piątek, 14 grudnia 2018

The Letter for J

Asia that attracts me is deprived of courtesy as Westerners are used to. No hellos, no goodbyes, no asking for names, no needs to express grattitude for being handed over things already paid for. In the long run it can be tiring too. No petty talks, no free smiles and without a family no one really matters here. The state doesn't care for sure. But people enjoy a different kind of state - the one of community in an almost gypsy or even a tribal way. Gates are wide open for everyone to see those living rooms where most of lives are lived. The privacy is scarse but in the end things end up more relaxed. It's just fewer secrets left to hold on to.

Physical confrontations? I got myself into one of those a few times in Europe long past my childhood and I took notice. The West is built on idividualism. That makes a huge difference in terms of ability to control overgrowing egos as compared to collective ways of Asians always governed over by a strong ruler. If you are brought up thinking that the individual is more important than the whole you will sure grow up antagonistic. But the Asian ways are forced by harsh realities rather than a communal spirit of a conscious quest toward paradise. Socio-communist Poland would share some aspects of it as well. It only began to feel gone in times of changes demo-capitalism imposed. Money always win. Isn't that sad? I hate that money controls everything but sadness is the nature of melancholy and melancholy is a theme of the past. In fact no one minds money in control as long as they have plenty of it to wage some kind of countercontrol. But Asia! Physical confrontations! Something men always have to be careful of? I would tend to think so but the Cantonese, the Vietnamese, the Cambodian, the Laotian, they are tinier. It's not that they cannot be aggresive. It's the idea of provoking a fight with a heavier opponent that never really occurs to anyone. I saw them wrestling among their own kind. 
Sure. Good night. We will not talk again... 

wtorek, 13 listopada 2018

wycinek: Daremna taktyka

W Weimarze dzisiaj oddychanie i krzyk! Publiczne wydawanie z siebie jęków, skamleń i okrzyków podczas zajęć wokalnych to otwarcie świata intymnych spraw na obcą inspekcję, potencjalną ingerencję. To grzebanie w koszach z brudną bielizną w obecności odpowiedzialnych za te plamy i zapachy. Salwami teatralnego rechotu będą zagłuszać swoje zażenowanie, ale to daremna taktyka. W sformalizowanym życiu śmiech zbyt często staje się narzędziem. Dowody lojalności, świadectwa poparcia, ucieczki przed zakłopotaniem. Tradycja zagrywania uśmiechem jest na zachodzie szczególnie silna. Zajęcia mijają mi szybko.  

piątek, 19 października 2018

Wycinek: O językach Arabów Lingo Widokówka Geopolityczna

Nauka języka arabskiej ulicy przypomina naukę conajmniej kilku słowiańskich języków naraz. Praktycznie każdy Arab mówi inaczej. Tak mówi się w jego rodzinie, albo w jego wsi, w jego mieście, plemieniu, regionie. Poziom beduińskiej krwi w roztworze ma równie ogromne znaczenie. To on określa na ile mowa wielkich miast oddaliła się już od dawnej mowy "prawdziwej". Tendencja zauważalna tam, gdzie rozbrzmiewają gwary semickie na styku kultury beduinów i mieszkańców ośrodków miejskich, od Atlantyku po Ocean Indyjski. Innowacja w odmianie czasowników, linią Nilu wyznacza granicę podziału na języki Arabów Zachodnich i Wschodnich. Libijczyk z miasta zrozumie Libijczyka z innego miasta dużo łatwiej, niż Beduina koczującego nieopodal. Miasta, im dalej od siebie położone na mapie Świata Arabów, tym mniej zrozumiali dla siebie stają się ich mieszkańcy. Libijczyk pojmie Algierczyka w najlepszym przypadku tak, jak osłuchany z językiem sąsiadów Polak Czecha. To tamtejsi Słowianie Północni. Ten sam Libijczyk nie będzie za to swobodnie rozumiał Saudyjczyka. Saudyjczyk, jak Serb Bułgara, bo to Słowianie Południowi, z łatwością zrozumie Kuwejtczyka. Ów Saudyjczyk w Libii załapie jednak tyle, co w Serbii Polak. To przepaść pomiędzy słowiańszczyzną Północy i Południa. Za to Beduin z Libii poczuje się pewniej w towarzystwie gadatliwego kuzyna z Iraku niż mieszkaniec libijskiego miasta w rozmowie ze swoim irakijskim odpowiednikiem. To obecność Beduinów utrwala pamięć o najpierwotniejszej mowie Arabów. Wiedza praktyczna przekazywana z pokolenia na pokolenie wciąż opiera się presji skundlonych gwar terenów zurbanizowanych. Ocalić ile tylko się da z ruin niematerialnej kultury pierwszych Semitów! To jeden z powodów, dla których Arabia nigdy tak na prawdę nie była dostępna. Dynamiczny przyrost populacji w wielkich ośrodkach handlowych przyczynił się do uproszczenia i ujednolicenia języka. Mowa potoczna mieszkańców Dżeddy - najbardziej kosmopolitycznego ośrodka królestwa Saudów, różni się od dialektów pozostałej części kraju. Od czasu proklamowania Królestwa Arabii Saudyjskiej ten ultra religijny, pustynny kraj dopiero w grudniu po raz pierwszy otworzy się na turystów z Zachodu. Gwary Beduinów krążących po bezdrożach Sahary, Synaju, Mezopotamii czy Nedżdu wciąż zachowują cechy języków przedislamskiej Arabii. To one podczas Wielkiej Ekspansji Islamu rozlały się po Afryce Północnej by wsiąknąć w mowę saharyjskich Nomadów. Dlatego nauka semickich gwar wymaga pokory. Ich różnorodność nie ułatwia zapamiętywania słów. Te zawsze podlegają wariacjom w obszarze samogłosek, choć wymowa spółgłosek w zależności od regionu też często ulega znacznym modyfikacjom. Kura w klasycznym arabskim to dadżadża, po egipsku to dagaga a po bahrajńsku dajaja. Ale do obsesji Arabów nie zalicza się poprawności językowej. Nikt w zasadzie nie wie, co do końca jest poprawne. Być zrozumianym i rozumieć: oto ostateczny cel komunikacji! Pustynny piach na ulicach miast nie razi tu nikogo.

środa, 17 października 2018

Pension Roma

Dochodzi północ. Ludzie upchani są na ciasno. Toboły ponabijane w schowkach nad głowami, wciśnięte pomiędzy nogi w rozkroku, pod siedzenia. To tu rozpoczyna swój powietrzny marsz afrykańska karawana. Za każdym razem, gdy udaje mi się odpłynąć w sen, facet po mojej prawicy wierci się w poszukiwaniu pozycji, której nie da się znaleźć. - Siedź i się nie ruszaj! - usztywniam go na twarde gardło i przymrużone oczyNa lotnisku, przed stanowiskami odprawy paszportowej czeka już na mnie Hany, pracownik tutejszej ambasady. U jego boku omijam skanery bagażu.
- Pamiętaj! Będziesz mieszkał w samym centrum miasta - wyjaśnia - Tu się roi od naciągaczy. Jak ktoś cię zagada, ignoruj. Jak ktoś ci popatrzy w oczy, unikaj spojrzenia. Obserwuj wszystko z daleka! Jesteś w Kairze.
Nigdy wcześniej nie jechałem opancerzonym samochodem. - Od czasu rewolucji tutejsze ambasady przesiadły się na ciężki sprzęt. Na początku Ameryka poparła reżim Mubaraka, więc dyplomatów uznano za antyrewolucjonistów. - Prostemu człowiekowi wystarczy raz wskazać przeciwko komu toczy się walka – wyjaśnia Hany te stukilogramowe drzwi i szyby aż błękitne od nadmiaru szkła. Do hotelu kluczymy ze swadą ulicami pogrążonego we śnie miasta. Samochód wychyla się na zakrętach jakby chciał wyskoczyć z drogi. Czuć jego inercję, jego ciężar. Teraz płynie gładko wiaduktem w górę, do wysokości trzeciego piętra kamienic po obu stronach. Sporadyczna żółć latarnianych świateł ujawnia sylwetkę kroczącego w ciszy. 
Pension Roma! Tu czas zatrzymał się w latach trzydziestych. Kabina windy sunie na czwarte piętro we wnętrzu prostokąta spirali kamiennych schodów. Cierpliwe podeszwy wyżłobiły przy ścianie niewielkie koryto oplatając szyb windy alternatywną, chwiejną spiralą. Portier wpisuje moje nazwisko do wielkiej księgi i w szeregu rubryczek zaznacza ołówkiem ilość opłaconych nocy. Na sosnowej podłodze pokoju wymalowanego na czysto jest zlew, szafa z lustrem, niewielki stolik, fotel, biurko z krzesłem i szafka u wezgłowia. Staromodne meble z jednego kompletu, w jednym kolorze.
- Jestem perfekcjonistką – podkreśla równie staromodna właścicielka, gdy zjawiam się na recepcji z prośbą, żeby pokojowi nie szwendali mi się po izbie. Faktycznie jest perfekcjonistką. Po powrocie z pierwszego rekonesansu pokój zastaję wysprzątany.
Nauka języka arabskiej ulicy przypomina naukę co najmniej kilku słowiańskich języków naraz. Praktycznie każdy Arab mówi inaczej. Tak mówi się w jego rodzinie, albo w jego wsi, w jego mieście, plemieniu, regionie. Poziom beduińskiej krwi w roztworze ma równie ogromne znaczenie. To on określa na ile mowa wielkich miast oddaliła się już od dawnej mowy "prawdziwej". Tendencja dominująca tam, gdzie rozbrzmiewają gwary semickie, od Atlantyku po Ocean Indyjski. Pozornie nieistotna innowacja językowa linią Nilu wyznacza granicę podziału na Arabów Zachodnich i Wschodnich. Libijczyk z miasta zrozumie Libijczyka z innego miasta dużo łatwiej, niż Beduina koczującego nieopodal. Miasta, im dalej od siebie położone na mapie Świata Arabów, tym mniej zrozumiali dla siebie stają się ich mieszkańcy. Libijczyk pojmie Algierczyka w najlepszym przypadku tak, jak osłuchany z językiem sąsiadów Polak Czecha. Powiedzmy, że to tamtejsi Słowianie Północni. Ten sam Libijczyk nie będzie za to swobodnie rozumiał Saudyjczyka. Saudyjczyk, jak Serb Bułgara, bo to Słowianie Południowi, z łatwością zrozumie Kuwejtczyka. Ów Saudyjczyk w Libii załapie jednak tyle, co w Serbii Polak. To przepaść pomiędzy słowiańszczyzną Północy i Południa. Za to Beduin z Libii poczuje się pewniej w towarzystwie gadatliwego kuzyna z Iraku niż mieszkaniec libijskiego miasta w rozmowie ze swoim irakijskim odpowiednikiem. To obecność Beduinów utrwala pamięć o najpierwotniejszej mowie Arabów. Wiedza praktyczna przekazywana z pokolenia na pokolenie wciąż opiera się presji skundlonych gwar terenów miejskich. Ocalić ile tylko się da z ruin niematerialnej kultury pierwszych Arabów! To jeden z powodów, dla których dzisiejsza Arabia Saudyjska nigdy tak na prawdę nie była dostępna. Dynamiczny przyrost populacji w wielkich ośrodkach handlowych przyczynił się do ewolucji języka poprzez dążenie do jednolitości. Mowa potoczna mieszkańców Dżeddy - najbardziej kosmopolitycznego ośrodka królestwa Saudów, różni się od dialektów pozostałej części kraju. Od czasu proklamowania Królestwa Arabii Saudyjskiej ten ultra religijny, pustynny kraj dopiero w grudniu po raz pierwszy otworzy się na turystów z Zachodu. Gwary Beduinów krążących po bezdrożach Sahary, Synaju, Mezopotamii czy Nedżdu wciąż zachowują cechy języków przedislamskiej Arabii. To one podczas Wielkiej Ekspansji Islamu rozlały się po Afryce Północnej by wsiąknąć w mowę saharyjskich Nomadów. Dlatego nauka semickich gwar wymaga pokory. Ich różnorodność nie ułatwia zapamiętywania słów. Te zawsze podlegają wariacjom w obszarze samogłosek, choć wymowa spółgłosek w zależności od regionu często ulega znacznym modyfikacjom. Kura w klasycznym arabskim to dadżadża, po egipsku to dagaga a po bahrajńsku to dajaja. Ale do obsesji Arabów nie można zaliczyć poprawności językowej. Nikt w zasadzie nie wie, co do końca jest poprawne. Być zrozumianym i rozumieć: oto ostateczny cel komunikacji! Szczegóły nie mają znaczenia. To pustynny piach hulający po ulicach miast.
Afryka jest pierwotna. Tutaj wszystko wzięło swój początek. Prawdziwie wielkomiejską zabudowę Kairu pokrywa odwieczny, piaskowy pył. Kluczę wąskimi uliczkami mijając świat zdezelowany. Warsztaty pracy nie większe od dworcowego wychodka, a w nich samotna żarówka, kręte schody znikające w mrocznej jamie bramy wymurowanej jakby na oko. Podążam za ludźmi. To najlepsza metoda na wkomponowanie się bez zbędnych pytań. Z wolna, jak święta krowa błąkam się po skrzyżowaniach i rondach, na przełaj, na czerwonym, pod okiem policji. Wciskam się w tłum po odbiór swojej porcji fasoli, macham rachunkiem ponad głowami innych wymachujących swoimi rachunkami i prę do przodu, żeby zagospodarować ten uwalniający się na chwilę skrawek przestrzeni zanim ktoś to zrobi za mnie. Oddaję się nowemu światu z ufnością. Na przekór przestrogom Hany'ego chodzę powoli i patrze ludziom w oczy.
W Pension Roma czas płynie powoli. Samotność pierwszych dni po przyjeździe sprawia, że nie ciągnie mnie na miasto. Przez to wcześnie chodzę spać. W nocy budzi mnie wezwanie do modlitwy. Głośnik minaretu, którego wciąż nie potrafię zlokalizować musi być gdzieś bardzo blisko. W postawnym głosie muezzina-palacza słychać niedomykające się struny głosowe. Poranne śniadania! W jadłodajni zatopionej w chłodnym półmroku trwa leniwy rytuał. Ten sam kelner w alabastrowej liberii codziennie podaje ten sam zestaw śniadaniowy. - Kawa? Herbata? Alabastrowe ściany i sufity w zestawieniu z pociemniałem brązem umeblowania i boazerii z drewna wypełniają pensjonat jakimś ponurym ciepłem. Dzisiaj zauważyłem jak w zlewie plącze się mini karaluch. Nie wiem czy to młodzieńcza głupota go tu zawiodła, czy może to taka strategia starych karaluchów, które małych zwiadowców wysyłają na zatracenie.
W Pension Roma zadomawiam się szybko. Często przecież przychodzi mi mieszkać tu czy tam. Przy pomocy komputera, przedłużacza, kilku ładowarek, aparatu, głośnika wi-fi i przenośnej lampki szybko odbudowuję sobie namiastkę domu. Nawet jeżeli pojawiam się tu tylko chwilę. Wierzę, że w Pension Roma adaptuję się nieco szybciej niż zwykle. Mieszkam tu pod dwudziestką, tak jak na własnych, odwiecznych, polskich śmieciach.
Po południu spotykam się z Martą. To typ osobowości, który definiuje sytuację odruchowo, kreuje wokół siebie rzeczywistość rezonującą z jej jasno nakreśloną wizją. To typ, co mówi. Mówi, żebym pojechał do monastyru, spotkać się z Mariem. Nie mam nic innego do roboty. Jadę.
Uber jest błogosławieństwem! Jego siła sprawcza staje się udziałem każdego, kto ma smartfona, kartę i chce zaoszczędzić na przemieszczaniu się po dużym mieście. W Kairze na samochód czeka się co najwyżej kilka minut. Mimo że wklepuję adres do aplikacji, kierowca i tak pyta mnie gdzie jechać. W drodze na spotkanie z Mariem szybko opuszczamy zabudowę kolonialną. Jej pożółkłe, przyprószone piaskowym pyłem fasady zdobią stosunkowo niewielką powierzchnię centrum tego afrykańskiego giganta. Po kilku minutach krajobraz pustynnieje. To znaczy wciąż wszędzie wokół pełno domów, meczetów z tą różnicą, że w ich pobliżu brak jakiejkolwiek roślinności. Miasto z chudych cegieł, z nagiego betonu przykrywa połacie wyrwane kamienistej pustyni. Teraz mijamy Miasto Umarłych. Rzędy średniowiecznych grobowców przypominają domy mieszkalne. Ciągną przez kilka dobrych kilometrów. Jadąc ruchliwą dwupasmową drogą przez chwilę mam przed sobą panoramę miasta, którego architektura wyrasta z otaczającej go pustyni. Jest jej materialnym przedłużeniem uformowanym w geometrię chwiejną, rzadko owłosioną stalowymi prętami. Esencja pustyni i jej tworzywo jednocześnie. Miasto Śmieciarzy góruje nad okolicą. 
- Tu trafiają śmieci z całego Kairu - informuje kierowca i każe mi zamknąć okno. Wszystkie odpadki z dwudziestomilionowego Kairu! W 1969 roku dekretem władz miasta eksmitowano na pustynię kilkaset koptyjskich rodzin. Dzisiaj to siedemdziesięciotysięczne osiedle kairskich śmieciarzy, jedna z największych koptyjskich enklaw muzułmańskiego Egiptu, od dawna wchłonięte przez Kair.
Mario mieszka w stolicy od dwudziestu pięciu lat. Ten były archeolog służy w świątyni wzniesionej ponad Miastem Śmieciarzy. To dla nich wydrążono miliony ton skał. Swąd niewidzialnej mgły wypełnia teraz jamę, na dnie której umieszczono ołtarz tego największego w Afryce kościoła. Mario oprowadza mnie po monastyrze. Płaskorzeźby jego autorstwa zdobią ściany mniejszej jaskini. Opowiada historię kościoła Koptów. - W samym Mieście Śmieciarzy doszło już do czterech zmartwychwstań - informuje mnie tak, jakby powoływał się na jakąś oficjalną statystykę narodzin. Nie szuka potwierdzenia w reakcjach, mówi jak misjonarz. W dokumencie na swój temat, do którego podsyła mi link, szyje tym samym ściegiem. Taki styl apostolatu.
Do miejsca, w którym mam nadzieje złapać Ubera kluczę ulicami Miasta Śmieciarzy. - Nie idź główną - radzi Mario - tylko od razu za mostem w lewo. Rzeczywiście. Ulice są tu węższe, pełne zaułków, w których uwijają się sortownicy. Pozanurzani w mrokach bebechów wielopiętrowych konstrukcji z nagiej cegły wykonują z pokorą swoje syzyfowe prace. Powietrze jest słodkie. Z odpadów składowanych tu nieustannie od niemal pięćdziesięciu lat sączy się jad. Zatruł już wszystko na dobre. Zabudowa, jej ulice, niedoświetlone wnętrza, betonowe schody, sklepy i kawiarnie z sziszą pootwierane na oścież, wszystko spowija ta sama chorobotwórcza aura. Promieniuje daleko, poza ostatnie zabudowania dzielnicy tej najniżej z kairskich kast. Śmiecie przez cały dzień napływają tu nieustającym strumieniem. Z dala od głównej arterii dzielnicy, mijam góry posortowanych odpadków. Sterty worów pełne mniejszych worków czekają na wstępną inspekcje. Coraz częściej natrafiam na niezadowolone twarze. Szczególnie kobiety nie chcą, żeby ktoś je podglądał jak gołymi rękami grzebią w zgniliźnie. Moja obecność nadaje ich pracy niecodziennego kontekstu. Niektórzy z mieszkańców czują się poniżeni, a przecież wykonują tylko swoje zadanie. Po powrocie do hotelu piorę ciuchy i biorę długi prysznic. Mdli mnie na każde wspomnienie lepkiej alejki przesiąkniętej słodyczą prastarej zgnilizny. Całą noc i następne kilka dni przechorowuję.
Piątego dnia przenoszę się w nowe miejsce. Intercontinental przy placu Tahrir. Od dzisiaj jestem oficjalnym gościem festiwalu. Dla każdego, kto chce zobaczyć zafałszowany obraz lokalnej rzeczywistości, pobyt w pięciogwiardkowcu to strzał w dziesiątkę. Ale arabska gościnność zobowiązuje organizatorów do ulokowania nas w wypaśnych przestrzeniach, w warunkach pięciogwiazdkowej sterylności, dbałości o bezpieczeństwo godnej dyplomatów wysokiego szczebla. Są więc barykady, uzbrojeni strażnicy, skanery bagażu i zgięci kelnerzy. Widok na Nil z dwudziestego piątego piętra, dziewczyny wysiadujące nocami w hotelowym lobby i spece od papirusów powleczonych kiczem. Wieczorem szwendam się w poszukiwaniu jedzenia po bocznych uliczkach koło Tahriru. Pracujący na straganie młody arab wścieka się, gdy przestaję rozumieć, co do mnie bebla. Jego kumpel już dawno się połapał. - Jesteśmy w Egipcie, więc gadaj po arabsku - odcina się jebaniutki, kiedy proponuję, żebyśmy tak na angielski przeszli . 
Zespół spotykam na śniadaniu. Grzechu, Mizer i Młody. Gęby nam się nie zamykają przez kilka dobrych godzin. Też lubią rozmawiać o tym, co w życiu na pozór nieistotne. Popołudnie spędzamy na mieście. Uliczne stragany z owocami, mięsem - ludowa dzielnica, gdzie egipską biedę widać jak na dłoni. Nikt nas nie nęka, czasami ktoś pomacha. Chodzimy, jemy, gadamy, patrzymy.
Organizacja festiwalu oparta na pracy wolontariuszy ma specyficzny koloryt, szczególnie gdy ci zmieniają się z edycji na edycję. Przesunięcia, opóźnienia, czekanie - oto rzeczywistość, która zawsze wystawia na próbę. Sala koncertowa amerykańskiego kampusu oddalona jest od centrum o jakieś trzydzieści kilometrów. Sprzęt wyładowujemy Pod Pepsi Gate i chwilę czekamy. Sprawdzają nam dokumenty i przepuszczają bagaże przez skaner. Menadżer sceny od razu informuje, że mamy już godzinę spóźnienia. Chłopaki znikają na rekonesans, a ja odsypiam zemstę wszystkich faraonów na podłodze garderoby wychłodzonej jak prosektorium. Za legowisko służy mi futerał z basówki Matiego. Do koncertu pozostało cztery godziny. Co jakiś czas drzemkę przerywa mi dźwięk otwieranych drzwi. Ktoś uspokaja swoje sumienie, ktoś inny chce naładować telefon. Kiedy wychodzimy na scenę, publiczność jest już ospała. To dla niech szósty występ z rzędu. Część koncertu prowadzę po arabsku. Mówię albo czytam z kartki. Noc przesypiam snem zasłużonego dla polskiej dyplomacji.
Ambasada RP w Kairze to imponująca willa z w stylu kolonialnym z ogrodem. Przy wejściu mundurowy Polak przetrzepuje dokładnie każdego z osobna. Zatrzymuje nasze paszporty i telefony. Do pokoju, w którym sączymy kawkę w towarzystwie Marty, Ambasador wpada na krótką pogawędkę. Rozmowy toczą się bez zbędnej pompy. Szkoda na nią czasu. To jego przerwa na oddech od niedzielnej gorączki. To ona wyznacza w Egipcie początek roboczego tygodnia. To w końcu al-jaum al-ahad czyli dzień pierwszy.
Po spotkaniu chłopaki namawiają mnie, żebym jechał zobaczyć te piramidy. Dwadzieścia osiem lat temu ruszyłem autostopem do Włoch 
- Jeszcze tu kiedyś wrócę - myślałem mijając Watykan na wyciągnięcie ręki. Do dzisiaj nie widziałem. Do Gizy Uberem docieramy w czterdzieści minut.
Tu, w turystycznym raju pod piramidami spełniają się podróżnicze koszmary. Hordy sfrustrowanych opychaczy badziewia krążą w poszukiwaniu ofiar. Udają gościnność a potem wściekają się gdy się ktoś szybko połapie. Grzechu i Mati idą pobujać się wokół Piramidy Cheopsa. Mizer i ja ruszamy do jej wnętrza. Na kolana chamy! Niski, pochylony ku górze korytarz nakazuje klaustrofobiczny marsz w półskłonie, jak w sztolni na grubie, w samym przodku. Po trzydziestu metrach docieramy do większej komnaty. Stoimy zziajani nie mogąc nasycić się tlenem, którego w otaczającym nas powietrzu jest po prostu za mało. Hinduska rodzina czeka u wylotu z wąskiego gardła, które nas tu przywiodło, kontemplując rezygnację z dalszej wycieczki. Teraz już powolnym krokiem pokonujemy dalszą pochyłość. Oczywiście wspominamy Indianę Jonesa i rozmawiamy o historii. Mizer jest ciekawy świata, lubi czytać. Poza tym przepełniają go pozytywy. Jest zrównoważony. To cecha wśród muzyków rzadko spotykana. Nasza kilkuminutowa wspinaczka kończy się ostatecznym, krótkim marszem w pokłonie. Wchodzimy przecież do sali, w której umieszczono sarkofag. Prostopadłościan komnaty poraża precyzją wykonania. Wielotonowe, kamienne bloki przylegają do siebie nadzwyczaj szczelnie, od pięciu tysięcy lat...
Cairo Jazz Club znajduje się na sztucznej wyspie w miejscu, gdzie szerokość Nilu sięgnęła przesady. Jak to w prywatnym interesie styl prowadzenia lokalu opiera się wpływom lokalnej kultury. Nic tu nie dzieje się w rytmie inshallah. Tu regulatorem jest czas i zysk. Publiczność zaczyna schodzić się po dziesiątej. Menadżer o jedenastej zaprasza nas do pracy. Nagłośnienie wypełnia dźwiękiem wszystkie zakamarki klubu i dobrze! Arabska publiczność jeszcze przed chwilą nie widziała, po co tu się znalazła, ale już wie, że dostanie to czego chce. Chce doznać absurdu na styku dwóch samowyzwalających się światów: muzyki improwizowanej i życia spętanego tradycją. Jakaś Arabka tańczy w rytm tego, co gramy. Ciekawość, z jaką słuchają nas miejscowi wypełnia nasze twórcze obwody nową, nieznaną energią. Choć na dobrą sprawę jest ich tylko garstka, uwielbiam takie koncerty! W drodze powrotnej do hotelu przyglądam się jak nocny Kair spowalnia tempo. Za to w indyjskiej cukierni w pobliżu Pension Roma wieczorami jak zwykle tłok. Ludzie ocierają się o siebie w poszukiwaniu ulubionych słodkości. Tłoczą się, gdzie nie gdzie przepychają. - Cukiernia Niewolnik - głosi jej pokręcona nazwa. Tak, wokół łakocia zawsze będzie tętnić życie...
Sfinks? Pierdolę Sfinksa! Wolę Pension Roma. 

wtorek, 11 września 2018

Wycinek: Ku chwale zuchwałym!

Tak, czwarte w moim przypadku studia dzienne rozpocząłem grubo po trzydziestce. Zaliczyłem dwie filologie i pewien powtarzający się schemat nie dawał się nie zauważyć. Żadnej jeszcze nie skończyłem, to raz, na filologiach dominują dziewczyny, tak jakby rolą mężczyzn było ciupanie kilofem, to dwa. Charakter studiów orientalistycznych w Krakowie miał jednak to coś, co wymykało się schematom. Lata studiów mijały na wertowaniu kserokopii po wynajętych przez uniwersytet norach. Introwertyczni wykładowcy, no może z pominięciem pani dziekan i kilku indywiduów, którzy rzeczywiście mogli pochwalić się biegłą znajomością języka mówionego, wprowadzali nas w stan hipnozy pogłębianej bzyczeniem świetlówki. Dziesiątki godzin wsłuchiwania się w beznamiętny przekaz pani od literatury arabskiej, setki godzin spędzonych na zajęciach z dialektów z arabami, którzy nie mieli pojęcia jak skutecznie odnaleźć się w roli wykładowców tej skądinąd szacownej uczelni. To, że na drugim roku znalazłem się z pominięciem pierwszego, też niczego nie ułatwiało. Po dwóch latach udowadniania, że dwa semestry przeskoczyłem nie bez powodu, byłem gotowy przetestować swoje nowe, nietypowe umiejętności w terenie. Zdecydowałem się wyjechać do Jemenu.

wtorek, 28 sierpnia 2018

Altruista

Laurent był lustrem. Odbijały się w nim ciekawskie spojrzenia badaczy własnej miernoty. Za to się cenił, choć działał pochopnie. Świadomość śmiertelności sprawiała, że odsuwał od siebie ludzi w nieubłaganym zacietrzewieniu. Zawsze przecież znajdą się inni. Wystrzegał się przy tym introwertyków przymuszanych do ekstrawersji, dla zachowania pozorów spokoju. Był altruistą. Wyniszczał się świadomie, ku przestrodze, na pokaz. Nic nie uszło mu na sucho!

środa, 15 sierpnia 2018

17. Cztery Pory w Raju: Transformacja Amerykańskiego Koszmaru

Sylwestra zdecydowałem się spędzić sam. Nie miałem już ochoty na towarzystwo poklepujących się po plecach polonusów, na imprezy u Janusza, podczas których oddawano cześć informatykowi, wodzowi, zwycięzcy. Znał przecież angielski, miał stałą robotę z ubezpieczeniem zdrowotnym, duży samochód, mieszkanie, którego nie musiał z nikim dzielić, młodszą o dziesięć lat żonę i zieloną kartę. Tej karty najbardziej mu wszyscy zazdrościli. To dla niej Andrzej upokarzał się w fabryce serów, latami dławiąc nienawiść do szefa, za rozłąkę z żoną, za to, że cyckała go do ostatniego grosza. To dla niej Marek zaciskał zęby podcierając porzuconego przez rodzinę dziadka po wylewie. To dla zieleni banknotów oddawaliśmy się w szpony Ameryki, która w swoim statutowym dążeniu do prawdy potępiała nielegalną imigrację, pasąc się cichaczem na jej zakneblowanym potencjale. Żeby amerykański sen nie tracił na wyrazistości. Iluzja równości napędzała demokrację na wzór rzymskiej, jakby te dwa tysiące lat też można było zamieść pod dywan. Czarne niewolnictwo, na którym wyrosły amerykańskie fortuny, zmieniło już kolor skóry na biały. Przystrojone w fatałaszki wolności wyboru, podsycane cichym przyzwoleniem dla nielegalnej pracy milionów imigrantów ugrzęzłych w szarej strefie zapewniało ciągłość polityki wyzysku. Tak działa nieustająca transformacja amerykańskiego koszmaru - American Dream!
Zakupy z East Orange wystarczały mi na długo. Tego wieczoru postarałem się tylko o butelkę whisky. Zalany tanim alkoholem, otumaniony samotnością z wyboru, cały wieczór wpatrywałem się w ekran telewizora. Świetlista kula wznosiła się ku górze, a głos odliczający sekundy pozostałe do końca roku, ostatecznie i na zawsze zanurzającego się w otchłani przeszłości, tonął w kaskadach euforii ogarniającej Times Square. Wszystko to działo się tak niedaleko. Wiwatujące tłumy. Deszcze konfetti, jak te podczas parady zwycięstwa symbolizującej koniec wielkiej wojny. Z turysty spragnionego doznań dających się przetworzyć na opowieści przy piwie, zmieniłem się w emigranta, któremu szkoda czasu i pieniędzy, żeby wyruszyć na ich poszukiwanie. Nie maiłem siły jechać pociągiem w tę samotną, mroźną noc, żeby połączyć się ze skandującym tłumem obcych. Nie chciałem już nic przeżywać. Wszystko wydawało się absurdalne.
Ostatni dzień w pracy był spóźnioną o dwa miesiące wigilią, osadzoną jak szlachetny kamień w prozie paradoksu. Kazik, Mietek, Tadek, Rychu: brudna robota, której od miesięcy końca nie było widać na przemian z urokami życia na komunie. Perspektywa powrotu do kraju, mimo całej pogardy dla niewolniczego trybu życia, rodziła we mnie przeczucie nadchodzącej za tym miejscem tęsknoty. Od Zbyszka-szefa firmy budowlanej, który okantował mnie do spółki z złodziejami z agencji pośrednictwa pracy na Green Poincie musiałem jeszcze wydrzeć trzy zaległe tygodniówki. Miałem na to kilka dni. W robocie krążyły już plotki o bankructwie firmy, a postawa towarzyszy od kielni nie nastrajała optymistycznie. 
- Lepiej się Młody w ogóle nie upominać. Jak się Zbyszek wkurwi, to nikomu nie wypłaci - mentalność niewolnika zawsze znajdzie emisariuszy swojej rozedrganej prawdy. Miałem dosyć roli wygnańca w świecie, dla którego mogłem tak na prawdę nie istnieć, w którym anonimowość rodziła obojętność. Rzygać mi się chciało od ideałów. Sprawiedliwość. Godność. Każdy z nas doświadczał tyle godności, ile zdołał wydrzeć nie oglądając się na innych. 
Na kilka dni przed wylotem do Polski w skrzynce pojawił się czek. Amerykańska skarbówka zwracała mi nadpłacone podatki za cztery miesiące roboty w siapie u Borysa. Ponad tysiąc dolarów, czyli roczną pensję w moim skarłowaciałym kraju! Na lewym social security, bez zezwolenia na pracę, na przeterminowanej, turystycznej wizie dostawałem to, co należało się każdemu, kto nie przekroczył średniej krajowej. I mógłbym tak harować do emerytury, a potem żyć w złotej klatce, bez paszportu, bez prawa do głosowania, w bezkrytycznym milczeniu, w zamian za przyzwolenie na wegetację w piwnicach Ameryki.
Oczekując na metro w drodze na  JFK  przyglądałem się rapującym na peronie chłopaczkom. Czerwony plecak ze stelażem oraz skórzana torba od Marty pęczniały od płyt, z którymi nie chciałem się rozstawać. Resztę dobytku wysłałem paczką morską. "Odzież używana" - informował list przewozowy. Po roku spędzonym w Ameryce nie było mnie stać na opłacenie cła za odtwarzacz CD i słuchawki. Wpatrując się w budynek terminalu z okna samolotu byłem pewien, że oto widzę Nowy Jork po raz ostatni. Podczas trwającego kilkanaście minut kołowania zachłannie pożerałem wzrokiem masywne sylwetki pojazdów poruszających się po płycie lotniska, odczytywałem nazwy przewoźników wymalowane na kadłubach mijanych boeingów 747 - Quantas, Air China, Saudi Airlines. Logo Air France zdobiło smukłą bryłę dziobatego jak sam bocian concorde'a. Podczas powietrznych manewrów łakomie utrwalałem w pamięci wieczorną panoramę Nowego Jorku. Jeszcze przez chwilę błyszczała po sam horyzont. Gdy majaczące w dole światła kanadyjskich miast ustąpiły czerni bezkresów Atlantyku, zanikły ostatnie sygnały stacji radiowych. Byłem w strefie przejściowej. Już nie w Ameryce, której obecność wciąż prześladowała mnie świeżością wspomnień, a jeszcze nie w Europie, do której już dawno nie należałem.
Obudził mnie lekki wstrząs. Wyjrzałem przez okno. Samolot przez krótką chwilę kołował po nierównościach niewielkiego lądowiska, po czym zamarł przed jedynym terminalem upstrzonym zdobieniami z różowego plastiku. Wystygłe kadłuby samolotów z napędem śmigłowym, jak zmokłe ptaki, co nie miały gdzie skryć się przed deszczem, spoczywały sporadycznie na płycie lotniska. Obok dumnej sylwetki boeinga, zastygającej po transatlantyckim rejsie uwijały się ochoczo pocieszne bryły małych fiatów...

16. Cztery Pory w Raju: Ja, Gastarbeiter

Pod koniec listopada nadeszła z Polski paczka. Niewielkich rozmiarów, płaskie pudełko: „Ja Miles”, w prezencie od Palucha. W atmosferę opisywanych wydarzeń wchodziłem w roli świeżo upieczonego ojca na odległość, osaczony zbiegiem wydarzeń, uwikłany w niezauważalną pajęczynę konsekwencji. Ja, Gastarbeiter z podupadającej rudery, ze stacji przesiadkowych, z podwodnych tuneli, z mostów nad rzekami, w śmierdzących ciuchach, z ropą w oczach, w drodze do znienawidzonej roboty. Rzut oka znad książki: panorama rozświetlonego Manhattanu z wagonu metra kołyszącego się na Williamsburg Bridge. Czułem się jak dziecko obdzierające pudełko z papierowej ozdoby pod choinką. Paluch tęsknił za takimi chwilami. Chciał znowu być za oceanem i nie miało znaczenia co się dla Stanów w Stanach robi. Czytał wspomnienia Milesa ilustrując tęsknotę kartami z atlasu własnej legendy o Ameryce. Za czym tak tęsknił? Od poniedziałku do soboty robota w pralni. Życie na komunie z karaluchami, z ludźmi. Długie przejazdy w półśnie na Siedemdziesiątą Drugą i bieganina z brudnym praniem tam, przy Broadway'u, wśród wiernych wyznawców obojętności dla konkurencyjnych przejawów istnienia. W Nowym Jorku tak łatwo poczuć się tak niewiele wartym. A oszczędzanie? I to przygotowywanie się do powrotu od pierwszego dnia na emigracji. Kupowanie gadżetów, setki godzin spędzonych w płytowych second handach, kanapki zabierane do roboty, zakupy w tanich supermarketach, rygor pracy na czarno i radość z każdego ocalałego dolara. Ale były też słodkie powroty do domu, z butelką piwa w torebce z szarego papieru, po lufce wypalonej na szybko przy wyjściu z piwnicy pod Amsterdam Avenue, gdy wieczór duszny i waniliowy...
Wrażliwość przemielona z awersją dla wszelkich jej przejawów dusi do skutku. Miała już wkrótce zadusić Palucha. 
Podarowana książka była jedynym zapamiętanym przeze mnie przejawem jego bezinteresowności.

środa, 16 maja 2018

11. Jedwabnym Szlakiem na Borneo

14.05. 2018
Entuzjazmowi, który towarzyszy naszej wycieczce na skraj lasu nie daleko do ciszy panującej w taksówce. Ostatni dzień podróży chcemy spędzić za miastem. W przydrożnej bazie dla turystów kupujemy wodę i bilet do dżungli. Pod okienkiem bileterki napada nas grupka Chińczyków. Podnieceni ustawiają nas do zdjęć jak lalki i porzucają jak zużyty łach. Kładką przechodzimy przez strumyk. Przed nami równikowy las.
Liany i drzewa giganty, wodospady i leśne jeziorka. Maszerujemy w zagrzybionej saunie na dnie zielonej gęstwiny. W powietrzu bzyczą owady. W tle słychać dudnienie nadchodzącej burzy. Po dwóch godzinach marszu jestem kompletnie mokry. Dyszę i piję łapczywie nie mogąc się nasycić ani wodą ani powietrzem.

15.05.2018
Pół roku. Tyle minęło od kiedy opuściłem Polskę. Pierwsze tygodnie spędzam w Sajgonie. To moje ulubione miejsce. Tu, w komunistycznym raju, wyrwany z gmatwaniny nakazów czuję się swobodnie. To świat, który nie oczekuje ode mnie interakcji i w zamian oferuje obojętność. Nikt mnie nie poucza, niczego nie wymaga. Żyję instynktownie. 
Dwadzieścia dni jesiennej trasy przynosi nowe doświadczenia. Podróżowałem już z koncertami po Europie, ale granie w Azji to nie to samo. Olbrzymie dystanse pokonuje się na porządku dziennym. Najpierw podróż pomiędzy kontynentami i te pierwsze kilka dni roboty w półśnie. Potem latanie pomiędzy miastami oddalonymi od siebie o setki, tysiące kilometrów. W Szanghaju ziąb, w Manado upał, noc w samolocie, dzień w poczekalni. Ale przygoda dba o katalog nieodpartych wspomnień. Jawę przemierzamy pociągiem. W drodze na Celebes z powietrza podziwiamy Borneo.
Do Wietnamu wracam prosto z Indonezji. Mieszkam teraz koło lotniska. W korytarzach sajgońskiego kurwidołka nad kawiarnią buszują szczury. Co rusz zamiatam z podłogi truchła karaluchów olbrzymów. Mijają tygodnie. Nikt mnie nie pozdrawia, nie pyta o imię, nie dziękuje mi za nic i nie mówi mi nic na do widzenia. Pod koniec stycznia mam dość obojętności. Kambodża mnie gna. Czarne chmury kłębią się nad jej płonącymi śmietniskami. Ktoś, kto ucieka przed własnym przeznaczeniem kładzie kres tej gonitwie. Kładzie mnie na asfalt. Wystawia na podszepty opatrzności. Pęknięte żebro do mnie szepcze. Szepcze pozszywany łeb. Minie miesiąc zanim dojdę do siebie. Dzięki temu chiński nowy rok rozpoczynam pracowicie. Wtedy pojawiają się widma Uzbekistanu i Kirgizji. W tandemie z Kubą przemierzamy teraz meandry biurokracji. Fantazyjne, kręte, nieprzewidywalne. Uwikłany w rozwiązywanie problemów piętrzących wokół organizacji wiosennej trasy, nie zauważam, że to temat na książkę pod pseudonimem. Początkiem kwietnia lecę tam, gdzie cztery lata temu rozpocząłem azjatycki rekonesans południowego wschodu. W Kuala Lumpur rozpoczyna się też dla mnie kolejna podróż z muzyką po nowe pieczątki w paszporcie. Azja Środkowa, potem stare śmieci i Malezja Wschodnia.
Teraz znowu czekam w Kuala Lumpur. Czekam na powrót do domu. 
- How are you sir? - pyta odźwierny przy wejściu do samolotu. Nie poczuwam się do żadnej reakcji. Jego usta wypowiadają troskliwe formułki, a ja słyszę reklamę British Airways. Zgodnie z jakimiś przepisami, przed samym startem dwóch facetów dezynfekuje samolot rozpylając w powietrzu słodki aerozol. Już sobie przypominam, to o czym prawie udało mi się w Azji zapomnieć. Obsesyjna przepisowość i kult kokieterii: oto świat do którego wracam. Polecenia w formie próśb i zawoalowany szantaż chrzęszczą nam z głośników. - Prosimy najpierw przykryć się kocem, potem dopiero zapiąć pas bezpieczeństwa. Nie chcemy nikogo budzić w razie konieczności sprawdzenia, czy pas na pewno jest zapięty.
Powracałem do Europy, wyczekując na Azję jak we śnie, w planach karmionych wspomnieniami. Pamiętam, że nie byłem w Chełmie. Nie pamiętam ile razy byłem w Kuala Lumpur, Bangkoku, Chengdu, Singapurze, Sajgonie, Pekinie, Szanghaju, Hanoi. Obrazy azjatyckich miast skleiły się w jeden symboliczny pejzaż podróży przez świat Dalekiego Wschodu. Zmiany temperatur, kolorów nieba, smaków, stref czasowych, architektury, języków, walut, hoteli, środków transportu, mozaik twarzy. Nieprzyporządkowane wspomnienia. Od tempa następujących po sobie symetrii, od kalejdoskopu zdarzeń, po czterech latach abstrakcji życia na czubku wahadła, czuję kompletny mętlik. Jestem wygłodniały nudy, jej niezmienności dającej poczucie, że się należy do miejsca i ludzi, do nieistotnych historii i zwykłych zdarzeń. Czuję głód domu...

środa, 9 maja 2018

10. Jedwabnym Szlakiem na Borneo

10.05.2018
Szóstego dnia od przyjazdu do Kuala Lumpur mój stosunek do klimatu równikowego powoli się klaruje. To klimat, który trzeba przetrwać, który z nikim się nie układa. Już od samego rana rozlewa się wilgocią i czeka w pokoju aż się wybudzę. Potem czyha przed wejściem do hotelu zachłanny, aż cały dam się pochłonąć. Uciekam, ukrywam się, odliczam czas, który mi pozostał, podczas gdy on w milczeniu robi swoje. Zanurza mnie w swej esencji, bo przecież nie mam nic do powiedzenia. Mogę tylko biec, chcieć wyrwać się z mokrego bąbla, w którym najpierw zatapia, a potem rozgrzewa cały świat. Uciekam w mroźnych inkubatorach taksówek, sklepów i wszystkich wnętrz świata tego, a gdy powracam do ciepła jego odmętów, on daje mi słodycz. Uliczne śmietniska na zapleczach knajp pod latarnią, stosy worków w bocznych alejach, miejskie strefy rozkładu spowija niewidzialna mgła. To woń królestwa szczurów. W półśnie choć na jawie, na dnie jego rozgrzanej wilgoci, przemierzam ich pastwiska, mijam ich mroczne nory...
Na próbę przed wieczornym koncertem wyruszamy ze sporym wyprzedzeniem. Ulice zamiast spodziewanych korków świecą pustkami. Klub No Black Tie to jedno z nielicznych miejsc w Azji, gdzie muzykę stawia się na piedestale. Dla Evelyn - malezyjskiej Chinki o filigranowej posturze, promotorki sztuki, wrażliwej na jej osobliwe przejawy, koncerty są świętem. Dzisiejszego wieczoru gramy u niej po raz trzeci. 
Oświetlenie, jedzenie, wystój sali, nagłośnienie, obsługa, instrumenty, muzyka w przerwach, w zasadzie wszystko się tu zgadza. Na pół godziny przed koncertem na widowni siedzi tylko jedna Polka. Ludzie podobno zgromadzili się na mieście czekając na zaprzysiężenie nowego premiera. - Na ulicach jest spokojnie, choć spodziewano się demonstracji, nawet zamieszek - relacjonuje pobudzona, gdy zapraszamy ją do stolika. Mimo że występujemy przed kilkuosobowym zgromadzeniem, gra się świetnie. Kuba, nasz saksofonista z łapanki okazuje się strzałem w dziesiątkę. To wewnętrzne ciśnienie, ta kondensacja przeżyć, tak szkodliwa dla introwertycznych typów, którzy nie znajdują kanału dla ich odprowadzenia, nadaje jego pedantycznej grze szczególnego wyrazu. Ten nałogowy palacz, ten czyścioszek w bejsbolówce słucha, nabrzmiewa i rzyga tęczą melodycznych ciągów z pełną napięcia, wirtuozowska swadą.
Taksówkarze potwierdzają, że zwycięstwo opozycji pod przewodnictwem dziewięćdziesięciodwuletniego, byłego premiera Malezji to przełomowy moment w historii kraju. - Koniec z korupcją! - wyrokuje Hindus. Jego dziadkowie dotarli tu w trzydziestych latach na fali emigracji zarobkowej - Teraz z rasizmem trza zrobić porządek! Mam obywatelstwo, ale nie jestem ani Malajem ani muzułmaninem - zwierza się. Próbuje rozgoryczeniu nadać żartobliwego tonu. 
- Jak to?! - oburza się Malajski taksówkarz, gdy mówię coś w stylu, że malezyjska demokracja jeszcze do wczoraj miała tyle wspólnego z jej zachodnim odpowiednikiem, co islam z buddyzmem. Od ogłoszenia niepodległości sześćdziesiąt lat musiało upłynąć, żeby kraj doczekał się swojego Wałęsy. Ale na ulicach nie czuć entuzjazmu. Radość z wyboru premiera, który obiecuje walkę z korupcją to nie to samo, co euforia po wyzwoleniu z jakiejś mniej lub bardziej realnej niewoli. Dopiero późnym wieczorem na ulicach pojawiają się wiwatujący. - Chodzi o to, żeby znieśli sześcioprocentowy VAT - mówi inny taksówkarz. Stojąc na światłach patrzymy, jak z okna czerwonego Ferrari ktoś macha flagą partii walczącej o obniżenie cen...

11.05.2018
Po tygodniu wegetacji w Hotelu z Widokiem zespół jest podekscytowany. Perspektywa wylotu do celu naszej podróży pobudza wszystkich do działania. Borneo. Druga co do wielkości wyspa świata, równikowa dżungla, oazy niebytu na mapie cywilizacji. Mateusz z Grzegorzem nabierają wigoru w hotelowej siłowni, Kuba postanawia zrobić pranie dwie przecznice dalej, a ja się pakuję na ostatnią chwilę. Z niezrozumiałych powodów do Miri muszę polecieć sam. Kuba tłumaczy, że przepisy, którym podlega nasz publiczny mecenas zabraniają korzystania z tanich linii w ramach sponsorowanych przez siebie projektów. Air Asia znalazła się na jego czarnej liście. Mój lot z Malaysian Airlines kosztuje dwa razy drożej niż bilety reszty zespołu razem wzięte.
Na lotnisko wiezie nas malezyjski Chińczyk. Pyta, odpowiada, opowiada. Jego dziadek porzucił Kanton jeszcze przed pierwszą wojną światową. Na fali chińskiej emigracji, która zalała północną Sumatrę, Singapur i Malezję dotarł do Malaki. Nasz kierowca, zapytany o politykę, od razu przechodzi do sedna sprawy. - Nie czuję się mniej uprzywilejowany od Malajów - tłumaczy - Chińczycy nie mają powodu do narzekania. To prawda, że istnieją w Malezji odgórne podziały, bo król jest Malajem. Szanujemy jego wolę, natomiast życie pisze swój własny scenariusz. Malajowie nie mają dostępu do tego, co my uznajemy za swoje własne przywileje - puentuje enigmatycznie.
Malaysian Airlines to linie lotnicze, które chcą sprawiać, że klient czuje się uwodzony. - Dzień dobry Pani. Czy jeszcze w czymś mogę Panu pomóc? Po przejściu kontroli bezpieczeństwa trafiam do eleganckiego terminalu odlotów. Produkty ze skóry, zegarki topowych szwajcarskich firm, wszystko to, czego mogłaby zapragnąć kapryśna żona klienta z pokaźnym portfelem, oferuje terminal odlotów przypominający ekskluzywną mini galerię handlową.
Lot z Kuala Lumpur do Miri trwa ponad dwie godziny. Śpię przez całą drogę, ale nic nie tracę. Raz, że siedzę obok skrzydła. Wydaje mi się, że to standardowe miejsce dla obcokrajowców, bo zawsze siedzę koło skrzydła. Dwa, że nie ma czego podziwiać. Pod nami chmury i woda, a lotnisko w Miri, położone jest nad brzegiem oceanu. Przed odebraniem bagażu wszyscy pasażerowie lotu z Malezji Zachodniej do Malezji Wschodniej przechodzą odprawę paszportową bez względu na narodowość. W moim paszporcie pojawia się wschodniomalezyjska wiza w formie pieczątki. Przez dziewięćdziesiąt dni mogę posiedzieć w prowincji Sharawak. Żeby przemieścić się dalej na wschód do Sabah, musiałbym przekroczyć kolejną granicę, choć teoretycznie to wschodnie rubieża tego samego kraju.

12.05.2018
Na mapie kurortów porozsiewanych w tropikach, Miri to kolejna leniwa mieścina. Są centra handlowe, hotele i uliczne jadłodajnie, strzeżone plaże, miejscowi zobojętniali na przyjezdnych i taksówkarze oferujący dziwki dla rozrywki.
Popołudniowa próba przed koncertem idzie bardzo sprawnie, bo i organizacja festiwalu ociera się o granice przesady. Kuba przesyła nam plan zajęć. Na wszelki wypadek co chwila ktoś przypomina nam jednak to czy tamto. W pokoju odbieram telefony od osób, które upewniają się, że wszystko jasne. Gdy przygotowuję się do wyjścia, dzwoni opiekunka. Informuje, że za dziesięć minut zbiórka w autobusie. Pod festiwalową scenę docieramy na godzinę przed koncertem. Klub z obszernym balkonem w kształcie prostokątnej podkowy, barem i barokowymi żyrandolami zwisającymi nad sceną, przypomina krótką i wysoką stodołę. Coco Cabana. W drewnianych ścianach rzeźbionych w koronkowe wzory osadzono ozdobne drzwi. Prowadzą na taras w widokiem na bezkres oceanu. Za dnia widać kilka statków przyklejonych do horyzontu w oddali. Wieczorami, na kamienistym nabrzeżu grupki miejscowych wysiadują w oczekiwaniu na zachód słońca. 
Festiwalowy koncert z naszym udziałem tym razem otwiera big band. Mimo, że to impreza jazzowa, nagłośnienie jest typowo rockowe. Dopiero w przerwie na przepinkę sceny rozumiem dlaczego. Na sali panuje pełen alkoholowego podniecenia gwar, jak w londyńskim barze, głośniejszy od wrzawy sobotniego targowiska, gęstszy od dworcowego zgiełku. Nie wiadomo do końca czy to knajpa z muzyką w tle, czy koncert z alkoholem dla podniesienia nastroju słuchacza. Z resztą wóda w sali z muzyką jest jak publiczny szalet w domowej kuchni. Woń kardamonu musi w którymś momencie przemieszać się z smrodem zgorzkniałej szczyny. Po pierwszym utworze stoję przed dylematem. Wzywając publiczność na dywanik, stawiam na sprzężenie zwrotne. Chcę nadać muzyce heroinowego wyrazu. Chcę, żeby zespół napierdalał. Forsowną grą odcinamy się od pijackiej wrzawy. Mateusz nie sili się na metafory. - Niezły kotlet! - podsumowuje kodę naszej miesięcznej trasy. Po występie jeszcze przez dłuższą chwilę jestem solidnie nakręcony. Mówię, szybko, głośno, bez zastanowienia. 

13.05.2018
Od wczesnego popołudnia kręcę się w Coco Cabana. W klubie, przed garstką słuchaczy i pięcioosobowym jury właśnie dobiegają końca przesłuchania konkursu dla lokalnych zespołów. Malezyjska jurorka, wmontowana w nieustępliwość uśmiechu matki pocieszycielki, którego nie sposób wymazać z twarzy nawet pod presją nagłego ataku wściekłości, nie szczędzi komplementów. Ale jurorzy mają wyjątkowo trudne zadanie. Muzyka tego regionu świata pozbawiona jest wigoru rytmiki prowokującej odruchy taneczne. Nie ma tu krakowiaków, polek i marszy. Jest za to flet na tle pozbawionego wyrazu stuku puku. Dla mnie to nowy wymiar transowych doznań, który w połączeniu z dominantą azjatyckiej bierności, braku indywidualistycznych ambicji daje specyficzną mieszankę. Jej wybuchowość z trudem wprawia w ruch silnik wysokoprężnej gry sekcyjnej, tak charakterystycznej dla muzyki ukształtowanej przez Afrykę. Jeżeli jakimś cudem silnik ten zaskoczy, z łatwością dławi się i krztusi. Do braku podparcia w grze nawiązuje w swoim komentarzu europejski członek jury.
Po zakończonych przesłuchaniach, biorę udział w panelu dyskusyjnym. Jego temat oscyluje wokół idei łączenia kultur przez jazz. Pojawiają się peany na temat wolność i braterstwa, których jazz jest adwokatem, promotorem, ambasadorem, mecenasem i świętym. Pada pytanie co zrobić, żeby malezyjscy muzycy zaczęli grać w Europie. Europejczycy przecież już tu grają. Paneliści uchylają się od bezpośredniej odpowiedzi, owijają w bawełnę uciekając w dygresje na powrót opiewające wręcz mesjańskie już przymioty jazzu. Co zrobić?! A no zapierdalać, mieć sprytnego menadżera i najlepiej wsparcie państwa. 
- Niech europejskie instytucje pokrywają koszty wymiany kulturalnej pomiędzy Azją i Europą - pada pierwsza propozycja, choć wciąż nie wiadomo skąd ten pomysł. Ktoś inny skarży się, jak trudno jest zdobyć państwowe środki, żeby przewieźć do Europy lokalnych muzyków. 
- Niemcy są gotowe pokrywać koszty takiej wymiany!  - dyrektor instytutu Goethego daje publiczną próbkę niemieckiej szczodrobliwości Wymiany?! Zapłacą niemieckim muzykom za występy w Malezji i Malezyjczykom za występy w Niemczech. Odnoszę wrażenie, że dyrektor mówi w imieniu całej Europy. 
- Europejskie rządy dotują kulturę, bo to ich produkty narodowe, niejednokrotnie jednak kultura jest narzędziem miękkiej dyplomacji, - pucuje się włoski ambasador - a to - dodaje - przynosi wymierne korzyści. Ktoś zrozpaczonym głosem wyznaje, że Europa powinna wziąć na siebie koszty importu miejscowego jazzu, bo europejska muzyka tak wiele zawdzięcza instrumentom o azjatyckim rodowodzie. Rozchodzimy się w poczuciu, że coś niedopowiedzianego ugrzęzło nam w gardłach, że cały ten jazz dawno przerodził się w politykę.
Popołudnie mija nam na balkonie Coco Cabany. Ostanie godziny ostatniego roboczego dnia trasy decydujemy się spędzić  w oczekiwaniu na zachód słońca. Pijemy darmowe piwko, wspominamy i patrzymy w dal, w przyszłość. W miarę jak światło nabiera żółcieni, na balkonie przybywa krzeseł. Muzyka sączy się ze sceny na parterze, a ludzie schodzą się w milczeniu, wsłuchani w myśli, wpatrzeni w transformacje kolorów nieba, sparaliżowani w pułapkach telefonów. Coco Cabana wynagradza hałas sobotniego wieczoru spokojem popołudniowej niedzieli, cichą obecnością towarzyszy ceremonii pożegnania słońca.

9. Jedwabnym Szlakiem na Borneo

07.05.2008
Nasze poranki w Kuala Lumpur są leniwe. Hotel z Widokiem już czwarty dzień rozpieszcza zespół, lecz to ostatnie chwile pieszczoty. Kończy się angaż festiwalowy. Od jutra jesteśmy na garnuszku klubu. Korzystając z wolnego dnia, za namową Kuby jedziemy do Jaskiń Batu. Wożenie się Grabem jest bajecznie proste i zaskakująco tanie. Za dziesięciokilometrową przejażdżkę płacimy pięć dolarów. Przy placu u podnóża stromych schodów prowadzących w głąb jaskini, pod niebosiężną statuą boga śmierci i wojny, panuje atmosfera oczekiwania na odpust. Batu to jedna z najpopularniejszych poza Indiami świątyń hinduistycznych, stąd bibeloty, słodycze, wegetariańskie jedzenie i pustki. Wspinaczka po prawie trzystu betonowych stopniach w ten duszny, zapowiadający równikową burzę dzień, oprócz wrażeń widokowych wyciska z nas sporo potu. Poręcze schodów oblężone są przez stado małpich rodzin. Przymilają się żebrząc o jedzenie. Kiedy próbuję jedną dotknąć, robi się agresywna. Rozdziawia zębaty pysk, zeskakuje z poręczy i sycząc napiera bezczelnie w moją stronę. Spłoszony ratuję się kopem. 
W przestronnej jaskini, po lewej mijamy plac budowy i kosze na śmieci, po prawej małą kapliczkę. Gipsowe postacie świecą ubytkami, a całej sytuacji przygląda się betonowy paw. Wzorem innych ignorujemy zakaz przestrzegający przez bezczeszczeniem świątyni nagością kolan. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcia korzystając z cienia i chłodu oferowanego przez jamę, która w końcu czekała na nas miliony lat.
W drodze powrotnej Kuba dzieli się z nami nowym pomysłem. 
- Spróbuję dać menadżerowi sto baks w łapę. Może pozwoli nam zostać do piątku? - nieźle, bo jest poniedziałek. W hotelu smaruje maila z zapytaniem, czy jest opcja, żeby przedłużyć nasz pobytu na jakichś preferencyjnych warunkach. Menadżer na to, że za trzy pokoje trzeba będzie po sześćdziesiąt dolarów dziennie od sztuki zapłacić i to razy trzy nocki, o które toczy się gra. Kuba drąży temat do skutku. 
- Zostajemy do piątku za sto pięćdziesiąt dolców - obwieszcza triumfalnie nasz irokez, wierny towarzysz podróży, szczery kompan i druh.

08.05.2018
Dla podróżujących, którzy lecą na Daleki Wschód w poszukiwaniu Azji, Kuala Lumpur jest zaprzeczeniem całej tej ikonografii przedstawiającej azjatycką biedę. Stolica Malezji to nowoczesne, uporządkowane miasto. Uregulowany ruch uliczny, sprawnie działająca komunikacja, bogate centra handlowe, drogie hotele, eleganckie ulice. Ordung i prosperity, którym tak blisko do atmosfery dusznych stolic starej Europy, gdzie życie płynie leniwie. 
W dzielnicy opanowanej przez Pakistańczyków, pod arkadami kolonialnej zabudowy czas też upływa powoli. Przechodzę tędy po raz drugi, a sprzedawcy pozdrawiają mnie jak stałego bywalca. Bracie to, bracie tamto. Poranna wycieczka na bazar centralny tylko potwierdza jak bardzo zeuropeizowała się Malezja. Mam wrażenie, że Malezyjczycy szczycą się swoją kolonialna przeszłością. W klimatyzowanych przestrzeniach hali targowej, rzędy eleganckich butików oferują bogaty asortyment pamiątek. Nie ma tu przekupniów. Za to białych spotyka się tu na każdym kroku. W doskonałej kopii świata, który opuśczają pod pretekstem poszukiwania przygody czują się równie doskonale. Robią sobie zdjęcia i popijają Nescafé. Zachowują się przy tym tak, jakby uwieczniali pierwsze chwile po wejściu na Dach Indochin, a przecież tylko jedzą curry przy straganie w głównym pasażu. Tak potęguje się ich doświadczenie Azji egzotycznej, odległej, obsługiwanej przez Visę i Mastercard. 
W niewielkim baseniku, tuż koło sklepu z kadzidłami aż roi się od czarnych rybek. Cute Fish - mówi tabliczka nad biurkiem kasjerki. Tu można strzelić sobie rybi piling. Przyglądałem się już niejednokrotnie turystom zanurzającym nogi po kolana w wodzie, w której bez ładu i składu przemieszcza się kolorowa ławica. Tym razem się nie zastanawiam. Nie mam tu nic do roboty. Nie szukam ciuchów ani pamiątek, z resztą komu miałbym je kupić? Płacę, zrzucam buty i ruszam pod akwarium. Chmara czarnych rybek czai się już w oczekiwaniu na porcję świeżego naskórka. Zanurzam nogi. Zdumiewa mnie ich śmiałością. Rzucają się do paśnika jak stado psów, jak wygłodniałe karaluchy, jak szczury. Ogarnia mnie arachnofobiczne uczucie, jakiego doznaje się na myśl o kontakcie z rojem pełzających insektów. Przez ponad połowę seansu nie mogę się zrelaksować, a przecież kocio szorstkie jęzory czarnych stworków oblizują tylko moje stopy, kłapiąc przy tym nieznacznie chrzęstnymi pyskami. Chłopaki przyjmują zabawę bez histerii, jak na przedstawicieli amplitudy łagodnej przystało.

09.05.2018
Choć jest środa, na ulicach pusto. W nadziei na zmianę koloru władzy z błękitnego na jakikolwiek inny Malezyjczycy stają dzisiaj do wyborów. Obecny premier, pełniący najwyższą funkcję w państwie jest najstarszym synem drugiego premiera Malezji i bliskim krewnym trzeciego, zaś partia z ramienia której sprawuje urząd, kieruje krajem niezmiennie od sześćdziesięciu lat. Ale to typowy dla Azji styl kurczowego trzymania się władzy. Pod pozorami demokracji, pod flagą komunizmu, rządów sprawowanych w imię Boga. - Strażnik demokracji od trzydziestu lat! - mówił jemeński slogan z wizerunkiem obalonego w 2012 roku prezydenta Saliha. 
- Nie zapomnijcie zabrać ze sobą paszportów przed wyjściem z hotelu - przestrzega nas Malezyjka, żona Polaka spotkanego w po koncercie w No Black Tie. - Będą kontrole na ulicach i to nie tylko dokumentów. To prawda. Prawo reguluje też dzisiejszy styl ubierania. Trzeba unikać kolorów symbolizujących którąkolwiek z partii startujących w wyborach. Odpada czerwony, czarny, zielony, niebieski i biały. Sprawdzam czy mam w ogóle co na siebie włożyć. 

poniedziałek, 7 maja 2018

8. Jedwabnym Szlakiem na Borneo

03.05. 2018
„Tałatajstwo, brud i ścierwo!” Tak w słowach piosenki podsumowują Kraj Środka the Abstinents. Kwintesencjonalny tekst punkowej formacji ze Śląska odwołując się do obiegowych opinii na temat realiów życia Chin i Chińczyków przypomina, jak bardzo są one przedawnione. Chiny to wciąż najdynamiczniej rozwijający się gigant na gospodarczej mapie świata. Przez niespełna czterdzieści lat od zapoczątkowania Rewolucji Ekonomicznej, która położyła kres wyniszczającej polityce komunistycznego idealizmu, Chiny nieustannie ewoluowały. To obecnie światowa potęga numer jeden, przy której legenda Ameryki nabiera mocy sentymentu, jakim darzy się pożółkłe zdjęcia odkurzane podczas rodzinnych spotkań. Sukcesowi Chin daleko do wybujałej legendy. Do naszego hotelu oddalonego o sześćdziesiąt kilometrów od lotniska, przez cały czas jedziemy ulicami miasta, a Chengdu to miasto klasy B. To taki Kalisz. Daleko mu rozmachem do molochów Szanghaju, Chongching, Pekinu czy Guangzhou, mimo to, przedmieścia przypominają tu osiedla szacownych centr europejskich aglomeracji. Jest zielono, są dobre restauracje i jeszcze lepsze samochody. Ten świat uwikłany w nieustająca sinusoidę skrajnych upadków i wzlotów, po raz kolejny stanął u progu potęgi, na którą zdaję się być skazany. Spoglądam z wysokiego piętra Hotelu Na Wypasie i widzę plony niewzruszonej strategii Cichego Giganta.
Popołudnie upływa mi na szamotaninie. Szamoczę się trwoniąc cenną energię w nadziei, że chińską młodzież można jakimś cudem wytrącić z letargu. Pomimo całego zachwytu nad sukcesem Chin, nie jestem w stanie zrozumieć, co leży u jego źródła. Przemawiam do ludzi bez inicjatywy, zapatrzonych w telefon, czasem w dwa na zmianę. Ktoś próbuje mi wyjaśnić, że Chińczycy są przecież nieśmiali, ale to maska skrywająca obojętność, bierność. Po kilku godzinach obcowania z chińską młodzieżą czuję się wydrenowany.
Jeżeli w Chinach istnieje jakaś religia, to bez wątpienia jest nią jedzenie. Sute biesiady są ulubioną formą okazywania gościnności. Jedzenia zamawia się tyle, żeby nie dało się zjeść. To rodzaj narodowej obsesji. Po południu, z inicjatywy naszych gospodarzy jedziemy do restauracji serwującej wykwintną lokalną kuchnię. Obsługa prowadzi nas do prywatnej sali. Pojawia się siedem rodzajów mięsa, na ciepło, na zimno, sporo warzyw i zup. Oprócz słodkich ziemniaków i białego ryżu wszystko jest pikantne. Mateusz jeszcze nigdy nie zaznał rozkoszy biesiadowania przy obrotowym stole. Spoglądam na niego sycąc oczy obrazem człowieka szczęśliwego. - Nie rozumiem dlaczego ludzie tak się zachwycają kuchnią japońską! - zwierza się pobudzony doświadczeniem kulinarnego przełomu. 
Nasz gospodarz co chwila upewnia się czy mi smakuje. - Tak sobie - żartuję po śląsku zawsze ciekawy reakcji ludzi łasych na komplementy. 

04.05.2018
W baraku publicznej biblioteki znalazłem się z okazji dziesiątej rocznica śmierci kumpla. Porzucił padół w tragicznych okolicznościach zmagań z bezwzględną naturą wisielczej pętli. Podobno dzisiaj będzie można przejrzeć jego teczkę z orędziem dla świata. Nikt nie wie co może zawierać. W jednej z sal spotykam Kajtka, koleżkę z osiedla. Bibliotekarz wskazuje nam stół, na którym niczym muzealny eksponat spoczywa grubaśna teka. - Nie można jej otworzyć bez udziału rodziny - informuje łagodnym głosem i znika, jakby go kto potraktował różdżką. „Teczka dla Świata” - mówi nazwa, którą ktoś ręcznie wypisał na skrawku papieru i przykleił do stołu. - Nie ma na co czekać! - puentuje Kajtek. Rozdziera folię, którą owinięto teczkę i ostrożnie uchyla twardą oprawę. Plik papierów. To wiersze. Kilkanaście stron zapisanych na maszynie. Bełkotliwe zdania poukładane w czterowersowe zwrotki układają się w pieśń szaleńca. Trudno z nich wyłowić jakąkolwiek treść. Wertujemy w poszukiwaniu czegoś, co można na oko zrozumieć. Obrazy. Ktoś namalował je na skórze, której krawędzie obszył grubym kordonkiem. Wydaje mi się, że to reprodukcje, lecz gdy ich dotykam wyglądają na oryginały. Na jednym z nich wszystko porusza się jak na filmie. Ożywione grubą kreską niesforne cielę wielbłąda wybiega z kadru w stronę postawnego osobnika pasącego się w tle. Natrafiam na portret nieruchomego brodacza z nienaturalnie odchyloną w tył głową. Wygląda na Żyda w chałacie. Są zdjęcia kolekcji monet złotych i srebrnych. Nic z tego nie rozumiem. Kajtek znika gdzieś na chwilę, a ja wertuję stos papierów, kserokopii, obrazów. To, co widzę nie pasuje do zapamiętanego zestawu sprzeczności, które targały właścicielem teczki. 
- Jakim prawem bezcześcisz tajemnice mojego syna?!!! - wytrąca mnie z zadumy grzmot głosu jego rozhisteryzowanej matki. Otwieram oczy. Nocną ciszę hotelowego pokoju tylko nieznacznie mąci szum klimatyzatora.
Chłopaki wyjeżdżają na lotnisko już o siódmej rano. Lecą do Singapuru, a stamtąd autobusem do Kuala Lumpur. Ja szczęśliwym zbiegiem okoliczności lecę bezpośrednio do KL, z tym że dopiero o północy i to z Air Asia... - Jeżeli chce pan opuścić pokój o osiemnastej, to trzeba dopłacić połowę ceny - informuje recepcjonistka, gdy tłumaczę w jakiej jestem sytuacji. Próbuję ją przekonać.
- Skoro zameldowałem się o północy, to może w takim razie zapłacę połowę mniej za pierwszą dobę? Menadżer hotelu pozwala mi zostać do czwartej.
Turystyczny, biznesowy, jakikolwiek tymczasowy pobyt w Chinach ma swoje mankamenty. Największym z nich jest działanie internetu. Od dostępu do poczty mailowej, komunikatorów i portali społecznościowych uzależniłem się wraz z zakupem pierwszego smartfona. Stamtąd poszło już z górki. Bóle głowy. Dopiero po kilku miesiącach wpadłem na to, że trzeba przyciemnić ekran. Okulary. Moja wrodzona nadwzroczność szybko zmieniła się w krótkowzroczność. Bezsenność. Obrazy, informacje, tempo ich przyswajania i przekazywania wprawiło w ruch ten wir, który siłą inercji właściwą ciele o dużej masie jeszcze długo po odstawieniu telefonu wypełnia głowę kołowrotem wspomnień, skojarzeń i planów. Chiny zafundowały mi co prawda wakacje od internetu, ale co to za wakacje, skoro czuję się jak alkoholik na odwyku, lub pracoholik na wycieczce w Egipcie z okazji dziesiątej rocznicy ślubu. W Chinach nie można sobie ot tak kupić karty sim. Trzeba zawrzeć umowę z usługodawcą, co bez konta w chińskim banku jest niemożliwe. Nieodłącznym elementem chińskiej przygody staje się poszukiwanie publicznych sieci wi-fi, które pozwalają na dostęp do "chińskiego internetu". Korzystanie z google i innych stron przydatnych dla osób utrzymujących kontakt ze światem zewnętrznym jest możliwy jedynie przy pomocy nakładek systemowych instalowanych w formie aplikacji spowalniających pracę telefonu. Udręką mogą być bankomaty. Większość z nich obsługuje tylko chińskie karty. Pieniądze trzeba wymieniać w banku, ale to długotrwała procedura, wymagająca okazania paszportu, a zakup zachodnich walut dostępny jest tylko dla obywateli Chin, którzy w celu dokonania transakcji muszą wypełnić szczegółowy formularz, przy czym bank nie sprzeda im więcej niż pięćset dolarów dziennie. Z jednej strony nie można tu legalnie kupić obcej waluty, z drugiej strony wywożenie z Chin juanów jest nielegalne. Zgodnie z prawem pieniądze zarobione w Chinach powinno się więc wydawać w Chinach. Gdy przypominam sobie wietnamski styl działania władzy komunistycznej, życie obcokrajowca w Państwie Środka może być mordęgą. Trzeba wyjątkowej motywacji, żeby tu zamieszkać. Ja osobiście widzę kilka. 

05.05.2018
Malezja to w przeciwieństwie do Singapuru kraj muzułmański, o czym już na lotnisku świadczą toalety. Zamożniejsza od Indonezji, gdzie slumsy są częścią krajobrazu miast, wilgotniejsza od tropikalnej Tajlandii i dużo bardziej zeuropeizowana niż Wietnam. Stolica kraju -  Kuala Lumpur to prawdziwy tygiel świata islamu. Ulubione miejsce wypoczynku zamożnych obywateli Półwyspu Arabskiego, magnes dla muzułmańskich przedsiębiorców z Pakistanu, Bangladeszu czy Indii. Pierwsi przyjeżdżają tu dla zmiany klimatu na równikowo-liberalny, czyli wilgotny i daleki od surowej obyczajowości zachodnich muzułmanów, drudzy w poszukiwaniu lepszego życia w kraju stabilnym politycznie i ekonomicznie, otwartym dla zachodniej turystyki i biznesu. Wszyscy natomiast ciągną tu do swoich meczetów, restauracji halal i prawodawstwa uwzględniającego islamski charakter kultury tutejszych Austronezyjczyków. Malezja to równikowy inkubator dla zamożnych Arabów z Bliskiego Wschodu, napędzany przedsiębiorczością ich braci z Azji Południowej.
Przejazd do Hotelu z Widokiem, usytuowanego w centrum, zajmuje czterdzieści pięć minut. Stratedzy rozwoju regionu musieli brać pod uwagę, że Kuala Lumpur nie chce lotniska w mieście. Żaden bum gospodarczy nie jest w stanie sprawić, żeby ta niewielka stolica kiedykolwiek wchłonęła oddalony o pięćdziesiąt kilometrów port lotniczy. Jest za pięć szósta. Pierwszy tego dnia azan właśnie dobiega z minaretów.

06.05.2018
Naszą woluntariuszka zbliża się do trzydziestki. I co z tego? Ta chłopczyca z odstającym zębem o przepięknych, migdałowych oczach jest pełna dziecięcego wigoru. Emanuje nim bez wysiłku, łagodząc huśtawkę naszych nastrojów kołysaną napływem informacji o nieustannie zmieniającym się rozkładzie dnia. Mówi o festiwalu i jego idei. Celem organizatorów, jest ochrona młodzieży przed zarazą głupoty czasów dyktatury internetu. Ambitny plan... Malezja jest krajem, gdzie sztuka w sferze publicznej istnieje tylko dzięki prywatnym inicjatywom. Władze nie angażują się w edukację artystyczną, dlatego nie ma tu państwowych szkół muzycznych. Organizator festiwalu - gość w rasta czapce, jest typowym idealistą. Wierzy, że jego impreza jest częścią zmian zachodzących w życiu kulturalnym Malezji. 
Sala koncertowa to zakamuflowany obiekt. Najpierw jazda windą, potem marsz plątaniną korytarzy.  Soundcheck wciąż trwa, choć dawno mógłby się skończyć. Ustawienia rozsypują się ze trzy razy. Monstrualnych rozmiarów, niemłody już grubas albo nie rozumie co do niego mówimy, albo w ramach jakiegoś spóźnionego wolontariatu właśnie zdobywa cenne doświadczenie kosztem upływającego czasu. Za to ekipa z kablami uwija się jak trzeba. Przepinają, przestawiają, zaznaczają, są pomocni i wydają się znać na swojej robocie. Po próbie czuję się wyczerpany. W Hotelu z Widokiem połykam szybki lancz. Mam jeszcze sporo roboty. Z realizacji moich planów wypina mnie niekontrolowana drzemka.
W garderobie lądujemy na godzinę przed występem. Na scenie gra trio z Bangladeszu. Gitarzysta jest uosobieniem spokoju. Jego gra jest za to płomienna. Sposób, w jaki prowadzi melodię przypomina grę na sitarze. Na pierwszy rzut ucha słychać, że skład prosi się o zmianę basisty uroczego jak anioł, przewidywalnego jak msza święta. Nawet gdyby sam lider wpadł na ten pomysł, jego realizacja nie byłaby już sprawą tak oczywistą. - W Bangladeszu są dwa zespoły jazzowe - tłumaczy - Najpierw był kwintet, ale się podzieliliśmy. Teraz na naszej scenie jest ciekawiej! Zakutana w chustę młoda konferansjerka drze się do wypełnionej w połowie sali jakby za chwilę na scenie miała się pojawić Metallica. Dzisiejszego wieczoru gra z nami polski saksofonista wykształcony w Katowicach. Kolejny Kuba. Ten prosty jak struna jegomość o zgrabnych dłoniach, których ozdobą jest pokaźnych rozmiarów srebrny sygnet z błękitnym okiem, splotem zdarzeń zakotwiczył w Indonezji.  Niewiele mówi, gdy tak stoi przed pulpitem z lewą nogą zgiętą w kolanie i prawym biodrem wypchniętym na zewnątrz. 
Eksport jazzu do Azji to przede wszystkim eksport postaw kształtowanych przez zachodni kult indywidualizmu. Azjaci temu właśnie chcą się przyglądać. Robią to z ciekawością, niedowierzaniem, z podziwem. Imponuje im prawo do artystycznego szaleństwa, egocentryzm, przekora, narcyzm leżące przecież u podstaw indywidualistycznej sztuki Zachodu, które tu są czymś kompletnie obcym. Z drugiej strony język naszej muzyki, nie tylko jego gramatyka, leksykon, lecz cały bagaż treści zakodowanych w nim przez kulturę buntu, jest w Azji mało zrozumiały. Euforia wśród publiczności, towarzysząca naszym wyjściom na scenę, to tylko przelotna radość ze spotkania z nieznanym. Z resztą uniwersalizm jazzu to kolejna sponsorowana legenda. - Wzorem demokracji, która go nacechowała - mówi jej treść - jazz przemawia językiem równości, a jego unikalny uniwersalizm przyczynia się do budowania ponadkulturowych relacji poprzez wspólne doświadczanie muzyki na żywo. Nic bardziej zwodniczego. Jazz jest dzieckiem buntu czarnej Ameryki. Przeciwstawiając się arogancji białego ucisku, musiał sformułować odpowiedź adekwatną do języka publicznej debaty - arogancką, zrozumiałą w realiach walki społecznej o przywileje i prawo do pierwszeństwa. Jedyną cechą wspólną ludzi wrażliwych, bez względu na miejsce i kulturę z której się wywodzą, jest zdolność do rozpoznawania piękna i reagowania na jego przejawy. Język uwzględniający te cechę ludzkiej natury jest jedyną uniwersalną formą ponadkulturowej komunikacji i tworzenia. 

sobota, 5 maja 2018

7. Jedwabnym Szlakiem na Borneo

27.04.2018
Lot z Taszkentu do Singapuru trwa siedem i pół godziny. To mój debiut w Uzbekistan Airways. W kabinie samolotu jest ciepło. Nie mogę zasnąć. Kiedy w końcu udaje mi się przymknąć oczy, stewardesy w topornych uniformach wytrącają mnie z letargu proponując z kobylą subtelnością wodę, kawę i herbatę. Jak gęgające blond roboty kierują formułkę oferty obiadowej do rozbudzonych i do śpiących. 
Singapurskie lotnisko Chiangi przypomina lobby czterogwiazdkowego hotelu. Obsługa w punktach informacyjnych uwodzi cierpliwością, a sprawnie działający internet rozpieszcza. Zalewany światłem sufitowych lamp idę w pustym holu, wyrwanym z wyobraźni Jarmusha. Po ścianą, z nie wiadomo jakiego powodu stoi Hindus posługacz, a Oskar Peterson sączy się z nie wiadomo kąd.
Na mapie Azji Południowo-Wschodniej, Singapur jest enklawą dobrobytu i wręcz germańskiej organizacji życia. W dodatku ta pompa wielokulturowego charakteru miasta-państwa, w którym tolerancja kwitnie w ramkach twardego prawa. Zdelegalizowane gumy do żucia, mandaty za plucie na ulicy, kara śmierci za przemyt trawki. Na stacji metra biegam, żeby wymienić banknoty na drobne. Wszędzie kręcą się gotowi do pomocy pracownicy lotniska. Przy każdym automacie biletowym ktoś coś cierpliwie wyjaśnia. Widząc, że mi się śpieszy i że drobne, które zdobyłem są wciąż za grube, pomagierka spod automatu dopłaca mi dwa dolary, które wyciąga z własnego portfela.
Przystań promowa, to jednocześnie gigantyczny kompleks handlowy. Bramki przy wyjściu z metra, potem w lewo do długiego tunelu i w prawo przez uliczkę fast foodów aż do ruchomych schodów. Nimi na trzecie piętro. Gdy dobijam do chłopaków, jestem już mokry. Odprawa przypomina procedurę na lotnisku. Kontrola paszportów, drukowanie kart pokładowych, nadawanie bagaży. Niczego sobie promik w mgnieniu oka nabiera prędkości. Dopiero z pokładu na rufie widać czym naprawdę jest Singapur. Na redzie mijamy setki statków handlowych, holowników, łodzi rybackich i jachtów. Żegnają nas rzędy bogatych domów z widokiem, dźwigi, wieżowce, mini-miasteczka pasażerskich wycieczkowców, kominy fabryk. Masywna zabudowa nowoczesnego miasta, które postawiło na sukces ekonomiczny, puszy się ku zdumieniu przyjezdnych takich jak ja.
W kolejce do indonezyjskiej odprawy mijam ogromny afisz, a na nim zdjęcie rąk zakutych w kajdanki - ostrzeżenie przez pracą na czarno. Kuba spogląda porozumiewawczo. Zastanawiamy się, czy organizator zajął się papierologią jak trzeba. Podczas odprawy paszportowej celnik zadaje pytania o cel przyjazdu. Na wszelki wypadek, mówię, że jestem turystą.

28.09.2018
W Hotelu Królewskim - naszym domu na najbliższe kilka dni, śniadania je się na dachu. Na pierwszy rzut oka widać, że wszystko tu kiedyś było dżunglą. Palmy porastają widoczne wzgórza i niemal każdy skrawek niezagospodarowanej ziemi. Powietrze jest lepkie od wszechobecnej wilgoci, a kłębiące się od samego rana tropikalne chmury zapowiadają popołudniowy deszcz. Mimo że nie ma jeszcze dziewiątej, już jestem mokry, a przecież tylko poruszam szczęką.
Po nocy nieprzespanej w uzbeckim samolocie, nocka w hotelowym zaciszu nie wystarcza, żeby w pełni się ocknąć. Wciąż jestem senny, nieustannie zmieniające się plany naszych gospodarzy wymuszają jednak czujność. Kuba co chwila podsyła nam korekty planu nadchodzących wydarzeń. W Azji Południowo-Wschodniej nie wiele dzieje się punktualnie. Rzadko zdarza się, żeby ktoś, wbrew przyjętym tu zwyczajom, oczekiwał od nas jakiejś punktualności. Stragan dziewczyny w chuście przypomina warsztat zegarmistrzowski. Kilka telefonów, kable i gadżety o trudnym do odgadnięcia przeznaczeniu walają się niewielkim stole. Tu można załatwić kartę sim. Nowy numer trzeba najpierw zarejestrować. Dziewczyna przeszukuje stronice przybrudzonych arkuszy z rzędami danych, wybiera rząd cyfr i wklepuje coś na klawiaturze archaicznej Nokii, do której przytwierdzono coś w rodzaju czytnika kart. Po kilku minutach oddaje mi telefon. Działa! W drodze do Hindusa buszuję po indonezyjskim internecie pod czyimś nazwiskiem. 
W restauracji klimat jest spartański. Ciężkie krzesła i stoły, białe ściany i żadnych ozdób. Szybko zamawiamy i chwilę czekamy. Gdy okazuje się, że masala jest przesolona, kelner bez słowa wynosi ją na zaplecze i po chwili przynosi nową porcję, chyba rozwodnioną, bo kolor coś pojaśniał. Jedzenie jest smaczne, ale nikt z zachwytu nie cmoka. W trakcie posiłku w restauracji zjawia się kobieta. Chodzi od stolika do stolika i każdemu bez wyjątku poświęca tyle czasu, ile potrzeba, gdy tak stoi z wyciągniętą ręką, niewrażliwa na obojętność, jakby zachęcana odmowami. Teraz kolej na nas. Odmawiam jej po polsku, na co ona kaszle mi do talerza i dalej swoje. Hindus siedzący obok czuje się zakłopotany. Nikt z obsługi nie reaguje. Zwykle spokojny Grzegorz, zaszachowany nieznaną sobie dotąd odmianą niezłomności, próbuje odciąć się od natręctwa, gdy nadchodzi jego kolej, udając, że nic nie widzi. Niełatwe to zadanie. Musi zachować spokój, tak potrzebny w delektowaniu się ulubioną potrawą, okazać stanowczość skrywając zarazem opanowujący go gniew, z którym tak nie lubi się obnosić. Kobieta, która teraz wydaje mi się już niespełna rozumu, nie daje za wygraną. Grzegorz, poderwany atakiem narastającej złości, nie patrząc jej w oczy rzuca w powietrze stężałe „nie!”. Je przy tym łapczywie, jakby chciał uciec od stołu, lecz żal mu było porzucić na wpół dojedzone danie. 
Jako człowiek bożego implantu, w temacie jałmużny zgadzam się z naukami bahaizmu. Obdarowujący, powodowani litością, motywują obdarowywanych do trwania w bierności. Taka postawa w efekcie oddala od Boga i jednych i drugich. Tylko działanie ukierunkowane na duchowy rozwój jest ścieżką, która do niego zbliża, sam zaś obdarowujący, powodowany słabością popełnia grzech, utwierdzając obdarowywanego w przekonaniu, że bierność też może liczyć na nagrodę. Mimo że z czysto emocjonalnego punktu widzenia już samo odmawianie jałmużny budzi niesmak, posuwam się o krok dalej. Wstaję od stołu i biorąc kobietę delikatnie pod rękę, wyprowadzam z lokalu. Kelner patrzy na mnie z wdzięcznością, a ja na niego z rosnącą odrazą. Nikt z biesiadujących nie chce się podjąć tej igraszki ze złą karmą. Przecież ta kobieta nie ma nic, a ja nie dość, że mam i nie chcę się podzielić, to jeszcze wyrzucam ją z jedynej pracy, którą zna. Wszyscy jednak czują ulgę. Wyręczam ich.
Plac, na którym stoi scena jest centralnym miejscem dzisiejszego festynu. Soundcheck trwa zaledwie kilka minut. Sprawdzamy tylko monitory. O osiemnastej zaczyna się wezwanie do modlitwy, a do dwudziestej w ogóle nie można nic wpuszczać na przody. Impreza odbywa się pod największym meczetem na wyspie.
W miarę pogłębiania się organizacyjnego chaosu, nasz asystent informuje Kubę na bieżąco o kolejnych obsuwach. Z hotelu wyjeżdżamy o dwudziestej pierwszej zamiast o dziewiętnastej trzydzieści. Dookoła placu pod meczetem ulice są zakorkowane. Na błotnistej ziemi, na której jeszcze rano rosła tłusta, tropikalna trawa, zaparkowano setki skuterów. Przeciskamy się na tył sceny, podczas gdy konferansjer zabawia publiczność w stylu, w jakim prywatne stacje radiowe poklepują słuchaczy po plecach. Nie mam wątpliwości, że trzeba będzie pomachać grubym prętem. Wywołani, wychodzimy przed kilkutysięczny tłum gapiów. Chłopaki stoją gotowi do gry, a konferansjer urządza mi talk show. Każda odpowiedź, każdy mój gest spotyka się z piskliwą reakcją zgromadzonych pod sceną nastolatek. Ich wrzaski w mgnieniu oka definiują charakter całego występu. W grze, która jest odpowiedzią na napór szalonej energii tłumu nie ma miejsca na subtelności. Głośno, mocno, metodycznie, zdecydowanie i bez zadawania pytań. Oto odpowiedź na jego nieuświadomione potrzeby. Mateusz twardo zagaja na basówce, Grzegorz wtóruje mu ciosem zza ucha, ja drę się do mikrofonu jak małolata z Taszkentu, a dziewczyny kwiczą, gdy żyłuję wysokie nuty. Po pierwszym numerze jestem kompletnie mokry. Ktoś podbiega z papierowymi chusteczkami. Chusteczki? Tu koszulę trzeba wyżymać! Rzucam w tłum parę kontrolnych haseł. Mam w zanadrzu malarską opowieść pod improwizowaną część koncertu. Ze zdziwieniem stwierdzam, że prawie nikt nie zrozumiał naszego talk showu po angielsku...

29.04.2018
Asfaltowa droga położona jest na szczycie krótkiej przełęczy. Po jednej stronie znajduje się nasz Hotel Królewski, do którego prowadzi stromy podjazd w dół, po drugiej rozpościera się widok na dachowisko ciasnej zabudowy ni to wsi ni miasteczka. Ruszam żużlową ścieżką tam, gdzie ponad dachami, kopuły meczetów górują na tle błękitu morza. Strome zejście przez zagrodę zagraconą odpadami z plastiku prowadzi do pierwszych zabudowań. Zaczyna kropić. Jakiś mężczyzna zaprasza mnie pod okap. Zbiega się gromadka dzieci. Pochodzi też młoda dziewczyna. Pyta podejrzliwie, co tu robię. Wyjaśniam. Interesuje ją mój wiek, narodowość, zawód. Chce wiedzieć czy mam żonę i dzieci. Nie pozostaję jej dłużny. Ma dwadzieścia lat, męża i dziecko. Jest chrześcijanką. - Tu wszyscy na wzgórzu to chrześcijanie - wyjaśnia wskazując na obrośnięte slumsami zbocze, u podnóża którego ścielą się domy zamożniejszych mieszkańców i ich meczety.
Wąska ścieżka wyściełana betonowymi płytami kluczy pośród chaotycznej wzniesionych samowolek, którym nie można odmówić pastelowego uroku. Błękitna woda o mlecznej konsystencji sączy się bezgłośnie pod mostkiem, nieco wstydliwie, jak na ściek przystało. Po Dwugodzinna wędrówka w nieznośnym upale, monotonny labirynt wąskich ulic zmuszają mnie do odwrotu taksówką.
Celem naszej popołudniowej wycieczki jest wizyta w Hotelu Plażowym. Wylot do Chin mamy za trzy dni, ale wylot z Hotelu Królewskiego już jutro rano. Kombinujemy jak przezimować bez ponoszenia kosztów. Gdy zespół tapla się w basenie, Kuba negocjuje z menadżerem. Sygnet, cygańskie bryczesy i koszula w stylu koko dżambo. Zobaczymy jak pójdzie. 
- Dogadałeś coś? - pyta zniecierpliwiony Mateusz. Tylko głowy nam z wody wystają. - Zagracie seta i możemy posiedzieć do wyjazdu - oznajmia nasz menadżer na rozparciu dumą z pomyślnego wyniku kilkunastominutowej pogaduchy. Z dnia na dzień, bez planu, z wiarą, że jakoś się ułoży Azja wciąż daje się lubić.

30.04.2018
Niebo szarzeje, gdy tak czekamy w lobby Hotelu Królewskiego, z którego od godziny próbujemy próbujemy się wymeldować. Recepcjoniści nalegają, żebyśmy zapłacili za room service, choć wszystkie usługi, z których korzystaliśmy w pokojach były wyrazem gościnności organizatorów festiwalu. Poza tym umówiony transport nie przyjedzie. Kierowca dzisiaj ma wolne.
Droga do Hotelu Plażowego prowadzi przez bezludzia wyrwane dzikiej naturze. Będzie tego ze dwadzieścia kilometrów wąskiej szosy. Singapurski inwestor zadbał nawet o połączenie promowe z tą zaciszną oazą, problem w tym, że to grobowe zacisze. Koło basenu kręci się kilku gości hotelowych. Podpisują kwit na ręczniki i kładą się na leżakach uplecionych z plastikowej wikliny. Bar serwuje drinki bez konieczności wychodzenia z wody, a tablica pod barem informuje czego na basenie nie wolno. A więc nie wolno krzyczeć, biegać, skakać na bombę i miziać się z ukochaną. Wolno natomiast się schlać i utopić na trzech metrach. Przy plaży, która za dnia ujawnia płytkie dno rozbełtane ruchem tutejszych pływów, też nikogo nie widać. - Uwaga na meduzy i szkaradnice! - ostrzega szyld opatrzony symbolami zagrożeń. Pokoje cieszą wystrojem. Jest szezlong i nocne lampy, nowoczesny telewizor i komódka pełna szuflad. Na ścianie czuwa niby Miró. Zastanawia mnie czym kierował się autor, gdy przeciągał te kilka czarnych kresek ponad bardzo ciemnozielonym tłem. Na widok silikonowej bejcy, łuszczącej się w miejscu, gdzie wysłużona wanna styka się ze ścianą, doznaję flashbacków gastarbeitera.
Szybko okazuje się, że wynegocjowany przez Kubę deal uległ modyfikacjom. Z oferty znika lancz, zamiast spodziewanych czterech mamy dwa pokoje i gramy dwa dni zamiast jednego. Co mi tam. Lubimy przecież grać, w dodatku mieliśmy parę dni przestoju. Dopiero gdy po skończonym secie menadżer podchodzi do mnie i proponuje, żebyśmy jeszcze jeden zagrali, tracę kontrolę nad emocjami. 
- Może szklanką wody by nas ktoś najpierw poczęstował?! 
- Może by poczęstował, ale trzeba poprosić!!! - odcina się reprymendą za niedomiar pokory. Podczas spaceru czuję się chrześcijaninem. Waham się, czy aby nie miał racji. Dręczą mnie wyrzuty sumienia powodowane brakiem wdzięczności, która przecież powinna mnie przepełniać. Za ten występ pod recepcją, za ostrzegawczy ton zdarzeń, za tę atmosferę domu spokojnej starości, nawet za publiczność, która nie przyszła tu słuchać, za równikowy raj. Wracając przez lobby widzę, jak koledzy, zażenowani moim uniesieniem, dwoją się i troją podczas wymiany uprzejmości. Menadżer też się uwija polewając szczodrze z butelki zatopionej w metalowym naczyniu z lodem. W powietrzu czuć wyraźne fą fą. A jednak gościnność mu się przetkała. Zasypiam w poczuciu z wolna rozpływającej się udręki...

01.05.2018
Podczas śniadania dochodzi do konfrontacji. Kuba uważa, że przeginam i że nie ma zamiaru za mnie kolejny raz przepraszać. Grzegorz, że moje zachowanie na wszystkich rzutuje. Wszyscy są zgodni, nawet milczący Mati, tym bardziej, że w końcu spędzili fantastyczny wieczór. Menadżer okazał się równym gościem. Czarował szczodrością, śpiewał i częstował bezalkoholowym winem. Na zakończenie feralnie rozpoczętego wieczoru zapowiedział się, że wpadnie na jutrzejszy występ, a Grzegorzowi obiecał nawet flaszeczkę tego wykwintnego trunku. Tłumaczę się i bronię. Na szalę rzucam lojalność. Wchodząc w niepożądane dysputy pomijam przecież bezdyskusyjny wkład menadżera w niepomyślny rozwój sytuacji. W retoryce roszczeń uderzam w ton słusznie podważający kompetencje organizatorów, mimo że przelaniu się czary goryczy można zażegnywać w korespondencjach i negocjacjach na żywo, które nie są moim obowiązkiem. Kuba jeszcze nie rozumie, że bez względu na sytuację powinien trzymać stronę zespołu. Bywam porywczy, ale nie jestem nieracjonalny. Chłoniemy, choć temat wisi w powietrzu. Zbyt wiele obowiązków wzięliśmy na siebie. Kuba ogarnia bieżące sprawy, biega z kamerą, a do tego ta cała dyplomacja. Z uśmiechem na twarzy stawia czoła idiotyzmowi, który napotykamy na każdym kroku, a z którym wolałby sobie radzić prosto z mostu, jak przystało na gościa, którego do snu koi Behemoth. Ja prowadzę koncerty, warsztaty, robię zdjęcia, codziennie piszę, a w międzyczasie na odległość zajmuję się festiwalem. Pół roku poza domem, w hotelach, wynajętych pokojach, wśród zgiełku, brudu, jedzenia w tanich knajpach i życia wśród ludzi, dla których jestem powietrzem, sprawiło, że chwilowo nie stać mnie na wyrozumiałość wobec gospodarza imprezy, który chce na mnie zaoszczędzić. Charakter Kuby mieści się w ramkach wymogów pracy menadżera. W sytuacjach ekstremalnych potrafi powstrzymać impuls skutkujący destrukcją. Dzielę się z nim swoim doświadczeniem jak mogę, lecz nie chcę się bezpośrednio angażować. Impulsywność jest znakomitym silnikiem aktów tworzenia. To maszyna napędzająca czołg autokreacji, generująca zupełnie inny typ energii. Można ją bezkarnie zaprzęgać w jarzmo artystycznych wypróżnień. Problem pojawia się wtedy, gdy w sprawach, za które powinien odpowiadać menadżer, narzędziem interwencji staje się porywczość artysty, jego skrajnie subiektywna ocena sytuacji oraz przekonanie o działaniu w imię jakiegoś ideału. Ta postawa zwana przez jednych brakiem roztropności, przez innych uważana jest za głupotę. Współpraca z Kubą pod banderą Jazzu po Polsku, po prawie trzech trasach i ponad pięćdziesięciu tysiącach wspólnie przejechanych kilometrów ewoluowała do pełnego turbulencji stanu połowicznie kontrolowanej symbiozy. To kolejny krok naprzód!
Przepastne lobby Hotelu Plażowego jest gotowe do wieczornego koncertu. Pod sufitem migają rurki naszpikowane kolorowymi żaróweczkami, przed sceną, smagane podmuchem gigantycznego klimatyzatora chłodzą się puste fotele. Podczas wyjścia na scenę, barmani machają nam zza kontuaru. W głębi holu, przy drzwiach czuwa odźwierny. Dziewczyny z recepcji też łypią w naszą stronę. Nie ma gości hotelowych, nie ma równego menadżera. nie ma flaszki bezalkoholowego wina. Do końca występu na sali panuje kompletna pustka.

02.05.2018
Z Hotelu Plażowego do przystani promowej jadę z portierem. Pyta jak minął mi pobyt i czy jeszcze tu wrócę. Też się cieszy, że jego półroczny kontrakt wkrótce się kończy. Gorąco poleca jakąś inną wyspę w pobliżu. - Tam proszę pana czuć życie!
Prom, którym wracam do Singapuru przypomina wodolot, zaś sama podróż przez cieśninę przeprawę przez olbrzymie kotwicowisko. Po długim oczekiwaniu w kolejce i szybkiej odprawie paszportowej wskakuję do żółtej taksówki. Autobus, którym zamierzałem dotrzeć na lotnisko, właśnie odjechał. W pierwszym terminalu wsiadam do kolejki. Dalej już autobusem. Gdy okazuje się, że wszystko pomyliłem, wracam skąd przyjechałem, żeby odprawić się w Air China. Po raz pierwszy lecę do Chin bez wizy... Próby zdobycia glejtu w Sajgonie spełzły na niczym, więc postanawiamy, że czas przetestować opcję trzydniowego tranzytu.
Air China to linia z ambicjami. Od niedawna obsługuje bezpośrednią trasę do Polski oferując do tego programy lojalnościowe. Samolot jest czysty, a obsługa spolegliwa. Lot z Singapuru do Chengdu w linii prostej na północ trwa cztery godziny. W samolocie snuję w głowie scenariusze typowe dla Polaka, który przeszedł przez młockarnię amerykańskiej procedury wizowej i doświadczył kowbojskiego stylu pracy służb granicznych za oceanem. W chińskim tranzycie podróżuję niby zgodnie z jego zasadami. Wyruszyłem przecież z kraju A przez kraj B, czyli przez Chiny, do kraju C. Ale co to za tranzyt skoro lecę z Singapuru przez Chengdu do Kuala Lumpur? To tak jakbym z Londynu leciał do Paryża przez Nowy Jork. Wizyta w lotniskowej toalecie kładzie kres moim rozterkom. Tworzę sobie w głowie nowy podział na mapie świata i tylko to się teraz liczy. Są więc kraje toalet publicznych z muszlą klozetową i papierem, który w dowolnych ilościach, otworem rzeczonej muszli odpływa w niepamięć w postaci odrażającej pulpy. To kraje kultury Zachodu. Tam promuję się higienę stosowania papieru. Zanurzywszy ręce po łokcie w dżemie, przedstawiciel tej kultury jest skłonny uwierzyć, że papier wytrze je do czysta, zaś efekt takiego aktu higieny uznać za całkowicie satysfakcjonujący. Są kraje przykucania ponad dziurą i wrzucania papieru do kubełka bez przykrywki. W tych krajach papier nosi się ze sobą. Ce suo li mei you zhi - W toalecie nie ma papieru. - podpowiada już w którymś z pierwszych rozdziałach podręcznik do mandaryńskiego, autorstwa znakomitego tercetu polskich sinologów. Toalety krajów o korzeniach muzułmańskich należą do grupy, którą faworyzuję najbardziej. Tam też jest przykucnik, nie ma papieru, ale jest prysznic! Tak, lepiej ręce utaplane w dżemie płukać, niż wycierać je z dżemu suchym papierem! Choć podłogę tych wychodków przypomina błotniste bajorko, ich niewątpliwą zaletą jest jakość powietrza. W toaletach kultury zachodu wyziewy kamufluje się tężyzną odoru zielonego jabłeczka, żeby mogły powirować niezauważenie w atmosferze zmęczonej i wzdętej. W muzułmańskich wychodkach nie ma takiej potrzeby. Tam z reguły nie śmierdzi. Kategoria, którą najwyżej sobie cenię, to wychodki ateizmów postkomunistycznej Azji Południowo-Wschodniej. Tam nie dość, że jest papier, muszla i prysznic, to nie ma kubełków bez przykrywki i chemii w powietrzu. Można sobie takie pomieszczenie spłukać do poziomu własnej nadwrażliwości, by spokojnie oddać się powinnościom, które nas tam przywiodły.
Chińscy pogranicznicy różnią od swoich amerykańskich kolegów pod każdym względem. Pani zamiast drążyć temat celu mojej podróży, cieszy się, że ma okazję po angielsku sobie pogadać, panowie wpisują do wielkiej księgi nazwy miast na trasie mojej podróży, nazwę i adres hotelu, w którym się zatrzymam, ja pieczętuję to własnoręcznym podpisem, a pani wręcza mi paszport z trzydniową wizą w formie pieczątki. Chłopaki czekają już na mnie z bagażem. Znowu jestem w Chinach.