cechy języków przedislamskiej Arabii. To one podczas Wielkiej Ekspansji Islamu rozlały się po Afryce Północnej by wsiąknąć w mowę saharyjskich Nomadów. Dlatego nauka semickich gwar wymaga pokory. Ich różnorodność nie ułatwia zapamiętywania słów. Te zawsze podlegają wariacjom w obszarze samogłosek, choć wymowa spółgłosek w zależności od regionu też często ulega znacznym modyfikacjom. Kura w klasycznym arabskim to dadżadża, po egipsku to dagaga a po bahrajńsku dajaja. Ale do obsesji Arabów nie zalicza się poprawności językowej. Nikt w zasadzie nie wie, co do końca jest poprawne. Być zrozumianym i rozumieć: oto ostateczny cel komunikacji! Pustynny piach na ulicach miast nie razi tu nikogo.

środa, 17 października 2018

Pension Roma

Dochodzi północ. Ludzie upchani są na ciasno. Toboły ponabijane w schowkach nad głowami, wciśnięte pomiędzy nogi w rozkroku, pod siedzenia. To tu rozpoczyna swój powietrzny marsz afrykańska karawana. Za każdym razem, gdy udaje mi się odpłynąć w sen, facet po mojej prawicy wierci się w poszukiwaniu pozycji, której nie da się znaleźć. - Siedź i się nie ruszaj! - usztywniam go na twarde gardło i przymrużone oczy
Na lotnisku, przed stanowiskami odprawy paszportowej czeka już na mnie Hany, pracownik tutejszej ambasady. U jego boku omijam skanery bagażu.
- Pamiętaj! Będziesz mieszkał w samym centrum miasta - wyjaśnia - Tu się roi od naciągaczy. Jak ktoś cię zagada, ignoruj. Jak ktoś ci popatrzy w oczy, unikaj spojrzenia. Obserwuj wszystko z daleka! Jesteś w Kairze.
Nigdy wcześniej nie jechałem opancerzonym samochodem. - Od czasu rewolucji tutejsze ambasady przesiadły się na ciężki sprzęt. Na początku Ameryka poparła reżim Mubaraka, więc dyplomatów uznano za antyrewolucjonistów. 
- Prostemu człowiekowi wystarczy raz wskazać przeciwko komu toczy się walka – wyjaśnia Hany te stukilogramowe drzwi i szyby aż błękitne od nadmiaru szkła. Do hotelu kluczymy ze swadą ulicami pogrążonego we śnie miasta. Samochód wychyla się na zakrętach jakby chciał wyskoczyć z drogi. Czuć jego inercję, jego ciężar. Teraz płynie gładko wiaduktem w górę, do wysokości trzeciego piętra kamienic po obu stronach. Sporadyczna żółć latarnianych świateł ujawnia sylwetkę kroczącego w ciszy. 
Pension Roma! Tu czas zatrzymał się w latach trzydziestych. Kabina windy sunie na czwarte piętro we wnętrzu prostokąta spirali kamiennych schodów. Cierpliwe podeszwy wyżłobiły przy ścianie niewielkie koryto oplatając szyb windy alternatywną, chwiejną spiralą. Portier wpisuje moje nazwisko do wielkiej księgi i w szeregu rubryczek zaznacza ołówkiem ilość opłaconych nocy. Na sosnowej podłodze pokoju wymalowanego na czysto jest zlew, szafa z lustrem, niewielki stolik, fotel, biurko z krzesłem i szafka u wezgłowia. Staromodne meble z jednego kompletu, w jednym kolorze.
- Jestem perfekcjonistką – podkreśla równie staromodna właścicielka, gdy zjawiam się na recepcji z prośbą, żeby pokojowi nie szwendali mi się po izbie. Faktycznie jest perfekcjonistką. Po powrocie z pierwszego rekonesansu pokój zastaję wysprzątany.
Nauka języka arabskiej ulicy przypomina naukę co najmniej kilku słowiańskich języków naraz. Praktycznie każdy Arab mówi inaczej. Tak mówi się w jego rodzinie, albo w jego wsi, w jego mieście, plemieniu, regionie. Poziom beduińskiej krwi w roztworze ma równie ogromne znaczenie. To on określa na ile mowa wielkich miast oddaliła się już od dawnej mowy "prawdziwej". Tendencja dominująca tam, gdzie rozbrzmiewają gwary semickie, od Atlantyku po Ocean Indyjski. Pozornie nieistotna innowacja językowa linią Nilu wyznacza granicę podziału na Arabów Zachodnich i Wschodnich. Libijczyk z miasta zrozumie Libijczyka z innego miasta dużo łatwiej, niż Beduina koczującego nieopodal. Miasta, im dalej od siebie położone na mapie Świata Arabów, tym mniej zrozumiali dla siebie stają się ich mieszkańcy. Libijczyk pojmie Algierczyka w najlepszym przypadku tak, jak osłuchany z językiem sąsiadów Polak Czecha. Powiedzmy, że to tamtejsi Słowianie Północni. Ten sam Libijczyk nie będzie za to swobodnie rozumiał Saudyjczyka. Saudyjczyk, jak Serb Bułgara, bo to Słowianie Południowi, z łatwością zrozumie Kuwejtczyka. Ów Saudyjczyk w Libii załapie jednak tyle, co w Serbii Polak. To przepaść pomiędzy słowiańszczyzną Północy i Południa. Za to Beduin z Libii poczuje się pewniej w towarzystwie gadatliwego kuzyna z Iraku niż mieszkaniec libijskiego miasta w rozmowie ze swoim irakijskim odpowiednikiem. To obecność Beduinów utrwala pamięć o najpierwotniejszej mowie Arabów. Wiedza praktyczna przekazywana z pokolenia na pokolenie wciąż opiera się presji skundlonych gwar terenów miejskich. Ocalić ile tylko się da z ruin niematerialnej kultury pierwszych Arabów! To jeden z powodów, dla których dzisiejsza Arabia Saudyjska nigdy tak na prawdę nie była dostępna. Dynamiczny przyrost populacji w wielkich ośrodkach handlowych przyczynił się do ewolucji języka poprzez dążenie do jednolitości. Mowa potoczna mieszkańców Dżeddy - najbardziej kosmopolitycznego ośrodka królestwa Saudów, różni się od dialektów pozostałej części kraju. Od czasu proklamowania Królestwa Arabii Saudyjskiej ten ultra religijny, pustynny kraj dopiero w grudniu po raz pierwszy otworzy się na turystów z Zachodu. Gwary Beduinów krążących po bezdrożach Sahary, Synaju, Mezopotamii czy Nedżdu wciąż zachowują cechy języków przedislamskiej Arabii. To one podczas Wielkiej Ekspansji Islamu rozlały się po Afryce Północnej by wsiąknąć w mowę saharyjskich Nomadów. Dlatego nauka semickich gwar wymaga pokory. Ich różnorodność nie ułatwia zapamiętywania słów. Te zawsze podlegają wariacjom w obszarze samogłosek, choć wymowa spółgłosek w zależności od regionu często ulega znacznym modyfikacjom. Kura w klasycznym arabskim to dadżadża, po egipsku to dagaga a po bahrajńsku to dajaja. Ale do obsesji Arabów nie można zaliczyć poprawności językowej. Nikt w zasadzie nie wie, co do końca jest poprawne. Być zrozumianym i rozumieć: oto ostateczny cel komunikacji! Szczegóły nie mają znaczenia. To pustynny piach hulający po ulicach miast.
Afryka jest pierwotna. Tutaj wszystko wzięło swój początek. Prawdziwie wielkomiejską zabudowę Kairu pokrywa odwieczny, piaskowy pył. Kluczę wąskimi uliczkami mijając świat zdezelowany. Warsztaty pracy nie większe od dworcowego wychodka, a w nich samotna żarówka, kręte schody znikające w mrocznej jamie bramy wymurowanej jakby na oko. Podążam za ludźmi. To najlepsza metoda na wkomponowanie się bez zbędnych pytań. Z wolna, jak święta krowa błąkam się po skrzyżowaniach i rondach, na przełaj, na czerwonym, pod okiem policji. Wciskam się w tłum po odbiór swojej porcji fasoli, macham rachunkiem ponad głowami innych wymachujących swoimi rachunkami i prę do przodu, żeby zagospodarować ten uwalniający się na chwilę skrawek przestrzeni zanim ktoś to zrobi za mnie. Oddaję się nowemu światu z ufnością. Na przekór przestrogom Hany'ego chodzę powoli i patrze ludziom w oczy.
W Pension Roma czas płynie powoli. Samotność pierwszych dni po przyjeździe sprawia, że nie ciągnie mnie na miasto. Przez to wcześnie chodzę spać. W nocy budzi mnie wezwanie do modlitwy. Głośnik minaretu, którego wciąż nie potrafię zlokalizować musi być gdzieś bardzo blisko. W postawnym głosie muezzina-palacza słychać niedomykające się struny głosowe. Poranne śniadania! W jadłodajni zatopionej w chłodnym półmroku trwa leniwy rytuał. Ten sam kelner w alabastrowej liberii codziennie podaje ten sam zestaw śniadaniowy. - Kawa? Herbata? Alabastrowe ściany i sufity w zestawieniu z pociemniałem brązem umeblowania i boazerii z drewna wypełniają pensjonat jakimś ponurym ciepłem. Dzisiaj zauważyłem jak w zlewie plącze się mini karaluch. Nie wiem czy to młodzieńcza głupota go tu zawiodła, czy może to taka strategia starych karaluchów, które małych zwiadowców wysyłają na zatracenie.
W Pension Roma zadomawiam się szybko. Często przecież przychodzi mi mieszkać tu czy tam. Przy pomocy komputera, przedłużacza, kilku ładowarek, aparatu, głośnika wi-fi i przenośnej lampki szybko odbudowuję sobie namiastkę domu. Nawet jeżeli pojawiam się tu tylko chwilę. Wierzę, że w Pension Roma adaptuję się nieco szybciej niż zwykle. Mieszkam tu pod dwudziestką, tak jak na własnych, odwiecznych, polskich śmieciach.
Po południu spotykam się z Martą. To typ osobowości, który definiuje sytuację odruchowo, kreuje wokół siebie rzeczywistość rezonującą z jej jasno nakreśloną wizją. To typ, co mówi. Mówi, żebym pojechał do monastyru, spotkać się z Mariem. Nie mam nic innego do roboty. Jadę.
Uber jest błogosławieństwem! Jego siła sprawcza staje się udziałem każdego, kto ma smartfona, kartę i chce zaoszczędzić na przemieszczaniu się po dużym mieście. W Kairze na samochód czeka się co najwyżej kilka minut. Mimo że wklepuję adres do aplikacji, kierowca i tak pyta mnie gdzie jechać. W drodze na spotkanie z Mariem szybko opuszczamy zabudowę kolonialną. Jej pożółkłe, przyprószone piaskowym pyłem fasady zdobią stosunkowo niewielką powierzchnię centrum tego afrykańskiego giganta. Po kilku minutach krajobraz pustynnieje. To znaczy wciąż wszędzie wokół pełno domów, meczetów z tą różnicą, że w ich pobliżu brak jakiejkolwiek roślinności. Miasto z chudych cegieł, z nagiego betonu przykrywa połacie wyrwane kamienistej pustyni. Teraz mijamy Miasto Umarłych. Rzędy średniowiecznych grobowców przypominają domy mieszkalne. Ciągną przez kilka dobrych kilometrów. Jadąc ruchliwą dwupasmową drogą przez chwilę mam przed sobą panoramę miasta, którego architektura wyrasta z otaczającej go pustyni. Jest jej materialnym przedłużeniem uformowanym w geometrię chwiejną, rzadko owłosioną stalowymi prętami. Esencja pustyni i jej tworzywo jednocześnie. Miasto Śmieciarzy góruje nad okolicą. 
- Tu trafiają śmieci z całego Kairu - informuje kierowca i każe mi zamknąć okno. Wszystkie odpadki z dwudziestomilionowego Kairu! W 1969 roku dekretem władz miasta eksmitowano na pustynię kilkaset koptyjskich rodzin. Dzisiaj to siedemdziesięciotysięczne osiedle kairskich śmieciarzy, jedna z największych koptyjskich enklaw muzułmańskiego Egiptu, od dawna wchłonięte przez Kair.
Mario mieszka w stolicy od dwudziestu pięciu lat. Ten były archeolog służy w świątyni wzniesionej ponad Miastem Śmieciarzy. To dla nich wydrążono miliony ton skał. Swąd niewidzialnej mgły wypełnia teraz jamę, na dnie której umieszczono ołtarz tego największego w Afryce kościoła. Mario oprowadza mnie po monastyrze. Płaskorzeźby jego autorstwa zdobią ściany mniejszej jaskini. Opowiada historię kościoła Koptów. - W samym Mieście Śmieciarzy doszło już do czterech zmartwychwstań - informuje mnie tak, jakby powoływał się na jakąś oficjalną statystykę narodzin. Nie szuka potwierdzenia w reakcjach, mówi jak misjonarz. W dokumencie na swój temat, do którego podsyła mi link, szyje opowieść tym samym ściegiem. Taki styl apostolatu.
Do miejsca, w którym mam nadzieje złapać Ubera kluczę ulicami Miasta Śmieciarzy. - Nie idź główną - radzi Mario - tylko od razu za mostem w lewo. Rzeczywiście. Ulice są tu węższe, pełne zaułków, w których uwijają się sortownicy. Pozanurzani w mrokach bebechów wielopiętrowych konstrukcji z nagiej cegły wykonują z pokorą swoje syzyfowe prace. Powietrze jest słodkie. Z odpadów składowanych tu nieustannie od niemal pięćdziesięciu lat sączy się jad. Zabudowa, jej ulice, niedoświetlone wnętrza, betonowe schody, sklepy i kawiarnie z sziszą pootwierane na oścież, wszystko spowija ta sama chorobotwórcza aura. Promieniuje daleko, poza ostatnie zabudowania dzielnicy tej najniżej z kairskich kast. Śmiecie przez cały dzień napływają tu nieustającym strumieniem. Z dala od głównej arterii dzielnicy, mijam góry posortowanych odpadków. Sterty worów pełne mniejszych worków czekają na wstępną inspekcje. Coraz częściej natrafiam na niezadowolone twarze. Szczególnie kobiety nie chcą, żeby ktoś je podglądał jak gołymi rękami grzebią w zgniliźnie. Moja obecność nadaje ich pracy niecodziennego kontekstu. Niektórzy z mieszkańców czują się poniżeni, a przecież wykonują tylko swoje zadanie. Po powrocie do hotelu piorę ciuchy i biorę długi prysznic. Mdli mnie na każde wspomnienie lepkiej alejki przesiąkniętej słodyczą prastarej zgnilizny. Całą noc i następne kilka dni przechorowuję.
Piątego dnia przenoszę się w nowe miejsce. Intercontinental przy placu Tahrir. Od dzisiaj jestem oficjalnym gościem festiwalu. Dla każdego, kto chce zobaczyć zafałszowany obraz lokalnej rzeczywistości, pobyt w pięciogwiardkowcu to strzał w dziesiątkę. Ale arabska gościnność zobowiązuje organizatorów do ulokowania nas w wypaśnych przestrzeniach, w warunkach pięciogwiazdkowej sterylności, dbałości o bezpieczeństwo godnej dyplomatów wysokiego szczebla. Są więc barykady, uzbrojeni strażnicy, skanery bagażu i zgięci kelnerzy. Widok na Nil z dwudziestego piątego piętra, dziewczyny wysiadujące nocami w hotelowym lobby i spece od papirusów powleczonych kiczem. Wieczorem szwendam się w poszukiwaniu jedzenia po bocznych uliczkach koło Tahriru. Pracujący na straganie młody arab wścieka się, gdy przestaję rozumieć, co do mnie bebla. Jego kumpel już dawno się połapał. - Jesteśmy w Egipcie, więc gadaj po arabsku - odcina się jebaniutki, kiedy proponuję, żebyśmy tak na angielski przeszli . 
Zespół spotykam na śniadaniu. Grzechu, Mizer i Młody. Gęby nam się nie zamykają przez kilka dobrych godzin. Też lubią rozmawiać o tym, co w życiu na pozór nieistotne. Popołudnie spędzamy na mieście. Uliczne stragany z owocami, mięsem - ludowa dzielnica, gdzie egipską biedę widać jak na dłoni. Nikt nas nie nęka, czasami ktoś pomacha. Chodzimy, jemy, gadamy, patrzymy.
Organizacja festiwalu oparta na pracy wolontariuszy ma specyficzny koloryt, szczególnie gdy ci zmieniają się z edycji na edycję. Przesunięcia, opóźnienia, czekanie - oto rzeczywistość, która zawsze wystawia na próbę. Sala koncertowa amerykańskiego kampusu oddalona jest od centrum o jakieś trzydzieści kilometrów. Sprzęt wyładowujemy Pod Pepsi Gate i chwilę czekamy. Sprawdzają nam dokumenty i przepuszczają bagaże przez skaner. Menadżer sceny od razu informuje, że mamy już godzinę spóźnienia. Chłopaki znikają na rekonesans, a ja odsypiam zemstę wszystkich faraonów na podłodze garderoby wychłodzonej jak prosektorium. Za legowisko służy mi futerał z basówki Matiego. Do koncertu pozostało cztery godziny. Co jakiś czas drzemkę przerywa mi dźwięk otwieranych drzwi. Ktoś uspokaja swoje sumienie, ktoś inny chce naładować telefon. Kiedy wychodzimy na scenę, publiczność jest już ospała. To dla niech szósty występ z rzędu. Część koncertu prowadzę po arabsku. Mówię albo czytam z kartki. Noc przesypiam snem zasłużonego dla polskiej dyplomacji.
Ambasada RP w Kairze to imponująca willa z w stylu kolonialnym z ogrodem. Przy wejściu mundurowy Polak przetrzepuje dokładnie każdego z osobna. Zatrzymuje nasze paszporty i telefony. Do pokoju, w którym sączymy kawkę w towarzystwie Marty, Ambasador wpada na krótką pogawędkę. Rozmowy toczą się bez zbędnej pompy. Szkoda na nią czasu. To jego przerwa na oddech od niedzielnej gorączki. To ona wyznacza w Egipcie początek roboczego tygodnia. To w końcu al-jaum al-ahad czyli dzień pierwszy.
Po spotkaniu chłopaki namawiają mnie, żebym jechał zobaczyć te piramidy. Dwadzieścia osiem lat temu ruszyłem autostopem do Włoch 
- Jeszcze tu kiedyś wrócę - myślałem mijając Watykan na wyciągnięcie ręki. Do dzisiaj nie widziałem. Do Gizy Uberem docieramy w czterdzieści minut.
Tu, w turystycznym raju pod piramidami spełniają się podróżnicze koszmary. Hordy sfrustrowanych opychaczy badziewia krążą w poszukiwaniu ofiar. Udają gościnność a potem wściekają się gdy się ktoś szybko połapie. Grzechu i Mati idą pobujać się wokół Piramidy Cheopsa. Mizer i ja ruszamy do jej wnętrza. Na kolana chamy! Niski, pochylony ku górze korytarz nakazuje klaustrofobiczny marsz w półskłonie, jak w sztolni na grubie, w samym przodku. Po trzydziestu metrach docieramy do większej komnaty. Stoimy zziajani nie mogąc nasycić się tlenem, którego w otaczającym nas powietrzu jest po prostu za mało. Hinduska rodzina czeka u wylotu z wąskiego gardła, które nas tu przywiodło, kontemplując rezygnację z dalszej wycieczki. Teraz już powolnym krokiem pokonujemy dalszą pochyłość. Oczywiście wspominamy Indianę Jonesa i rozmawiamy o historii. Mizer jest ciekawy świata, lubi czytać. Poza tym przepełniają go pozytywy. Jest zrównoważony. To cecha wśród muzyków rzadko spotykana. Nasza kilkuminutowa wspinaczka kończy się ostatecznym, krótkim marszem w pokłonie. Wchodzimy przecież do sali, w której umieszczono sarkofag. Prostopadłościan komnaty poraża precyzją wykonania. Wielotonowe, kamienne bloki przylegają do siebie nadzwyczaj szczelnie, od pięciu tysięcy lat...
Cairo Jazz Club znajduje się na sztucznej wyspie w miejscu, gdzie szerokość Nilu sięgnęła przesady. Jak to w prywatnym interesie styl prowadzenia lokalu opiera się wpływom lokalnej kultury. Nic tu nie dzieje się w rytmie inshallah. Tu regulatorem jest czas i zysk. Publiczność zaczyna schodzić się po dziesiątej. Menadżer o jedenastej zaprasza nas do pracy. Nagłośnienie wypełnia dźwiękiem wszystkie zakamarki klubu i dobrze! Arabska publiczność jeszcze przed chwilą nie widziała, po co tu się znalazła, ale już wie, że dostanie to czego chce. Chce doznać absurdu na styku dwóch samowyzwalających się światów: muzyki improwizowanej i życia spętanego tradycją. Jakaś Arabka tańczy w rytm tego, co gramy. Ciekawość, z jaką słuchają nas miejscowi wypełnia nasze twórcze obwody nową, nieznaną energią. Choć na dobrą sprawę jest ich tylko garstka, uwielbiam takie koncerty! W drodze powrotnej do hotelu przyglądam się jak nocny Kair spowalnia tempo. Za to w indyjskiej cukierni w pobliżu Pension Roma wieczorami jak zwykle tłok. Ludzie ocierają się o siebie w poszukiwaniu ulubionych słodkości. Tłoczą się, gdzie nie gdzie przepychają. - Cukiernia Niewolnik - głosi jej pokręcona nazwa. Tak, wokół łakocia zawsze będzie tętnić życie...
Sfinks? Pierdolę Sfinksa! Wolę Pension Roma.