czwartek, 26 kwietnia 2018

6. Jedwabnym Szlakiem na Borneo

25.04.2018
Poranek zapowiada się leniwie. Kuba z Grzegorzem robią wypad po pamiątki, a Młody i ja zostajemy na domu. Chcę poobrabiać zdjęcia, poza tym nie mam w plecakach miejsca na przyprawy, dzwonki, zielone herbaty, magnesy i koszulki z Manado. Ledwo pakuję te kilka par skarpet, koszulę na scenę, dyktafon, bieliznę, dysk, trzy tiszerty, słownik arabski, łyżkę do zupy, mapę Wietnamu, kadzidełka w stożkach, coś do pisania, aparat, bibułki, trzy obiektywy, baterie, marker, bezprzewodowy głośnik, korektor, zatyczki, telekonwerter, kostkę Rolanda, chińskie zapiski, krótki przedłużacz, zeszyt i kable, etui na karty, garść ładowarek, Jądro Ciemności, harmonijkę, laptop, bluzę z kapturem, dmuchany podgłówek, tabletki, skarpetki, Machiavellego, pastę do zębów, drobiazgi na zapach, czapkę na chłody i kilka płyt.
Na sali wciąż pusto. W połyskliwej podłodze sceny odbija się zarys ogołoconej z talerzy perkusji. Brak jej statywu i stołka. Opiekun jest mało przyjemnym gościem koło pięćdziesiątki. Podaje mi rękę, którą ściskam, choć pewnie poczułby się lepiej, gdybym z niej coś zjadł. Pyta czy mamy ze sobą kable. Chyba ma nadzieję, że się sami porozpinamy. Dwie godziny zabiera mi ogarnięcie sytuacji na scenie. Muzycy nie mówią po rosyjsku, a obsługa nie zna angielskiego. Znoszenie gadżetów, szukanie przedłużaczy, ustawianie świateł. Czuję się, jakbym na ochotnika przyjął rolę producenta szkolnej akademii. Gdy na salę wchodzą pierwsi goście, wciąż jeszcze się wydzieram, próbując ustalić coś z facetem z reżyserki na piętrze. Uzbekistan, jak na kraj, którego wizerunek budują symbole islamu - monumentalna architektura żywcem wzorowana na szyickich świątyniach Iranu, jest w sumie zaskakująco niemuzułmański. W sklepach sprzedaje się świński tłuszcz, a w cuchnących toaletach korzysta się z papieru, który tak jak w chinach trzeba ze sobą przynosić. W toalecie obsługującej nasz dzisiejszy koncert nie ma wody...
Miejscowy gwiazdor sowieckiej estrady wygłasza przywitalną bajerę, po czym na scenie zjawia się umuzykalniona piętnastolatka. Słyszę za kulisami jak drze się do mikrofonu. Po krótkiej prezentacji zespołu, wywołany wychodzę zza kotary. Konferansjer wręcza mi dyplom w imieniu ministra kultury. Ot taki wstęp do koncertu. Publiczność jest ospała. Chcą sobie posiedzieć i poklaskać leniwie w ramach aktu kurtuazji, w reakcji na muzykę, której nie znają. - Bijecie brawa jak mieszkańcy stolicy, sennie i niemrawo. Jeszcze raz! Chcę słyszeć, że żyjecie!!! O, dużo lepiej. Teraz dopiero czuję się jak na wsi - dozuję z wdziękiem zakamuflowaną zjebkę. Śmieją się. Możemy zaczynać.
- Już wiem dlaczego nie chciałeś śpiewać na antenie - wyznaje po występie rozpromieniona Oleysa.

26.04.2018
Niebo znowu błękitne. Po siedmiu dniach jedzenia baraniny, trzech koncertach zagranych w trzech miastach i dziewięciuset kilometrach wysiedzianych w samochodzie, czuję się nasycony Uzbekistanem. Przed południem docieramy do budynku taszkenckiej akademii muzycznej. Wejścia do głównego holu strzegą bramki, jak w toaletach na kolejowym w Katowicach. Zamiast portierów siedzą naburmuszeni milicjanci - Nie filmować! - witają nas uroczyście w progach gmachu konserwatorium. Każą czekać. Co chwila ktoś się na mnie gapi. Jestem jedyną osobą w spodenkach powyżej kolan. Co poniektórzy potrząsają uniesionym ku górze kciukiem. Mam tak trzymać. W sali, w której poprowadzę warsztaty czekamy aż popodpinają sprzęt. Część studentów po godzinie wychodzi zniecierpliwiona. Na start serwujemy porcję muzyki bez zapowiedzi. Ci co zostali orientują się, że dla nich gramy dopiero w połowie numeru. Są małomówni, gdy próbuję nawiązać z nimi dialog. Wolą być zabawiani. Dla nich to pierwsze spotkanie z dziwactwem przekory, która rodzi się w człowieku, gdy ten chadza pod prąd. Ale co oni mogą wiedzieć o chodzeniu pod prąd, w tej umundurowanej rzeczywistości. Słuchają i patrzą, ale nie mówią. 
- Wstydzą się - wyjaśnia w imieniu dorosłych studentów szkolny akustyk i sam zadaje pytania, żebyśmy nie siedzieli tak w ciszy. Gramy kolejny kawałek. Ktoś się w końcu ośmiela, a ja od razu otwieram się jak Max Kolonko. Teraz słuchają. Czy coś z tego zrozumieją? Dziennikarka koło sześćdziesiątki z powyjadaną szminką zdaje się wiedzieć, o czym mówię.
Na lotnisko wyruszamy trzy godziny przed wylotem. Dyplomatyczne blachy znowu zdają egzamin. Omijamy kolejkę samochodów oczekujących na jakąś kontrolę. Żeby dostać się na plac przed budynkiem lotniska musimy przepuścić bagaże przez skaner. Po przekroczeniu drzwi wejściowych robimy dokładnie to samo. W kolejce do odprawy czeka już kilkanaście osób. Kontrola paszportów, oklejanie walizek, wydawanie kart pokładowych. Wszystko to trwa w nieskończoność. Narowista Uzbeczka próbuje się wryć do kolejki, na co Kuba – Gdzie?! Ta mu z ryjem, że już długo stoi, i że teraz jej kolej. Ja na to – Ciszej mi tu, a ta – Zamknij się debilu! To mój kraj!
Jeżeli komuś wydaje się, że Azja to ojczyzna pokory i wewnętrznego spokoju to odpowiedź brzmi - Ni chuja! Ludzie ziemi, którą opuszczamy, pomimo pozorów łagodności są porywczy. Podczas rocznego pobytu na Dalekim Wschodzie, pomimo kilku usilnych prób, nie zdołałem ściągnąć na siebie agresji. W Azji Środkowej, w ciągu kilkunastu dni odniosłem sukces dwukrotnie. Do kontroli paszportowej idziemy przez trzeci skaner. Tuż za budkami celników gość przy ambonie znowu sprawdza paszporty. Za wąskimi drzwiami czeka na mnie kolejna inspekcja i ostatni skaner, obok którego ustawiono wykrywacz metali. W hali odlotów prawie wszystko już po staremu.

wtorek, 24 kwietnia 2018

5. Jedwabnym Szlakiem na Borneo

23.04.2018
Pomny ambasadorskiej zjebki, zaliczonej tuż przed opuszczeniem Biszkeku, zespół stawia się przed rezydencją gotowy do drogi punktualnie o ósmej rano. Przed nami ponad trzysta kilometrów w upalny dzień. Krajobraz za oknem nie potrafi wskrzesić we mnie bezsennej czujności. Budzę się kiedy kierowca zatrzymuje samochód na poboczu, na którym ustawiono stragany pełne wędzonych ryb. W tle widnieje most przerzucony nad wodami Syr-darii. Wraz z Amu-darią zasilały onegdaj wody Jeziora Aralskiego. Rozpoczęty w Uzbeckiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej w połowie lat sześćdziesiątych projekt irygacji pól przeznaczonych pod uprawę bawełny, doprowadził do jednej z największych katastrof ekologicznych dwudziestego wieku. Drugie co do wielkości jezioro świata zwane morzem praktycznie zniknęło z powierzchni, a niegdysiejsze jego porty przemieniły się w pustynne miasta widmo. Moʻynoq. Kupujemy po rybce i ruszamy w dalszą drogę podskakując na nierównościach nawierzchni naszpikowanej łatami w łatach. Przy wjeździe do Samarkandy kolejny postój. Kierowcy kombinują jak dotrzeć do miejsca, w którym dzisiaj zagramy, jakby nawigacja nie istniała. W pobliżu samochodu kręci się kobieta o złotych zębach. W ręku trzyma niewielki garnek pełen brunatnych kłączy. Za drobną opłatą chce nas okadzić, uwolnić od złych mocy, choroby, na szczęście. Ot taki to w Uzbekistanie islam. 
Na ulicach Samarkandy widzimy kolaski zaprzężone w osły. Ta starożytna osada, która na dobrą sprawę nigdy nie przestała istnieć, różni się atmosferą od sterylnej stolicy, podniesionej z gruzów miasta powalonego przed pięćdziesięciu laty przez gigantyczne trzęsienie ziemi. Kobiety noszą się tu w chałatach, których kolor różni się od koloru chust. Mężczyźni paradują w przydużych garniturach. Wzorzyste rogatywki chronią ich głowy przed słońcem. Wyraźna dominacja uzbecczyzny nadaje Samarkandzie etnicznego charakteru. Uzbecki jeszcze przed wojną posługiwał się alfabetem arabskim. Wraz z wchłonięciem Uzbekistanu przez Związek Sowiecki, krótkotrwały romans z alfabetem łacińskim przerwała dyktatura cyrylicy. Choć od odzyskania niepodległości łacińska pisownia powróciła do konstytucyhnych łask, w praktyce stosowana jest na równi z cyrylicą. Mozolę się, sądząc, że odszyfrowuje rosyjski szyld, a to przecież uzbeckie słowa.
Wejścia do sali koncertowej strzeże zastęp milicjantów. Na scenie znów mrowi się grupka pomagierów.
- O której chcecie zacząć koncert?
- To znaczy?
- No o której chcecie zacząć koncert?! O pierwszej, o trzeciej?
- A publiczność?
- Przyjdą jak wam pasuje. Jeszcze jedno. Macie w zespole tancerzy?
Sytuację językową w krajach powstałych w wyniku rozpadu imperiów cechuje powolny zanik języka narzuconego ich obecnością na rzecz języków narodów przez imperia wchłoniętych. Francuski powszechnie uchodzi za język Afryki Zachodniej. Podczas podroży przez Algierię nie da się ne zauważyć, że młode pokolenie Algierczyków nie rozumie już francuskiego. Podobnie w republikach sowieckich, które uzyskały status niezależnych państw. Pierwsze pokolenie Uzbeków urodzonych na długo upadku Związku Sowieckiego wkrótce odbierze dowody osobiste, a język rosyjski powoli odejdzie w zapomnienie. W Azerbejdżanie po rosyjsku mówi się już tylko w stolicy. Po wsiach wciąż pamięta go starszyzna. Nasza samarkandzka publiczność to w większości młodzież. - Nie ma co liczyć - twierdzi Danka z ambasady - Nie będą rozumieć, co do nich mówisz. 
Polscy misjonarze w Uzbekistanie już dawno uczą się uzbeckiego. Przygotowują się na nieuniknione. Być może zaczęli uczyć się za wcześnie, bo publiczność reaguje żywo na moją gawędę. Po koncercie, podczas selfie session, zwracamy się do siebie po rosyjsku, ja, że tak ładnie mówią po rusku, a oni, że to ich ojczysty język...
W restauracji natrafiamy na delegację rektorów polskich uczelni. Piją już któryś dzień, oczywiście po robocie. Towarzystwo jest wesołe i nie zadziera nosa. Padają zuchwałe dowcipy, a język komunikacyjnych piłeczek odbijanych ponad stołem zastawionym baraniną jest daleki od dyplomacji owiniętej krawatem na duszno. Rektor z Warszawy upatrzył sobie Kubę. Polewa mu jeden za drugim i zabawia nas niezrozumiałym dowcipem. Podczas pożegnania dochodzi do wymiany serdeczności. Tak działa dystans dzielący nas od ojczyzny w połączeniu z wódką.
Medresy Registanu grają pożegnalny akord pod finał neszej krótkiej wizyty w Samarkandzie. Pomimo że zabudowania tej bajkowej architektury z połowy minionego tysiąclecia, to w dużej mierze efekt rekonstrukcji zdewastowanego oryginału, z łatwością wpadam w kleszcze zadumy nad ścieżką, która mnie tu przywiodła. Do Taszkentu wracamy po zmroku. Samochód podskakuje kołysząc się na nierównej nawierzchni. Brawurowa jazda w ciemności w niczym mi nie przeszkadza. Zasypiam od nadmiaru dnia. 

24.04.2018
Na ulicach Taszkentu odświętna atmosfera! Milicja paraduje dziś w galowych mundurach. Zielone kurtki mundurów zastąpiły białe koszule. W miejsce kepi pojawiły się sowieckie talerze czapek. Do miasta przybył z wizytą prezydent Turkmenistanu - dentysta swojego poprzednika. Uświetni swą obecnością otwarcie parku nazwanego na cześć Aszchabadu - stolicy kraju, którym od lat rządzi niepodzielnie. Wczoraj, z tej okazji, zgodnie z obowiązującym w Uzbekistanie protokołem odbyło się spotkanie turkmeńskiego męża stanu z korpusem dyplomatycznym. Wziął w nim udział nasz sąsiad z góry, Ambasador RP. Tym razem obyło się bez śpiewania ludowych pieśni na życzenie prezydenta, jak na lekcjach muzyki w szkole. Turkmenistan, Arabia Saudyjska, Korea Północna to kraje z serii tych, które pobudzają wyobraźnię podróżnika obytego już ze światem dostępnym. Do Turkmenistanu trudno wjechać, zaś nieroztropność tych, którym się powiodło, może skutkować problemami z wyjazdem. Tomek jest pracownikiem ambasady w Taszkencie. Z roboczą wizytą znalazł się w Turkmenistanie dziesięć lat temu, czyli siedemnaście lat po ogłoszeniu prze kraj niepodległości. Jego ręcznie wypisana wiza opatrzona była numerem 247. Upoważniała do pięciodniowego pobytu w kilku wyznaczonych miejscach. Podróż do Turkmenistanu musi przypominać przeprawę do odległej epoki w kabinie wehikułu czasu. Turkmeni, od rozpadu imperium sowieckiego trwają w stanie izolacji. 
Do radia Oriat FM docieram z Kubą o dziesiątej rano. Olesya prosi, żebym zaśpiewał na żywo. Odmawiam. Rozmawiamy na antenie po rosyjsku, a w drugiej części odpowiadam na pytania słuchaczy. Ktoś pyta o improwizację, ktoś inny o moje ulubione żarcie. Oleysa sprawia wrażenie szczerze nakręconej swoją radiową robotą - To mój dom - podsumowuje oprowadzając mnie po zakamarkach niewielkiego budynku tej, jak twierdzi, najpopularniejszej uzbeckiej rozgłośni radiowej.
Dzień jest wietrzny. Powietrze, w którym wirują pożółkłe liście wzbija tumany pyłu, od którego kichamy na zmianę na balkonie rezydencji. 
Wieczór przynosi dobre wieści. Moje zdjęcie zatytułowane Dog Shower zdobywa pierwszą nagrodę w brytyjskim konkursie fotograficznym w kategorii Politics of Food. Gratuluję!

niedziela, 22 kwietnia 2018

4. Jedwabnym Szlakiem na Borneo

19.04.2018
Z Fergany wyjeżdżamy po śniadaniu. Droga prowadząca do stolicy Uzbekistanu przecina w pół równinę, która do złudzenia przypomina Polskę lat osiemdziesiątych. Podskakujemy na dziurawej nawierzchni mijając chylące się ku ruinie bloki z płyty. Po drodze zatrzymujemy się na Polskim Cmentarzu Wojennym w Gʻuzor. Gadatliwa Gośka wspomniała mi o Armii Andersa jeszcze w Biszkeku. Nie wiem jakim cudem przeoczyłem ten rozdział historii drugiej wojny światowej. Chodzi przecież o wyprowadzenie ze Związku Sowieckiego stu dwudziestu tysięcy Polaków. Generał Anders, aresztowany przez sowietów w 1939 roku, trafia do Moskwy na słynną Łubiankę. Tam czeka na rozstrzelanie. W czerwcu 1941 roku, hitlerowskie Niemcy napadają na sowiecką Rosję. Stalin w panice zgadza się na utworzenie polskiej armii na terenie Związku Sowieckiego. W miesiąc później premier polskiego rządu na uchodźstwie, generał Sikorski podpisuje w Londynie, w obecności samego Churchilla, układ z radzieckim ambasadorem Majskim. Układ przywraca stosunki dyplomatyczne pomiędzy Polską a Związkiem Sowieckim. Generał Anders zostaje zwolniony z więzienia i poinformowany, że od teraz jest dowódcą polskiej armii. Na mocy Układu Sikorski-Majski tysiące Polaków aresztowanych po siedemnastym września 1939 roku wyruszają z łagrów do miejsc stacjonowania komisji rekrutacyjnych. Bez środków do życia przemierzają syberyjskie bezdroża. Wielu z nich umiera po drodze. Rekrutów przerzuca się do Azji Środkowej. Cmentarz Wojenny w Gʻuzor jest jednym z wielu miejsc upamiętniających marsz Polaków. 
Po południu docieramy do ambasady w Taszkencie. Pracownicy witają szefa z takim afektem, jakby opuścił placówkę miesiąc temu, a nie wczoraj rano i właśnie powrócił po wykonaniu kolejnej, trudnej misji. Oddajemy paszporty do rejestracji i udajemy się do rezydencji ambasadora, na spoczynek.

21.04.2018
Klarowny błękit słonecznego nieba na dobre zastąpił pochmurną aurę, którą przywitał nas Taszkent. Podczas porannej wycieczki po słoninę i chleb, natrafiam na uliczny wypiek sams. Mężczyzna krząta się przyklejając do wnętrza rozgrzanych ścian pieca przypominającego studnię, pączki nafaszerowane cebulą, ziemniakami i baraniną. - Trzeba poczekać piętnaście minut - wyręcza odpowiedzią żonę, która nie mówi po rosyjsku. Pod uliczną piekarnią zbiera się grupka mieszkańców parterowych domów. Przypominając wiejską zabudowę nie pasują do wizerunku centrum stolicy. Postawny Rosjanin zagaduje po angielsku. Na jego koszulce widnieje zdjęcie umundurowanego oficera, udekorowanego galerią orderów.
- Co to za jeden?
- Jak to co? Zwierzchnik radzieckich sił zbrojnych.
- A ty to Ruski czy Uzbek?
- Uzbek.
- To czemu w Uzbekistanie paradujesz z ruskim generałem na koszulce? Kilka osób wybucha śmiechem.
- To mój osobisty bohater! - zamyka moje dochodzenie dumny, że mógł służyć w sowieckiej armii.
Przed południem jedziemy na wywiad i sesję zdjęciową do muzeum uzbeckiego rękodzieła. Żeby w Uzbekistanie zdobyć kartę sim trzeba się dobrze napocić. Najpierw urząd wbija pieczątkę do paszportu, potem załatwia się formalności w centrali operatora sieci. Odechciewa się nam tej kilkudniowej bieganiny jeszcze przed startem, a że do spotkania zostało pół godziny, szukamy knajpy z darmowym internetem. Pod bramą muzeum witają nas dwie dziewczyny. Jedna zadaje pytania, próbując wkręcić się w słuchanie odpowiedzi, druga przysłuchuje się rozmowie, choć mogłaby już robić zdjęcia. Kilkakrotnie zmieniamy scenerię pozując do wydumanych zdjęć i szybko zwijamy się na kawę. Taszkent to stolica Azji Środkowej, wysprzątana jak Białoruś, niskopienna jak Grodzisk Mazowiecki. Jedziemy szerokimi ulicami, wzdłuż których pełno milicjantów. Czają się na skrzyżowaniach, przy przejściach dla pieszych i wejściach do metra. Lubią sprawdzić torebkę lub zatrzymać samochód do rutynowej kontroli. Podczas rozmowy w kawiarni dopełnia się obraz kraju zakleszczonego w paradoksie. Z jednej strony władzy zależy na pielęgnowaniu wizerunku państwa świeckiego - podobnie jak w Kirgistanie minarety są tylko niemym elementem dekoracji muzułmańskich świątyń. Z drugiej strony sprawuje się kontrolę nad moralnością obywateli. Wysiadujący po parkach kochankowie są legitymowani, całowanie się w miejscach publicznych jest zakazane, a wynajęcie hotelowego pokoju przez pary niezamężne jest poza zasięgiem portfeli śmiertelników. - Taka u nas tradycja - podsumowują dziewczyny, upierając się, że ta nie ma nic wspólnego z umiarkowaną już dziś, ponad tysiącletnią religijnością sunnickiego narodu.

22.04.2018
Jest Niedziela. Dochodzi południe. Choć słońce już ostro przygrzewa, w domach z cegły, takich jak nasz, jest wciąż chłodno. O tej porze ulice Taszkentu są puste. Nie tylko brak na nich samochodów, ale nie widać też pieszych. Obecność milicji, której patrole co chwila mijamy w drodze na spotkanie z lokalnymi muzykami, jest teraz jedynym dowodem życia stolicy Azji Środkowej. Zielone mundury, czarne i białe Chevrolety. Uzbeckie drogi, ulice miast, ich parkingi zdominowane są przez jedną markę i trzy kolory. 


Bazar Chorsu to największe targowisko w mieście. Dzisiaj więcej tu straganów niż kupujących. Handlarze walutą, sprzedawcy produktów pierwszej potrzeby, wszyscy zabiegają o uwagę klienta. Kobieta z plamami na twarzy i dzieckiem na ramieniu wyciąga rękę po pieniądze. Ignorują ją miejscowi, lecz obcy na nią patrzą. Już prawie sięgam do kieszeni czując tę rozterkę, gdy nagle rozumiem, że przecież wzrok tylko sycę widokiem cudzej mizerii. Błękitna kopuła, niczym odwrócona do góry dnem gigantyczna miska chroni przed żarem produkty, które w mig śmierdną, kwaśnieją, ssiadają się i jełczeją. Końskie mleko, końskie udźce bez kopyt, wyfiletowane połacie końskich żeber i boczki przyrośnięte do grubej warstwy końskiej skóry. Piętro wyżej, sprzedaje się suszonki. Tu handlarze konkurują o klientów. Nie zważając na to, że właśnie odmówiłem komuś, kto tuż obok sprzedaje dokładnie to samo, podsuwają próbki towarów, nawet gdy sam już przebieram w ich pestkach, orzechach i owocowych suszonkach. Kobieta z poplamioną twarzą też nie próżnuje. Szła za nami niezauważenie i właśnie zaczyna swe lamenty. Nasza obojętność ją uspokaja, lecz bynajmniej nie zniechęca. W chwili, gdy sprzedawca mnie podlicza, kobieta wyciąga rękę po swojeMoże dlatego, że widziałem ją już na dole, oddaję jej resztę z pistacji, a ona wpada w prawdziwą histerię. Gdy próbuję odejść, chwyta mnie za ramię. Nie chce odpuścić szansy na większy łup. Dziecko, choć ma nie więcej niż dwadzieścia wiosen, zna swoją rolę. Zanosząc się płaczem, małymi rączkami co sił czepia się do mojej koszuli. - Mafia - podsumowuje nasz uzbecki towarzysz, gdy parka spokojnie oddala się w poszukiwaniu kolejnej żertwy...

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

3. Jedwabnym Szlakiem na Borneo

15.04.2018
Rano uciekamy z miasta w stronę ośnieżonych szczytów Tienszanu. Mam dosyć widoku bloków z płyty i supermarketów z falistej blachy. Tuż za miastem zjeżdżamy z asfaltowej drogi. Samochód pnie się pod górę po kamienistych wybojach i tak przez następne dzieścia kilometrów. Na górskiej polanie, tuż przy drodze, spotykamy Artura. Polak jeździ po Azji środkowej w poszukiwaniu informacji o lokalnych twórcach sztuki nowoczesnej. Właśnie przyjechał z Urumczi. Szybko wychodzi na jaw, że mamy wspólnych znajomych. 
Droga kończy się tam, gdzie wybudowano uzdrowisko z widokiem na ośnieżony monument skalnej materii. U jej podnóża rozciągają się łagodnie zarysowane kurwatury niezliczonych dolin, na zboczach których pasą się ciemnowełne owce. Górski kurort zionie pustką. Rzędy domków letniskowych stylizowanych na białe jurty, kilka ścieżek po zboczach pobliskich pagórków i pagórek z widokiem - ot cała atrakcja uzdrowiska dla bogaczy. 
Podczas nasiadówki przy napojach dzielimy się wiedzą. Artur opowiada o podróży przez Sincjang – Zachodni Turkiestan. Nad tym autonomicznym regionem wielkości Hiszpanii, Francji, Niemiec i Polski razem wziętych, zamieszkałym przez dziesięciomilionową ujgurska większość, militarną kontrolę sprawuje Pekin. Artur bardziej jest podekscytowany swoją opowieścią niż przejęty. To pisarz, który właśnie natknął się na kontrowersję rezonującą z jego lewicowymi poglądami.
Taksówkarze swoimi opowieściami, pytaniami, a nawet tym czego nie mówią, często uzupełniają obraz rzeczywistości zastanej, acz wciąż niezrozumiałej o kolejny element układanki. Nasz kierowca to poczciwy gaduła z inicjatywą oraz wnikliwy słuchacz. Opowiada jak w sowieckiej armii sprzedawało się cichaczem benzynę, pyta o Lewandowskiego, czy baptyści to chrześcijanie i co to znaczy, że obecność islamu na terenach tradycyjnego oddziaływania przedmuzułmańskiej, rodzimej kultury Kirgistanu może uchodzić za formę zaboru religijnego, który przeistoczył się w nową tradycję, a działanie czasu sprawiło, że jego prawdziwa natura poszła w zapomnienie. - U nas władze zakazały wzywania do modlitwy z minaretów - podsumowuje taksówkarz. Proces laicyzacji życia Kirgizów najwyraźniej już się rozpoczął.
Wieczorem siedzę z Arturem przy piwie i herbacie. Rozmawiamy o kulturze za pieniądze. Roztrząsamy dylemat wolności słowa – niespełnionego ideału tak bliskiemu sercu każdego lewaka, który musi patrzeć z czego żyje.

16.04.2018
Deszcz leje od rana. Koło jedenastej wynosimy się z hotelu opłaconego przez organizatorów. Taksówkarz każe na siebie czekać trzy kwadranse, po czym nie przyjeżdża. Na recepcji zamawiam kolejną. Zawaleni bagażami, podjeżdżamy żwirową drogą pod bramę domu na obrzeżach, kołysząc się w korytach kałuż. Pokoje są czyste, zimne. Kuba pojechał rozliczyć się z naburmuszoną organizatorką i wylądował z nią na kawie, więc w trójkę ruszamy w poszukiwaniu żarcia. W Kirgistanie jedzenie jest śmiesznie tanie. W ujgurskiej restauracji Grzegorz niezłomnie trzyma się wegetariańskich ślubów, natomiast Mateusz i ja zamawiamy baranie szaszłyki po osiemdziesiąt somów, czyli po dolarze za sztukę. Smak soczystego mięska, jakiego na próżno w ojczyźnie szukać, wprawia nas w błogostan pełen pomruków, a Al-Afasy recytuje nam z głośników koran.
W drodze do domu Kubie zachciewa się sziszy. Naprzeciwko restauracji, która rokuje, jesteśmy świadkami szarpaniny. Krępy mężczyzna próbuje wepchnąć do bagażnika pijanego faceta. Wpychany miota się i wierzga nogami jak dziecko oderwane od ulubionej zabawy. W restauracji zionie pustką, więc wracamy na ulicę, gdzie chodnikowa telenowela przeniosła się już z bagażnika na tylne siedzenie samochodu. - Ty tam! Wyłączaj telefon i wynocha - warczy do mnie Krępy, widząc komórkę, na której właśnie odczytuję wiadomość. - Żadnych zdjęć! - komenderuje. Reaguję adekwatnie do tonu inicjatora interakcji i udaję, że dalej zajmuję się swoją komórką, choć czuję się już sprowokowany. Krępy podbija krokiem narwańca.
- No co? - pyta zbliżając wyzywająco swoją twarz do mojej. Jego czoło pod naporem zaczepnie uniesionych brwi marszczy się na wysokości moich oczu.  
- No co?! - odpowiadam nie ustępując o krok. W drzwiach budynku sąsiadującego z restauracją ukazuje się napakowany Ujgur w dresowych spodniach. Widząc, że Krępy sobie nie radzi, rusza żwawo w moją stronę. 
- Salam - rzuca przywitalną formułę stężałym od adrenaliny głosem i podaje mi rękę w geście zaprzeczającym intencji, która go przywiodła 
- Kasuj zdjęcie z telefonu i zabieraj się stąd! - nakazuje arbitralnie. Choć przeszło mi to przez myśl, żadnych zdjęć nie robiłem, honorowo więc brnę dalej w stronę trudnej do przewidzenia kody chodnikowego sporu. 
- Pokażę ci, co mam w telefonie, ale jak nic nie znajdziesz, to wrócisz skąd przyszedłeś, a ja dalej zajmę się sobą dokładnie tu, gdzie stoję, haraszo? 
Bojowy Ujgur dębieje. Głupio mu grzebać mi w telefonie, uznaje więc, że mówię prawdę i wycofuje się w stronę drzwi, w których przed chwilą się pojawił. Na Stancję z Buczącym Grzejnikiem wracam medytując nad swoim udziałem w tej całej głupocie.
Wieczorem gospodyni puka do drzwi z wiadomością, że ktoś do Mateusza próbuje się dodzwonić na jej kirgiski numer telefonu. Hę? Nikt nie wie gdzie jesteśmy, a poza tym dlaczego akurat do naszego basisty? Przecież on tylko chodzi pokornie w nasze ślady, a kiedy trzeba to gra jak trzeba. Gospodyni wciska mi do ręki telefon i każe rozmawiać z właścicielem domu. - Jakiś ambasador próbuje się do was dodzwonić - informuje głos w słuchawce.
Pod hotel Dostuk, z którego rano się wymeldowaliśmy podjeżdżam z Kubą około dziesiątej. Dwóch mężczyzn pali pod hotelowymi drzwiami. Ten szpakowaty chudzina o szlachetnych rysach twarzy, ten w skórzanej kurtce motocyklisty, owinięty długim, cienkim szalikiem, co nie wygląda na miejscowego, to polski ambasador. Ten drugi, to jego człowiek do specjalnych poruczeń. Witamy się i kierujemy w stronę drzwi, przez które przeciska grupka młodych Kirgizów. - Nikt was nie nauczył, że starszych puszcza się przodem?! 
Wieczór mija nam w pobliskiej restauracji przy napojach na poprawienie nastroju i ból głowy. Ambasador jest historykiem, starym opozycjonistą, działaczem humanitarnym oraz zapalonym motocyklistą.  Z dumą wspomina jak siedział w ciupie, odpala przy tym jeden od drugiego, słucha co się do niego mówi i zachowuje się bez dyplomatycznego zadęcia. Właśnie przyjechał po nas z Taszkentu. Przed nami wspólna podróż do Uzbekistanu. Rozstajemy się około pierwszej w poczuciu, że już sporo o sobie wiemy.

17.04.2018
- Może pan już powoli zacząć przepraszać - rzuca zza kierownicy samochodu zaparkowanego pod bramą naszego pensjonatu skwaszony ambasador z nieodłącznym papierosem w dłoni. Przed nami sześćset kilometrów jazdy na dwa samochody, w tym przeprawa przez trzy górskie przełęcze położone powyżej trzech tysięcy metrów. W popłochu wynosimy graty z pokojów – Force majeur, Ambasadorze – tłumaczę wymijająco nasze ponad piętnastominutowe spóźnienie.
W poszukiwaniu drogi na zachód kluczymy ulicami Biszkeku zawracając dwukrotnie skołowani podpowiedziami nawigacji. Na południowym horyzoncie, wzdłuż drogi, którą kierujemy się na zachód od stolicy ciągnie się Tienszan. Zatykające się co chwila uszy sygnalizują tempo z jakim nabieramy wysokości, lawirując pośród łysiejącej materii skalnej. Skąpa roślinność całkowicie ustąpiła już śnieżnym skorupom, których wiosenne słońce nie prędko zdoła roztopić. Podczas krótkiego postoju na ponad trzech tysiącach cieszymy się lodowatym wiatrem. 
Po kilku godzinach zbocza Tienszanu zaczynają zielenieć. Pośród tej zieloności sporadycznie wykwitają pojedyncze chaty. Te w miarę zbliżania się do rezerwuaru Toktogul formują się w niewielkie wioski, których architektura niczym nie różni od zabudowy jedynego na trasie naszej górskiej przeprawy miasta o tej samej nazwie. W miarę jak przybywa traw przybywa jeźdźców poganiających środkiem drogi stada kosmatych owiec. Nie wiemy jeszcze, że to nasze pożegnanie z pasterską kulturą północy, których malowniczy, upstrzony jurtami świat rozciąga się od równin Mongolii przez stepy Kazachstanu, po górskie doliny kirgiskiego Tienszanu. Wyczuwa się za to tężejącą obecność islamu. Głowy mężczyzn zdobią płaskie cylindry wzorzystych czapek, podczas gdy włosy kobiet kryją się pod mnogością rodzajów chust. 
W miarę jak posuwamy się na południowy zachód, zieleń trawiastych gór ustępuje wypalonej słońcem czerwieni pustynnych skał. Na godzinę przed zmrokiem docieramy do Izboskan. Podzielone graniczną rzeką miasteczko leży częściowo na terenie Kirgistanu. Nasze samochody przeciskają się przez tłumek handlarzy zgromadzonych pod granicznym szlabanem. Obecność masywnych pojazdów na dyplomatycznych blachach przyciąga uwagę gapiów. - Haroszaja maszyna! - chwali ambasadorskiego Land Cruisera siwobrody starzec w rogatywce. Uzbrojeni w kałasznikowy pogranicznicy informują, że przejście dla ruchu samochodowego jest zamknięte. Wycofujemy się manewrując na wstecznym pomiędzy ciasno zaparkowanymi samochodami. Musimy teraz nadłożyć dwieście kilometrów.
Przejście graniczne w Oszu obsługuje ruch samochodowy pomiędzy Kirgistanem i Uzbekistanem. Pomimo wieczornej pory, panuje tu spory ruch. Przed podjazdem do „kąpieli opon” uzbrojeni strażnicy salutują naszym samochodom na zielonych rejestracjach. Błyskawicznie udajemy się do kontroli paszportowej omijając wężyk handlarzy obładowanych sprzętem AGD. W nadziei na dwudziestoprocentowy zysk, na własnych plecach przenoszą na uzbecką stronę olbrzymie pudła, które do Kirgistanu docierają w transportach z chińskiego Kaszgaru. Stosunki uzbecko-kirgiskie dopiero niedawno zaczęły się normalizować, a nowa władza po obu stronach stawia na otwarcie i rozwój gospodarczy. 
Żołnierz w mundurze polowym toruje nam drogę przez salę odpraw. Zapach potu miesza się tu ze smrodem baraniej sierści. Po uzbeckiej stronie też trwa mała gehenna. Pojazdy blokują sobie drogę nawzajem. Pomiędzy nimi panuje gorączkowa krzątanina. Jakaś kobieta próbuje przepchnąć przed maską naszego samochodu pusty dziecięcy wózek. Grupa handlarzy, którzy tak jak my utknęli pośrodku tego chaosu, podniesionymi głosami próbuje ustalić co dalej. Do opustoszałego hotelu docieramy grubo po północy.

18.04.2018
Ferganę pokrywa szara czapa deszczowych chmur. Uzbecki deszcz siąpi mi na głowę, gdy przechodzę na śniadanie do drugiego budynku. Grupka wygłodniałych mężczyzn w jaskrawych garniturach, czatuje przy szwedzkim stole, na którym pozostały już tylko przebrane szczątki. Chleb, kilka sadzonych jajek, ser, jakieś ogórki oraz na deser orzechy z sezamem w miodzie.
Po śniadaniu szybkie spotkanie z Październikiem - zarządcą tutejszej sali koncertowej, który woli osobiście upewnić się, że dobrze zrozumieliśmy się mailowo i telefonicznie. Pytamy o lokalnych muzyków. Mówi, że przyprowadzi jednego na próbę przed wieczornym koncertem zakładając, że na pewno się wpasuje. Powoli zaczynam mieć dość baraniny przegryzanej lepioszką i świeżą cebulą z koperkiem, zakrapianą octem z pikantną wkładką. Codzienny jadłospis w regionie jest pełen ciężkich potraw. Ich podstawą jest mąka i niebywałe ilości grillowanego mięsa.
Sala koncertowa stanowi centralną ozdobę obszernego parko-ogrodu. Pod jej masywne wrota docieramy pod eskortą milicyjnego radiowozu po piętnastej. Czuwający przy wjeździe smagli funkcjonariusze w zielonych mundurach i czapkach stylizowanych na kepi salutują, kiedy mijamy ich posterunek. Próba ciągnie się w nieskończoność. Pomimo że na scenie towarzyszy nam ponad dziesięcioosobowa grupa mężczyzn, na podpięcie mikrofonu czekam półtorej godziny. Zniknęły skośne oczy - ozdoba pucułowatych kształtów kirgiskich twarzy. Otaczają nas szczupłe, tureckie sylwetki mężczyzn, którzy tu, na rubieżach byłego imperium sowietów posługują się już tylko łamaną ruszczyzną. Nasz saksofonista ma na imię Sprawiedliwość. Jest żołnierzem na służbie w lokalnej orkiestrze wojskowej. Jego dłonie twarde jakby po godzinach dorabiał na ciesielce, nadają ton jego grze. - Graj na słuch - komenderuję w czasie koncertu, próbując wyrwać go z objęć beznamiętności.
Kwadrans po osiemnastej sala wypełnia się po brzegi. Kątem oka obserwuję swoją postać w telebimie po lewej. Tysięczna publiczność jest ożywiona, chce poklaskać w rytm muzyki. Pełne energii wypróżnienia solistyczne, nagradza gromkimi brawami. Nudzi się podczas ballad. Po zakończonym występie organizatorzy wywołują nas na spotkanie ze słuchaczami. Dopada mnie podniecony tłum. Selfie z artystą wydaje się być dla większości kulminacją wieczoru. Uciekam do garderoby, w chwili, gdy wybuchają pierwsze kłótnie w kolejce po zdjęcie. Teren parku opuszczamy w eskorcie milicji, udając się na wieczorny poczęstunek - świadectwo tutejszej gościnności, która spuści w niepamięć organizacyjny chaos. Na stole czekają już na nas alkohole halal, końska kiełbasa, rozmaite gatunki sałatek i miejscowego pieczywa. Po kolei wznosimy toasty, w których dziękujemy sobie nawzajem, wyrażając nadzieję na rychłe spotkanie. Kuba coraz śmielej zagaja po rosyjsku. Jest pod wrażeniem spektaklu naszego gospodarza, który nie pozwala kieliszkom przesychać. Shavkat mówi o przyjaźni, wzajemnym szacunku i pomocy. Zachęca nas do złożenia prywatnej wizyty, podczas której zapolujemy na niedźwiedzia. Kuba po raz pierwszy doświadcza wschodniej gościnności w wydaniu postsowieckim. Ta naiwna serdeczność, która nijak się ma do obrazu świata rządzonego zasadą korzyści, świata cynicznego, opartego na nieufności, sprawia, że Kuba daje się ponieść fali optymizmu, dziecięcej wiary w szczerą bezinteresowność, wiary w to, że gdzieś tam istnieje lepszy świat...
- Ty, - zagaja po powrocie do hotelu z niedowierzaniem w głosie – Shavkat powiedział, żeby mu pomóc wizę do Polski dla brata załatwić...

niedziela, 15 kwietnia 2018

2. Jedwabnym Szlakiem na Borneo

12.04.2018
Kolejny dzień w Biszkeku zaczyna się leniwie, ale już koło dziewiątej docieram na Oszski Bazar. Przy Kijowskiej, pod bramą w kształcie łuku wygiętego w myśl tradycji utrwalonej obecnością islamu, panuje już spory ruch. Jedni czekają na marszrutki, inni gonią za swoimi sprawami. Na placu przed wejściem kręcą się gromadki cinkciarzy z telefonami w dłoniach i pękatymi saszetkami przy boku. Na pierwszym lepszym, straganie z kosmetykami kupuję obcinacz do paznokci, którego przed wylotem do Singapuru znowu będę musiał się i tak pozbyć. Chodzę po targu i wypatruje tematu do zdjęć, ale widzę kolejną odsłonę tego samego przedstawienia. W tej części sprzedają suszone owoce, wyeksponowane w schudnie przylegających do siebie workach, obok słodycze a jeszcze dalej przyprawy usypane w zgrabne kopczyki. Dookoła głównej hali handluje się płaskimi krążkami chleba oraz końską kiełbasą. Grube, nierównomiernie uformowane pęta, napakowane są grudami mięsa i tłuszczu. W małej hali targowej dominuje zapach świeżej baraniny. Krwisty, dławiący. Handlary w białych kitlach wyplatają z jagnięcych flaków zgrabne warkocze, którymi przyozdabiają worki rozdartych żołądków wypełnionych jak torby podróżne podrobami na sprzedaż. Powietrze stężałe od zapachu świeżej krwi sprawia, że robi mi się ciepło. Koło jedenastej dzwoni do mnie wolontariuszka. - Musisz się stawić na konferencji prasowej! Jesteś na Oszskim Bazarze?! Dobra, będę za pół godziny.
Do miejsca, w którym umówiła nas z taksówkarzem idziemy nieśpiesznie, bo miasto zakorkowane, za to dzień słoneczny i rozmowa się klei. Dziewczyna nie potrafi ukryć kim jest naprawdę i czym się w życiu kieruje. Mówi o planach na przyszłość i motywacjach zakorzenionych w przeszłości. Szybko odgadujemy się nawzajem.
Górujące na miastem, ośnieżone szczyty sprawiają, że pomimo słonecznej aury, powietrze jest ostre. - Nie domknęliście drzwi – sapie na dzień dobry niezadowolony kierowca. - To ja domknę drzwi, a wy domknijcie okna. W klubie panuje tłok i kuluarowe zamieszanie. Witamy się z gospodarzami i zajmujemy niewielki stolik pod scenką. Amerykańska wokalistka bryluje w towarzystwie, a jej plenipotentka rozdaje silikonowe opaski, na których nazwisko gwiazdy widnieje obok nazwy sponsora jej środkowo azjatyckiej trasy. Po poczęstunku (sushi, frytki, kurczak, grecka sałatka i wino) przedstawiamy się kolejno w krótkich monologach. Jakaś kobieta wcinając się w środek rozmowy, przysiada się do naszego stolika i pyta czy może się przysiąść. Dziennikarka. Kaleką ruszczyzną dwoję się i troję, żeby z językowej ubożyzny, której bliżej do pogawędek przy piwie, sklecić wypowiedź godną wywiadu. - Proszę mi na ten adres przesłać tekst do przeczytania. Podszkolę trochę swój rosyjski – kwituję żartem w akcie szczodrobliwej samokrytyki. - No przydałoby się – odpowiada niby żartem dziennikarka, która odmawia rozmowy po angielsku.

13.04.2018
Po śniadaniu przenoszę się do Hotelu na Piątym. Chłopaki zaliczyli nocną podróż przez Istambuł i teraz śpią w dwuosobowych pokojach. Jest nas czterech. Kuba-menadżer projektu ocknie się nie prędzej niż za trzy godziny, więc biorę jego sprawy w swe porywcze ręce, choć do słuchawki wciąż grzecznie proszę o jedynkę. - Trzeba było mi to wczoraj zgłosić – poucza mnie przez telefon odpowiedź informująca o obowiązkach gościa festiwalu. Tłumaczę już niegrzecznie, że to organizator zwraca się wcześniej z zapytaniem, czy zespół zgadza się na akademik zamiast hotelu. Po godzinie recepcjonistka wręcza mi klucz bez słowa. Od szesnastej do osiemnastej mamy czas na próbę w klubie, w którym wieczorem zagramy seta przed jam session. Na piątą ustawiam Jasura-pianistę z Tadżykistanu, a na piątą trzydzieści Amantura-kirgiskiego saksofonistę, których zaprosiliśmy do wspólnego grania. Na miejsce przyjeżdżamy o wpół do piątej. Jakieś dzieci w strojach ludowych i ich wypudrowane mamy krzątają się w gotowości do wyjścia na scenę. Menadżer klubu wskazuje na wystrojoną dzieciarnię i informuje, że zostało nam pół godziny. Tłumaczenie, że zgodnie z planem mamy jeszcze półtorej nie przynosi skutku. - Nikt mnie o niczym nie informował – ucina. Przegrywamy dwa numery z pianistą, a saksofonistę przepraszam i proponuję próbę podczas soundchecku przed jutrzejszym koncertem. Dwa zero dla festiwalu. Przed wieczornym występem organizatorka chodzi po klubie naburmuszona i ostentacyjnie unika kontaktu. Konfrontacja też nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Zacietrzewienie w nieumiejętności przyznania się do błędu jest formą transformacji człowieczeństwa poprzez wstapienie na drogę do zezwierzęcenia. Wkraczając w ten piątek, nie nastawiałem się, że to trzynasty...

14.04.2018
Od rana ciasno z czasem. Późno wstaję, bo budzę się w środku nocy w zimnym pokoju. Śniadanie w hotelowej klitce jest ruskie. Zimne naleśniki, różowe salami i omlet na oleju. Chłopaki chwalą się na grupowym czasie, że znaleźli wegetariańską knajpę na drugim piętrze. Dołączam do nich z ciekawości co straciłem. Do ogromnej sali biszkeckiej filharmonii przyjeżdżamy w południe. Obok portierni, na wchodzących czyha wykrywacz metali. Obładowani sprzętem przechodzimy przez jego mizerną framugę, a on buczy sobie i muzom. Realizator dźwięku pali się do rozmowy po angielsku. Trudno go zrozumieć, natomiast rozumiem, że soundcheck, który jest zaległą próbą, potrwa godzinę, a nie dwie. Nasz saksofonista przybiega w ostatniej chwili. Chwilę gramy, pakujemy się i idziemy szukać jedzenia.
W restauracja jest etnicznie. Pełno w niej poduszek. Przeglądamy menu, które głównie kusi mięskiem, podczas gdy niecierpliwy kelner w ludowym stroju ponagla. Na stole ląduje pieczywo i śmietana. Potem to już smażona baranina z kolorową papryką, pierogi nadziane zieleniną, słony kefir z końskiego mleka i słodziutki kompot z suszonych śliwek. Wyśmienite! Akademia muzyczna ma klasyczny wystrój socrealistycznych instytucji. Wysokie po sufit drewniane, dwuskrzydłowe drzwi już się nie chcą domykać. Porozsychane wzdymają się ponad falistą powierzchnią podłogi wyłożonej parkietem z drobnej, skrzypiącej klepki. Ściany szpachlowane na oko, kryje po szpitalnemu olejna farba. W niewielkiej salce z fortepianem prawie wszystkie miejsca są już zajęte. Pedagodzy, studenci, ciekawscy. Nie wszyscy rozumieją angielski, więc tłumaczę siebie na rosyjski. Spotkanie od samego początku ma charakter pogadanki z przeważającym elementem mojego monologu. Padają pytania o przebytą drogę, inspiracje i przyszłość muzyki z duszą. Opowiadam. Gramy. Znowu opowiadam. Znowu gramy. Słuchacze reaguje żywo, a półtorej godziny mija jak jedna chwila.
Nasz wieczorny występ zaplanowano na dwudziestą dwadzieścia, ale spod hotelu wyruszamy prawie godzinę wcześniej. Na parkingu pod filharmonią stoi już wóz transmisyjny. Na portierni oddajemy do depozytu paszport i dostajemy klucz do garderoby. Lustra, kilka krzeseł na kilku metrach kwadratowych, zaryglowana toaleta. Przed nami cztery zespoły. Nasza wolontariuszka biega w tę i z powrotem, informując nas na bieżąco o sytuacji, która organizatorom już dawno wymknęła się spod kontroli. Jest dwudziesta trzydzieści. Zespół z Tadżykistanu właśnie wychodzi na scenę. O wpół do jedenastej sala filharmonii powoli pustoszeje .
- Dziękuję wam za muzykę. Wypełniła moją duszę - zwierza się po rosyjsku zasuszona Niemka po pięćdziesiątce. - Dziękuję wam za waszą duszę - najzgrabniej jak potrafię wymykam się spod ciężaru nieodwzajemnionego komplementu.
Resztę wieczoru spędzamy w trójkę w szykownej, opustoszałej hamburgerowni. Popijam jagodową herbatę i słucham muzyki. Jobim. Sączy się dyskretnie nie wiadomo skąd. W osaczonej górami Kigistanu stolicy brzmi surrealistycznie

czwartek, 12 kwietnia 2018

1. Jedwabnym Szlakiem na Borneo

09.04.2018
Mój ostatni dzień w Sajgonie mija spokojnie, może poza drobnym zdarzeniem. Kran umocowany w ścianie poniżej kolan urywa się, gdy go trącam piorąc coś na podłodze w narastającym pośpiechu. Tamuję wodę klęcząc przed bijącym ze ściany strumieniem w oczekiwaniu, aż opiekun domu zorientuje się, że kurek odcinający wodę dawno nie działa. Pojawia się za to z drewnianym kołkiem i kawałkiem szmaty. Problem wody przelewającej się na podłogę części mieszkalnej, po dwudziestu minutach rozwiązuje młotkiem.
Terminal lotów międzynarodowych w Sajgonie jest podstawowy. Żadnego wystroju nastawionego na oszołomienie opuszczających Wietnam turystów. Po co z zresztą oszałamiać tych, co już widzieli. Nie to, co w terminalu obsługującym przyloty. Przestronna hala z ruchomymi schodami i rzędem sklepów oferujących tuż po kontroli paszportowej czekoladę, alkohol i zachodnie fajki, składa bliżej nieokreśloną obietnicę. Pstrokata architektura i nieład nowoczesnego, co przeplata się ze skapiałym w żaden sposób nie zdoła jej dotrzymać.
Lot do Kuala Lumpur to pierwszy etap trasy w trasie. Lecę z Air Asia. Mam dwa plecaki. Jeden podręczny z ciuchami, drugi ze sprzętem, czyli też podręczny. Takie rozumowanie ma się nijak do interesów przewoźnika. Płacę czterdzieści dolarów za nadanie bagażu, a od chłopaka foliującego walizki żebrzę zniżkę, bo wietnamskie mi się skończyły. Zasypuje mnie wymówkami, ale tłumaczę, żeby owinął tylko chut chut i wciskam mu do ręki wszystko co mam w kieszeni. Przede mną premierowe przekroczenie granicy z dwoma paszportami. W tym, w którym została mi jedna strona mam przedłużoną wietnamską wizę. Trzeba ją podobno przetransferować do tego, który za koszty podróży lotniczej do stolicy oraz pobytu w hotelu, opłaty konsularne i trzy miesiące oczekiwania, wydała mi ambasada w Hanoi. Niby normalna rzecz, ale nie w Wietnamie. Konsul orzeka, że najpewniej będzie jak wyrobię kolejną wizę, za czterdzieści dolarów. Dziewczyna w agencji przy Pham Ngu Lao twierdzi jednak, że nie ma potrzeby, że trzeba będzie tylko za "transfer" zapłacić na lotnisku jakąś kwotę. Dzwonię żeby się dowiedzieć jaką. - Tak, tak, można za pięć dolarów - tłumaczy po wietnamsku męski głos w słuchawce. Przy odprawie paszportowej pogranicznik mlaszcze i poucza mnie, że nic z tego nie będzie. Ja na to, że temat jest sprawdzony i transfer się należy, na co on woła starszego, który de facto jest młodszy. Ten prowadzi mnie do przełożonego, tamten do swojego szefa, a szef do faceta, który pieczątkę wyjazdową wbija mi za darmo.
Lot do Kuala Lumpur mija bez fajerwerków. Otaczają mnie niskopienni Malezyjczycy o dużych, okrągłych głowach. Luźne półabaje kobiet w chustach, redukują obfitości ich przysadzistych ciał do mglistego zarysu, wyzutego z potencjału do wzbudzania pożądliwości. To, co muszą skrywać na górze, rekompensują sobie swobodą ekspozycji w dolnych partiach. Paradując w opiętych spodniach, ujawniają silnie zbudowane, krótkie nogi, których łydki grubością dorównują męskim udom. Zasypiam i budzę się na zmianę. Podczas jednej z takich pobudek wyglądam przez okno. Taflę chmur, oddzielającą jak wzrokiem sięgnąć niebo od ziemi, rozświetla od spodu potężne źródła światła. Tam chmury rysują wyraźnymi kłębami wir zasysający szarości nocnego nieba mocą jakiegoś jądra, mieniącego się gamą błękitów i sporadycznie pobrzmiewających złocieni.
Przesiadka na samolot do Ałmaty wymaga w Kuala Lumpur przejścia odprawy granicznej. Potem czekanie do piątej rano (jest północ) i przejazd do kolejnego terminalu kolejką chwiejącą się na jednej szynie. Za dwanaście dolarów oddaję bagaże do przechowalni i szukam miejsca do spania. Pełno tu wolnej przestrzeni, ale tylko w kilku zakątkach mundurowi nie poganiają śpiących po kątach. Wybieram miejsce pod ścianą hinduskiego koczowiska. Dywan jest wydeptany i pełno w nim powlepianych gum. Zakładam bluzę z kapturem, wciskam do uszu zatyczki, ale sen odmawia wizyty w miejscu, gdzie pachnie schodzoną skarpetą i sfermentowanym potem. Koczujące obok mnie towarzystwo, pomimo nocnej pory jest wciąż silnie pobudzone. Nie zważając na śpiących, roztrząsają jedną z tych kwestii, której w dzień roztrząsnąć nie sposób. Wiercę się na twardym podłożu. Na rozpostartym obok mnie kartonie, na którym jeszcze przed chwilą spała kobieta w sile wieku, teraz w porodowym rozkroku leży chrapiący grubas. Ławka po mojej lewicy opustoszała. Choć zwinięty w poduszkę, tęgi marynarski płaszcz wróży rychły powrót swojego właściciela, legowisko uznaję za porzucone. W półśnie robię z płaszcza materac i zasypiam w rażącym świetle sufitowych lamp.

10.04.2018
Lot do Kazachstanu to dla mnie nowość. Obsługa Air Astana przy odprawie wyróżnia się lazurowym błękitem firmowych uniformów. Objuczony dwudziestokilogramowym bagażem podręcznym, kurtką na kirgiskie chłody i torbą, na dnie której zostało jeszcze kilka jabłek, szukam wózka, żeby sobie ulżyć. Pierwsza kontrola bezpieczeństwa przypomina pobieżne skanowanie toreb przy wejściach do pekińskich stacji metra. Bagaże wjeżdżają do gardła prześwietlacza i od razu opuszczają jego przepastny odbyt. Sygnalizatory wykrywacza metali buczą mizernie migając czerwonym światłem podczas przejśecia przez bramkę z komórką w kieszeni. Do przodu! Do przodu!...
Coraz trudniej mi przyporządkować lotnisko do nazwy konkretnego miasta. Lecąc po raz trzeci do Kuala Lumpur w pamięci mam lotnisko w Bangkoku. Wszystkie one w mniejszym lub większym stopniu są do siebie podobne. Półki starzeją się pod ciężarem produktów korporacji, które zawojowały świat. Ta sama whiskey w Dubaju. Te same żelki w Singapurze. Te same zegarki, papierosy, czekolady, kosmetyki. Podczas właściwej kontroli bezpieczeństwa przyglądam się murzynkom w hidżabach i chustach na głowie. Libijki. Siedem lat poświęconych arabistycznym fantazjom sprawiają, że teraz z zazdrością przysłuchuję się jak szczebioczą, bo prawie niczego nie rozumiem. Po miesiącach spędzonych na południu Wietnamu, gdzie język przypomina bezkształtną mowę ludzi bezzębnych, rozmowa Libijek robi na mnie tym większe wrażenie. Ich dialekt jest wyrazisty. Słowa o klarownie zarysowanych kształtach, szeleszczą i terkoczą. Melodie zdań ulegają nagłym fluktuacjom, a gardłowe, dźwięczne spółgłoski nadają rozmowie tę odmianę ekspresji, która nieobytemu słuchaczowi może kojarzyć się z kłótnią.
Lot do Ałmaty z Kuala Lumpur trwa osiem godzin, ale czas względem Malezji cofa się zaledwie o dwie. Monitor wbudowany w fotel sąsiadki z przodu wyświetla trajektorię naszego lotu. Ocean Indyjski, Indie i Pakistan oraz Himalaje, które od południa omijamy gładkim łukiem. Lądowanie w Ałmatach przypomina przelot nad olbrzymią wsią. Tysiące domków jednorodzinnych stanowią podstawę jej architektury, a przecież mieszka tam półtorej miliona ludzi. Widać jakieś bloki, czasem przydarzy się wieżowiec. Na przesiadkę do Biszkeku mam tylko godzinę, z której połowę zajmuje nam kołowanie w pobliże mikroterminala pod prąd długiego pasa startowego. Kirgiska odprawa paszportowa jest krótka i bezpretensjonalna. Na lotnisku obskakują mnie taksówkarze. Opędzam się w poszukiwaniu bankomatu. Droga do hotelu zajmuje ponad pół godziny. Jak większość mieszkańców Kirgistanu, taksówkarz jest Kirgizem i muzułmaninem. Rosyjski w krajach członkowskich postsowieckiej Wspólnoty Niepodległych Państw, jest tym, czym dla większości świata stał się język angielski. Rozmawiamy więc po rusku. Kola słucha mnie uważnie i zachowuje się nienachalnie. Chętnie odpowiada na pytania. Coraz częściej sam pyta o to czy o tamto. 
- Tu za dziesięć dolarów dobrze zjesz - informuje kiedy zbliżamy się do hotelu - a stąd za tyle samo studentkę weźmiesz do pokoju. 
Na pożegnanie daje mi kirgiską kartę sim, którą za darmo rozdają na lotnisku. Chętnie przyjmuję prezent, na co on nie ma mi wydać z tysiąca i tak zamiast sześciuset lokalnych płacę siedemset.
W hotelowej recepcji zamieszanie. Nie możemy doszukać się mojej rezerwacji. On dzwoni, ja dzwonię. Nie ma dla mnie rezerwacji, bo to nie ten hotel. W symbolicznym akcie skruchy wypłacam portierowi sto, a on wzywa dla mnie kolejną taksówkę i daje mi cukierka. Kierowca uśmiecha się cały czas i non stop gada. - Mam na imię Szczęście – wyjaśnia zapytawszy o moje imię. Do sowieckiej armii zgłosił się na ochotnika. Służył w Obwodzie Kaliningradzkim. Zadość czyniąc jego ciekawości, objaśniam mu jaki u nas panuje ustrój, na co on, że u nich jest dokładnie taki sam.
W hotelu zrzucam plecaki i gnany głodem wracam na ulicę. W lokalu obok, przy wejściu wręczają mi rosyjską kartę dań, a właściciel, zwabiony introwersją, która zawsze dopada mnie w zetknięciu z obczyzną, od razu się przysiada i odpłaca mi swoja opowieścią. Jest Dunganem. Sprawdzam w internecie co to za jeden. Język tej czterdziestotysięcznej mniejszość należy do grupy języków chińskich, podobnie do mandaryńskiego ma tylko cztery tony i zapisywany jest...cyrylicą. Słuchamy sobie dungańskiego hip-hopu, a ja zajadam się pierogami, które popieram chlebem. Po półrocznej diecie ryżowej wpycham w siebie z pasją to gorące, płaskie pieczywo w smaku przypominającą podpłomyk. - Jesteśmy mieszanką arabów i chińczyków – podsumowuje z dumą właściciel lokalu. Zdumiewająca to mieszanka!

11.04.2018
Budzę się z bólem gardła. Nieprzespana noc na podłodze w smrodach terminalu Air Asia w Kuala Lumpur, w połączeniu z wychładzającym, ośmiogodzinnym lotem do Ałmaty domaga się zwolnienia tempa. Ale jak tu zwolnić tempo skoro dopiero go nabieram?
Na śniadaniu spotykam trójkę Polaków. Przemek-pianista klasyk, który zabawi publiczność dzień przed naszym pierwszym występem i dwie kobiety mieszkające tu od dawna. Gosia, pani antropolog zasiedziała w regionie, rozpyla energię swojej hiperaktywnej czakry gardła z intensywnością odtwórcy monologów. Zjadam imperialne śniadanie zalewany kaskadami słów, które układa w zgrabne zdania. 
- Jedź na Lwowską. Tam nawet w biały dzień można w mordę dostać. 
W drodze do ambasady Uzbekistanu mam nadzieję, że pójdzie gładziej niż w Sajgonie pod chińskim konsulatem, który zawładnął mną na trzy poranki, nie dając nic w zamian. Dzisiaj przepełnia mnie optymizm. Mam przecież papiery z UNESCO! 
Na podwórku pod oknem czeka już wężyk petentów. Ktoś bezceremonialnie pyta skąd jestem. Zgromadzeni zgodnie przytakują, że powinienem iść pierwszy. Jestem w końcu gościem tej ziemi. Wnioski wizowe oraz rozmaite petycje składa się przez okno, które uchyla niezadowolona jakby Rosjanka. Na widok moich dokumentów mlaszcze i cyka. Przepraszam, że zawracam jej głowę, gdy ona obsługuje petentów takich jak ja. Mężczyzna w imieniu gromady wypytuje mnie na głos o rodzinę, pracę, pieniądze. Chętnie odpowiadam, bo zaraz bez ogródek narażę go na swoją ciekawość. Ma na imię Długowieczny i służył pod Magdeburgiem. Przysłuchującym się naszej rozmowie Kirgizom, Ujgurom i Uzbekom maluje portret Europy Środkowej: lasy, lasy i pełno jabłek. Okno otwiera się po kilku minutach a urzędniczka wręcza mi paszport z wizą. - To najszybsza obsługa konsularna z jaką kiedykolwiek miałem do czynienia! - przychwalam cmokającej i widzę jak lód w jej sercu topnieje pod naporem świeżej krwi. Po drodze przystaję na naleśniki. Z twarogiem za dwadzieścia pięć za sztukę! Są grubaśne, przesiąknięte ostrym zapachem krowich wymion.
Wzdłuż ulicy Lwa Tołstoja ciągną się rury z elektrociepłowni, a za nimi tory, po których toczy się pociąg do Moskwy. To tam grupkami czatują najemni pracownicy. Tarmus zagaduje do mnie po angielsku, ale nic nie rozumiem. Wokół nas szybko gromadzi się kilkuosobowy zastęp. Z nudów, ale i ze szczerej ciekawości wypytują o życie w Europie, a potem mówią o swoim Biszkeku. Nie ma narzekań. Ot czekają, na kogoś, kto podjedzie i zaproponuje im robotę na jeden dzień, jedno popołudnie. Tarmus oferuje mi nocleg w zamian za lekcje angielskiego. Zapisuję jego numer telefonu i pstrykam portret karatece o gołębim sercu. Ludzie, którzy dotychczas spotkałem są tacy spokojni!

wtorek, 3 kwietnia 2018

0. Jedwabnym Szlakiem na Borneo (prolog)

Pod pancerną budką jednoosobowej strażnicy oczekujący zaczynają zbierać się na długo przed świtem. Z każdą minutą jest ich coraz więcej. Jedni siedzą w kuckach, inni stoją. Ten pali, tamtemu ekran telefonu twarz rozświetla. Nikt się nie porusza. Nikt ze sobą nie rozmawia. O czwartej rano w Sajgonie jest ciemno. Uliczne latarnie gdzieniegdzie jarzą się bladożółtym światłem. Czasem w mroku silnik starego motoru omiecie fasady ciasno poupychanych domów wachlarzem miękkiego turkotu. Powietrze jeszcze przez jakiś czas będzie rześkie. Obojętni jak martwe ramiona kamer umocowanych ponad drzwiami budynku bez okien, faceci w zielonych mundurach odliczają minuty dopiero co rozpoczętej służby. Wysłużony karabin dynda na ramieniu pulchnego strażnika o twarzy rozpieszczanego dziecka. Na wąskim chodniku, pod murem i budką trwają przygotowania do nowej odsłony jedynego spektaklu w tej części dzielnicy. Przedstawienie pod chińskim konsulatem za chwilę się rozpocznie.
Koło szóstej, podganiane energią słońca wznoszącego się jakby w pośpiechu, sprawy w końcu nabierają tempa. Ruch uliczny zdążył już stężeć, a kolejka zamiast się wydłużać, grubnie. Pomarszczony facet w bejsbolówce, starszy gość w sandałach i sportowej kurtce, ten mały, krępy z blizną na twarzy i tamten, co tak głośno mówi, kręcą się tu od kiedy przyszedłem. Wtedy było nas ze dwadzieścia osób. Widzę teraz jak co chwila stawiają mi przed nosem kogoś nowego. Pojawiły się też baby z agencji turystycznych. Raz po raz popychają zbaraniałych klientów bliżej czoła kolejki. Koło ósmej zaczyna się rejestracja. Wzorem innych wymachuję paszportem przed oczami strażnika, wyciągając lewe ramię w błagalnym geście człowieka dotkniętego klęską głodu. Już trzeci raz tu jestemPryszczaty chłopak w mundurze nieśpiesznie przypatruje się dokumentom i wybiera kilkanaście sztuk zgodnie z jakąś logiką zrozumiałą tylko sobie. Gdy zapisze nazwiska w przybrudzonym notatniku, wywołani będą mogli przejść pod ścianę po drugiej stronie chodnika. O ósmej trzydzieści otwierają się drzwi budynku bez okien. Na widok odźwiernego ciecia w błękitnej koszuli zniecierpliwiona grupa wybrańców, jak koń ostrogą dźgnięta, podrywa się gotowa przeć na oślep. Pod samymi drzwiami zdążył już wyrosnąć konkurencyjny ogonek. To Chińczycy domagają się pierwszeństwa przed obywatelami innych krajów. Jest dziewiąta trzydzieści. Wzdłuż ściany, w zawiniętym potrójnie wężyku czeka w bezruchu z siedemdziesiąt dusz. Pod budką strażnika, w piekącym słońcu smaży się kolejna setka. Nie drgnęliśmy od godziny. Młoda kobieta o poczerniałych zębach i cerze pomarszczonej od pracy w polu, ta, co jeszcze przed chwilą stała za mną, przeciska się w stronę czoła kolejki. Nikt nie protestuje. Co odważniejsi idą w jej ślady. Wnioski można składać jeszcze przez godzinę. Pod drzwiami wybucha kłótnia. Strażnicy odmawiają pierwszeństwa Chińczykom. Cieć za namową tego z karabinem wpuszcza kilka ciężarnych kobiet i posiwiałego Koreańczyka. Grupa pod budką wciąż stoi w nadziei, że nagle wszystko nabierze tempa. Młody Chińczyk próbuje dostać się do środka. Strażnicy odpychają go coraz śmielej, lecz ten lekkim łukiem powraca jak bumerang. W końcu dzwoni ze skargą. Naburmuszony pracownik konsulatu natychmiast zjawia się z pomocą i tonem zastępcy komendanta garnizonu wykrzykuje w stronę wietnamskich strażników sylaby kąśliwych reprymend. Marszczą się i maleją w oczach, a oczekująca pod drzwiami grupka Chińczyków wślizguje się do środka. Jest za pięć jedenasta. Stoję już z czystej ciekawości. Wietnamczyków też wyraźnie pochłania wyczekiwanie na ostateczną sensację. Z nieazjatycką punktualnością cieć zamyka drzwi przed nosem walecznie stłoczonej czołówki, podczas gdy otępiały od słońca tłumek powoli rozpływa się w upale podzwrotnikowego nieba.