wtorek, 7 czerwca 2016

Pani Doktor

  Pani doktor jest wiecznie nieszczęśliwa. Dzisiaj też jej przeszkadzamy. Nasza obecność mąci porządek tej przestrzeni, która powinna być spełnieniem jej lekarskich marzeń - pusty gabinet, w którym oddaje się lekturom wiecznie odkładanym na później. Pani doktor lubi sapać, gdy zadajemy niewłaściwe pytania. Czy tu w ogóle można zadać właściwe? Pani doktor spełnia swój obowiązek w bólach oczekiwania na amnestię po ciężkim wyroku.
  Teraz i my czekamy, gdy drzwi do gabinetu stoją otworem. Pani doktor poszła się wysrać...

sobota, 4 czerwca 2016

Słowa Elżbiety

     Na moim balkonie zamieszkał gołąb. W zdewastowanej skrzyni na buty znalazł sobie przytulny kąt. Chyba zależy mu, żeby w niej pozostać, bo nie grucha. Kilka razy dziennie ostrożnie otwieram drzwi i zaglądam przez wyłom w deskach czy nadal siedzi. A jakże! Łypie na mnie z plastikowej doniczki, jakby patrzenie w tył wychodziło mu lepiej. Dopiero po kilku dniach zauważam, że siedzi na jajach. Teraz widzę, że to śliczna gołębica. 
  Na moim balkonie bywały już gołębie. Dokarmiałem. Srały. Przeganiałem. Jeden nawet przez otwarty balkon mi wlazł, gdy ja sobie pyk, pyk te zioła, co w Czechach już leczą. Najpierw pomyślałem, że to Bóg, więc ustąpiłem mu drogę. Bóg? Intruz kurwa, nie Bóg! Zasyczał i ruszył do przodu z walecznym łopotem. On mnie skrzydłami, to ja go gitarą. W szamotaninie zasrał mi dywan, dopiero potem się wycofał. Taki fason... Ale samotna gołębica na dwóch bielutkich jajach?!
   Choć rzadko z sąsiadami rozmawiam,  teraz komu popadnie opowiadam o tym, co dzieje się u mnie na górze. Większość jest zgodna: 
-Masz szczęście!
Też jestem skłonny uwierzyć, że mam. Jestem gotowy otworzyć się na działanie dumy. Jestem wybrańcem!
-Idź na targ i kup jej karmy, a obok skrzyni ustaw spodeczek z wodą - podpowiada Elżbieta. Wstyd mi, że z własnej inicjatywy nie poszybowałem w stratosferę empatii. Póki co kruszę chleb przez szczelinę w wieku skrzyni, z której wyziera ruchliwy łepek strwożonego stworzenia. 
- Gdybym był gołębiem, to bym za nią latał! 
Ma gładkie pióra, a jej czerwone łapki porażają młodocianą świeżością. Nie kuśtyka. Jest taka proporcjonalna. Patrzę jak transportuje w dziobie budulec znaleziony na osiedlu. A to przywlecze włosie lub pożółkłe trawy, a to kawałki siatki i plastikowych opasek. Gdyby mogło, przez ten ułamek sekundy, serce by mi pękło, gdy tak pochylam się wylęknioną ptaszyną.   
Wieczorny telefon od Elżbiety wytrąca mnie z szachowej zadumy.
-Edyta też miała na balkonie gniazdo! 
A więc młode się wykluły i zaczęło się sranie po balustradzie, gruchania i kolektywne łopoty.   
-Musisz wyrzucić jaja i zniszczyć gniazdo.
Słowa Elżbiety biją chłodem. Właśnie znalazłem się na Półwyspie Kolskim, a mroźny grad smaga moje nagie ciało.
    Rano wypędzam gołębice w pizdu, a jaja wypierdalam przez balkon. Gdy tak patrzę jak lecą, wciąż czuję ciepło tej nieskazitelnej gładzi na swoich zimnych dłoniach...

poniedziałek, 30 maja 2016

W tempie wagonowej ciszy

     Ciszę powściągliwych rozmów podsyca konstrukcja wagonów. Ich kadłuby są wytłumione na sucho. Obok mnie Hindus kontempluje półbułkę. Przełożona plastrem sera. Owinięta we wstążkę zgrzebnej serwetki. Ceny tu jak na wojnie, więc pogryza w tempie wagonowej ciszy. 
     I te krowy za oknem, co wyglądają tak zdrowo. Pośród pagórków porośniętych soczyście, rozpoczyna się metamorfoza, której ja też lubię przyklasnąć: ta zieleni chlorofilu w brąz czekolady Lindta. 
  Majowe słońce w swej nieśmiałości bezczelnie demaskuje perwersję porządku, przy którym nawet niemiecki ordung blednie. Szwajcaria...

czwartek, 5 maja 2016

Wyroki za darmo

   Tam, gdzie za leczenie się płaci, tam podniesieni na duchu się gromadzą. Stać ich na to uniesienie. Mogą się wznieść ponad ujadającą chmarę niewolników socjalu. To co, że przywodzi ich choroba. Przynależność do klubu tych, co mogą więcej niż ci, co nie mogą, jest równie ważna. Modeluje ich postawy w karykatury cięższego wymiaru. 
     Tam, gdzie za leczenie się płaci czują się jak na plebanii. W czystym otoczeniu zmartwychwstałej architektury, utożsamiają się z tą przynależnością. Mówią cichymi glosami. Tak się mówi, gdy za ścianą chłodne tabernakulum czyha. Ich tembry są jak zwierzenia wtulające się w ucho spowiednika. Spolegliwe, wyzierające obietnicą ostatecznej poprawy. Informacjami też wymieniają się poprawnie, jak życzeniami wigilijnymi składanymi pod presją marzeń o dniu harmonii doskonałej. Nawet ta dziewczyna w rozbiegu, co za plecami pozostawia plastikowy flakonik z uryną, czuje się częścią ich metamorfozy. Przed majestatem lęku o zdrowie, pod auspicjami klubu dostatnich, jej pożegnalnej formule odpowiada rześki chór. Zgodnie. Daleko mu do obojętnej niemrawości zgromadzeń oczekujących na wyroki za darmo. 

sobota, 14 listopada 2015

Dwa ciała

       Nie wiedziałem, że sroki jedzą jeże! Ten przy krawężniku pękł pod kołami samochodu. Sroka to obtańcowywała truchło podskubując krwawy łakoć, to uskakiwała przed kołami kolejnego samochodu w zgrabnym popłochu
      Pod drzwiami piekarni przypomniałem sobie, że Boże Ciało już od tylu lat mnie zaskakuje...  

piątek, 13 listopada 2015

Eden

      W niedzielę, w Szałasie nigdy klienta za mało. Tu kolejka, tam kolejka. Nie wiadomo niby, gdzie się ustawić, ale wiadomo. Proste, że głowa nie pęka. Za moimi plecami, Ewa szeptem scenicznym po Adamie jadzie, żeby rżnął głupa. A że Adam do rżnięcia jest pierwszy, bo to przecie żadna udręka, to już się mości przy ladzie.
- Jako to? Jedna, Pan powiadasz, kolejka???!  

czwartek, 12 listopada 2015

Spierdalam!

     Pod klatką przy krawężniku, gdy gadka wieczorna się snuje, to i obczajka zwykle się kręci. Aż tu “na co się kurwa gapisz?!” z chodnika kontruje ostro i ciach!!! Dziura sama w głowie się wierci. Wiadomo. Bilety na podróż gotowe, w plecaka kieszeni pranego w zimy połowie się trzyma. Pogoda, buty, motyle… Tam gdzie jadę, bo przecież będzie tak ciepło, wszystko się zmieni na chwilę. Jedzenie, dźwięki, godzina... 
       Spierdalam! Bo od wściekłości za dużo mi czasu na Śląsku już przez te palce przeciekło…  

środa, 8 kwietnia 2015

The Potion

     A great day today! A guy from Fiji (i've never talked to one before) asked me a question I couldn't escape trying to formulate an answer to. "Why Polish women are so different? I mean why are they not racist like the rest of European nazi white power bitches?!"  
:0
     Amount of admiration matched by intensity of fucking hatred! Well, if they were so different, maybe it's because the Polish women (along with Polish men) were secluded from the rest of the world for more than fifty years and this is how their starving for difference manifests itself? But then there are other post-communist countries: Slovakia, Bulgaria, Hungary... Ok. What if the Polish women have a deeper, spiritual insight due to the nation's Christian heritage? Well, the whole Europe happens to have been in Christianity's holy embrace like forever... Maybe they are so different due to the post-World-War-II Poland's being homogenous in terms of mostly everything including language, religion and food with almost no minorities able to flavor the communist boredom with the counterpoint of their existence? Half a century of the whole nation's political detention can sharpen appetites for novelty...
  The thing is that the Poles have a long long long history of being quarrelsome, vindictive and bossy, thus gifted with a flair to alienate their own kind. As a consequence, craving for a company of a kind that is not their own, regardless of its faith or race, might have become their fate. But Poland's being too big to act small and too small to act big definitely became her flame. This is what has kept the potion cooking. It boils so those who come to Poland can marvel at what is made of her presumptuous and her humble... 
     So if you, my Fijian friend, find it unprecedentedly romantic that this is in Poland where women make you feel fallen for whereas everywhere else you feel despised, well, guess what. They probably have no choice!

niedziela, 12 października 2014

Cyklop

   W sobotę też przychodzą maile. Marcus usłyszał od Andreasa, że śpiewam i to dziwnie rzeczy. Czy mogę za dwa dni pojawić się na dwa tygodnie w Szwajcarii? Jasne! Rozmawiamy, nagrywam próbki i wysyłam mailem. Znowu rozmawiamy i jadę. Taksówką w nocy do Balic, samoltem do Zurychu. Na lotnisku odbiera mnie Stefan. Mentalność i sylwetka sportowca. Po drodze dużo się śmiejemy. Zahaczmy o biuro. W Zurychu pada deszcz. Dopiero tu dogadujemy szczegóły kontraktu. Przez dziesięć wieczorów będę pracownikiem cyrku z Bazylei. 
    Od dziś mieszkam w hotelu, a do pracy jeżdżę hotelowym rowerem. Mam zastąpić wokalistę, który współtworzył spektakl. Markus oczekuje, że w ciągu dwóch dni odnajdę się w półtoragodzinnym przedstawieniu podzielonym na dwadzieścia pięć odsłon ilustrowanych muzyką z elementami improwizacji. Pierwsze dwa dni mijają na próbach. Nie mam nawet ochoty przyglądać się Szwajcarii, w której nigdy nie byłem. Wszyscy są mili i kibicują moim wysiłkom. W końcu skoczyłem w sam środek sezonu, bez zastanowienia. Pierwszy spektakl gram dwa dni po przylocie. Na widowni, pod gołym niebem około pięćset osób, w środę. 
   Zabawa zaczyna się tuż przed zachodem słońca. Naturalne światło w tempie zapadającego zmroku oddaje pierwszeństwo reflektorom. Rozjaśniają scenę, w której centrum widnieje stalowa konstrukcja. Ten szkielet głowy cyklopa jest głównym rekwizytem surrealistycznego przedstawienia. Subtelna audio elektronika ilustruje całą tę akrobatyczną bieganinę. Aktorzy-tancerze na oczach widzów instalują elementy twarzy gigantycznego potwora. Policzki pokrywa skóra. Pojawia się ucho, a w nim Bene, grający na perkusji w makijażu na wzór wojów Williama Wallace'a. Pojawia się też oko i usta. Gdy te zaczynają się poruszać, zwisając z ramienia niewidzialnego wysięgnika, z głośników dobiega mój głos. To cyklop wydaje swe pierwsze dźwięki. Śpiewa swoją pierwszą balladę.

czwartek, 9 października 2014

Niebezpieczeństwo, niebezpieczeństwo!

- Karnas!
Głos mężczyzny, który nie rozumie, co to sprzeciw, wytrąca mnie z oczekiwania. Tempo kolejki do odprawy wizowej mierzone jest wnikliwością zadawanych pytań. Ja słyszę już tylko polecenia. Wypełniam fromularz imigracyjny. Gość niemal wyrywa mi z ręki długopis. Moje pobudzenie rozmija się z jego wyobrażeniem standardu spolegliwego podążania za tonem rozkazującym.
-Nazywam się Pan H.
-A ja nazywam się Pan K.
Znika gdzieś z moim paszportem i po chwili wraca. Zachowuje się retorycznie, więc poprostu biegnę w jego ślady. Patrzę jak wita się po drodze z karabinowymi. Obcałowują się, ściskają i śmieją. Ta cała atmosfera odwzajemniania pochlebstw w oddziałach władzy wykonawczej, którą tutaj sprawuje armia... Podjeżdża samochód. Pan Huda zagania mnie do wnętrza. Policjant na motorze toruje nam drogę przez zatłoczone ulice przedmieść stolicy. Czuję się oficjalnie.
- W hotelu wszystko ci wyjaśnią - kierowca umywa ręce od dalszych wyjaśnień. Przed hotelem dwa samochody policyjne i betonowa bariera z kolcami. Już się osuwa w dół. Wejścia do lobby strzeże pracownik obsługujący rentgen na bagaże. Na piętro wspinam się po schodach. W pokoju zimno jak w chłodni. Algieria!
   Fajnie, ale minbusem na próbę, minibusem do do hotelu. Tu za późno na kawę w centrum, tam lepiej się zatrzymywać. Chcę w końcu wyrwać się organizatorom. A bo po co? A niby gdzie? Nesrin w końcu się poddaje. Zostawia mnie przed kawiarnią, przy stoliku pod okapem. 
   Już któryś raz siedzę w tej samej knajpie. Dziś w poszukiwaniu toalety trafiam do piwnicy. Facet stoi przy jedynym pisuarze i obmywa sobie wodą z plastikowej butelki. Pomieszczenie jest niewielkie. Nawet szczyna inaczej tu wonia. Sfermentowana, słodka. Na wprost schodów zieje oczodół ościeżnicy pozbawionej drzwi. Czarnoskóry gość patrzy na mnie rozespanym wzrokiem. Łóżek jest kilka. Do pracy piętro wyżej kelnerzy wychodzą przez toaletę.
    Dopijam trzecią herbatę z miętą i ruszam. Byle dalej od portu. Cynkowa biel budowli i ażurowy błękit balkonowych balustrad-poplamione dowody upadku, wiary w to, że istnieje zewnętrzna siła, która utrzyma Afrykę w pionie, widać na każdym kroku. Wielopiętrowe zabytki puszą się wśród śmieci, otulone zapachem zgnilizny. Europejczyków nie widać. Festiwalowi goście poruszają się w autobusach, pomiędzy hotelami a salą koncertową, pośród stałych elementów wpisanych w krajobraz miasta - Policji i śmieci. Ta pierwsza ustanawia chwiejny autorytet przy pomocy karabinów, za to śmieci są jak Chiny. Nie da się ich powstrzymać.
 Wspinaczka w stronę Kasby ujawnia gruzowiska podwórek, a na nich dzieci grające w piłkę, restauracje ciasne i lepkie okupowane przez podstarzałych karciarzy. Za to zniknęli spekulanci szemrający swoje oferty.
- Niebezpieczeństwo, niebezpieczeństwo! - ostrzega gość, widząc telefon w mojej dłoni. Gdzie ono jest? Podbiegnie? Chodzę ulicami już parę godzin, ale nikt nie zagaduje. Czuję się jak jedyny turysta w mieście. 
   Zataczam koło i docieram na dworzec kolejowy. Właśnie trwa bójka. Oszalały pracownik kolei szuka w popłochu jakiegoś narzędzia. Chce zdzielić gościa, który już dawno wycofał się z kłótni. Jestem gotowy opuścić to miasto, które w zaledwie pięć dni zdołało mnie odrzucić, zafascynować i znudzić. Biorę taksówkę. Droga powrotna do hotelu zajmuje mi prawie godzinę, a i tak czuję, że to centrum.
   Wyjazd do Tipazy przynosi upał i błękit nieba. Zniknęły śmiecie i smog. Teraz już tylko pary pochowane w zaroślach porastających rzymskie ruiny, wiatr od morza czeszący niewidzialnym grzebieniem przybrzeżne niskopnie i ta otwarta przestrzeń. Błękity, suche zielenie i jeszcze bardziej wysuszone brązy. Myślę o wyjeździe głąb kraju, choć owoce morza smakują tu bosko.
   O siódmej rano na peronie pustki. Jestem jedynym klientem przy kasie. Pierwsza klasa? Po co? Chcę zobaczyć, jak jeździ się w drugiej. Pociąg ma poszycie z potłuczonej, karbowanej blachy. Idę korytarzami czterech wagonów, których okna pootwierane są na oścież. Siedzenia pokrywa warstwa piaskowego pyłu. Kupuję bilet na pierwszą. 
  Ruszmy o czasie. Mijamy podmiejskie stacje, na których tłoczą się Algierczycy. Czekają na swoją kolej pośród powygryzanego betonu, zardzewiałych prętów i plastikowych śmieci. Tu dzielnice przypominają porzucony plac budowy. Zmęczenie nie pozwala mi czuwać przy oknie. Budzę się na chwilę gdzieś w górach. Palę dla otrzeźwienia przy otwartych drzwiach kołyszącego się wagonu. Ktoś zagaduje, reszta obserwuje. W wagonie restauracyjnym czyha samotny barman. 
   Do Konstantyny wtaczamy się z prawie trzygodzinnym opóźnieniem. Wał kolejowy pełen jest dzieci. Witają nas gradem kamieni. Przed stacja sznur samochodów. Korek zdążył sparaliżować miasto. Do hotelu przedzieram się taksówką. Pośród gruzowisk i szkieletów żelbetonowych konstrukcji, dwa kilometry robimy w pól godziny. 
   Ibis jak ibis - łóżko, telewizor, okno, łazienka. Po wodę trzeba zejść do baru. Ruszam w miasto w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Obchodzę centrum, ale pora jakiś trefna, bo wszystko pozamykane. W pustej restauracji zamawiam owczą głowę. Słona i śmierdzi, więc przegrywam oliwkami i bułką. Mięsa na niej niewiele. Próbuję zjeść oko.
   Tuż obok mostu nad przepaścią dzieci wykrzykują coś w moją stronę. Słyszę jak za plecami rozpryskują się butelki. Nad krawędź urwiska brodzę w szklanych łupinach. Jakiś facet przygląda mi się z daleka. Portfel wciśnął sobie pod tiszert a na głowie globtrotterski kapelusz. Joël jest prawnikiem z Francji. Po pięćdziesiątce. Zdecydowanie woli towarzystwo chłopców. Ruszam na most, klikam parę zdjęć, robię skręta. To zawsze wzbudza zainteresowanie. Porozumiewawcze uśmiechy i prośby o bucha. Jakiś chłopak zatrzymuje się i w nabierającym tempa arabskim monologu instruuje mnie, że palenie haszyszu jest w Algierii zakazane. Brzmi stanowczo i poważnie. Joël nadbiega z odsieczą jak rycerz. Odpowiedź po arabsku zamyka chłopakowi usta.
  Tutejsza Kasba daje swoim biedakom widok. Rudery wiszą nad urwiskiem, na dnie którego płynie rzeka. Wspinam się powoli drogą do centrum, a obok mnie zatrzymuje się stary Peugeot. Kierowca macha w moją stronę. Zaprasza do środka. To Joël. Za dwadzieścia euro na dobę, od tygodnia tłucze się po Algierii w wynajętym gruchocie. Najchętniej nocą. Nic, co przeczytałem i usłyszałem o bezpieczeństwie w tym kraju nie trzyma się kupy. 
   Żeby dotrzeć do jednego z mostów, kluczymy wyboistymi zaułkami. Parkujemy w zatoczce, tuż za tunelem wydrążonym w litej skale. Na murku sięgającym kolan siedzą z wywieszonymi nogami Algierczycy. Pod ich stopami kilkuset metrowa przepaść. Jakieś grupy piknikują na kamieniach wyrastających z pionowej ściany po drugiej stronie urwiska. Skradam się do krawędzi, żeby zerknąć w rozpadlinę. Jeden z nich przeskakuje przez murek i staje nad przepaścią. Waży grubo ponad sto kilo. Ci ludzie nie boją się wysokości.
   Do Algieru wracam taksówką. Stolica nie jest miejscem, gdzie chcę się luzować. Przechadzka z Darią wzbudza zainteresowanie miejscowych. Długo zajmuje nam marsz po kebab, a potem poszukiwanie miejsca, gdzie w spokoju można go pogryźć. Siadamy na rurkach jakiejś balustrady. Rozmowa się snuje, ale miejsce nie daje spokoju. Starszy gość w poplamionej galabiji znowu ostrzega nas przed nie wiadomo czym. Trudno tu o niezachwianą pewność, czy aby granica, poza którą już tylko łzy i wywiad do kamery w towarzystwie dwóch zamaskowanych wyznawców religijnej rewolucji, nie została już przekroczona.
   Do hotelu biorę taksówkę. Kierowca ledwo mieści się za kierownicą. Nie chce zejść z ceny. Ma przecież chusteczki. Mogę też skorzystać z jego dezodorantu i przegryźć gumą do żucia. Biorę gumę. Zatwardzenie na ulicach miasta dopiero wieczorami reguluje się w bezbolesny przepływ samochodowej masy. Taksówkarze są zmęczeni. Ten też pracuje po szesnaście godzin. Chłodniejsze powietrze i szybka jazda przy otwartych oknach sprzyjają milczeniu...

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

14. Nadymanie żab

  Klimat kontynentu amerykańskiego, tam gdzie Nowy Jork, oferuje szeroką amplitudę wrażeń w interwale pomiędzy szczytem wilgotnego i gorącego lata, a dnem śnieżno-mroźnej zimy, nie jest moim ulubieńcem. Grudniowe zawieruchy nastały już początkiem miesiąca. Nonszalancką kreską malowały obraz świata zgrzytającego w mroźnym uścisku. 
  Topografię komuny miałem w jednym palcu. Po tygodniach przeczesywania jej zakamarków w poszukiwaniu pomysłów na przetrwanie, wiedziałem gdzie szukać wełnianego płaszcza, sięgającego za kolana, jesiennych butów z kłapiącą podeszwą, nieporęcznie grubego szalika i wełnianej czapki pilotki. Rękawiczki, kupiłem jeszcze w lecie, dla jaj. Bezcelowość tego zakupu nagle nabrała praktycznego wymiaru… Poowijany jak katorżnik przemykałem ulicami Harrison. Wyziębione sapały, podniecone nadejściem przedwczesnej zimy. Stację przesiadkową na Manhattanie miałem już przerobioną. Na Queens chciałem dotrzeć przed czasem. 
  Od ulicy wiał przenikliwy wiatr. W przewiewnym sweterku i czapce pilotce stałem przed stertą cegieł. Źle się ubrałem do roboty na mrozie... Z dwupiętrowego ceglanego domu dobiegały dźwięki młotkowania. To chłopy obstukiwały ściany, grzejąc się w środku przy gazowych dmuchawach. Choć służbę w czołgu i życie na kompanii znałem tylko z opowieści, charakter pracy na budowie nie pozostawiał wątpliwości. Koty na start do chujowej roboty! Smołowanie sufitu i ścian zabudowanej rurami piwnicy zajęło mi kolejne dwie dniówki. Czarne gluty we włosach, którym kąpiel nie dawała rady, nosiłem jak dredy wyrolowane na hebanowym gównie. 
   Robota na budowie jest najgorsza! Nie dlatego, że jest wyjątkowo ciężka. Nie. To ten permanentny chaos, który paraliżuje motywacje. O ile do syfu przyzwyczajam się szybko, to brak zauważalnych postępów w pracy zawsze przysparza mi dodatkowych cierpień. W otoczeniu, nad którego transformacją pracowaliśmy zespołowo tygodniami, tak naprawdę nic się nie zmieniało. Pierwsze dni mijały na ustalaniu zakresu moich obowiązków, w szarpaninach konfrontacji, które i tak ustawiły mnie na dnie hierarchii pomagierów, fachowców i majstrów - chłopów spod Tarnowa, warszawskich taksówkarzy, Górali i ginekologa. Każdy chciał mnie czegoś uczyć. Mietek pokazał mi jak sozem przycinać plajłuty i co się robi z tubajforów, a Kazek wziął mnie na praktykę przy sitrakach. 
- Tak wyznaczasz prostą czoklajnem, a tak przycinasz jiksą. 
Z podziałki metrycznej na kłoderincze, incze i stopy i tak już przesiadłem się w fabryce.
  Harmonia powracała do mojego mikroświata, w miarę jak integrowałem się z syzyfową naturą nowego zajęcia. Powrót do życia z dala od podstawowych egzystencjalnych trosk był na wyciągnięcie ręki. Na budowie otaczali mnie teraz ojcowie starszych ode mnie dzieci, dziadkowie dorastających wnucząt, którzy z dnia na dzień stawali się moimi kumplami. Rysiek gadał o Mielcu, a ja o jazzie.
– Student! Nie opierdalaj się, tylko podaj tam śrubokręt z parapetu… 
Rutyna nadeszła szybko. Tu można było zapalić, a tam posiedzieć, żeby nikt nie widział. Bos od razu załapał, że angielski z całej brygady kumam tylko ja. Tak zaczęły się wypady na zakupy w czasie pracy. Choć sporadyczne, uwalniały od ciasnoty i pożółkłego światła, od szorstkich dźwięków i linearnych myśli. W ciszy czystego samochodu tak łatwo jest płynąć nieznanymi ulicami, w przepoconych ciuchach, z trocinami we włosach. Szef w kalkulacyjnej zadumie, od której zamiera ruch gałki ocznej, ja w upojnej pół-hipnozie, niedospany, szczęśliwy, że to inni gną się nad moją robotą. Dziurawymi ulicami Queensu wyjeżdżaliśmy gdzieś poza miasto, a ceglane dwupiętrowce z wolna ustępowały miejsca co raz to większym połaciom zieleni... 
   Komuna przy Frank Rodgers Blvd. miała w grudniu już tylko pięciu stałych lokatorów. Ania i Filip dawno wyjechali. Tadek żyjąc trybem, co nie wadzi nikomu, jak większość mieszkańców komuny, pracował, jadł, oglądał telewizję i spał. Marek przyjeżdżał na weekendy. Spragniony towarzystwa snuł opowieści o dziadku, podszyte goryczą, pełne samarytańskich spostrzeżeń harcerza, który został pielęgniarzem z konieczności. Marek nie obnosił się ze swoimi rozterkami. Wychowany w tradycji studenckich wypadów w góry, rejsów z jachtklubu, potrafił radzić sobie z samotnością, a towarzystwo traktował jak okazję do zabawy. Zbyszek był najstarszy z nas, pełen dystansu wyrażanego przedłużającym się aktem zdziwienia. Jego podpierana długą szyją głowa przemieszczała się we wszystkich kierunkach, w granicach wyznaczonych przez fizjologię kręgów, podczas gdy opuszczona broda, z na wpół rozwartymi ustami, niemal ocierała się o jego mostek. Marszczył przy tym twarz, a jego badawcze spojrzenie zza grubaśnych szkieł sygnalizowało, iż ciąg buforowych zachowań, dzięki którym realizuje się w roli żywej antytezy pochopnych osądów właśnie został zainicjowany. 
   Kuchnia stanowiła centrum życia publicznego na Frank Rodgers. Spora lodówka, stół, telefon na długim kablu i stary telewizor, który urozmaicał czas darmowymi seansami sitcomów łapanych z anteny. No bo co robić po robocie? Chwila rytualnych ablucji i posiłek pochłaniany łapczywie. Popołudnia przechodziły w wieczory, podczas których, zebrani przy stole, ubijaliśmy pianę ze spraw błahych. Tylko Andrzej, zżerany marzeniami o zielonej karcie, wydeptywał rynienkę w kuchennej podłodze. Przyspieszony krok i te wybałuszone niedowierzaniem oczy, te same od lat utyskiwania na szefa, że niby w końcu pomoże mu załatwić papieryZ nudów, z przekory podsycałem jego demony, a on śmiał się jak opętaniec. Nie był w stanie się bronić. W głębi duszy nienawidził mnie tą samą nienawiścią, którą żywił do szefa. Uwierał go kaganiec spolegliwości, na którą musiał się zgodzić, ale przecież chodziło o sprowadzenie rodziny do Stanów. Mimo to pastwiłem się nad nim z sadystyczną rozkoszą osiedlowych gówniarzy, dręczących żaby przy cegielnianych sadzawkach. Nadymane przez słomkę wciśniętą w dupę, dryfowały po wodzie jak liście popychane podmuchami jesiennego powietrza. Machały nieudolnie łapkami, próbując przywrócić zniekształconemu ciału bezpowrotnie utraconą manewrowość. Biernie się temu przyglądałem. Ciekawość jest przecież silniejsza od pogardy dla sadyzmu. 
    Teraz ja dręczyłem Andrzeja, choć widziałem jak go rozdyma...

wtorek, 29 lipca 2014

Liberace

 Kino to ucieczka z własnej rzeczywistości w cudze marzenia. Źródło tymczasowych zmian w lepszego człowieka. Wypełniacz okresów bezczynności. Gdy te nastają, do oglądania podchodzę przekrojowo. Przeczesuję filmografie aktorów, reżyserów, scenarzystów-tych od kina poważnego i tych od rozrywki. Rzucam się na historie oparte na faktach lub na czyściutkie biografie. W okresach bierności, wręcz wyręczam się kinem. Faktualizowane fabuły wypełniają plamy na mapach mojej niewiedzy. Coco Chanel, Gandhi, Ostatni Król Szkocji, Lista Schindlera, Aviator, Skandalista Larry Flint, Upadek, Tudorowie... Pośród filmów o losach muzyków (Niczego nie żałuję, Cadillac Records, Ray, Control, The Doors) specjalną kategorię tworzą już filmy o wirtuozach fortepianu. Po Amadeuszu, Blasku i Pianiście pojawił się Wielki Liberace. Reżyser Steven Soderbergh, twórca oskarowego hitu Erin Brockovich, snuje tym razem opowieść o starczych perypetiach supernowej fortepianowego kiczu, otwierając przed widzem podwoje prywatnej rezydencji przerysowanego showmana z Las Vegas. 
   Liberace to dziesiątki milionów sprzedanych płyt i rozpoznawalność na miarę Presley'a. Złote dziecko amerykańskiego szołbiznesu, uosabiające wszystko to, czym dawała się uwodzić powojenna Ameryka. Szarmancki wirtuoz w smokingu. Archetypiczny maż, zięć i kochanek. Gwiazdor telewizyjny monolitu białych, chrześcijańskich konsumentów, rozkochanych w tytoniu i whiskey z lodem. Zakładnik konserwatyzmu uwikłanego w tradycyjne wartości - Boga i rodzinę,  skrzętnie ukrywający swój ekstrawagancki homoseksualizm. 
    Twórca filmu postanawia zagrać na nosie fanom legendy wielkiego Liberace.  Oto oznajmia wiernym, że świeżo upieczony święty kościoła, to złodziej i wszetecznik, i w dodatku są na to dowody. Kojarzony z ultraheteroseksualnych ról Michael Douglas, przekornie wciela się w rolę pianisty. Na planie partneruje mu Matt Damon, który o portretowanie kryptopederasty otarł się już w Utalentowanym panu Ripley. Pikantny obraz życia gejowskiej pary, wykreowany przez ten oskarowy tandem, wciąga jak słuchanie plotek, bo i aktorstwo, z perspektywy heterowidza, jest niewiarygodnie wiarygodne. 
   Steven Soderbergh w jednym z wywiadów zapowiedział, drżąc z rozgoryczenia, że Wielki Liberace to ostatni film w jego reżyserii. Produkcję wykluczono z dystrybucji w amerykańskich kinach, więc i popis Douglasa stracił szansę na oskarową nominację. Dla tak cudacznej kody, zwieńczającej wielką karierę reżyserską, lubię stracić czas!

niedziela, 27 lipca 2014

Hedonistyczny prysznic

  Zapomniałem, więc szybko do urzędu miasta. Jest siódma trzydzieści. Budynek jest pusty. Siadam i patrzę jak schodzą się urzędnicy. Składają podpisy na listach obecności i w milczeniu rozchodzą się do swoich obowiązków. Załatwiam, co trzeba i biegnę na dworzec. Autobus się spóźnia i do tego nie ma gdzie usiąść. Czekam na następny. Nabity nawet nie zajeżdża na przystanek. Do Katowic docieram tym trzecim, więc do przesiadki na lotnisko czasu jest niewiele. Tam za to samolot się opóźnienia. W ogóle cała ta podróż ułożona jest jak jakieś mroczne domino. Sypie się jeden element, sypie się wszystko. A więc z Malme busem, na który bilety dostępne są tylko w przedsprzedaży, muszę dojechać do Kopenhagi, żeby zdążyć na pociąg do Środkowej Jutlandii. Przymusową pauzę w podróży spędzam na pogaduchach z Adamem i Korą. Mieszkają w Danii i już nie wracają. Adam jest zachwycony nową ojczyzną. Trudno mu znaleźć jakieś negatywy. No może drogie samochody i słabe jedzenie. Za to Dania to system udogodnień. Kolejny kapitalistyczny socjalizm, który drakońskimi podatkami niweczy marzenia o bogactwie, definiując, że życie na wysokim poziomie, może być wystarczającym źródłem satysfakcji. Polacy, których spotykam w Danii peanują swojej nowej ojczyźnie, w której rowery zostawia się bez opieki pod ścianami czy na parkowiskach. Wychwalają duński social i udogodnienia wyrażające szacunek systemu dla wszystkich, który nabyli prawo bycia jego częścią. 
- Jak pociąg spóźnia się dwadzieścia minut, to możesz wziąć taksówkę na koszt kolei.
  Pogoda w Szwecji jest bajkowa - dwadzieścia dwa stopnie i obłoczki. Wąsaty Polak nagania klientów w kierunku busa zaparkowanego przed halą jedynego terminalu. Potrzebuję szwedzkich koron, ale bankomat nie chce połknąć karty.
- Odwrotnie się tu wsadza - tłumaczy po polsku głos za plecami.
Czekamy jeszcze na kilku pasażerów i ruszamy w drogę. Zajmuję miejsce w przednim rzędzie, obok kierowcy. Mijamy opłotki Malme - niskopiennej pipidówy jakich pełno tam, skąd pochodzę. Kierowca jest kontaktowy. Chętnie opowiada jak rozkręcił biznes. Więc najpierw był most nad cieśniną. Po kilku latach pojawiło się połączenie lotnicze z Polską. Złote czasy nie trwały długo, bo inni też się podłapali, że można tę parę koron wycisnąć. Mariusz - kierowca po pięćdziesiątce, daje nam po kawałku lukrecji i opowiada niestworzone rzeczy o Dunkach. Kto by pomyślał, ale to przecież potomkinie Wikingów. Na kopenhaskim dworcu mam jeszcze czterdzieści minut. Bilety muszę odebrać w szwedzkim automacie. Kod nie działa. Pracownik kolei też głupieje. Rząd cyfr wpisujemy po kilka razy, na różnych terminalach, w końcu idziemy do okienka. Maszynę znów wyręcza człowiek. Szybki starbucks i biegiem na peron. Pociąg odjeżdża do Aarhus, ale wszędzie piszą, że to do Aalborga. Pytam co i jak, ale nikt nic nie wie na pewno. Wszyscy za to wyrażają swój optymizm. Słyszę "Chyba tak" albo "Na pewno wszystko będzie ok"... W końcu ktoś brzmi przekonywająco. Tym razem mam rezerwację. Stoliczek we czwórkę dzielę z babcią i jej wnukami, których spokój wykracza ponad moje pojęcie natury pacholęctwa. Święte dzieci. Częstuję ich sernikiem kupionym pod blokiem. Dzieci podejrzliwie wciskają do ust kawałki ciasta. 
  Do Aarhus przyjeżdzamy o czasie. Eliza czeka już na dworcu. Szuszczy po angielsku i ubezdźwięcznia. Moje uszy rozwierają się na cztery palce. Hotel znajduje się tuż pod dworcem. Eliza wręcza mi moją paczuszkę z programem festiwalu, mapą i t-shirtem, a ja jej bilety i rachunki. Biegnę na chwilę do pokoju i od razu idziemy w miasto, na jakiś koncert. Wstęp jest wolny, za to małe piwko po dwadzieścia parę złotych. Z miejscowym big bandem występuje dzisiaj Wiktoria Tołstoj - krasawica, co śpiewa po amerykańsku i zabawia Duńczyków szwedzką konferansjerką. Publiczność jest spora. Wyrozumiale wsłuchuje się, jak tamta szwargoli po swojemu, a Eliza przedrzeźnia jej wyrazisty akcent.
   Po piwku przychodzi lekkie ssanie. Ruszamy do restauracji. Mamy czas na pogawędki, tym bardziej, że moje vino generuje szybki i nadmierny veritasEliza jest emerytowaną woluntariuszką. Nie pracuje już dla pieniędzy. Wybucha śmiechem, gdy mówię, że Norwegów trudno jest rozśmieszyć. Przed restauracją blokuje koło roweru obręczą z patentowym zamkiem.
- Grasują u nas bandy ze Wschodniej Europy.
Do tej oazy ultrademokratycznej wyrozumiałości, wręcz statutowej empatii, przyjeżdżają po rowery i miedź. Ich łupy lądują w kontenerach, które ciężarówkami wywozi się na Wschód...
Właściciel lokalu uwodzi nas bukietem uprzejmości, dowcipów i pochlebstw. Te ostatnie działają. Eliza szczebiocze pozytywnie zakłopotana i zamawia coś Duńskiego. Na stole ląduje miseczka ziemniaków posypanych koperkiem, sos beszamelowy z jakąś zieleniną i miska boczku krojonego w grube plastry, wysmażonego  na głębokim oleju w olbrzymie skwary. To tak jadają Wikingowie... Eliza wsłuchuje się w moje "co w gębie to z głowy". Sąsiedzi, rodzina, religia, związki, demokracja i reszta tematów spędzających sen z powiek. Ta nieodległa Dania, to inny świat. Znowu czuję się niepogodzonym dzieckiem ludu, który zawsze rości sobie do czegoś pretensje.
- Musisz w końcu opuścić dom rodzinny - kwituje swoim werdyktem Eliza. Póki co opuszczamy restaurację.
  Rano ląduję w biurze festiwalowym. Załatwiam papierkową robotę i idę oglądać panoramę miasta z dachu miejscowego muzeum sztuki. Połacie białych ścian, a na ich tle miniaturowe ekspozycje.
- Tu nowa biblioteka, a tam muzułmańskie getto. Ci ludzie - peroruje Eliza - wychowali się z dala od zasad, które wyznajemy, ale wszystkich trzeba przygarnąć. Dać im czas.
Idealizm... Koń trojański demokracji-prawo większości już opróżnia swoje bebechy. Wyłażą z nich ideologie, które niesione na fali demograficznej arytmetyki ostatecznie przejmą kontrolę nad prawodawstwem.
  Robię kilka zdjęć i krętymi schodami schodzę w dół. Na jednej ze ścian odbywa się projekcja filmu. Można go oglądać stojąc na półpiętrze. Ludzie chodzą w tę i z powrotem. Samotnie wciągam się w akcję. Po chwili dołącza do mnie grupa przedszkolaków pod opieką stonowanego brodacza. Teraz razem przyglądamy się nagiej kobiecie, która stoi w niewidzialnym akwarium. Kąpie się w miodzie lejącym się litrami z sufitu. Gęsta ciecz spływa po jej twarzy, ramionach, piersiach, pośladkach. Puzonowa gęganina ilustruje całe zajście. Dzieci obserwują ten hedonistyczny prysznic w nabożnym milczeniu. Opiekun uśmiecha się i powraca do seansu. Po dwudziestu minutach miód wypełnia prostokąt obrazu, a postać tonie, unosząc się w złocistej cieczy jak upiorny preparat zanurzony w formalinie.
  Koło południa ruszam z Michałem (jednym z trzech z duńskiego składu) w poszukiwaniu jedzenia. Miasto żyje jazzem. Dwieście trzydzieści koncertów w sześć dni to dużo. Wbrew temu, co sądzi się o społeczeństwach starego zachodu, sporo na ulicach wózków. Michał, u progu pierwszego ojcostwa, zachowuje się jak detektor matek z dziećmi.
- Patrz! Tam też wózek!  
Napychamy się w chińskim all you can eat i wracamy do hotelu na chwilę relaksu przed próbą i występem w środku dnia. Gramy w białej sali ze skajlajtem, w podziemiach kolejnego muzeum. W przygotowaniach do koncertów pomagają nam emeryci. Ich łagodność jest obezwładniająca. 
   Reisefieber już drugi raz towarzyszy mi podczas tej podróży. Rano w pustej restauracji hotelowej łykam śniadanie, zawijam w chusteczki coś na drogę i ruszam na dworzec. Pociąg jest odwołany. Następny za trzy kwadranse. Zastanawiam się, którędy do najbliższego postoju taksówek. Na wszelki wypadek pytam kolejarza, jaka jest procedura, jeżeli nie zdążę na samolot
- A skąd ja mam wiedzieć?!...
  Na kopenhaskie lotnisko docieram na dwie minuty przed odjazdem pociągu do Szwecji. Na dworcu w Malme biegam jak poparzony. Nikt nic nie wie. Autobus na lotnisko znajduję w ostatniej chwili. Na szczęście można płacić kartą. Teraz mogę pooglądać centrum przez szybę. Malme w niczym nie przypomina swoich przedmieść, ani tym bardziej ceglanych centrów duńskich miast. Więcej tu tynków i połączenia betonu ze szkłem. Miasto jest piękne, zadbane do bólu. Trochę niepokoi mnie ten ład... 
  Autobus ślimaczy się na maksa. Na lotnisko docieramy w trzy kwadranse, no i biegiem do kontroli bagażowej. Mało tu ludzi i tak głucho. Do odlotu pozostało dwadzieścia pięć minut. Grupa pasażerów udających się do Katowic już waruje w oczekiwaniu na lądowanie samolotu z Polski. Nie wiem, po co to robią. Siadam i marzę o przespanej nocy. Wspominam minione kilkadziesiąt godzin i wiem, że jeszcze nie rozumiem Skandynawii.

wtorek, 1 lipca 2014

Zamknięte Królestwo VI - Romantic 69

  Popołudnie w łaźni i kąpiel w lodowatych wodach Morza Żółtego... Sierpniowy pobyt w Dalian dobiega końca. Do Pekinu postanawiamy wrócić pociągiem. Jun, nasz miejscowy gospodarz, przewodnik i druh odwiedza nas rano w hotelu. Wparowuje do pokoju z jakimś pudełkiem w ręku i połamaną angielszczyzną wyjaśnia, że to pierogi i to domowej roboty, po czym obejmuje nas niezdarnie na pożegnanie i znika. Trudno powiedzieć czy kieruje nim serdeczność czy chińskie poczucie obowiązku. Uważa nas przecież za swoich gości. Anyway jest miło... Pracownicy recepcji są też tacy uprzejmi.
- Visa? Mei you wenti! - ale problem jest. Płatność nie przechodzi, a czas leci. Argumenty, że nasz pociąg odjeżdża za moment nie działają.
 - Zapłacimy przelewem z Pekinu! 
Recepcjonistka ze spokojem po raz kolejny prosi o pin i daje do zrozumienia, że postoimy tu do skutku. 
   Na dworzec wpadamy biegiem potrącając tłoczące się ciała. W Chinach ludzie obijają się o siebie obojętnie. Nikt tu nikogo nie przeprasza, bo kto chce iść przez życie ze skruchą na ustach? Szybko przyswajam sobie ten nawyk. Odnalezienie właściwego pociągu zabiera dłuższą chwilę. Nazwę "Pekin" trzeba przecież wyłowić spośród innych znaków, informujących Bóg wie o czym. Na peron wchodzimy już spokojnie - jak na płytę lotniska, całą grupą i pod kuratelą mundurowych. Sąsiadujące perony zioną pustką. Najwyraźniej służą tylko do wsiadania i wysiadania. Żadnych ławek, tylko beton i szeregi opasłych wagonów. Perspektywa dziesięciogodzinnej podróży na "twardych siedzeniach" nie nastraja koktajlowo. Zapowiada jakąś formę cierpienia. Szybko znajdujemy swoje miejsca, podczas gdy pasażerów nieustannie przybywa. Klimatyzacja jest chyba ustawiona pod ilość miejsc siedzących, bo nasze czoła szybko pokrywa rosa. Jarek to mój towarzysz podróży i kumpel z instytutu orientalistyki. Po kulinarnej przygodzie w szwedzkim barze przy autostradzie do Yentai doszedł już do siebie. Teraz przy pomocy podręcznego słownika rozczesuje tabliczki informacyjne, których pełno na ścianach wagonu. Ja też dla zabicia czasu wkręcam się w słownik. Na zmianę dzielimy znaki na klucze i docieramy do informacji ukrytych w "krzakach". Chińczycy dyndają nad naszymi ramionami. Stoją jednak cierpliwie, wręcz pokornie. Jeszcze tylko osiem godzin. Padają pierwsze pytania, a my z trudem próbujemy udzielić odpowiedzi. Posługiwanie się językiem tubylców, nawet słabo poznanym, lubię w podróżowaniu najbardziej! Grunt to podtrzymać rozmowę. Każdy wyłuskany ochłap informacji staje się nagrodą i choć nieporadność jednych nakręca bezsilność drugich, rozmowy na krawędzi braku zrozumienia zawsze są szczere i prostolinijne. Kpią z fasadowości form i norm. Pozbawiają balastu skojarzeń. W ruch idzie te kilka czasowników na krzyż, wyliczanie i rozmowy o czasie. Tak, trzeba koniecznie określać czas! Ludzie lubią wiedzieć jak długo i najlepiej ile. Rzeczowniki się gestykuluje, a przymiotniki olewa. Paleta subtelności przydawkowego gąszczu kurczy się tu do podstawowych barw. Wszystko jest co najwyżej dobre lub złe, dzięki czemu rozmówcy na powrót stają się dziećmi! Dogłębna znajomość języka tylko mąci obraz człowieka...
   Po kilku godzinach jazdy rozpoczynam przechadzkę po wagonach. Pociąg wlecze się lub stoi bez końca na stacjach, w miastach bez nazw. Mój brązowy podkoszulek w trzech słowach wykrzykuje przesłanie, na które nikt nie zwraca uwagi. Jakiś gość uśmiecha się porozumiewawczo. Może dlatego, że też przyjezdny. Podchodzi i czyta na głos, wprost z mojej piersi.  
السلام على الأرض -
Czarnoskóry hip-hopowiec z Arabii! Od razu ruszamy w pety i gawędę. Mamy mnóstwo czasu. 
   Aziz przyjechał do szkoły. W przyszłości będzie budował drogi i mosty, ale na razie uczy się chińskiego. Jego rodziny nie stać na opłacenie mu studiów za granicą, ale to żaden problem. Król za wszytko płaci. Chłopak chciałby mu osobiście podziękować, choć Chińczyków uważa za dzicz. Ich kuchnia napawa go obrzydzeniem. 
- W Pekinie nawet jadłem psinę! - obnażam swoje uwielbienie dla chińskiej kuchni. Patrzy na mnie tak, jakbym relacjonował jedzenie gówna. Rozmowa się klei, więc z łatwością omijamy kwestie religijne.
- Chinki? Przez cztery miesiące z dwoma się spotykałem. Jedna się zakochała jak wariatka, a jaka zazdrosna! Seks w Arabii? W ubikacji się umawiasz. Wiadomo, że to grzech, ale jak się ożenię, to od razu pielgrzymka i życie w czystości. No co ty?! Dziewczyna, co pierdoli się przed ślubem to kurwa! Przyszła żona musi być dziewicą! 
  Jarek ze zdziwieniem przyjmuje do wiadomości, że Aziz jest Saudyjczykiem. Wystarczy spojrzeć na jego ciuchy. Ciekawi nas, co jeszcze ma do powiedzenia. Jest cool i dużo się uśmiecha. Proponujemy mu wspólny pokój w hostelu. Przed wylotem do Rijadu i tak musi załatwić jakieś sprawy w ambasadzie. Z resztą podoba mu się pomysł zaoszczędzenia kilkudziesięciu dolarów.
  Po południu wychodzimy na miasto. Nasz hostel znajduje się w pobliżu Wieży Bębna i jeziorka. Otaczają nas bary restauracje i biali turyści. My też wyglądamy jak grupa angielskich samców z Placu Wacława, bo naganiacze po raz kolejny szepczą nam swoją ofertę.
- Jesteśmy gejami!
- To może chłopców.
- A trupy?
- ...
  Na Dalekim Wschodzie Aziz bez rozterek odwraca się od powagi swoich wahhabickich tradycji. Pije z nami piwo. Nie odmawia też bejdzia. 56% alkoholu w destylacie z sorga może działać podstępnie, ale Aziz chce pokazać, że Saudyjczycy potrafią zachowywać się jak ludzie Zachodu. Opowiada o swojej ojczyźnie, przybija z nami piątki i cieszy go, że w Pekinie pije z Polakami, co gadają po arabsku. My też nie dowierzamy, że to bejdzio, co tak mordę wykrzywia pijemy z Saudyjczykiem. Pod hotelem rozmowa schodzi na Koran. W obliczu świętości zachowuje pijane milczenie.
   Pekińskie upały są nie do zniesienia. Smog i wilgotność przekonują nas do pozostania w chłodzie klimatyzowanych pomieszczeń hotelu. Dwa tygodnie w Pekinie i tak mamy już za sobą. Rano szybko przenosimy się na najwyższe piętro. Teraz mamy już okno i mieszkamy we czwórkę. Nasz nowy współlokator jest gadatliwy, miły, wręcz subtelny. We wszystkim, co mówi daje się wysłyszeć łopot tęczowej flagi. Aziz aż trzęsie się na myśl, że będzie musiał dzielić z nim pokój. Rzuca arabskimi obelgami, a jego żarty brzmią poważnie. Po południu nagrywamy materiał do mojej pracy. Wypytuję go o potoczne nazwy intymnych części ciała, słowa, których nie wypada mówić w obecności kobiet oraz wyzwiska typowe dla dialektu z Dżeddy. Jest pierwszym Saudyjczykiem, którego mogę o to spytać. 
- Naprawdę chcecie przyjechać do Arabii? Zaproszę was Insha'Allah. Tutaj jest mój e-mail. Romantic 69... 
    Jakież to proste!
   Po południu żegnamy się z Azizem. W ruch idą piątki. Jest klepane po plecach. "Bracie to, bracie tamto". Do Arabii maila piszemy już po kilku dniach. Puszczam sygnał przez skypa i dla pewności daję cynę na fesjbuniu. Romantic 69 milczy...

środa, 18 czerwca 2014

13. Miedziaki - ziemniaki...

  Pierwsze dni na bezrobociu potraktowałem jako przymusowy przestój w pracy, ale też należny odpoczynek. Błękit porannego nieba, takiego co najmniej koło dziesiątej, spłukiwał żółć światła fabrycznych żarówek. Czułem się wyzwolony z poczucia obowiązku, usprawiedliwiony z bezczynności.  Kierowany sprawdzoną maksymą „jakoś to będzie”, szukanie roboty odkładałem na jutro, na kolejny poniedziałek, ale ci pod stacją metra dziś wyciągają ręce po drobne, bo kiedyś też zaufali podobnej logice... Nadchodzące dni unaoczniały jedynie tempo, w jakim bezrobocie może wejść w fazę krytyczną, pozbawiając mnie resztek beztroski. Po kilku tygodniach opróżniałem już puszki z fasolą. Porzucone przez mieszkańców komuny, których już nikt nie pamiętał, znowu stanowiły podstawę czyjegoś posiłku. Z czasem nawet kuchenne szafki opustoszały. Nie było już w czym przebierać, więc pudełka z przeterminowanymi płatkami, omijane dotychczas z pogardą, odkurzałem teraz z pietyzmem. To, co zaoszczędziłem na jedzeniu wydawałem na fajki. Po przeczesywaniu kuchni przyszedł czas na naczynia z drobniakami. Wszędzie było ich pełno. Przebierałem monety w szklanym dzbanku na kredensie, w salaterce na półce przy łóżku, w jakimś talerzyku z kluczami, które do niczego nie pasują, w zakamarkach na dnie zatęchłych szuflad. Moi poprzednicy gromadzili je od lat, opróżniając kieszenie niby od niechcenia. W poczuciu, że sięgam po cudze, najpierw wyławiałem kłodry. Nikle, piątaki no i miedziane jednocentówki zabierałem już pewną ręką. Kasę na czynsz musiałem jednak pożyczać od Marka. Jemu, u boku zrzędzącego po wylewie dziadka, fortuna niezmiennie sprzyjała.
  Po opróżnieniu kuchennych szafek, że wszystkiego co w torebkach, pudełkach i konserwach, przyszedł czas na wór ziemniaków i galon oleju. Smażenie frytek stało się moim popołudniowym rytuałem, wyczekiwaną kulminacją długiego dnia w opustoszałym domu. Przyglądałem się ziemniaczanym prostopadłościanom, jak drżą w kipieli wrzącego oleju i olejowi, jak ciemnieje odmierzając upływające dni. Do tego chciało się palić. Ranki poświęcałem na przeszukiwanie mniej eksplorowanych zakamarków komuny. Przetrzepywałem kieszenie porzuconych spodni, płaszczy, koszul, których zatęchłe sterty spoczywały w szafach. Pordzewiałe zawiasy radosnym skrzypieniem oznajmiały krótką przerwę w bezruchu. W poszukiwaniu drobnych, po omacku szperałem pod łóżkami, nurzając dłonie w plątaninach pajęczyn. Z troskliwością botanika spryskującego kwiatostany rzadkich roślin, swoje trofea układałem w rurkach z papieru, po dwadzieścia pięć miedziaków w każdej. Kapryśne jednocentówki przewracały się wewnątrz papierowych jelit, a ja tę jedyną pracę powtarzałem od początku. W sumie jeszcze trzeba było zanieść je do banku, po drugiej stronie ulicy. Urzędniczka ważyła je, po czym wypłacała mi dwa, trzy dolary, które w sklepie obok natychmiast wymieniałem na dziesięciofuntowy worek ziemniaków. Dzięki chłopakom z komuny moje menu przybrało charakter symultanicznych monotonii. Lodówka zawsze była pełna twarogów, które regularne przynosili z fabryki. Początkowo urozmaicały moje kartoflane menu. Z czasem jednak wszystko rośnie w ustach. Końcem listopada czułem się jak marynarz, który zatęsknił za widokiem lądu. Dryfowałem od wielu tygodni, bez dochodów, w długach. Ostatnie miedziaki wymieniłem na jednodolarówki i po raz pierwszy kupiłem polską gazetę. Byłem zdeterminowany kupić pracę. 
 Szczegóły dogadaliśmy przez telefon. W głosie pracownika agencji pobrzmiewał wschodni akcent. Białostocki, przemyski? Generalnie ta naiwna melodia, poczciwa, wiarygodna...
- Jest praca, jest. Na budowie. Dla niewykwalifikowanych. Tak, siedem na godzinę na start. Nie, no numer pracodawcy dostaniesz na miejscu, w agencji. Tak, dwieście. Płatne gotówką... 
   Minęło ponad pół roku od mojego przyjazdu do USA. W tym czasie wciąż nie miałem ani okazji, ani chęci ani tym bardziej powodu żeby wyrwać się na Brooklyn. Wieczorem zaciągnąłem u Marka ostatni dług. Bijący ode mnie optymizm w prognozowaniu dochodów uzasadniał prawdopodobieństwo jego rychłej spłaty. Z agencją byłem już dogadany. Ręka mojego jedynego wierzyciela wciąż jednak niepewnie ściskała dwa studolarowe banknoty. 
 Astronomicznie, wbrew temu co prawił kuchenny kalendarz, trwała zima. Mróz zaczynał dogryzać, a świat zbroił się na nadejście Bożego Narodzenia. Tym razem wstałem wcześnie rano. Pozbierałem się szybko i pociągiem ruszyłem na Manhattan. Spośród istniejących systemów kolei odpowiadających definicji metra, nowojorskie poplątanie podziemnych korytarzy z napowietrznymi torowiskami łączy największą ilość stacji. Setki kilometrów katakumb oraz kolei na i nadziemnej spajają pięć miast-dzielnic w jeden metropolitalny organizm. Węzły komunikacyjne tworzą tam głębokie na kilkadziesiąt metrów plątaniny tuneli, w których pociągi poruszają się na wielu poziomach. Ta nowoczesność pomysłu na organizację masowej komunikacji miejskiej nie idzie w parze z wrażeniem, jakie na podróżnym wywierają perony, pomieszczenia stacji oraz kilometry łączących je korytarzy. Grube warstwy starej farby łuszczą się na nitowanych kolumnach podtrzymujących stalowe dźwigary. Klaustrofobiczne, śmierdzące pomieszczenia stacji, do których dostępu chronią masywne kraty, przypominają więzienne korytarze. Gdy ten penitencjarny styl uchodził za nowoczesny, o Marylin Monroe nikt w Ameryce jeszcze nie słyszał.
  Zagubiony w plątaninie przejść, bramek, symboli postanowiłem zasięgnąć pomocy. Mężczyzna w czerni, ubrany w przykrótkie spodnie, w skórzanych butach, w długim, grubym chałacie i czarnym kapeluszu z rondem, spod którego, na wysokości skroni figlarnie dyndały sprężynki pejsów zwracał na siebie szczególną uwagę. Od dziecka czułem magnetyzm bijący od ortodoksów Ludu Izraela. Enigmatyczne treści epitafiów wyrytych na zdemolowanych płytach nagrobnych żorskiego kirkutu pobudzały moją dziecięcą ciekawość. Nęciła mnie uroda pisma kryjącego tajemnice powtarzane od tysiącleci, głębia starotestamentowego języka, przybliżającego wiernym obraz Stwórcy bez zbędnego balastu tłumaczeń, cała ta otoczka powiązana z niecodziennością gadżetów oraz odprawianych przy ich pomocy rytuałów, stanowiących dziś element historycznego folkloru egzotycznej w powojennym świecie mniejszości religijnej. Słyszało się od dziadków, że Żydzi to, Żydzi tamto. Pochlebnych recenzji wystawiali jednak niewiele. Tu, w Jerozolimie Zachodu, stałem teraz na stacji metra, tuż obok bożego emisariusza, którego wygląd manifestował oddanie jakiejś monumentalnej sprawie. Czułem, że wręcz muszę go zapytać o drogę.
- Nie wiem, nie wiem. Nic nie wiem! - odpalił błyskawicznie głosem drżącym, odwrócił się na pięcie i oddalił w pośpiechu.
 Odnalezienie właściwego peronu zajęło mi dłuższą chwilę. Za to rozedrganego typa w czerni zauważyłem od razu. Stał w tłumie i czekał. Zdębiałem. Może powiedziałem coś niezrozumiale? W końcu mieszkałem w Stanach dopiero od kilku miesięcy. A może myślał, że chodzi mi o pieniądze? Tak! W Nowym Jorku obcym na ulicy zawsze chodzi o pieniądze! Z drugiej strony może to ten amerykański duch współzawodnictwa kazał mu skłamać? Tak na wszelki wypadek, żeby zachować przewagę. Przecież wszyscy uczestniczymy w jakimś wyścigu... A może fakt, że jestem gojem miał jednak jakieś znaczenie? Urodzony i wychowany na Śląsku wiedziałem, że świat dzieli się na goroli i hanysów. Pewnie dziadek miał rację mówiąc, że... Kontynuowałem swoją introwertyczną analizę, wyczekując, aż jego zdumione spojrzenie potknie się o niedowierzanie, z jakim moje oczy świdrowały jego przestępującą z nogi na nogę pewność siebie. Nie rozumiałem, że rozumiem...
   Izrael to państwo bunkier. Kraj, który broni się przed nienawiścią Świata Arabskiego, opartą na przekonaniu, że w skutek syjonistycznego podstępu Palestyna utonęła w blasku gwiazdy Dawida. W odpowiedzi na tę nienawiść, Izrael na utrzymanie swojej armii przeznacza dziesiątą część produktu krajowego brutto. Nieustannie ją doskonali i dozbraja. Służba wojskowa jest w Izraelu obowiązkiem, ale i dla większości młodych patriotów zaszczytem. Trudno jej uniknąć, a ci, którym się to udaje nie mają powodu do dumy. Ortodoksyjni Żydzi nie widzą w tym jednak ujmy na honorze. Państwo zwalnia ich ze służby pod bronią i do tego łoży na ich utrzymanie w zamian za wysiłek, który ci wkładają w studiowanie tory. Aktywna ortodoksja, już od czasów Ben Guriona uważana przez prawo za zjawisko społecznie użyteczne, jest jednak źródłem zawiści, a więc i nienawiści izraelskiej klasy pracującej. Paradoksalnie. Ortodoksyjne rodziny, tradycyjnie wielodzietne, ożywiając scenerię skansenu starotestamentowego judaizmu, dają gwarancję żydowskiej większości w państwie. Izrael to przecież demokracja, a pejsacze to jedyna grupa społeczna zdolna współzawodniczyć z Arabami, dla których religijnie motywowana wielodzietność jest również demograficznym orężem. Stratedzy izraelskiej demokracji, jedynej na Bliskim Wschodzie i ostatniej u bram bezkresów Azji, rozumieją, że ceną przegranej w tym prokreacyjnym maratonie będzie utrata władzy we własnym państwie, a w konsekwencji koniec izraelskiego eksperymentu. Zlaicyzowani mieszkańcy tej małej, żydowskiej Ameryki, nie widzą jednak w ortodoksach swoich zbawców. Harują od świtu do nocy, a potem kryją się w schronach czynszówek, które wynajmują za cenę tęsknoty za krajem porzuconym w poszukiwaniu lepszego życia. Do tego ta ciągła niepewność, lęk przed utratą wszystkiego, co oferuje kapitalizm Ziemi ŚwiętejZ łatwością ujadają więc na pejsatych darmozjadów, nie zdając sobie sprawy, że ich pogarda wierci dziurę w burcie arki, w której chybocze się cały Izrael. A tamci? Naród wybrany przez samego Boga! Żyjąc w oparciu o zasady, których zręby powstawały dziesiątki pokoleń przed Chrystusem, bez trudu odwracają się od wszystkiego, co nie pasuje do starotestamentowej, ale i talmudycznej wizji świataNo a gość drżący peronie? Chyba nie można być częścią Izraela i jednocześnie wraz z nim się nie chybotać. Tak romantycznie hołubione przeze mnie oblicze wiary potomków Ibrahima przyozdobiła częstochowska blizna.
  Moja głowa wynurzyła z podziemnego korytarza stacji na Greenpoincie, wścibska jak koleżanki mojej matki, czujna jak peryskop. Dwa długie miesiące idealnej posuchy zrobiły swoje. Sklepowe wystawy puszyły się bogactwem ekspozycji, a deficyty, na widok polskich kiełbas, boczków, chlebów i ciast dawały o sobie znać. Patrzyłem na wąskie ulice Brooklynu. Wszędzie znajome rysy twarzy, swojskie sylwetki ludzi wynoszących ze sklepów zakupy w ogromnych papierowych torbach. Rybnik! Wczytywałem się w treści szyldów nad delikatesami, pralniami, księgarniami. Bilboardy reklamowaly po polsku usługi amerykańskich operatorów telefonicznych. Widok czarnego policjanta wytrącił mnie z chwilowego odurzenia. Historia zatoczyła swój krąg. Rok spędzony na autostopowych eskapadach po Europie, otwierającej swe podwoje przed biedotą ze Wschodu, nigdy tak naprawdę się dla mnie nie skończył. Eksponowane na wystawach sklepowych towary tu też traktowałem jak muzealne eksponaty. Kupić? Daleko mi było do zasobności portfela kolekcjonera dzieł sztuki… W agencji pośrednictwa, bez niespodzianek, dostałem to, po co przyszedłem. Warty dwieście dolarów numer telefonu mojego nowego szefa spoczywał bezpiecznie w wewnętrznej kieszeni szarego płaszcza. 
- Siedem to dla pracownika z doświadczeniem! – wyśmiewał moją łatwowierność jakiś Jacek. Z siedmiu dolarów gwarantowanych przez Poczciwinę z Greenpointu szybko zrobiło się pięć.
– Jak ci pasuje, to jutro zaczynasz o siódmej.
Dyskusja nie miała żadnego sensu.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

TGV - mon amour aux trucs morts !!!

  Dookoła spokojnie, czysto i pusto. Dwa pięćdziesiąt skutecznie wyznacza tę granicę. 2theloo! Stylistyczna fuzja Kennego G i Michaela Breckera sączy się z niewidocznych głośników. Ma zagłuszać dźwięki dobiegające z sąsiednich kabin. Czy z rozliczenia z Zaiksem jasno wynika, że te kilkadziesiąt groszy, to za podgrywanie w dworcowym szalecie? 
   Katowicki dworzec zwalnia tempo. Do nocnego autobusu mam jeszcze dwie i pół godziny, ale lubię to miejsce. Jego metamorfozę z bajzlu w galerię obserwowałem od kiedy wolno mi było samemu jeździć pociągiem. Dwa tygodnie temu też czekałem tu na autobus do Berlina. Element przygody szybko jednak przestaje być atrakcją. Mam za sobą narowistą noc i pobudkę po czwartej, a przede mną jeszcze jedenaście godzin jazdy. W takich chwilach wolałbym mieszkać na miejscu. Polski Bus, to zabawa w podróż wymyślona dla tych, co wiedzą, jak płacić onlajn. Przekonałem się o tym niedawno. Wygodne, skórzane fotele i dużo miejsca na nogi. Klimatyzacja i skrupulatny kierowca, ale przede wszystkim punktualność. O pierwszej w nocy w Opolu wnętrze autobusu zalewa światło. Młoda, elektroniczna stewardessa wygłasza informacyjny monolog wycyzelowaną polszczyzną i po angielsku. Sporadyczne transakcentacje oraz śródatlantycka dykcja malują portret lektorki przewrażliwionej na punkcie wymowy w języku ojczystym. Po kilku minutach na powrót gasną światła. Część rozbudzonych pasażerów, w większości przed trzydziestką, nie może jednak zgasnąć. Za moimi plecami od dłuższego czasu prowadzi się ożywioną wymianę zdań, półgłosem. Licząc się z możliwością konfrontacji, w marzeniach widzę, jak moje ucho wewnętrzne pokrywa się niewidzialną błoną, gdy tylko zachodzi potrzeba. Pragnę fizycznej zdolności odcinania się się od świata zjawisk dźwiękowych. Z na wpół przymkniętymi oczami mówię, że za głośno. Nawet przez ścianki zamkniętych słuchawek wyraźnie słychać ten delikatny stukot. To groch, po zderzeniu ze ścianą obojętności na mój skromny apel, opada na podłogę jak grad... 
   Na dworcu czekam dziś z konieczności, choć lubię też pewność, że zdążę na czas. Naiwną. Ostatnio i tak przegapiłem autobus z Gdańska. Myślałem, że to później, a to wcześniej. Pozostawał nocny pociąg dziewięć po północy do Krakowa. Skrzypiące wagony, skarpeta w przedziałach oraz pół doby bez dwudziestu minut i warsu. W środku nocy budzi mnie odgłos otwieranych drzwi. Dwóch z walizkami na skórzane paski gramoli się do przedziału. Po cichu kładą je na półkach i moszczą sobie siedzisko. Przed zaśnięciem szepczą w jakimś dialekcie z centralnej Polski. I choć nie wyglądają na takich, co potrafią włączyć komputer, wiedzą, co w środku nocy śpiącemu się należy. Co to onuce, też na pewno wiedzą.
   Jeszcze nie ma dziesiątej, a katowicki dworzec zmienia się w świetlicę. Światło już tylko na suficie, a w nocnej kawiarni nocne ceny. Wybieram stalowe ławki w stylu kowalskie futuro na betonowej nóżce. Wolę posiedzieć za darmo, po za tym na kawę przed nocną podróżą nie mam ochoty. Koło mnie kręci się jakiś chłopak. Ruchy ma niepewne, a oczy rozbiegane. Wariat? Borys lubił obsługiwać "wariatów". 
- Widzisz tego ze swastykami na twarzy? Ma milion na koncie - zdradza. Trzepie papierową torbą i rozgłasza swoje "Everything on sale!" Wszyscy już widzą jego stragan. Wszyscy obserwują jego spektakl. Nie mijają dwie minuty, a Wariat odchodzi z papierową torbą, pełną owoców za pięćdziesiąt dolarów. Do swojego legowiska za płotem na placu budowy, idzie zadowolony. 
   Gość o rozbieganych gałkach siada obok mnie niepewnie i egzaminuje bilet przysuwając do niego oko jak soczewkę mikroskopu do szkiełka. Niewidomy. Mam wrażenie, że słyszy, jak na niego patrzę. Zdradza mnie bezruch podglądacza - bezdech i otaczająca mnie aura ciszy. Dla jego czujnych uszu moja bliskość jest zakłóceniem napierającego zewsząd strumienia dźwięku. Wie, że jestem na wyciągnięcie ręki. Swoją obecność potwierdzam pytaniem. Chłopak handluje softwarem dla niewidomych. Załatwił, to co miał do załatwienia i wraca do Kielc.
- Ale ci kibice wyją! - przerywa moją gawędę o Polskim Busie, a ja się wsłuchuję. Gdzieś na dnie zawirowań dworcowych pogłosów majaczy echo nad wyraz hucznej melodii... Mówi, że rozpoznaje zmiany natężenia światła i widzi w dodatku jakieś plamy. To stąd ten spektakl bez laski. Jego pociąg odchodzi za dziewięć godzin. Teraz siedzi z plecakiem wciśniętym pomiędzy nogi. Odpowiada na moje pytania, albo po prostu wsłuchuje się w refleksje głosu, który nie ma ochoty spędzić nocy w autobusie. On też narzeka. 
- Te kropki na ibupromie strasznie daleko są od siebie powytłaczane.
  W autobusie ponad połowa miejsc jest wolna. Mija północ. Kolesie za moimi plecami nadają jak należy po ciemku. Odwracam się i mówię, co mam do powiedzenia.
- Co?!!! - huczy prowodyr - Gdzieś tu masz napisane, że obowiązuje cisza nocna?!
Moja riposta najwidoczniej odwołuje się do czegoś, co nie mieści się w jego głowie. Czy echo i pogłos katedralnej pustki odezwałyby się, gdyby w nią zapukać? Uciekam w objęcia ciężkich słuchawek. W końcu zawsze nastaje cisza. 
   Tym razem nocka mija zadziwiająco szybko. Na stacji metra wiem już gdzie szukać automatu z biletami. Metodycznie przekładam centówki z niebieskiej saszetki do szpary w maszynie. Mało dookoła Niemców, za to sporo brunetów o oliwkowej cerze. Jakaś parka, już od dłuższego czasu pozbawiona dostępu do prysznica, stacza się na peron na mocnej bani, a tu przecież pora na poranną kawę i węglowodan. Ten z flaszką w ręku wypuszcza z siebie porcję śliny. Aż mną trzęsie z obrzydzenia, gdy facet bełkocze swoje przeprosiny w nieznanym języku, że niby kurwa niechcący. Wszystko ok, tylko to ja ścieram sobie jego ślinę z twarzy.
    W czwartkowy poranek moloch berlińskiego dworca wydaje się ospały. W toalecie zmywam z siebie resztki obrzydzenia. Urok kawki, łakocia na dworcowej ławeczce oraz nadmiar porannego światła przeciągają mnie na swoją stronę. Trochę tylko to słońce razi. Jakiś facet z ledwością człapie w moją stronę. Jest wysoki. Chuda dupka, chude nogi i żeby tak człapał? To chyba przez ten nienaturalnie wzdęty brzuch.
- Ekskjuzmicz! - zagaduję do niego, gdy już od jakiegoś czasu siedzimy ramię w ramię. Ja kubkiem kawy w dłoni, on w kontemplacyjnym milczeniu. 
- Ekskjuzmicz!!! - macham mu już ręka przed oczami. Nadal nie wiem, czy ten budynek z flagą, w oddali, to Bundestag, ale wiem, na pewno że nie chciałbym żyć, udając, że nic nie widzę. Już wolę okazywać pogardę, niż nieustannie koncentrować się na ubieraniu lęku w pozory obojętności.
   Ledwo co zdążam na pociąg do Jeny. Bilety, tak jak w Danii, kupiłem bez rezerwacji. Parę euro taniej, a skusiło. Zatopiony w smartfonie nawet nie zauważam, że skład już się toczy. Jazda po gładkich torach jest jak picie destylowanej wody. Natomiast jazda po drewnianych podkładach, gdy stalowe koła tłuką się na łączeniach szyn, nadaje jeździe wyrazistego smaku. Gonitwa polirytmii płynnego ruchu smakuje kojąco. 
  Przejeżdżając przez Niemcy zawsze towarzyszy mi pośpiech, jakbym miał do przepłynięcia pod wodą cały basen. Następny oddech za granicą. Nie czuję sentymentu do tutejszych miast i mieszkających w nich ludzi. Nie mam w Niemczech przyjaciół, a Niemiecki znam tylko z filmów wojennych. Uwagę mojego pokolenia skutecznie skupiono na historii zdrady, która nadeszła z zachodu. Wpojono mu nienawiść do faszyzmu, utożsamiając z nim naród zza Odry. Teraz ze zdziwieniem przemierzam betonowe autostrady, niezniszczalne jak siła ducha, którego nie złamało upokorzenie towarzyszące klęskom poniesionym w wielkich wojnach minionego stulecia. Z niedowierzaniem patrzę na lasy wiatraków, na ład panujący w miastach. Co takiego drzemie w tych ludziach, że w sto lat zdołali dwukrotnie zniszczyć i dwukrotnie odbudować potęgę własnego kraju? Niejednokrotnie zjeździłem go autostopem wszerz. Znam go ze stacji benzynowych i rogatek miast, po których maszerowałem z plecakiem. Jest nudny jak jazda z Berlina do Hanoweru, choć oglądany z pociągu nie pozwala mi zasnąć. Przyglądam się wsiom, w których nie brak krawężników, wypolerowanym bryłom fabryk z ciemnej cegły, strzelistym kościołom protestantów, mostom dróg znikających we wnętrzu góry. Wydaje mi się, że na zewnątrz jest równie cicho co w przedziale. Tu porządku pilnuje nalepka z wizerunkiem symbolicznej buźki. Palec wskazujący przytknięty do ust mówi "pssst"... 
   Konduktorka wyrywa mnie z zamyślenia. Wachtę przejęła w Lipsku. Wchodzi do wagonu, śpiewa miękko swoje bawarskie "guten Morgen" i od razu zabiera się do sprawdzania biletów. Przysłuchuję się, jak rozmawia z pasażerem obok. Żeby było jasne, jej słowa również brzmią jak rozkazy, są jednak rozwodnione tonem tej dziecięcej naiwności, typowej dla mowy z podmokłą wybuchowością spółgłosek. Wiele lat upłynęło, zanim Jurgen z Warsu pozbył się bawarskiego akcentu. Po przeprowadzce na północ musiał. Niemcy z północy wciąż szydzą z gwary swoich braci z południa.
   W miarę jak zbliżamy się do Jeny teren staje pagórkowaty. Samo miasto jest niewielkie. Autobusy, tramwaje i poplątana architektura. Przesiadkę do Weimaru mam w Göschwitz, na następnej stacji. Pusto tam jak na dworcu Wisła-Głębce, a w dodatku zaczyna się upał. Ciekawe, czy odezwie się konik polny? Po gdańskiej porażce z przegapionym autobusem upewniam się, wszystko sprawdzam po kilka razy. Jestem swoim własnym szefem, road menadżerem, pracownikiem, księgą skarg i zażaleń. Czuję się rozkojarzony brakiem jednej, wyraźnej roli w życiu mojej jednoosobowej trupy. Na peronie wyciskam z siebie pytanie po niemiecku. To pewne, że jego nieznajomość zabiorę ze sobą do urny. Wszędzie pełno tu Rosjan. Ich język wielokrotnie słyszę na peronach. Ta kobieta z rybionkiem, też waha się na głos. Jej niemiecki jest niewiele lepszy od mojego. 
- Ty uwieriena, szto on cieriez Weimar? - chcę się upewnić, czy stąd, to tam, gdzie chcę. Kobieta nie okazuje kszty zdziwienia. Przecież ruski, to język światowy...
  Nowoczesna kolej regionalna, dzisiaj obsługuje swoich klientów punktualnie, nawet tu, na tym zaniedbanym peronie podupadłej stacji. Klimatyzacja szybko tonuje działanie pierwszego, wiosennego upału.
  Jak w germańskim zegarku, na stację w Weimarze wjeżdżamy punktualnie. Andreas czeka już na peronie. Kawka, makowiec, no i gadka szmatka... Do rozpoczęcia zajęć mam jeszcze godzinę. Dzisiaj pracuję ze studentami tutejszego konserwatorium, więc na ręce będą mi patrzeć duchy Bacha, Liszta, Goethego... Szkoła położona jest na cichym odludziu. Balkony budynku przylegającego do trawiastej powierzchni przed głównym wejściem są lożami zamieszkujących go emerytów, umazanych słońcem, owiewanych dyskretną kakofonią dźwięków, dobiegających przez otwarte okna szkolnych ćwiczeniówek. Korytarze głównego budynku też wieją pustką. Na zajęciach zjawia się większość wokalistów. Z rosyjskim akompaniatorem jest na ośmioro... Ten pianista z Niżnego Nowogrodu to popowiec, wyznawca religii prostego rytmu i solidnej dynamiki. Szybko jednak łapiemy wspólny vibe. Niemieccy studenci też wchodzą w jakąś formę interakcji. Nie są typem obserwatorów, jak ich pobratymcy z Jutlandii. Trzy godziny zajęć mija jak pierwsze zauroczenie. Oni śpiewają, a ja dużo mówię. Wyznaczanie granic i rozpoznawanie pułapek, to podstawowe z tematów. Wykonywanie zawodu wokalisty czerpiącego z nastrojów (jazzowego?), to nieustanny kontakt z problemami, których rozwiązywanie jest domeną wszelkiego rodzaju terapii. Pedagogika takiej wokalistyki, to wskazywanie na niezmienność źródeł tych problemów, pomimo różnorodności ich przejawów.
   Weimar to taki niemiecki Kazimierz nad Wisłą. Na ulicach gra muzyczka i tańczą kuglarze. Niemcy przyglądają się tym ulicznym pokazom sezonowych przebierańców i liżą swoje lody. Marzę o spokojnej nocy. Przezornie nastawiam budzik na dziewięćdziesiąt minut drzemki. Mam wrażenie, że rozdzwania się po chwili. Otumaniony nie jestem w stanie go zlokalizować. Miniona noc była jednak długa. Szybko doprowadzam się do porządku i schodzę do recepcji. Andreas czeka już przed hotelem. Wieczór mija nam na pogaduchach we włoskiej knajpie z arabską obsługą, przy stoliku pod drzewem. Andreas opowiada o swoim mężu i ich najbliższych planach. Tych na odległą przyszłość nie mają. Pień drzewa zasłania połowę ulicy, ale mnie i tak bardziej ciekawią relacje niemiecko-niemieckie. W kwestiach zawodowych Andreas nie pozostawia mi złudzeń. Przetargi czy konkursy - wszędzie ta sama maskarada. W sumie to wciąż dopiero się poznajemy. On jest typem, którego interesują odczucia. Ja chcę wiedzieć, co ludzie myślą. Uważa, że jestem owładnięty obsesją prawdy. Żeby się do niej zbliżyć, nie przebieram w środkach, a to cecha, która utrudnia poruszanie się w życiu. Jest bowiem formą przekory wobec logiki potrzebnej do zrównoważonego funkcjonowania w głównym nurcie życia społecznego. Tam, gdzie on jest realistą, ja jestem fantastą. Tam gdzie on na fali swojego realizmu sięga po pochlebstwo, ja, owładnięty swoją obsesją stawiam na działanie przez wątpliwość. Tam, gdzie dostrzegam istnienie tabu, od razu sięgam po swoją lupkę i patyk. Im bardziej jest ono wyczuwalne, tym bardziej chcę je badać. Andreas uważa się za anarchistę, lecz w istocie jest jest skrajnym konformistą, z tym swoim kontraktem do końca życia i suchym śmiechem wiernego koalicjanta. Wypytuję go o faszyzm, za którego sprawą w mojej rodzinie nikt przezież nie ucierpiał. 
- Czy myślisz, że policjant wybuchnąłby śmiechem słysząc "Entschuldigen Obersturmbannführer"
    Noc przesypiam kamiennym snem. Podczas śniadania postanawiam stronić od bekonu i kiełbas. Chcę się czuć lekko. Za godzinę kolejne spotkanie ze studentami. Dzisiaj oddychanie i krzyk! Pozwalanie sobie na wzajemną obserwację i analizę osobliwości całej tej mechaniki oddychania zawsze przysparza refleksji. Publiczne wydawanie z siebie jęków, skamleń, okrzyków, to już otwarcie świata intymnych spraw na obcą inspekcję, która nie wyklucza ingerencji, nie odmawia grzebania w koszach z brudną bielizną w obecności jej właścicieli. Ci salwami teatralnego rechotu będą zagłuszać swoje zażenowanie, ale to daremna taktyka. Śmiech - naturalny przejaw radości, w sformalizowanym życiu często funkcjonuje w oderwaniu od swojego pierwotnego źródła. Traktowany instrumentalnie staje się dowodem lojalności, świadectwem udzielanego poparcia, formą obrony przed zakłopotaniem. Tradycja grania śmiechem jest wciąż zbyt silna i nazbyt akceptowana, żeby pełnia prawdy o emocjonalnej naturze ludzkiego głosu mogła bez przeszkód się ujawnić... Zajęcia mijają szybko.
   Pociąg z Wiemaru odjeżdża prawie punktualnie. Mam trzy godziny na odsapnięcie, zanim dotrzemy do Frankfurtu. Jedziemy chyba jakąś boczną arterią komunikacyjną, bo falowo powraca stukot kół, a futurystyczna bryła pociągu kolebie się na boki potrząsając popiersiami podróżnych w chaotycznym tańcu. Coś we mnie się zmieniło. Ta nowounijna Polska zaczyna mi się podobać. Podobają mi się dworce i galerie, nowe drogi i cała ta świeżość ukończonych inwestycji. Tu, za oknami pociągu, wciąż widać dwa kraje. Miasta tego wschodniego to hybrydy komunistycznego dziedzictwa i nowoczesnej wklejki z architektury i dróg. Przypominają Kraków, Wrocław czy Warszawę. W Fuldzie zaczyna się zachodnio-niemiecka spójność, typ podstarzałej nowoczesności, charakterystycznej dla krajów starego europejskiego zachodu. 
   W drodze na lotnisko, Frankfurt mijamy z lekkim opóźnieniem. To chyba największe z niemieckich miast, jakie dotychczas widziałem. Twórcy zabudowy jego centrum, zapatrzeni w wizje przyszłości, już dawno stworzyli architekturę na miarę municypalnego kolosa. Przez paszczę we frontowej ścianie bryły lotniskowego Hiltona wolno wślizgujemy się do głównej hali dworca. Wzdłuż szerokich peronów warczą pociągi dalekobieżne. To tu dociera jedna z nitek sieci gigantycznego metra, komunikującego globalny ruch lotniczy z największymi miastami serca Wielkiej GermaniiDroga do stacji kolei regionalnej prowadzi widną w górę. Przyglądam się wszytkiemu od nowa. Szukam wzrokiem śniedzi i wygładzonego deszczem kamienia, ale wszędzie widzę tylko podstarzałe aluminium i obłupaną sklejkę. To właśnie Stara Unia.
  Mam jeszcze sporo czasu, ale wolę poszukać peronu. Znajduję go w głębokich podziemiach. Koło mnie zatrzymuje się ślunsko para kole sześdziesiuntki. Chyba rozpoznają we mnie Polaka, bo włącza im się mruczenie pod nosem. Stacja jest głośna, tłoczna, lepka, duszna, śmierdząca i mroczna. Jak na katowickim dworcu sprzed remontu. Mimo swojskiej atmosfery, czuję lekki niepokój. W Saarbrücken będę miał tylko cztery minuty na przesiadkę, a mój pociąg już spóźnia się dziesięć. Z drugiej strony wierzę, że jakoś to nadrobimy. W końcu to Niemcy. 
  Podróż z Frankfurtu do granicy jest tak podmiejska, jak sam dworzec. Pociąg kolebie się na wszystkie strony, a przejścia pomiędzy wagonami wypełnia słodkawy smród sfermentowanej szczyny. Do tego ludzie tłoczą się jak w metrze. Nie mam ochoty na żadne rozmowy. Uciekam w muzykę i rozmyślania. Konduktorka telefonicznie załatwiła mi u kierowcy dodatkowe pięć minut, na autobus biegnę jednak, jakbym padł ofiarą szantażu. Zajmuję miejsce w ostatniej chwili, w ostatnim rzędzie. Kobieta siedząca przede mną rozmawia przez telefon po ukraińsku. Obok niej, facet w zatyczkach robionych na miarę, czyta coś po angielsku. 
- W  Luksemburgu będziemy za nieco ponad godzinę -  odpowiada, po czym z pietyzmem wypełnia uszy zatyczkową masą.
  Nawierzchnia autostrady nagle się zmienia. Chropowacieje, bo i nabita z grubszej grudy. Niedoróbka jakby ustępuje, a krajobraz osiąga kolejny wymiar ładu. Luksemburg! Autobus kluczy ulicami przydrożnych miasteczek, wpasowanych w strome, skaliste zbocza niewielkich pagórków. Mijamy wielobarwne domki, malowane z dziecięcą pomysłowością. Wszystkie mają okiennice z drewna i kwiaty na parapetach. Ciekawe, czy Jerome zjawi się na czas?
  Miasto Luksemburg jest niewielkie, za to wygląda spektakularnie. Jego centralną atrakcją, jest przepastna dolina w centrum miasta. Na jej dnie widnieją budowle, ciągną się wąskie drogi, kamienne rampy i dukty. Wszędzie mnóstwo drzew. Dworzec główny to budowla ze szkła i kamienia. Manifestuje przywiązanie Luksemburczyków do burżuazyjnego szyku, sygnalizując gotowość do ingerowania w tradycję. Ludzie sporadycznie wchodzą i wychodzą. Jakaś hiperaktywna grupka przed wejściem na halę główną zwraca na siebie uwagę. Podchodzę bliżej. Ten, co sam się strzyże maszynką, krzyczy coś po rusku do swoich ziomali. Śmieją się gromko rozbawieni inscenizacją ulicznego sparingu. Czarne dresy, ściągacze poniżej kostek i powyżej nadgarstków, no i czarne adidasy. Jest też taki, co dziś stoi bez harmonii czy skrzypiec. Zmierzwiony chwieje się, wydając po cygańsku polecenia chudemu chłopcu. Pety lądują na dworcowych marmurach, po których nieco spłoszeni obywatele Księstwa Luksusu stąpają śpiesznie.
  Jerome się spóźni. Proponuje spotkanie pod katedrą. Docieram tam przed czasem. Właśnie skończyła się msza. Biskup w błękitnych szatach, z uśmiechem naelektryzowanym religijnym uniesieniem, obściskuje dłonie wiernych. Ci odwzajemniają się równie mocną dawką szacunku, w imię wspólnie wyznawanych wartości. Katedrę oglądam pobieżnie. Wizytę kończę w pustym pomieszczeniu toalety. "Opłata za korzystanie wynosi pięćdziesiąt centów" - mówi napis nad miseczką, w której spoczywa kilkanaście euro w bilonie i drobnym banknocie. Pomieszczenie opuszczam targany pokusą zbezczeszczenia katedralnego wychodka kradzieżą... 
   Jerome zjawia się nieźle nakręcony. Terkocze i trudno go zrozumieć. Angielszczyzna Luksemburczyków jest miałka. Trzeba się wsłuchiwać. Rozmowy o pierdołach raczej mnie nie interesują i chyba jakoś to sygnalizuję, bo Jerome od razu mówi o swoich kłopotach i rozterkach w życiu zawodowym i prywatnym. Nawija jak po kokainie. Jego uwagi nie sposób przekierować na inny tor, niż ten, który sam sobie wyznacza. Przejmuję na chwile wątek. Chcę mu pokazać, po jakich meandrach poruszam się w swoim własnym życiu. Jego słowotok ustaje. To zawsze działa. W słuchaczu wybudza się ta złośliwa satysfakcja, że inni też mają powody do zmartwień, tymczasowa, jak marzenia o pieniądzach po pierwszym kieliszku wina wypitego na głodno. Po godzinie jesteśmy na miejscu. Hotel wygląda na opustoszały. O drugiej walę jednak pięścią w ścianę. Rozmowy od razu cichną. Czy to "Luksemburg" i nietypowy sposób upominania się o swoje tak działa, czy może oni też byli przekonani, że hotel jest pusty? Wstaję o siódmej. Jerome w biegu prowadzi mnie na miejsca spotkania z uczestnikami warsztatów. Jak na sześciotysięczne miasteczko, szkoła, ze swoją salą koncertową dla pięciuset osób, jest nienaturalnie wielka. Dzieci biegają tu pośród młodzieży akademickiej, bo przedszkole muzyczne i konserwatorium mieszczą się w jednych murach. Na spotkanie ze mną przychodzi garstka dorosłych, lubiących śpiew i muzykę. Ich motywacje są skrajnie różne. Jedni wierzą w istnienie remedium dla swoich odwiecznych kompleksów, inni szukają kolejnego źródła radości. Akompaniuje nam czternastolatek. Rozmawiamy o głosie. Próbujemy go zdemaskować. Śpiewamy i znowu rozmawiamy. Niektórzy pielęgnują w sobie marzenia o śpiewaniu mimo wszystko...
  Do miasta Luksemburg docieram przed czasem. Mam chwilę na szybką kawę. Towarzyszy mi Jerome i jego iberyjska żona. Tablica w hali dworca informuje, że zamiast TGV, dzisiaj odjedziemy jakimś autobusem. Do samego Paryża?! W popłochu próbujemy ustalić skąd. Pożegnalna wymiana kurtuazyjnych komentarzy zamyka mój kilkunastogodzinny pobyt w zamożnej enklawie zachodniej Europy. Utwierdzony w przekonaniu, że w obliczu panującego tu stylu życia, nawet Niemcy muszą się czuć, jak biedniejsi sąsiedzi ze Wschodu, zajmuję miejsce przy oknie. Wycieczka kończy się na podmiejskiej stacji, po kilku minutach. Nasz TGV mruczy już na peronie basem. Jego kadłub skonstruowany, gdy Stara Unia była jeszcze młoda napakowany jest farszem świeżych technologii, jak czołgi czy samoloty. Głos konduktora dobiegający z interkomu informuje, że pomimo półgodzinnego spóźnienia, na Gare de l'Est dotrzemy na czas. SNCF dba o przejrzystość zasad podróżowania. Informuje o nich przy pomocy przyjaznych symboli działających na intuicję. Tak więc telefon komórkowy, podobny do niemowlęcia śpiącego w powijakach ma zamknięte oczy... 
   W Metzu stoimy dodatkowe kilkanaście długich minut. W końcu pociąg wytacza się szerokim łukiem na niekończącą się prostą. Baryton Davida Sylviana bulgocze mi ciche zwierzenia, podczas gdy obłoki gnają w przeciwnym kierunku jak w niemym filmie. Szalone tempo jazdy! Te grubo ponad trzysta na godzinę sprawia, że ciągnąca się wzdłuż torowiska autostrada wydaje się czteropasmową szosą w terenie zabudowanym. Do Paryża przybywamy zgodnie z obietnicą. Wysiadam z wagonu na końcu składu. Spora jego część stoi pod gołym niebem. Drepczę jakiś czas zanim dochodzę do zadaszonej hali z peronami. Nabuzowany energią miasta, do którego tak lubię powracać, mijam wagony zziajane elektrycznym galopem. W oddali kłębi się już tłum oczekujących. Patrzę przed siebie, lecz nie widzę żadnej znajomej twarzy...