piątek, 27 grudnia 2013

5. Cztery Pory w Raju: Na gębę

Pierwsze, beztroskie dni na komunie w Harrison przelały się przez palce bystro. Fabryka mebli, o której dowiedziałem się od chłopaków z sąsiedniego pokoju wpisywała się w ogólne założenia przyjazdu - rozejrzeć się, znaleźć robotę i mieszkanie. Z tym drugim, jak się miało okazać, było nieco ciężej... Zabrałem się do załatwiania formalności. Żeby rozpocząć pracę w fabryce potrzebny był numer social security - odpowiednik polskiego NIPu. Asia wyjaśniła mi dokąd trzeba pojechać, co ze sobą zabrać i co w urzędzie powiedzieć. Autobus odjeżdżał z Newarku. W kieszeni miałem kartkę z notatkami i dwa dolary w drobnych dla automatycznego kasjera. Ta prosta maszyna do poboru opłat to pokaźnych rozmiarów metalowa skarbona. Lejek zakończony dziurą połyka monety, a wąska szpara banknoty. Obydwie szczeliny mają charakter wlotowy, bo skarbona nie wydaje reszty, a biletem jest sama transakcja z przewoźnikiem zaświadczona obecnością kierowcy. Amerykański czas to miedzy innymi ten pieniądz zaoszczędzany na drukowaniu i dystrybucji biletów, instalacji kasowników, opłacaniu kanarów oraz kosztów egzekucji mandatów. Postanowiłem upewnić się gdzie wysiąść. Kierowca z obojętnością lekarza NFZ wybeblał coś pod nosem, po czym widząc, że angielski znam tylko z piosenek onieśmielił mnie swoją cierpliwością. Znowu byłem petentem polskiego urzędnika. Przeprosiny na powitanie i wzrok wbity w dłonie miętoszące niewidzialną czapkę. Pokutowała we mnie gotowość, żeby wszystko rozumieć od razu, żeby nie zadawać zbędnych pytań, żeby nie narażać się na urzędnicze sapanie.
Take your time - uspokoił mnie widząc, jak przy pomocy kieszonkowego słownika próbuję skonstruować odpowiedź. Załatwienie amerykańskich dokumentów, bez znajomości angielskiego, w epoce sprzed zamachów na World Trade Center umożliwiających założenie konta w banku, wyrobienie prawa jazdy, zdobycie pracy, rozliczanie się z podatków, a w rezultacie otrzymanie emerytury i to na wizie turystycznej, której ważność upływała po sześciu miesiącach okazało się banalnie proste. Do roboty w siapie pojechałem ze Słowakami już na trzeci dzień po przylocie. 
Fabryka mebli kuchennych w Little Falls była w rzeczywistości sporych rozmiarów stolarnią zaopatrywaną w drewno przez potężne ciężarówki na kanadyjskich rejestracjach. W biurze przyjął mnie Borys, ukraiński Żyd o posturze kowala, posiwiałych skroniach i krzaczastych brwiach, którego strój emanował osobliwym wyczuciem elegancji - czerwona koszula z kołnierzem, złote spinki pobłyskujące przy mankietach, jasnobrązowe, powypychane na kolanach, płócienne sindbady i te czarne, skórzane mokasyny bogato zdobione figlarną plątaniną frędzli. Jego strój symbolicznie manifestował definicję szyku w pojęciu właściciela fabryki. Krótko, donośnie, wręcz tubalnie potwierdził stawkę i zaprowadził mnie na halę. Jego pobrzękujący baryton zdradzał czynne zamiłowanie do ustawicznego kontaktu z tytoniowym dymem. 
- Jasne, jasne - potakiwałem udając zainteresowanie rozprawą na temat wielkiej, zielonej maszyny, żarliwie jakbym stał u progu poznania tajemnicy życia. Pracownicy, w różnym wieku, uwijali się pośród panującego nieładu, nabuzowani poranną energią. Stałem zdezorientowany. Bardziej od monologu mojego nowego szefa absorbował mnie zapach starego potu, przypalonego drewna i hałas. Borys włączył maszynę po czym zniknął za drzwiami biura. Mijały wieki, epoki, geologiczne ery. Upływały w rytm analitycznej zadumy nad życiem, podczas której próbowałem rozgryźć, dlaczego odmierzanie sekund za pomocą dozownika klejowego granulatu stało się jego treścią. Dzwonek na śniadanie rozdzwonił się przed dziesiątą wyrywając mnie z zamyślenia z dentystyczną swadą. Moje dni wypełniał teraz ryk frezarki i swąd palonego kleju 
Zatrudniony na gębę, czekałem na nadejście numeru social security. Żeby otrzymywać cotygodniowe czeki z wypłatą trzeba było podpisać umowę z fabryką. Zdobycie podróbki otrzymanego drogą pocztową dokumentu, pozbawionej adnotacji, że na jego podstawie nie można zatrudniać, było kolejnym etapem całej procedury
legalizującej moją robotę. Kolorowa kseropodróbka miękkiego kartonika z numerem social security kosztowała czterdzieści dolarów. Porównałem oryginał z kopią. Myśl o załatwianiu na jej podstawie formalności w kwesturze pozbawiała pewności siebie. Falsyfikat ewidentnie kpił z ludzkiej inteligencji. Lewizna biła po oczach zaprzeczając powszechnemu przekonaniu, że nie ma głupich, a cała procedura wydawała się dratwą szyta. Ale nie dla Rebeki. Zapisała w komputerze widniejącą na mojej kopii sekwencję cyfr i podała mi jakieś wydruki do podpisania, pewną ręką, pogodnie, jakbym załatwiał kredyt na samochód, a nie robotę na czarno. Najwyraźniej dobre intencje leżały tu u podstaw wszelkich działań. Babkom z kwestury, wychowanym w inkubatorze ideałów podtrzymywanych przez propagandę amerykańskiej prawości, tępiącą oszustów jak karaluchy, w myśl której dążenie do prawdy jest drugim po baseballu sportem narodowym, mogło przez myśl nie przechodzić, że dokument może być fałszywy. Czy możliwe, że głęboka pogarda dla kłamstwa piętnowanego powszechnie i zgodnie z lokalną tradycją tak bardzo usypiała podejrzliwość? W końcu moje social security figuruje gdzieś w systemie, a ten z jakichś powodów nie informuje o moim statusie imigracyjnym. Przy pomocy kawałka papieru przepuszczonego przez drukarkę, bezkarnie zabierałem pracę, która należała się bezrobotnym Amerykanom, nabywając jednocześnie prawo do ubiegania się o emeryturę. Z drugiej strony pracując na czarno byłem wzorem taniej siły roboczej. Nigdy przecież nie będę się skarżył. Będę trzymał się z dala od kłopotów, stojąc w obliczu nieustannego zagrożenia deportacją z kraju, w którym urodzą się i wychowają moje dzieci, w którym
dorobię się majątku i zasłużonej emerytury. Będę przy tym żył w stanie moralnej schizofrenii wśród amerykańskich piewców prawości, którzy jak na ironię będą szanować mój wkład w budowę lepszej przyszłości tej Ameryki, do której z tytułu zasiedzenia od pokoleń i tak zawsze będą mieli większe prawo. Będą przy tym podziwiać wytrwałość, z jaką toczę walkę o przetrwanie w realiach życia nowo przybyłych, z którym tak na prawdę sami nie chcą mieć nic wspólnego. Powierzchowna empatia wyrażana w powitalnych zwrotach, które nie tolerują odpowiedzi "nie dobrze" pozwoli im spać spokojnie. Będą dryfować trzymając na dystans rzeczywistość, która już dawno wymknęła się spod kontroli.

piątek, 20 grudnia 2013

Karaluchy jak motyle.

   Prawie całą drogę przesypiam wyciągnięty na fotelach po środku kabiny. To jeden z tych deficytowych lotów. Od czasu do czasu stewardesy wyrywają mnie do posiłku, proponują napoje. Przełykam coś machinalnie w półśnie, jak chomik (kto wie kiedy znowu zjem coś po wylądowaniu), po czym na powrót zamykam oczy. Chłopaki też odsypiają katarską noc. Legowisko uwiera, ale buczenie pokładowej maszynerii działa kojąco. Bujany turbulencjami rozkoszuję się kołysanką szumów i odpływam w pogłębiającą się namiastkę snu. Na chwilę przed lądowaniem budzi mnie głośny gong. Komunikaty płynące z głośników skrzeczą jak gigantyczna krótkofalówka, podczas gdy obroty silników spadają. Nieważkie wnętrzności chcą pofrunąć w przestrzeń, a twarz bieleje jakby na tę krótką chwilę odpływająca z niej krew miała jakąś ważniejszą robotę. Przesiadam się na wolny fotel koło okna. Podrównikowe niebo jest nieskazitelnie czyste. Jak okiem sięgnąć, bezkresna panorama miasta rozpościera się na dnie krystalicznie przejrzystej, gazowej powłoki. Gęstej i ciepłej, niemal namacalnej. Tysiące neonów zdobią fasady niskich zabudowań, pośród których, w żółtym świetle ulicznych lamp, falami poruszają się jednoślady. Komunikaty po arabsku przeznaczone dla załogi co chwila przerywają seans filmowy, któremu Sebastian oddaje całą swoją uwagę, podczas gdy przechyleni na prawą burtę krążymy na miastem przez kilka pięknych minut. Pod nami Sajgon.
  Przed wyjściem z hali międzynarodowych przylotów jak zwykle tłumy. Klimatyzowane powietrze wewnątrz terminalu zyskuje na wilgotności w miarę jak zbliżamy się do automatycznych drzwi wyjściowych. Każde ich ponowne otwarcie, wzmaga terkot silników, wypełnia uszy kakofonią klaksonów, wpuszcza do środka falę ciepłoty, co niewyraźnym bąblem tłoczy wilgotne powietrze w chłodniejszą przestrzeń. Terminal lotów krajowych znajduje się w oddzielnym budynku. Perkusiści w pewnym stopniu dzielą los klasy robotniczej. Sebastian, jak kulę u nogi, ciągnie za sobą futerał z talerzami. Idziemy żwawym krokiem, a nasze ciała mącą powietrze przesycone obietnicą tropikalnej burzy.
- Wasz lot do Hanoi jest spóźniony o dwie godziny – informuje pracowniczka linii lotniczych - ale mogę was wpisać na wcześniejszy. 
Po trzydziestu godzinach w podróży z wdzięcznością deklarujemy gotowość do działania w pośpiechu. Z braku czasu na dyskomfort kontemplacji "dlaczego", płacę za bagaże rejestrowane, po czym krokiem opartym na pogłębionych ruchach bioder ruszamy na security check
   Autobus jest chłodny i ciasny. Sporo przestrzeni zajmują siedziska zwrócone tyłem do okien wyposażonych w grube zasłony. Wietnamczycy z ciekawością przysłuchują się naszej wymianie zdań. Wyżyłowany świst klimatyzacji oraz basowe buczenie silnika nie pozwalają rozmawiać cicho. Zawieszam się od nadmiaru bodźców. – Jak to się stało, że znalazłem się tu, w tym autobusie? - na chwilę pozwalam się porwać wariacjom tej retorycznej refleksji, po czym przywracam ruchliwość zastygłym gałkom ocznym, na powrót obarczając soczewki odpowiedzialnością za ostrość widzenia. Autobus wolno rusza w gląb płyty lotniska.
   Oprócz pary holendrów, rasy kaukaskiej na pokładzie brak. Podczas gdy on zajmuje się swoim i-phonem ona z zainteresowaniem przygląda się stewardessom paradującym w koszulach bez rękawów i krótkich spodenkach w pepitkę. Ten praktycznie zaprojektowany, skąpy uniform podkreśla ich drobne, zgrabne sylwetki. Moje zainteresowanie obsługą lotu również nie uchodzi uwadze, bo Holenderka uśmiecha się porozumiewawczo. Chyba obydwoje zastanawiamy się czy uroda tych śniadych dziewczyn jest wypadkową czy wyjątkiem. Pośrodku wieczornego nieba samolot sunie ponad bezmiarem czerni, gdzieś nad kambodżańską dżunglą, a może ponad chmurami... W dole rzadko coś jaśnieje. Lecimy w mroku i lądujemy w mroku. Ruch na lotnisku w Hanoi wyraźnie ustaje. Nasz wcześniejszy przylot burzy misterną logistykę podróży. Oczekiwanie na obiecanego kierowcę okazuje się daremne, więc do miasta ruszamy na własną rękę. Wietnamski komunizm subtelnie objawia swoją niepowtarzalność. W kraju czerwonej gwiazdy ceny ustalane są urzędowo, o czym informuje tablica przy postoju taksówek. To na nią gestami powołuje się kierowca studząc nasz negocjacyjny zapał. Teren lotniska opuszczamy w rytm włoskich superhitów z lat osiemdziesiątych przerobionych na elktro trans disco sound. Wyboistą drogą przecinamy obszar, który wygląda na opuszczoną stalownię, oświetloną jak manufaktura - żółto i sporadycznie. Do stolicy mamy prawie trzydzieści kilometrów. Znużony łupanką płynącą z głośników proszę kierowcę, żeby zmienił stację. - Ok, ok. - przytakuje potulnie, po czym podgłaśnia radio i powraca do wymijania ciężarówek i motorków. Mknąc wzdłuż pobocza wyłaniają się niespodziewanie z ciemności. Chwieją się i dyszą ugięte pod ciężarem zawieszonego na tylnym siedzeniu, groteskowych rozmiarów ładunku.
  Mroczna stolica wydaję się pogrążona we śnie, choć jeszcze nie minęła północ. Czasami ktoś zamiata chodnik podobną do wiklinowej miotłą, inny ktoś rozładowuje samochód w świetle zwisającej na drucie, elektrooszczędnej neonówki, która wyręcza nieistniejące, uliczne latarnie kłując spojówki białym światłem. Zatrzymujemy się przed hotelem. Do statycznego pomroku ulic dochodzi jeszcze ta cisza. Pełen zapału boy hotelowy w liberii próbuje wyciągnąć nam bagaże z ręki. Krząta się przed drzwiami windy, doglądając, czy aby nie mamy problemów z pakowaniem gratów do jej wnętrza. Drzwi zamykają się za naszymi plecami oznajmiając, że tym razem napiwku nie będzie. 
  Budzę się w pomieszczeniu bez okien. Przez wnękę w ścianie dobiega kobiecy głos, wysoki, nosowy, nośny, jakby z megafonu. Wydaje jakieś polecenia, albo coś reklamuje, a nieustannie powtarzane, te same frazy oznajmiają, że Hanoi ponownie zmartwychwstało. Ulokowany na dziesiątym piętrze, restauracyjny taras góruje nad dachami miasta. Natężenie tonów wraz z towarzyszącą mu paletą pogłosów podkreśla potęgę otwartej przestrzeni w samym sercu tej niepozornej, choć ruchliwej stolicy. Przechadzka - wszędzie pełno turystów. Próba przed występem - widać, że nie jeden już deptał scenę tego teatru. Koncert - Dac wpasowuje się w brzmienie i energię zespołu jakby trochę już z nami pograł. Jam session - klub prawie pusty, ale wietnamska kapela gra Amerykańskie standardy. Hotel - noc przeskakiwania po kanałach, z których większość koło trzeciej oferuje już tylko obraz kontrolny. Śniadanie - przy stole, obok mnie dwie kobiety z Pszowa. 
- Jesteśmy z Niemiec - odpowiada po angielsku ta dużo starsza zanim przyznaje się, że obydwie są ze Śląska.  
- Jo się wychowała na Bajerach, ale jak jada do Warszawy to wszisko rozumia - chwali się ta młodsza ośmielona rozgadaniem rodzonej matki. 
  W porannym autobusie do Halong ekipa międzynarodowa. Pada deszcz i szybko zasypiam znużony błotnisto-szarym krajobrazem. Sebastian wyrywa nas ze snu. Jakiś facet na poboczu czyści z sierści sztywnego już psa. Nożem... Przewracam się na drugi bok i patrzę przez okno. Deszczowa szarość wszędobylskiej biedy wypełnia mnie za sprawą spolegliwej percepcji pierwszych chwil po przebudzeniu. Cementowe kałuże dziur w asfalcie. Warsztaty zawalone motorami. Samotne, kilkupiętrowe domy o chudych fasadach. Zaimprowizowane, chodnikowe jadłodajnie... Ludzie w słomkowych kapeluszach przykucają pod okapami jak kaczki chcąc uniknąć dżdżu. Zasypiam po raz kolejny. Po czterech godzinach docieramy na miejsce. W ciepłym deszczu, pośród nawałnicy turystów maszerujemy w poszukiwaniu naszego wycieczkowca. Morze jest spokojne, zamglone. Odbijamy od nabrzeża turkocząc donośnie. Jakiś łódka zbliża się we mgle oznajmiając swoją obecność wysiłkiem starego diesla. Posiłek na pokładzie. Zielone wyspy. Jaskinia. Rybacka wioska na wodzie. Powrót autobusem w korkach. Pierwsza przespana noc i poranny wyjazd na lotnisko...
  Jeżeli ktoś szuka miejsca, w którym można zniknąć bezstresowo i tanio, Sajgon jest jednym z tych miast. Już w drodze z lotniska, w tym przypadku portu lotniczego, czuć, że to jedna z metropolii tego zakątka Azji. Ruch uliczny kotłuje się tu we wnętrzu szerokich arterii, a elementy zabudowy gonią za nowoczesnością. Sajgon jest pełen życia. Sajgon jest duszny. Sajgon jest coolHanoi ze swoją kolonialną zabudową nagle wydaje się miasteczkiem pory niedzielnego obiadu. Hotel mamy tuż koło Ruskiego Targu. Podrównikowy deszcz wisi w powietrzu stężonym od pory dnia, granatowym od nadchodzącej ulewy. Wśród straganów biegają szczury. W Hanoi widywaliśmy je nocami. Tu, w wilgotnej atmosferze miasta grasują nawet w dzień pasąc się w swoim smrodliwym El Dorado, tuż pod nogami sprzedawców. Pieczołowicie dokumentuję lokalny syf. Brak fizycznego obrzydzenia na widok pierwszego z nich rekompensuję sobie kurwą wycedzoną przez zaciśnięte zęby. O dziwo, miejscowi traktują je obojętnie, obojętniej niż my gołębie srające po szybach, koty, co głosem niemowląt porzuconych na śmietniku miauczą strasząc po nocach czy bezpańskie psy lezące na sukę pod bramą parafi. Przyglądam się jednemu z bliska. W niczym nie przypomina tych szarych, tłustych blokowców, które latami grasowały po ciemnych, wilgotnych, piwnicach mojego osiedla. Ich dziwacznie urokliwa, rudawa sierść oraz pobłażliwość, z jaką odnoszą się do nich tubylcy, sprawia, że mam ochotę je głaskać. Będąc częścią wielkiego ekosystemu żyją z człowiekiem w symbiozie. Człowiek dokarmia szczura, szczur uodparnia człowieka, a pojecie tego, co zdrowe nabiera nowego, absurdalnego wymiaru. W okolicach targu obfitują sklepy z podróbami markowych butów, kurtek, plecaków. Kupuję kiść świeżego liczi i wracam do hotelu. Wolę zachować energię na wieczorny występ w akademii. Sen ścina mnie w trakcie jedzenia tych osobliwych owoców. Budzi mnie głośny szum, głośniejszy od wentylatora i bełkotu wietnamskiej telewizji, której nie zdążyłem wyłączyć. Odsuwam grubą kotarę i otwieram okno. Strumienie wody przecinają powietrze, z impetem uderzając o powierzchnię ulicy, która w szybkim tempie zamienia się w płytką rzekę. Szum ulewy zdaje się rzucać wyzwanie klaksonom, których teraz jakby przybyło. Podziwiam przez moment te niecodzienne w moim życiu, grudniowe oberwanie chmury po czym rozpoczynam rytuał przygotowań do wyjścia na próbę.
   Akademia muzyczna znajduje się tuż za rogiem. Wielkie plamy błękitnego nieba na powrót wyzierają przez chmury w odwrocie, a powietrze, wciąż lepkie, wydaje się nieco chłodniejsze. Nasz wietnamski pianista czeka już w sali koncertowej w towarzystwie dużo starszej od siebie kobiety, którą przedstawia jako swoją matkę. 
- Podczas koncertu zapowiedz mnie jako Mister Hieu - ...
Pani Hieu, jak wielu z resztą Wietnamczyków najstarszego pokolenia, świetnie mówi po francusku. Obydwoje jesteśmy zdziwieni swoimi umiejętnościami. Myśli i mówi rześko. Bez ogródek, z poczuciem dumy, zdradza mi, że urodziła się w trzydziestym ósmym, w Indochinach... 
- Może po próbie opowie mi pani jak się żyło przed Amerykanami? 
– To było tak dawno, że już nic nie pamiętam – ucina temat uciekając się do starego triku z niedoborem lecytyny. 
   Sala, podobnie jak w Hanoi wypełnia się po brzegi choć obywa się bez dostawek. Jest dużo młodzieży. Czuję obecność Polaków, bo ktoś pośród publiczności próbuje wejść ze mną w dialog po sztubacku. Słuchacze na dalekim wschodzie są powściągliwi. Jak się podoba, to się podoba, jak nie, to cisza. 
- Śśświiieeetna pierwsza połowa występu! - wystawia mi recenzję stara Wietnamka podczas wspólnej fotografii we foyer. Jakiś młody Polak podchodzi do nas w towarzystwie jeszcze młodszej, skośnookiej dziewczyny. Widać, że im się nie podobało. Namawia, żebyśmy dla odmiany wpadli do tawerny. Z tego co mówi, dedukujemy, że to jego dziewczyna i że w tawernie gotuje lokalne żarcie. Żegnamy się niezobowiązująco. Grupa Polaków zaprasza nas na spotkanie dopiero co zawiązującej się sajgońskiej Polonii. Ciekawa opcja, tym bardziej, że o różne Polonie już się otarłem. 
   Do irlandzkiego pubu jedziemy taksówką. Spotkanie odbywa się w niewielkiej salce na piętrze i w podgrupach. Nie wszyscy się znają. Jakieś dwie dziewczyny siedzą z brzegu jak stare panny i w milczeniu przysłuchują się wątkom płynącym z epicentrum biesiady piwno-winnej. Polonia popija co czwartek wypłukując z systemu nadmiar Wietnamu w towarzystwie rodaków. Trochę dla zabawy, trochę z braku wyboru. Mieszanka charakterów jest przypadkowa, a jedyna rzecz, która naprawdę wydaje się ich łączyć, to fakt, że są Polakami na dalekiej obczyźnie, gdzie łatwo wpaść w chwilową pułapkę osamotnienia. 
Zielone i czerwone sajgony robią swoje, bo gdy przybywamy na miejsce, efemeryczna więź zaczyna już jednoczyć grupę. Pan pilot latający dla wietnamskich, tanich linii, pani psycholog na utrzymaniu męża, który podobnie jak reszta biesiadników, pracuje dla zagranicznej korporacji. Dalekowschodnia emigracja różni się od euro-amerykańskiej tym, że Polacy w Azji nie zajmują się pracą fizyczną.
   Poganiam chłopaków do wyjścia, zaspokojony towarzystwem jednych, ciekawy kompanii drugich. Kelnerki nie mogą poradzić sobie z rozliczeniem grupowego zamówienia i mimo że pieniądze za wypite piwa leżą na stole z lekką górką, ich uprzejmość ustępuje miejsca szorstkiemu zdecydowaniu, z jakim zachodzą nam drogę, usiłując zatrzymać nas do czasu uporania się tą kostką Rubika. Taksówka podwozi nas pod drzwi Tawerny. W środku tłok, bo i miejsca mało. Tawerna okazuje się dyskoteką dla turystów, jej menu oferuje alkohol i chipsy, a Wietnamka siedzi za mikserem i wpuszcza w głośniki techno. 
- Co ty!? To nie jest moja dziewczyna – krzyczy mi do ucha Damian popalając jointa, na co nikt z resztą zdaje się nie zwracać uwagi. Zachowuje się jakby od dawna mieszkał w Sajgonie. Pytam jak się tu żyje, ale dokładnie nie wie, bo dopiero tydzień temu przyjechał na motorze z Hanoi. Zmywamy się szybko. Wygania nas hałas i głód.
  Od samego rana błąkam się po Sajgonie. Brud jest tu częścią harmonii życia codziennego. Widok olbrzymich karaluchów nieodłącznie towarzyszy spacerom i posiłkom. Ich wszechobecność ma również swój praktyczny wymiar. W tandemie ze szczurami czuwają nad immunologiczną kondycją tego zakątka Świata, którego nawyki żywieniowe przyprawiają przyjezdnych z Zachodu o silnie skontrastowaną paletę doznań - od erupcji powściągliwego zaciekawienia typowego dla zwiedzania zoo z inicjatywy upartego chrześniaka, poprzez obrzydzenie do wieczornych spacerów po ulicznych targowiskach aż po kilkudniową sraczkę podróżnika. Wczesnym popołudniem, w kawiarni naprzeciwko hotelu spotykam się z Damianem. Zamawiamy tęgą, czarną kawę, przy której wymięka moc potrójnego espresso. Damian kręci jointa. Widać już, że jak zwykle. Kelnerzy w mig rozpoznają zapach, zachowują się jednak, jakby palenie zielska w kraju, gdzie przemyt marihuany karze się śmiercią, było elementem lokalnego krajobrazu.
- Turystów policja się nie czepia – mówi popalając jakby nigdy nic, jakby w domu bakało się do wigilii, jak młodziak, który za posiadanie jeszcze nigdy nie wylądował w pierdlu. Przechwalamy się gdzie kto nie był, czego nie widział i nie przeżył oraz w jakim to języku nie mówi. Rozmowa dwóch numizmatyków, którzy w dupie mają zagłębianie się w historie czyichś kolekcji, a ich subtelna polemika ma jedynie na celu podkreślanie wartości własnych zbiorów... Chłopaki dołączają do nas gdy zapach skrętów na dobre miesza się z w wonią mielonej kawy. Gawęda, gawęda no i ruszamy w piątkowe miasto. Restauracja na piętrze - nie możemy się doliczyć kto ile za co płaci. Potem fancy taras à la patio na wysokościach. Widok na ładny kawałek wieczornego miasta przyciąga turystów takich jak my. Damian jest tego wieczoru naszym przewodnikiem. Upewniamy się, że palenie jest istotną częścią jego publicznego teatrzyku. Jest tym religijnym palaczem.
- Ale czyja była teraz kolej? - Nie, no trzeba drobniej kruszyć... - Nie tak się składa bibułki! - a przecież kajdany wolności w stylu cool zawsze będą kogoś uwierać. W chwili gdy bicie piany staje się przewlekłe ponaglam towarzystwo myśląc o atrakcjach z oferty otwartych przestrzeni wieczornego miasta. Chcę tam, gdzie najwięcej ludzi. Do wyznaczonego miejsca chłopaki jadą taksówką, a ja na motórze z Damianem. Kierowca z niego uważny, a wypalone jointy i wypite piwko czy dwa nawet tak bardzo mu nie przeszkadzają. 
- Możesz przez chwilę nic nie mówić? - ucina mój monolog próbując skoncentrować się na jeździe po ulicach ogarniętych komunikacyjnym szałem piątkowego wieczoru. Programowa brawura, której oddaje się przy pomocy słów, ustępuje pierwszeństwa racjonalizmowi w działaniu. W roli pasażera czuję się bezpiecznie. Wszyscy tu mają oko na wszystkich. O ile w Polsce korzystanie z klaksonu jest odruchem nerwowym, narzędziem wyrażania pretensji, to w Wietnamie jest ono równie pozbawione emocji, co korzystanie na polskich drogach z migaczy. W Azji trąbi się spokojnie, żeby zasygnalizować manewr. W Europie po to, żeby ostrzec w panice, przestraszyć lub wkurwić.
   Rano przenosimy się do hotelu w dzielnicy backpackersów. Zjedzony po północy mielony węgorz z arachidami na bardzo ostro nie wychodzi mi na dobre. Nieprzespaną w bólach noc spędzam w bliskim kontakcie z porcelitem muszli klozetowej, a planowaną wycieczkę motorową do My Tho odkładamy na jakiś inny raz. W naszej nowej dzielnicy wszystko, czego zagraniczny turysta może potrzebować jest na podorędziu. Dealer Go Pro, sklepy dla podróżników oferujące podrabiany ekwipunek na każdy rodzaj wyprawy i restauracje, w których siedziska krzeseł są na wysokości kolan. Michał od rana czyści żołądek z resztek wczorajszego węgorza, w czym pomagają mu dwie szklaneczki whisky i piwko. Mnie wódka z rana odraża, poza tym mój węgorz czyści się sam. Do toalety docieram niesiony emfatycznym krokiem chodziarza. Niewielkie pomieszczenie zawiera spory, plazmowy telewizor. Jego przekątne krzyżują się na wysokości twarzy tych, co siedzą lub bioder tych co stoją na wprost przezroczystej ścianki z akrylowego szkła, zgrabnie wywiniętej w rynienkę, chroniącego ekran przed zabójczym działaniem żółtawego płynu, którego strugi chcąc nie chcąc obmywają wizerunek prezentera wiadomości sportowych. Po nieprzespanej nocy sen zabiera mnie na resztę dnia. Po południu ruszam z Sebkiem na poszukiwanie lekkostrawnej paszy. Wietnamski rosołek i coca-cola. Koło dwudziestej, w towarzystwie chłopaków powoli przyswajam piwko. Pojawia się Damian. Siada, znika, coś przynosi, skręca. Zajęty rozmową z parą, która się do nas dosiada nie zwracam uwagi, że obok stoją policjanci. Ich też nie obchodzi krążący przy stole skręt. Ten kraj naprawdę stawia na turystykę. Ostatnie piwko sączymy na krawężniku w bocznej alejce gdy dochodzi czwarta rano. Miasto zdążyło już spokornieć po szaleństwie sobotniej nocy. Bania odbiera nam resztki zdecydowania. Poklepać się na pożegnanie po plecach? Przybić piątkę? A może po prostu klasyczną szuflą? Zrywam się do hotelu. Ostatnie dziwki nawołują ze stolika, przy którym w milczeniu siedzi już tylko jakiś łysiejący Amerykanin. Przed wejściem do hotelu zaczepia do mnie facet na motorku. Bezzębną angielszczyzną człowieka zniszczonego stylem życia jednego z ulicznych naganiaczy, której forma ustępuje pierwszeństwa treści, proponuje wizytę w burdelu. Rozmawiamy przez chwilę. W hotelu jeszcze długo nie mogę zasnąć. Pikantne żarcie, rude szczury, słodycz endemicznego odoru sajgońskich ulic, dziwki na motorach, tropikalny deszcz i te karaluchy swawolne jak motyle... Buzują teraz w mojej głowie od bani, od rozmów i myśli, co więzną w gardle. Buzuje we mnie całe miasto.

czwartek, 12 grudnia 2013

Zamknięte królestwo V - Naprawdę nic

Sen był krótki, przerywany obrazami z jakichś niedomkniętych sytuacji. Lodówka głośno wirowała na tle ciszy, jaką pośród nocy rozcieńczonej światłem ulicznych latarni ma do zaoferowania stolica przy Moście Poniatowskiego. Kilka godzin snu bez pamięci, szybkie śniadanie i marsz do kolejki. Euforia miesza się z otępieniem po nocy pełnej widm. Z kontroli bezpieczeństwa przez odprawę paszportową i rękaw do dziury w burcie samolotu. Tym razem Okęcie musi się odbyć się bez kawowych ceremoniałów. Miejsce mam przy oknie. Elektroniczna podróbka akordeonu sączy się zawijasem z głośników, wierci bliskowschodnim ćwierćtonem. Azjatycka obsługa samolotu uśmiecha się jak przystało na tych, co powierzoną im rolę odgrywają dyskretnie, służalczo. Tego się od nich wymaga. - Dwa czerwone wina i kubeczek whisky? 
Podczas startu monitory pokładowe idealizują cel podróży. On, postawny Arab, owinięty ręcznikiem wstaje oto z kamiennego katafalku. Skośnooki sługa, niższy od pana o głowę, gestem zaprasza na pokoje. Kobieta już czeka w przestronnej komnacie. Przepych. Z początku wydaje się, że to elegancki hotel. Nie, to ich dom. Teraz on zabiera ją w miasto. Rozkoszują się wonią egzotycznych przypraw, a ona wybiera najświeższe owoce. Potem, na zadaszonym pokładzie tradycyjnej łodzi, kołysani falami zatoki upajają się smakiem orientalnej herbaty. Sługa Hindus uśmiecha się wiernie, podczas gdy las drapaczy chmur mieni się w tle kolorami tęczy. Na czas trwania prezentacji monitory są nieczułe na wyłącznik. 
Katar. Temperatura na lotnisku sprawia, że czuję się jak w marmurowej kostnicy. Jaskrawe oświetlenie, bogaty wystój, powściągliwa elegancja, kliniczna sterylność. Chusty uplecione z fantazją na głowach śniadych urzędników w bieli, symbolicznie określają ich stosunek do ciężkiej pracy fizycznej. Podobnie te nieporęczne stroje. Noszone wyniośle, uosabiają odmienność kultury, która ostentacyjnie sprzeciwia się dominacji zachodniej mody. Pomimo wpływu, jakim cieszy się tu sunnicki islam w swojej najsurowszej, wahhabickiej postaci, Katar chyba nie dopuszcza do głosu skrajnych ideologii politycznych. Nie zaszczyciwszy mnie ani jednym spojrzeniem, urzędnik wlepia mi do paszportu niepozorną wizę, tuż obok izraelskich pieczątek.
Hindus z wypożyczalni samochodów prowadzi nas na parking. Na zewnątrz powiewa ciepła bryza. Jego angielszczyzna - przykurzony już prezent od korony brytyjskiej, pozwala mu na wykonywanie swojej pracy. Nie daje za to szans rozmowie o byle czym. 
W poszukiwaniu jedzenia opuszczamy ruchliwe ulice Dohy. Nieoświetloną, wyboistą ścieżkę, docieramy nad brzeg morza. Futurystyczne wysokościowce malują wielobarwne odbicia w wodach niewielkiej, półkolistej zatoki. Samochody stoją tu w mroku na zapalonych światłach. Ich niewidoczni pasażerowie szukają intymności, chcą nacieszyć oczy widokiem tęczowego Corniche. Stoimy milcząc na zgodę, że świat można zmienić jak rękawiczki. Jeszcze kilka godzin temu przemykaliśmy pod niebem zimnej, szarej Warszawy. 
Bliskowschodnia niedoróbka dzielnic mieszkaniowych Dohy nie różni się od siostrzanych metropolii krajów Zatoki. Dubaj, Maskat, Abu Zabi. Surowy beton, stalowe pręty, piaskowy pył. Medialnie konstruowany wizerunek romantycznej harmonii człowieka z islamem, nowoczesnego świata, który pokonał wszechwładzę pustyni działa na wyobraźnię ludzi Zachodu. Ma przecież przyciągać ich pieniądze. Propaganda ekonomii opartej na ropie służy wszakże walce o przyszłość luksusu. 
Katarczycy w swoim własnym kraju są obywatelami widmo. Trudno się na nich natknąć, choć łatwo ich odróżnić. Na przykład ten, co wchodzi do banku.  Nieskazitelna biel szykownej galabiji, kredowa kefija i agal z koziej sierści, na podobieństwo czarnych aureoli oplatających ciasno głowę. Obywatele tacy jak on to uprzywilejowana, piąta część mieszkańców kraju. W tutejsze przywileje nie sposób się wżenić. Z tytułu urodzenia w Katarze też nic się nie należy.
Pomimo nocnej pory Filipińczycy ze spożywczaka uwijają się niczym przydymione pszczoły. Tu jak czekolada to Lindt, jak czipsy to Pringles, a jak lody to Häagen-Dazs. Zapytani o coś do jedzenia kierują nas do pobliskiej restauracji. Marmara. W Tureckiej knajpie w sercu katarskiej stolicy, czuję się jak klient pizzerii podczas pierwszego dnia wakacji w Lizbonie. Siedzący obok nas przyjezdni z Maghrebu pomagają nam przebrnąć przez pokaźne menu. Nie przeszkadza im, że odrywamy ich od jedzenia
- Kochany! - wzywają kelnera i stół powoli wypełnia się po brzegi. Pierwszy kęs grillowanej baraniny pozbawia mnie resztek wątpliwości. Przypominam sobie podgrzane na blasze ścinki drobiowej mielonki zawijane w pitę z modrą kapustą i smakowity kolesław. Turecka kuchnia na wyjeździe to kulinarny kameleon, jak chińszczyzna. Zawsze w kolorach wypadkowej lokalnych gustów. Są więc hummusy, kuskusy, baranina i słodkie ziemniaki. Potężne porcje grillowanych mięs, ryżu, ziemniaków oraz pikantnych papryk - oto jak się nocami jada na Bliskim Wschodzie!
Nadmorska promenada przypomina Świnoujście po sezonie. Nieśpiesznie docieramy pod najwyższe biurowce. Puste, sprawiają wrażenie wybudowanych po to, żeby się mienić kolorami na tle bladej czerni nocnego nieba. Żadnej kawiarni czy jadłodajni, choć to tutaj bije sztuczne serce gigantycznej hybrydy Manhattanu z Pekinem. 
Katar to kraj mikro. Dystans dzielący jego granicę z Arabią Saudyjską na południu i Ar-Ruwajs na północy to tyle, co odległość pomiędzy Katowicami a Wrocławiem. Czteropasmowe autostrady jaśnieją w mrokach nocy, świecą też pustką, jakby cały ten wysiłek miał służyć tylko nam. Czasem trafi się ciężarówka, rzadziej samochód osobowy. Na stacji benzynowej Filipińczycy i zimno jak w mięsnym. Czas pozostały do końca zmiany sprzedawca sennie odmierza każdym wypakowanym pudełkiem. Postanawiamy jechać najdalej jak się da. Tankujemy dziesięć litrów, płacimy dziesięć złotych.
- Nic... - odpowiada Filipińczyk od dystrybutora, zapytany co takiego można zobaczyć na północy. Mimo to nie chcemy zmieniać planów. Świeżość sytuacji zawsze ukręci coś z niczego. 
Drogowskazy w Katarze mają tę cechę, że nie wskazują ile kilometrów pozostało do celu. Kierują nas na wschód od autostrady, do Al-Khor. Radio serwuje niekończące się sety "arabskiego bluesa" - pieśni nieszczęsnych, przepojonych smutkiem, pełnych tragedii, o których milczy się za dnia. Droga nieoczekiwanie grzęźnie w ciemnościach. W oddali majaczą jakieś światła. McDonald's, posterunek straży pożarnej, meczet, rondo i wysokie mury niskich zabudowań. Strzegą intymności muzułmańskiego stylu życia. Al-Khor. Po północy w miasteczku działa tylko jedna kafejka. Obsługiwana przez Nepalczyka i jego trzech kamratów z Indii oferuje kawę, herbatę, frytki. Pijemy haliib – mocną arabską bawarkę. Zapytani o życie w Katarze chwalą kraj swoich gospodarzy, zgodnie, jak na przesłuchaniu. Dobrze tu przecież zarabiają. 
- Arabia saudyjska? Tam jest tak samo - odpowiada ten bardziej wygadany. Możliwe. Tutaj też pracodawca zabiera im paszporty... 
Jazda autostradą zmienia się w senną huśtawkę. Arabska muzyka wprowadza w trans napełniając powieki ołowiem. Żarzące się błękitnym światłem drogowskazy przywracają umysł do stanu płochej czujności. Madinat Al-Shamal. Tu czarne wody morskich otchłani łaszą się do nabrzeża. Dalej na północ już tylko ciemność. W tym niewielkim osiedlu domków jednorodzinnych ma powstać stadion piłkarski. Jeden z dwunastu. Na razie tylko ta miniatura łodzi rybackiej tonie w piasku na rondzie. 
Zatrzymujemy się obok przystani. Jakieś głosy dobiegają z kontenera-stróżówki. Zanurzam rękę w wodzie. Mlaszcze przy betonowej pochylni opadającej łagodnie w głąb chłodnego błękitu. W drodze powrotnej kluczymy na wolnych obrotach bez pomysłu czy planu, jak włamywacze na czatach pośród parterowych zabudowań. A tu naprawdę nic...  

piątek, 15 listopada 2013

4. Cztery Pory w Raju: Drżącą ręką fatamorgany

Za oknem mijaliśmy stare fabryki, mosty toczone przez korozję, opustoszałe składowiska gigantycznych magazynów, sterty metalowych szczątków walających się po rdzawych placach złomowisk, przemysłowe pustkowia zdominowane przez zgorzelinę, śniedź i rdzę. Pasażerowie opuszczający wagony na stacji w Harrison w pośpiechu utworzyli chwilowy zator przy wejściu do ciemnego korytarza prowadzącego w dół pod stalowy wiadukt. W oczekiwaniu na pociąg nadjeżdżający z pobliskiego Newarku stacja na chwilę obumarła. Widoczna z peronu panorama miasta niepodzielnie skupiała na sobie uwagę. Olbrzymie torowisko przypominające średnich rozmiarów roller coaster usytuowane na tle stalowej konstrukcji mostu przerzuconego przez pobliską rzekę nie były w stanie przesłonić widoku otoczonych ceglaną zabudową przedwojennych wysokościowców. Zmierzając ku wyjściu czułem się częścią wielkiej aglomeracji. Uliczny obraz przejeżdżających leniwie tu i ówdzie samochodów nieznanych, amerykańskich marek, z rzadka mącony obecnością przechodniów, studził podniecenie majestatem peronowej panoramy. Na komunę, w której mieszkał Paluch szliśmy ulicami wyludnionego miasteczka. Widok sklepów, w których oprócz sprzedawców nie było nikogo, wraz z niską, monotonną zabudową pełną przylegających do siebie domków pokrytych sidingiem działały jak lodowaty prysznic po długiej podróży przez pustynię. Obrazy majaczące gdzieś na horyzoncie moich wyobrażeń o miejscu, do którego ostatecznie dotarłem, tak zawsze rzeczywiste, uderzały teraz realizmem majaczącego w oddali wizerunku świata pełnego drapaczy chmur, kreślonego drżącą ręką jakiejś niedorzecznej fatamorgany. Dotarliśmy do szeregowca przy William Str. Skrzypiące schody prowadziły na pierwsze piętro. W powietrzu wisiał zaduch tak typowy dla pomieszczeń, w których pełno starego, wysuszonego drewna. Spojrzałem przez okno. Wyzierało na jedną tych wąskich ulic, po których teraz nieśpiesznie przechadzali się emeryci. Euforia, z jaką przywitałem Manhattan grzecznie ustąpoiła miejsca apatii. Obserwując samoloty opuszczające międzynarodowe lotnisko w Newarku paliłem papierosy przywiezione z Polski. Dzioby lśniących kadłubów przeszywały warstwy powietrza zwracając się gdzieś ku wschodowi, ku miejscom, do których póki co nie było powrotu…    
Obudziłem się z bólem głowy. W rozgrzanych przedpołudniowym słońcem trzech pokojach z kuchnią, łazience i przepierzeniu skonstruowanym na bazie szafy, stanowiących obecnie przestrzeń życiową dla ósemki Polaków, panowała cisza. Wszyscy byli w robocie. Zajrzałem do lodówki - jakaś słonawa margaryna. Przeszukałem kuchenne szafki - puszysta imitacja polskiego chleba, niezbyt słodki i drobnoziarnisty cukier oraz najważniejsza herbata. Rozpuszczała smak porannego papierosa, który po całonocnej przerwie, na powrót inicjuje rytuał całodniowych profanacji
Poranna przechadzka ulicami Nowego Świata dawała świadectwo panującej tu od lat, ekonomicznej stagnacji. Zapach plajty wirował w powietrzu. Sączył się przez nieszczelności zbutwiałych okiennic znad barów pozamykanych na głucho. Łagodnie zasysany powiewem letniego wiatru wylewał się na ulice spod pomarszczonych ze starości drzwi z cienkiej sklejki. Strzegące niegdyś biur obumarłych dziś zakładów pracy, ich fabrycznych hal zionących pustką, nie chciały już przylegać do drewnianych progów i ościeżnic z pogiętej blachy. Martwy krajobraz ożywiały plątaniny torowisk i wiaduktów. Odległy szum nieprzerwanego strumienia pojazdów poruszających się po wiadukcie autostrady mieszał się z łagodnym świstem samolotowych silników. Sporadyczność z jaką ludzie poruszali się po ulicach, a to wracając z pracy, a to robiąc drobne zakupy, przypominała ulice starego Radlina, spokojne, pełne przybrudzonej cegły i starych ludzi. Zasłuchani w świergot ptaków, wygrzewają w słońcu swe prastare kości. Samotnie lub w parach wysiadują pod bramami familoków, wśród bujnej zieleni przypominającej zapomniany park, w neutralnym milczeniu tych, w których czas roztopił ambicje, uprościł oczekiwania, wymazał plany. Popołudniowe wrażenie bezczynności panującej na ulicach Harrison towarzyszące pierwszym chwilom po przyjeździe z lotniska, przerodziło się się w przedpołudniowy stan doświadczenia prawdziwej głębi bezruchu, rytuału ciszy, w którym zdawał się trwać ten zmumifikowany, municypalny trup. Martwy, wyschnięty stanowił namacalny dowód tętniącego w przeszłości życia. Szedłem wzdłuż głównej alei przecinanej prostopadle i miarowo ulicami, ciętymi w taki sam sposób przez inne ulice. Biegnąc równoległe do głównej, komponowały się w plan zabudowy pełen czworoboków, pośród których dominowały kwadraty. Jakaś zdeformowana niespotykaną otyłością kobieta po czterdziestce przechodziła przez ulicę pchając mozolnie chodzik. Czarnoskóry listonosz bez pośpiechu opróżniał błękitne, pękate skrzynki na listy, utrzymywane w pionie przez cztery karłowate kątowniki nóg. Podpierający się laską, posiwiały mężczyzna z ciekawością lustrował zawartość otwartej na oścież chłodni samochodu zaopatrującego sklep mięsny reklamujący swoje wyroby po portugalsku. Odnalazłem stację Harrison i peron z widokiem na Newark, który jeszcze dzień wcześniej z taką łatwością wystawił na próbę moją łatwowierność. Ziarna iluzji, nieoczekiwanie, po latach uśpienia, puszczały pędy, które więdnąc w oczach owocowały kompletną przemianą moich dziecięcych wyobrażeń o wszystkim, co mnie teraz otaczało. 
Budynki zdobione sidingiem nie ułatwiały orientacji w terenie. W drodze powrotnej na William Str. czułem się jak astygmatyk, odbierający świat z wyrazistością wzrokowej percepcji pszczoły. Wszystko dookoła wyglądało jednakowo.

wtorek, 5 listopada 2013

3. Cztery Pory w Raju: Wysłużony Świat

Nad dwoma ostatnimi rzędami, przeznaczonymi dla palaczy, zapaliła się lampka. Dopiero co odpalonego papierosa wcisnąłem pomiędzy kiepy wypełniające niewielką popielniczkę w oparciu siedzenia i zapiąłem pasy. Darmowy alkohol i paczuszka czerwonych marlboro już dawno przestały zwiastować kaca. Podchodziliśmy do lądowania. Samolot zataczał olbrzymie kręgi nad miastem, a polskiej stewardesie wzięło się na zwierzenia o swojej pracy, o chłopaku. Jakaś kobieta przeciskała przez palce koraliki różańca. Pasażerowie pogrążeni w milczeniu gapili się w szczeliny okien, które po syntetycznej nocy raziły teraz światłem dnia. Ilu spośród nich na zawsze opuściło swój kraj? Na Płytę lotniska opadliśmy łagodnie.
Olbrzymi hol szybko wypełniał się pasażerami. Odprawiano chyba kilka samolotów na raz. Tłok był stadionowy, poza tym zapamiętałbym kobiety w nikabach otoczone wrzaskliwą czeredą dzieci. Wszyscy czekali w długiej kolejce do niezliczonej ilości stanowisk odpraw. Zauważyłem, że urzędnik obsługujący moją kolejkę żuje gumę otwierając przy tym szeroko usta. Rozmowa była treściwa, chłodna. Wojskowa powaga, z jaką zadawał pytania oddziaływała z mocą przesuwania środka mechanizmu oddychania z przepony do płuc.
Wypleciony z siedmiu terminali wianuszek lotniska JFK jest największym portem lotniczym wielomilionowej aglomeracji Nowego Jorku. Tłumy ludzi tłoczyły się przed wyjściem z hali odpraw. Rodziny, taksówkarze. Moja pobudzona adrenaliną percepcja przestawiła się na tryb pochłaniania wszystkiego, co znalazło się w polu widzenia oka, które patrząc badawczo z wnikliwością mikroskopu nagle zmieniało się w lunetę. Panorama, detal, panorama… Z Paluchem, ustawiłem się kilka dni wcześniej, dzwoniąc na łyżeczkę z automatu na Boryńskiej. Rozglądałem się stojąc sam. Jakiś gość w turbanie od razu zaproponował mi taksówkę do miasta. Chciałem jak najszybciej wyjść z hali lotniska. Pierwszy lepszy pracownik obsługi wskazał mi drogę. Czarnoskóry, jak większość jego kolegów po fachu, których w zasięgu wzroku nie brakowało, nosił czarne buty, granatowe spodnie i spraną, błękitną koszulę tu i ówdzie poprzecieraną przy szwach. Mijałem sterty toreb chwiejnie transportowanych na aluminiowych wózkach. Pogięte i poobijane, dawały świadectwo mozolnej i wieloletniej służby. Betonowe lamperie, potrzaskane i brudne, harmonizowały z widokiem metalowych ławek, pełnych wgięć i odpryskującej farby. Jakiś policjant w czapce zsuniętej na tył głowy opierał się butem o ścianę. Wsunąwszy kciuki pod gruby, czarny, skórzany pas pozwalał odpocząć swym strudzonym ramionom. Wyjrzałem przez wrota głównego wejścia. Wzdłuż budynku ciągnęła się droga, po której paradowały autobusy. Poobijane blacharki taksówek wabiły klientów, lśniąc bezwstydnie w czerwcowym słońcu. Wysłużony świat. Przytulna, europejska schludność ustąpiła miejsca wykalkulowanej funkcjonalności.
Do stacji metra dotarliśmy autobusem. Autostrada, druty kolczaste i trawa. Peryferia lotniska, a wciąż nie miasto. Paluch wręczył mi podniszczoną monetę z dziurką w środku i pokazał jak przy jej pomocy dostać się przez bramki na stację. Stalowe wagony z piskiem wtaczały się na peron. Stare, oklepane, a jednak solidne, kształtem i estetyką przypominały żółto-niebieskie składy królujące przez dziesięciolecia na polskich torowiskach. Poezja w ruchu - wyjaśniał jeden z banerów poziomo umocowanych w miejscu, gdzie ściany ze stali nierdzewnej stykały się z sufitem. Wyglądało na to, że konstruktorzy wagonów postawili na trwałość. Podstawowa prostota, z jaką zbudowane były pomalowane na szaro, blaszane siedziska przywodziła na myśl więzienne cele, futurystyczne izolatki w domach wariatów. Wszystko niezniszczalne, a zarazem bezpieczne w życiu. Opuszczając duszne podziemia stacji metra A poczułem jak ich wiosenny zaduch wydala mnie na świat w objęcia siostrzanej tężyzny zapachów utopionych w gęstwinie i rozmaitości dźwięków. Rozmiar piętrzących się nad głowami budynków pogłębiał wrażenie ciasnoty. Potężny ruch uliczny na dnie nibykanionów sprawiał, że dźwięk odbijał się niczym w studni. Wędrował jak oszalały pomiędzy górującymi nad ulicą budynkami, które zamiast okien miały klimatyzatory. Naturalny pogłos potęgowany przeszywającym powietrze sygnałem mknącego radiowozu, czy przyprawiająca o kłucie w uszach trąba wozu strażackiego objawiały prawdziwy rozmiar otaczającej nas przestrzeni. Miasta giganty poznaje się po skali zjawisk dźwiękowych, zwielokrotnionych przez pogłos, którego zwykle brak w niskopiennych metropoliach Europy.
W podróży byłem już drugą dobę. Autostop do Berlina, nocka na lotnisku, osiem godzin lotu do Nowego Jorku i kac dawały się we znaki. Mimo to wzrok miałem zachłanny, wciąż gotowy na więcej...

wtorek, 29 października 2013

2. Cztery Pory w Raju: Na Stolarskiej

W Krakowie na Stolarskiej tłum gęstnieje. Dzień powszedni, lecz dookoła jak w Boże Ciało. Kobieta w odświętnej garsonce przetrząsa torebeczkę w poszukiwaniu papierosów. Młody mężczyzna w garniturze jak do komunii przyczesuje włosy w oczekiwaniu na wezwanie kolejnej grupy. Masywna pani pionuje wystrojonego jak grabarz posiadacza równie masywnego sygnetu. Ostatnie korekty strategii w gronie najbliższych dokonują się emfatycznym szeptem, bo do tego jeszcze ta policyjna suka przed wejściem... Niby pilnuje porządku, a tak jakby przeciwko swoim. W ogóle wszyscy coś szepczą, instynktownie i z obawy przed istnieniem jakiegoś podsłuchu gotowego ujawnić skrywane motywy działania. Gra toczy się przecież o dużą stawkę. Miesiące przygotowań i długie tygodnie oczekiwań jak ziarna uwalniające się do życia ze stanu hibernacji zaczynają kiełkować uwierającą niepewnością. Ta niczym dojrzały las z mocą szumi w głowach wyczekujących przed konsulatem. Przestępują z nogi na nogę, w nadziei na trójkolorową pieczątkę - przepustkę do świata perspektyw zaprzeczających wszystkiemu, co zrodzone z chaosu życia w Polsce u progu kapitalizmu i co dalekie od stylu inwestowania życiowej energii w gotowość do konfliktu o własne racje, przy której wymięka nawet narodowa religijność. Wszyscy chcemy zasmakować legendy o wolności, ciekawi, czy taka dotrzymuje składanej przez siebie obietnicy... 
Nastrój powątpiewania z wolna i mnie się udziela. Na tle odświętnej galanterii reszty petentów, mój znoszony, błękitny sweter odpowiadający dżinsom w stylu i kolorze zdaje się kpić z konsularnego majestatu. Nie ma w tym jednak przekory. Jej obecność tak podatna na energię władzy spoczywającej w rękach urzędników poszukujących odwetu za to, kim są i czego pragną, daje sporą szansę na współudział w porażce. Let's say niezamierzony brak roztropności...     
Początkiem lat dziewięćdziesiątych władze amerykańskie uznawały, nie bez podstaw, że zjawisko polskiej turystyki do USA jest czystą fikcją. W konsekwencji zdecydowana większość petycji wizowych była odrzucana. Aby zapewnić sobie przychylną decyzję urzędnika i uzyskać odpowiedni dokument uprawniający do opuszczenia terytorium Polski na pokładzie samolotu udającego się do USA - promesę, mylnie nazywany wizą, trzeba było sięgać po metody bardziej wyrafinowane. Ubiegające się o promesy grupy posiadaczy indeksów wyższych uczelni, którym przyświecał oficjalny cel, były w owym czasie nowością. Szczegółowa dokumentacja, pieczołowicie opisująca plan wyprawy badawczej, której fundamentalną cześć stanowiły listy sponsorskie uzależniające hojny mecenat ich sygnatariuszy od przyznania promes uczestnikom wyprawy, stanowiła jej silny atrybut. Różnica w doborze stylu dążenia do celu, uświęconego bez wątpienia wyższą potrzebą, wyrównywała nasze szanse w gonitwie po wizę i żadne kostiumy nie mogły tego zmienić.        
W budynku konsulatu atmosfera była tęga. Aż mdliło od zapachu tremy. Codzienny rytuał przemiału setek delikwentów, leniwie peregrynujących w rytm konsularnego metabolizmu, niczym toksyczne resztki treści pokarmowych - ku wylotowi, pozostawiał po sobie swąd lęku i rozczarowań, niespełnionych nadziei i pokrzyżowanych planów. O ile przed konsulatem mówiło się szeptem, w jego ciasnych bebechach panowała surowa głusza. Głosy amerykańskich urzędników przerywały ją co chwilę, sylabizując mozolnie polskie nazwiska. Zdeformowane kowbojską wymową przez nos, dobiegały z głośników, których dosadne brzmienie przypominało jazgot pielgrzymkowych kołchoźników.         
Zostaliśmy wezwani na górę. Dorota, ja, wszyscy uczestnicy wyprawy. Stałem w drewnianym boksie zbudowanym jak konfesjonał. Doskwierał mi brak klęcznika. Szczegółowe odpowiedzi, których udzielałem po francusku, na zadawane również po francusku pytania, szybko przekonywały, że warto nam zaufać. Budynek na Stolarskiej opuszczaliśmy w koktajlowym nastroju, w poczuciu dawidowego zwycięstwa. Odprowadzały nas milczące twarze o roześmianych oczach.

czwartek, 24 października 2013

Zamknięte Królestwo I - Geneza

Jedną z przyjemności, do której dążę i to z powodu traumy pozostawionej przez wyrok socjalizmu skazującego pokolenia Polaków na klaustrofobię w marzeniach o życiu gdzie indziej, są podróże. 
Jest 1981 rok. Jestem gotowy, a tu co najwyżej do Czechosłowacji mogę sobie pojechać i to z rodzicami. Długa kolejka do przejścia na moście w Cieszynie, zakupy w sklepach z lentilkami i kontrole celne w podczas powrotnej przeprawy. Manaam się chełpi, że właśnie wydał na taśmie płytę. Zdobiąca ją żółta nalepka informuje, że produkt pochodzi z Berlina Zachodniego, i że to pierwsza taka heca na polskim rynku! W szóstej klasie dołącza do nas koleżka, który podobno był w Holandii. Jak on się tam dostał i czy naprawdę na wrotkach po sklepie jeździł?! Podobno jeden gość z Rybnika do Egiptu pojechał na wakacje z Orbisem. Każdy wyjazd poza demolud był w zasadzie ucieczką, sukcesem. Nawet jeżeli tylko na chwilę. Brodacz z naprzeciwka już dawno do Ameryki uciekł.
Jest 1998. Znikają granice. Kupuję paprykarz szczeciński i ruszam w autostop. Kubek kawy na autobanie czy kanapka z serem to akty nonszalancji, których się wystrzegam, dlatego jeżdżę gdzie się da i to w krótkim czasie. Do Francji, Belgii i Holandii wypuszczam się samotnie. Jeżdżę do Paryża do Doroty. Po drodze śpię w samochodach, na parkingach i u przypadkowo napotkanych ludzi. Do Kadyksu ruszam ze Satnikiem. Bez wiz i żadnych konsekwencji docieramy na południe Hiszpanii w trzy dni. Niemcy przejeżdżam z Martą, do Włoch wyruszam z Krzyśkiem.  Austriacką granicę przechodzimy z buta, maszerując wzdłuż wielokilometrowej karawany oczekujących na wjazd do lepszego świata. W Salzburgu pod mostem para autostopowych pionierów ze Słowacji rozkłada obok nas śpiwory. Też szwendają się po wciąż dziewiczych dla Słowian terenach. 
Pierwsze wypady są zawsze takie ekscytujące! Ale Europa szybko powszednieje, bo wychodzę jej na przeciw. Zmiany jakie przynosi otwarcie granic przypieczętowują uwiąd zainteresowania życiem sąsiadów zza byłej żelaznej. Hipermarkety, reklamy w telewizji, sortowane śmieci, opłaty na autostradach, upadki małych firm na rzecz międzynarodowych koncernów, czyste sracze w miejscach publicznych, powszechność nutelli i zasiłki dla bezrobotnych. Ot cała demokracja.
Kto z tęsknoty za innością utkał sobie mantrę, nie zazna spokoju. A może to chęć oderwania się od wszystkiego co powszednieje, a powszednieje wszystko, jest motorem marzeń o podróżach? Niemal rok spędzony pod Nowym Jorkiem umniejszył wszystkim moim dotychczasowym wyjazdom. Nawet wspomnienie Zawiszy koja w koję z Martą jakoś mi pobladło. W Ameryce wszystko było inne. Od motoryzacji, po żarcie. Od zapisywania cyfr w formularzach po spłukiwanie wody w toalecie. Swawola pogłębiana anonimowością. Ekstaza równoważona samotnością. Miks wszystkiego i wszystkich, i w dodatku jakoś to funkcjonowało. Wyjazd do Chicago tylko na chwilę postawił mnie w roli odkrywcy. Musiałem odkryć jak przetrwać w robocie na straganie tuż pod urzędem imigracyjnym, jak ze sprzedawcy wciskającego przechodniom owoce po odpustowych cenach stać się wykwalifikowanym sprzątaczem i wykonywać swoją zadanie z godnością chirurga. Poza tym codzienność dostarczała już tylko nowojorskich deja vu. Te same klamki, spłuczki, zamki, samochody, napoje, materiały budowlane, drogowskazy, autobusy, cmentarze. Trzy kolejne lata w Ameryce minęły mi na przetrwaniu. Nawet nauka języka przestała być dla mnie przygodą. Wszak gramatyka i leksykon mają swoje granice. 
Po powrocie ze Stanów ruszyłem w meandry wolnego zawodu. Na fali wydarzenia, które w połowie pierwszej dekady trzeciego tysiąclecia potrząsnęło katolicką Polską, gnany dociekliwością człowieka bożego implantu rozpuściłem się w bezkresach tajemnic islamu. Na trzy lata. W miarę jak pęczniała fascynacja, poszukiwania duchowych korzeni rodziły we mnie nową potrzebę. Chciałem być tam, gdzie na próżno szukać podobieństw, gdzie wielowiekowa tradycja jest kulturowym hibernatem, gdzie współczesność splata się z mentalnością niemal antyczną, tam, gdzie nowoczesne autostrady łączą jeszcze nowocześniejsze miasta, gdzie świetliste łuny spowijają je podczas upalnych nocy. Czekały na mnie pustynne bezludzia dorównujące powierzchnią połowie Australii. Pod nimi trzy czwarte światowych zasobów ropy, nad nimi bezwzględna teokracja kontrolująca monarchię liczącą tysiące książąt marzących o władzy. Ziemia, którą nie zawładnęło żadne imperium. Święta ojczyzna wielkiej religii z jej zakazanymi sanktuariami. To do nich od niepamiętnych czasów wędrują wierni z całego świata. Chcą się oczyścić, chcą przywrócić swe dusze do stanu z dnia przyjścia na świat. 
Zacząłem marzyć o Arabii Saudyjskiej...

sobota, 5 października 2013

1. Cztery Pory w Raju: Tryb nocnej wegetacji

Olbrzymia poczekalnia powoli pustoszała. Jakiś gość z plecakiem mościł sobie legowisko przed nadchodzącą nocą. Ogłuszający szum silników stawał się sporadyczny, by całkowicie przed nadejściem północy zamilknąć. Lotnisko Tempelhof przestawiało się na tryb nocnej wegetacji. Obserwacja sprzątaczek doprowadzających morgi podłóg do stanu laboratoryjnej czystości, po cichu objawiała głębszy sens ich pracy. Reprezentatywność międzynarodowego lotniska, oparta na typowo germańskiej obsesji czystości oraz pełnej ładu i obłej estetyce prostoty, miała uosabiać wszystko, czym w świadomości przyjezdnych po raz pierwszy przybywających do Niemiec powinien na zawsze pozostać niemiecki ordung
Czerwony plecak ze stelażem. Jasnobrązowa, skórzana torba w prezencie od Marty. Sprawdziłem bilet. Przyjrzałem się wizie w paszporcie, kontemplując po raz kolejny symbolikę znaków strzegących tajemnic jakiejś niezrozumiałej, imigracyjnej logiki. Myśli bulgotały bezgłośnie. Leniwie spajając przeszłość z tym, co miało nadejść, zbijały się w jednolitą, pozbawiającą kontaktu z rzeczywistością kotarę.
Czas spędzony na pijackiej melinie, w pokoju przechodnim, w oczekiwaniu na miejsce w toruńskim akademiku  przeleciał jak  piasek przesiewany  na plaży  przez palce. Kombinerki pana Tadka sięgającego w pijackim amoku po rozchwianą górną jedynkę, dla zakładu… Wieczory spędzane w Od Nowie w oparach marihuanowego dymu przy cichej aprobacie barmanów. Zagraniczni wykładowcy filologii języków obcych, dla których pobyt w Polsce był, o dziwo, życiową przygodą. Isabelle, z którą spędzałem prawie wszystkie wieczory. Wszystko to układało się w serię dogorywających wspomnień, których autentyzm nieubłaganie zmierzał ku bankructwu tracąc na klarowności na rzecz bezwzględnego upływu czasu. Ich dogasający żar ginął w łopoczącym blasku płomieni podsycanych niepewnością tego, co może przynieść przyczajona do skoku przyszłość.
Facet w błękitnych ogrodniczkach obsługujący traktorek do polerowania podłóg, wyrwał mnie z letargu. Pokornie podkurczyłem nogi. Czekała mnie bezsenna noc, w deszczu światła jarzeniówek opromieniających halę, pod naporem fal refleksji pogłębianych ciszą lotniskowej poczekalni. Miałem niewiele lat, długi zaciągnięte na bilet przy wtórze chóru zobowiązań. Wyjeżdżałem na długo.

czwartek, 19 września 2013

Bahaizm - z duchem czasów czyli monoteizm w vansach

  Wszystkie wierzenia, religie odwołujące się do obiektów, bóstw czy absolutów zgodnie skłaniają się ku odmowie słuszności odmiennym przekonaniom, które nazywamy religijnymi. Unikając podejmowania prób zrozumienia, a tym bardziej interpretacji alternatywnych punktów widzenia pielęgnują jednocześnie nienaruszalność swojego tabu. Odmieńców toleruje się z pełną współczucia wyrozumiałością, albo politowaniem, lub pogardą, czy agresją. Ci, co dzierżą pochodnię strażników jedynie słusznej ścieżki, w taki czy inny sposób patronizują tych, którzy poza koalicjami miotają się w poszukiwaniu własnej recepty na życie.
  W kwestiach obrzędowości, tradycji czy czczonych postaci wielkie religie dalekiego wschodu - hinduizm czy buddyzm - niewiele łączy z religiami wywodzącymi się z południowo-zachodniego zakątka Azji, choć wszystkie w ogólnym zarysie odnoszą się do tych samych odwiecznych koncepcji. W oczywisty sposób różnice te dyktowane są odmiennością całego kulturowego enturażu. Oddawano przecież cześć rozmaitym bóstwom przy pomocy odmiennych obrzędów z zastosowaniem odmiennych strojów, liturgii, pokarmów, a wszystko to w rytmie odmiennych kalendarzy. Te elementy zawsze odróżniały i dzieliły, aby w konsekwencji poróżniać grupy o niezależnych tradycjach wyznaniowych skazując je najczęściej na wzajemną ignorancje, jeżeli nie wrogość.
  Nawet przedstawicielom tzw. cywilizacji zachodu (która prawie dwa tysiące lat temu zaczęła otwierać się na nowatorską, bo opierającą się na bezwarunkowej miłości do bliźniego doktrynę heretyckiej sekty wywodzącej się z judaizmu) trudno było, mimo całego dorobku kulturowego, który stanowi jej dziedzictwo a zarazem wielki kapitał, docenić różnorodność panującą w świecie religii na tyle, aby przyjrzeć się staremu światu przez nowe okulary. Po części, bo doktryny się temu sprzeciwiają, a po części, bo brak było alternatywy, która nie napawałby przerażeniem. Również z politycznego punktu widzenia odnajdywanie wspólnego mianownika nigdy nie leżało w interesie przywódców wielkich religii. Stąd nawet w dzisiejszym świecie, targanym konkurencją o wpływy poprzez wiarę, która nie zna granic administracyjnych (jedyny, prastary przejaw globalizacji) wciąż trudno wyobrazić sobie, że mogą istnieć różne drogi realizowania duchowych potrzeb człowieka. Równowartościowe. Wzajemnie niewykluczające się, prowadzące do upragnionego zbawienia, bla, bla, bla…
   XIX wieczna Persja stała się sceną wydarzeń będących zarzewiem zmian owego stanu rzeczy. To one doprowadziły do powstania nurtu religijnego zwanego babizmem. Aby dokładniej zrozumieć jego genezę, warto przyjrzeć się źródłom konfliktów, które bujnie wyrastały w praktycznie każdym mainstreamowym nurcie religijnym, owocując pełnym spektrum zarówno pozytywnych jak i negatywnych konsekwencji.
 Wiki partafrazą Chrześcijaństwo, początkowo zbuntowana sekta żydowskich heretyków, szybko podzieliło się na przeróżne odłamy ze względu na spory, co do natury Chrystusa, którym w 325 r. pozornie położył kres Sobór Nicejski I. Potępił on arianizm i sformułował chrześcijańskie wyznanie wiary uroczyście potwierdzając dogmat o bóstwie proroka pierwszych chrześcijan.
  Iluzoryczna jedność kościoła chybotliwie trwała przez wieki do momentu, gdy czarę goryczy przelała zajadła dysputa o naturę Ducha Świętego doprowadzając do Wielkiej Schizmy Wschodniej. Dzisiejsi schizmatycy opacznie zrozumiawszy słowo Filioque („Który od ojca i syna pochodzi”), dodane przez teoretyków z zachodu do credo nicejsko - konstantynopolitanskiego, podważając tym samym przekonanie kościoła wschodu o niepodważalności postanowień poprzednich soborów, doprowadzili do trwałego podziału w chrześcijaństwie.
    W XVI wieku roszczenia grupy uznanej za heretyków doprowadziły do rozłamu w ówczesnym kościele zachodnim znanego pod nazwą „Reformacja”. Jej zwolennicy nawoływali do zniesienia celibatu, przyjmowania komunii świętej w dwóch postaciach, rezygnacji kościoła z posiadania majątku oraz obalenia mitu o mocy sprawczej odpustów udzielanych przez kościół. Ten spór nie znalazł rozwiązania po dzień dzisiejszy.
   Islam również nie pozostał wolny od tego typu konfliktów. Tuż po śmierci proroka Muhammada, doszło do waśni na tle przywództwa ummy, jako że sam prorok nie pozostawił wyraźnych wskazówek w tej kwestii. Ci, którzy przekonani byli o prawie ‘Alego do przewodnictwa społeczności muzułmańskiej zostali, nazwani szyitami, czyli tymi, którzy podążyli za jedynym prawowitym sukcesorem samego proroka. Wyznawcy największego odłamu szyizmu zwanego imamizmem oczekują do dziś na przyjście Mahdiego, za którego uważa się pozostającego w ukryciu, dwunastego imama.
   Podziały zawsze jednak były impulsem dla powstawania i rozwoju alternatywnych doktryn. To właśnie w łonie niewielkiej, muzułmańskiej sekty, o tradycjach imamickich, nazwanej Shaihiyą (od nazwiska jej głównego teologicznego autorytetu - perskiego Shaykha Ahmad-i-Ahsa'i) narodziło się przekonanie o rychłym nadejściu Mahdiego. Shaykh Ahmad uważał, że cała wiedza o świecie powinna pochodzić z Koranu. W tym celu stworzył nowy, śmiały system interpretacji świętej księgi islamu. Jak się okazało zbyt śmiały. Jego autorytet został bowiem ostatecznie podważony przez mainstream muzułmańskich uczonych. Wraz z jego jego śmiercią w 1823 r. przywództwo w ruchu objął Siyyid Kázim, który zapowiedział rychłe nadejście Mahdiego. 23 maja 1844 niejaki Siyyid Alí-Muhammad, w bezpośredniej linii spokrewniony z prorokiem Muhammadem poprzez osobę syna pierwszego imama szyitów ‘Alego - niejakiego Ḥusayna ibn ‘Alī ibn Abī Ṭāliba, ogłosił się w Szirazie wyczekiwanym, dwunastym imamem (Mahdim) i przyjął imię al-Baab – Drzwi lub nawet Wrota.
  Siedemnastu innych uczniów Sayyda Kazima wkrótce, bo w pierwszych miesiącach po deklaracji al-Baaba, również uznało go za Mahdiego. To oni wraz z mułłą Husainem i samym Mahdim zostali określeni jako Letters of the Living (Litery Żyjącego?), swego rodzaju babistyczny odpowiednik dwunastu apostołów. Pośród grupy pierwszych babitów, znalazła się jedna kobieta. 
  Fakt ogłoszenia siebie Mahdim i nowym, bożym posłańcem był w oczach wyznawców nawet najbardziej postępowych sekt islamu destylatem herezji. To pociągnęło za sobą falę prześladowań al-Baaba oraz rosnącej z miesiąca na miesiąc grupy jego wyznawców. Urażeni poczuli się dosłownie wszyscy. W świecie islamu, była to deklaracja porównywana do tej Chrystusa z czasów, gdy ogłosił siebie żydowskim Mesjaszem. Sześć lat prześladowań przyniosło śmierć około dwudziestu tysiącom babitów, zaś sam al-Baab został pojmany i stracony 9 lipca 1850 roku na oczach tysięcy gapiów. Według naocznych świadków (w tym również uczestniczących w egzekucji dyplomatów europejskich) al-Baab miał ocaleć podczas pierwszej salwy plutonu egzekucyjnego, a jego ciało fizycznie zniknęło. Odnaleziony i ponownie doprowadzony przed pluton egzekucyjny, tym razem muzułmański, został ostatecznie stracony. Jego zwłoki ocalone przez garstkę babitów, przetransportowano potajemnie przez Esfahan, Bagdad, Damaszek, Bejrut, Akkę do Hajfy gdzie obecnie znajduje się jego mauzoleum. 
    Geneza bahaizmu związana jest z działalnością mirzy Alego Husajna Nuri, który jako wyznawca babizmu został wydalony z Persji i osiadł w Bagdadzie w 1852 roku. Tam 21 kwietnia 1863 roku podczas spotkania w gronie rodziny ogłosił się zapowiedzianym przez al-Baaba nowym 
prorokiem i przyjął przydomek Bahá'u'lláh (Blask Boga). Szybko zdołał przekonać do siebie lokalnych współwyznawców i założył nową wspólnotę religijną odrębną od babizmu. Ruch, co istotne, uzyskał również poparcie grupy zamożnych kupców, dzięki którym rozpowszechnił się na Bliskim Wschodzie. Podobnie jak babizm, bahaizm został uznany za muzułmańską herezję. Określając się jako spadkobiercę i kontynuatora nauk Buddy, Kriszny, Zaratusztry, Mojżesza, Chrystusa czy Mahometa przedstawiał Bahá'u'lláha jako kolejnego bożego posłańca z przynależnym mu miejscem w panteonie proroków i filozofów wielkich religii, skazując się tym samym na banicję. W 1868 roku Bahá'u'lláh został internowany przez władze tureckie za głoszone poglądy i po latach spędzonych w więzieniu zmarł w 1892 roku.  
   Po śmierci Bahá'u'lláha duchowym przewodnikiem bahaizmu został jego syn  - Abbas Effendi, który przyjął imię Abdul Baha. To właśnie jemu Bahá'u'lláh przeznaczył w spadku zaszczytny monopol na interpretację swoich objawień, stanowiących treść świętych pism bahaitów. Nowy przywódca religijny początkowo więziony wraz z ojcem, uwolniony w 1908 roku rozpoczął dynamiczną akcję misyjną na całym świecie. W latach 1911-1913 podróżował do Europy, Indii i Stanów Zjednoczonych, gdzie pozyskał wyznawców spoza kręgu kultury islamu. Mówi się, że sama Maria Rumuńska przyjęła bahaizm. Effendi zdołał zorganizować w Hajfie centrum życia religijnego bahaizmu, w zamian za odstąpienie od krzewienia nowej religii na terenie Izraela. 
  Następcą Abbasa Efendi został wnuk Bahá'u'lláha - Shoghi Efendi Rabbání, który przyjął przydomek Strażnika Bożej Sprawy (Valí 'Amr'ulláh). Uzyskawszy wykształcenie w Oxfordzie zajął się rozbudową struktury administracyjnej nowej religii oraz przetłumaczeniem zrębu objawień swego dziadka. Po śmierci Shoghiego Efendi w 1957 roku monopol na jednoosobowe przywództwo całego ruchu religijnego przechodzące z ojca na syna został ostatecznie przełamany. Powołano do życia tzw. Powszechny Dom Sprawiedliwości z siedzibą w Hajfie pod przewodnictwem wybieranego co pięć lat dziesięcioosobowego kolegium, które zaopatruje wyznawców bahaizmu w odpowiedzi na pytania natury doktrynalnej w oparciu o pisma Bahá'u'lláha oraz uznane za objawienia pisma al-Baba.
   Bahaistyczny pogląd na wiarę zawiera się w stwierdzeniu, że istnieje tylko jedna religia, której odwieczne i niepowtarzalne prawdy były, są i będą objawiane progresywnie, metodami, ogólnie mówiąc, adekwatnymi do poziomu duchowo-intelektualnego rozwoju człowieka. Według tej koncepcji wszystkie znane religie świata czczą tego samego Boga. Różnice pomiędzy poszczególnymi religiami wynikają z faktu, iż objawienia były zsyłane w różnych okresach rozwoju ludzkości i różnych rejonach świata, często na tyle odległych, iż wzajemne interakcje pomiędzy wyznawcami poszczególnych wierzeń były niemożliwe. Stąd cała różnorodność i daleka ich odmienność. Bahaizm dąży, zatem do ostatecznego ustanowienia tej jednej, odwiecznej i monoteistycznej religii światowej.
   Główne prawdy wiary i normy życia wyznawców bahaizmu zawierają się w dwunastu zasadach, z których najważniejsze to jedność rodzaju ludzkiego, niezależność w poszukiwaniu prawdy, zniesienie wszelkich przesądów, zgodność religii z wiedzą (!), równość płci, powszechny język pomocniczy (!!!), powszechne wychowanie, duchowe rozwiązanie problemów gospodarczych, religia powszechna zbudowana na wspólnej bazie wielkich religii oraz unia światowa rządzona przez przedstawicieli wszystkich narodów.
  Bahaici używają kalendarza liturgicznego ustanowionego przez proroka al-Baaba dla babizmu. Rachuba czasu rozpoczyna się 21 marca 1844, rok trwa dziewiętnaście miesięcy po dziewiętnaście dni oraz cztery dni przestępne. Tydzień w bahaizmie zaczyna się w sobotę a dzień o zachodzie słońca. W kalendarzu bahaitów jest dziewięć świąt. Każdy bahaita zobowiązany jest do codziennej modlitwy, oraz do zachowania postu przez dziewiętnaście dni w roku.
    Bahaizm w naturalny sposób zaczerpnął ze skarbnicy tradycji islamu, choć niektórym z tych tradycji się przeciwstawił. Znamienne jest, iż rola bahaizmu nie polega na krytyce zastanego dziedzictwa duchowego, doktryn i wierzeń starszych religii. Misją bahaizmu jest raczej racjonalna reinterpretacja owego dziedzictwa w świetle najwspółcześniej sformułowanych prawd wiary.
   Bahaizm, wzorem chrześcijaństwa, zachował zatem wiarę w Ducha Świętego, choć zaprzeczył faktowi cielesnego zmartwychwstania Chrystusa (opowiadając się za zgodnością religii z wiedzą). Zgadza się tu z wersetem koranicznym, który również zaprzecza jego zmartwychwstaniu. Bahaizm nie opowiada się jednak za dosłownym traktowaniem zapisu w kwestii, jakoby Chrystus na krzyżu nie umarł. Bahaizm, wzorem islamu, pozostał wierny nakazowi abstynencji. Jakiekolwiek używki doprowadzające do upojenia, czyli stanu, w którym realna ocena rzeczywistości jest niemożliwa są bahaitom zakazane, natomiast marihuana uważana jest za najbardziej szkodliwą z używek. Podważył on również słuszność poligamii, reinterpretując wersety Koranu, według których poligamia jest dopuszczalna pod warunkiem, że mąż zawsze będzie traktował żony sprawiedliwie. Punkt widzenia bahaitów sugeruje błąd logiczny muzułmańskich egzegetów. Sprawiedliwość jest bowiem ideałem, a ideał jest z natury rzeczy niemożliwy do spełnienia, co oznacza, iż zapis koraniczny jest de facto zakazem poligamii! Bahaici podchodzą do kwestii cudzołóstwa podobnie jak chrześcijanie i muzułmanie. Za cudzołóstwo uważają kontakty seksualne przed oraz pozamałżeńskie. O ile współczesne
chrześcijaństwo niereformowane z całą pewnością postrzega sakramenty małżeństwa i kapłaństwa za nieodwracalne, uznając człowieka tym samym za zdolnego do urzeczywistniania ideałów, tak bahaizm jest wyraźnie kontynuatorem reformatorskiego ducha islamu. W ramach swej koncepcji jednej religii, dopuszcza bowiem do rozwodów poprzedzanych „rokiem cierpliwości”. Nie posiada również duchowieństwa omijając tym samym problem unieważniania stanu duchownego. 
   "Backbiting" czyli oczernianie, szkalowanie lub obmawianie jest przez bahaitów uważane za najcięższy z występków. Współczesne chrześcijaństwo katolickie głosem papieża Franciszka mówiącego, że "obmawianie innych i plotkowanie zabija" najwyraźniej próbuje nawiązać do poglądu już od dawna promowanego przez Bahaitów.
   Pochówek w bahaiźmie silnie nawiązuje do tradycji islamu. Zmarli chowani są głową w kierunku kibli, którą w tym przypadku jest Akka - miejsce spoczynku Bahá'u'lláha. Tam też również powinny się zwracać codzienne obowiązkowe modlitwy bahaitów. Ciała nie mogą być kremowane. Pogrzeb jest jedyną okazją do sprawowania kultu w gronie współwyznawców. 
  Podobnie jak w islamie, bahaici wierzą w nieśmiertelną duszę. Twierdzą jednak autorytatywnie, iż nie jest możliwe realne przedstawienie obrazów życia po śmierci, przecząc tym samym sielankowym opisom koranicznego raju oraz zatrważającym wizjom piekielnych katuszy. Utrzymują, że można określić jego naturę jedynie w ogólnym zarysie. W bahaiźmie dusza kontynuuje swój rozwój po śmierci. Podróżując poprzez wiele światów nieustannie zbliża się do Boga. Ta podróż rozumiana jest jako raj. Pojęcie grzechu jako takie nie istnieje. To, co muzułmanie czy nawet chrześcijanie rozumieją pod pojęciem grzechu, w bahaiźmie jest w pewnym sensie synonimem duchowego umartwiania się. Życie w grzechu, czy jak kto woli ignorancji, która jest synonimem odwracania się od Boga, prowadzi do spowolnienia lub stagnacji rozwoju duchowego. To zaś skazuje duszę na istnienie z dala od Boga. Ten stan „izolacji” na własne życzenie rozumiany jest jako piekło. Bahaizm nie jest kontynuatorem muzułmańskiej wiary w dżinny czy anioły. Doktryna bahaistyczna utrzymuje, iż istnieją tylko trzy rodzaje bytów. Bóg, jego manifestacje oraz ludzie. Życie człowieka rozpoczyna się w momencie zapłodnienia. Wtedy też rodzi się dusza. Dusze posłańców bożych istnieją w zaświatach przed wstąpieniem w ciało poczętego embrionu, zaś Bóg jest wieczny. Można powiedzieć, że anioł to dusza, która na skutek wędrówki doświadczyła bliskości Boga. W trosce o "higienę duchową" - stan funkcjonowania osobistego mechanizmu odpowiadającego za napędzanie duchowego rozwoju, każdy bahaita zobowiązany jest do przestrzegania postu przez dziewiętnaście dni w roku, czyli przez bahaistyczny miesiąc. Post, podobnie jak w islamie, rozpoczyna się o zachodzie słońca i trwa aż do świtu. Jest to czas refleksji i rozliczenia swoich postaw. 
  Rozdawanie jałmużny jest w bahaiźmie potępiane, choć pomoc ludziom niepełnosprawnym czy chorym jest zalecana. Rozdawanie jałmużny zdrowym, zdolnym do pracy ludziom jest bowiem postrzegana jako wspieranie „patologii wegetacji”- działaniem, które w istocie promuje bezczynność i utrwala stagnację. 
  Bahaici, wzorem muzułmanów odwiedzają swoje najświętsze sanktuarium – letnią rezydencję Bahjí, położoną na terenie Akki, gdzie w 1892 r. zmarł Bahá'u'lláh. Tam też wierni mogą zobaczyć jego zdjęcie. Bahaizm zabrania, wzorem islamu, portretowania swojego proroka. Pielgrzymka w bahaizmie jest obowiązkowa dla wszystkich, którym zdrowie lub sytuacja finansowa na to pozwala. Działania struktur administracyjnych są w całości finansowane z datków współwyznawców z całego świata, a przyjmowanie darowizn od ludzi innych wyznań jest zakazane. Każdy bahaita jest moralnie zobowiązany do opłacania tzw. „hukuku-l-lah”. Polega to na przekazaniu równowartości 19% wszystkich wydatków przeznaczonych na zagwarantowanie sobie luksusu na potrzeby wspólnoty. W islamie jest to 1/40 lub 2,5% dochodów. Nakaz ten odwojuje się do jedynie sumienia wyznawców, a jego nieprzestrzeganie nie pociąga za sobą żadnych konsekwencji natury administracyjnej.
   Bahaizm wzorem starszych religii monoteistycznych przyjął strategie wymierzoną w utrwalenie, a w rezultacie zglobalizowanie własnego poglądu na to, czym powinna być zdrowo funkcjonująca religia odpowiadająca przy tym potrzebom czasów. Doktryny uważające Chrystusa za "drogę, prawdę i życie", czy nazywające Muhammada "pieczęcią proroków" przyznając sobie monopol na prawdę głoszoną w oparciu o kategoryczność swoich twierdzeń, zawęziły, o ile nie pozbawiły się pola manewru w międzywyznaniowej dyplomacji i to po wsze czasy. Bahaizm, czerpiąc naukę z nieugiętej postawy starszyzny znalazł furtkę w głoszonej przez siebie zasadzie progresywnego objawienia. Następny prawowity prorok nie pojawi się wcześniej niż za tysiąc lat ;)

[1] Hinduizm - Określenie zbiorcze na grupę wierzeń religijnych, wyznawanych przez prawie 1 miliard ludzi głównie na Półwyspie Indyjskim
[2] Buddyzm - Zbiór wierzeń i praktyk opartych na naukach Siddhartha Gautama uważany przez większość za religię. Liczbę buddystów na świecie szacuje się na 230-500 milionów.
[3] Judaizm - Religia monoteistyczna, ukształtowana w II tysiącleciu p.n.e., stanowiącą religię narodową Żydów. Jest pierwszą religią abrahamową (lub abrahamiczną ). Jej wyznawcy znajdują się na całym świecie, ale obecnie jest ich najwięcej w Stanach Zjednoczonych - 5,6 mln i Izraelu - 4,7 mln.
[3] Babizm - Ruch religijny wywodzący się ze skrajnego szyickiego imamizmu (szajkizm), powstały ok. 1844 r. w Persji.
[4] Sobór Nicejski - Pierwszy sobór powszechny biskupów chrześcijańskich, zwołany przez cesarza Konstantyna 20 maja 325, w Nicei (około 80 km od Konstantynopola) w celu uczczenia 20 rocznicy swojego panowania.
[5] Arianizm – nazwa pochodzi od Ariusza, duchownego Kościoła w Aleksandrii w Egipcie. W 321r. został ekskomunikowany przez synod w Aleksandrii. Ariusz twierdził, że Jezus Chrystus jako syn Boży jest poddany Bogu, że został stworzony przez Ojca, co oznaczało, że "był czas, kiedy nie było Jezusa Chrystusa" i zanim został stworzony, nie istniał. Tym samym Ariusz kwestionował boską naturę Jezusa Chrystusa. 
[6] Credo nicejsko-konstantynopolitańskie - Wyznanie wiary sformułowane na Soborze Konstantynopolitańskim I, zwane też symbolem nicejsko-konstantynopolitańskim.
[7] Umma - Arabskie słowo oznaczające naród, społeczność; w znaczeniu religijnym (islamskim) całą wspólnotę islamską.
[8] 'Ali - Brat stryjeczny, przybrany syn, a następnie zięć Mahometa, pierwszy imam szyitów, ostatni z czterech kalifów prawowiernych.
[9] Szyizm – od arabskiegoشعى  -  „podążać” za, obok sunnizmu i charydżyzmu stanowi jeden z trzech podstawowych nurtów współczesnego islamu. Przez sunnitów jest przedstawiany jako innowacja w religii. Drugi po sunnizmie co do liczby wyznawców.
[10] Mahdi - W islamie mesjaszzbawiciel. Po arabsku oznacza „prowadzony drogą prostą”. Według zapowiedzi Proroka Muhammada Mahdi pochodził będzie z jego rodu.
[11] Koran 4:158
[12] Koran 4:4
[13] Kibla - Kierunek, w którym muzułmanie powinni zwracać się podczas modlitwy.
[14] Dżinny - Demony i duchy powstałe z czystego ognia bez dymu, które posiadają nadnaturalną potęgę i są niewidzialne, mogą jednak przyjmować dowolną postać (człowieka, zwierzęcia lub potwora). Wiara w dżinny stanowiła bardzo istotny składnik religii Arabów w okresie przed islamem.
[15] Manifestacje - Posłańcy. Zarówno islam jak bahaizm uznaje wyższość posłańców nad prorokami.