Posty

Wyświetlanie postów z 2024

Wietnam 2024: Szlakiem opustoszałych hoteli

Obraz
15.04.2024 Pierwsze kilkanaście kilometrów jazdy po kamieniach pokonujemy w tumanach pyłu wzbudzanych przez toczące się ciężarówki i sporadyczne samochody osobowe. Potem już tylko kilometry wiejskich ścieżek wijących się pośród soczyście zazielenionych wzgórz porośniętych krzewami kawy. Droga wije się w pionie i w poziomie. Ruch praktycznie zerowy. Niebo błękitne, upalne, nabrzmiałe oczekiwaniem na pierwsze czknięcia pory deszczowej.  Zamieszkiwana przez dwanaście osobnych klanów, o to kraina góralskiego plemienia Koho!   Tereny klanu Lach otaczają Lạc Dương - niewielkie miasteczko ulokowane u podnóża Langbiang - najwyższej góry Masywu Centralnego, usytuowanej na północ od Đà Lạt - stolicy prowincji Lâm Đồng. To stąd rozpoczynamy naszą podróż drogą na północny zachód przez Suối Vàng, która teraz wiedzie przez ziemie klanu Cil.  W Wietnamie współistnieją kultury należące do pięciu wielkich rodzin językowych. Różnice pomiędzy językami, którymi się posługują, w sferze gramatyki, a więc sz

Języki: Wietnamski: Nieustana tresura swoich użytkowników

Obraz
Język wietnamski jest schizofreniczny! Zmusza do postrzegania siebie z różnych perspektyw. Nie pozwala przyzwyczaić się do tego jednego jedynego JA, niezmiennego w relacjach ze zmieniającymi się rozmówcami, ich wiekiem, płcią i statusem społecznym. JA świata Zachodu jest utwardzone, zawsze takie samo i zawsze pełne siebie. Wietnamskie JA po prostu nie istnieje. Charakter języka Wietnamczyków nie dopuszcza do rozkwitu JA w tym niezmiennym zaimku, w słowie reprezentującym postrzeganie siebie z tej ostatecznej perspektywy. Język wietnamski nieustannie tresuje swoich użytkowników. Ta zmienność miejsca w szeregu, co jak nastroje pompowane estrogenem tańczą a podporządkować się nie chcą, jest wpisana w jego naturę. Coś, do czego trzeba się długo przyzwyczajać, gdy się tu wkracza z takiej Indoeuropy. Taki język zmusza do myślenia o sobie jak o kimś innym. Nie dość, ze JA to od teraz zawsze ON, to jeszcze nieustannie nie ten sam ON. Wczoraj byłem starszym bratem jakiejś młodszej dziewczyny obs

Azerbejdżan/Iran 2007: Następnym razem trzeba przegrać!

Obraz
Powoli robiło się zimno. Podniecenie pierwszych godzin podróży w blasku jesiennego słońca odeszło w niepamięć. Październikowy wieczór na stacji w Wuppertalu nie zapowiadał atrakcji. Ruch bynajmniej nie tężał, a do przebycia jeszcze szmat drogi. Już tylko samochody na miejscowych rejestracjach tankowały przed powrotem do domu. Stacja jakaś trefna - mała i choć przy autostradzie to w sumie zakamuflowana. Żadnej restauracji czy motelu. Dystrybutory, kible, przekąski i napoje. Chwilowy przystanek do tankowania z konieczności. Gdy wskazówki zegara zbiegły się na dwunastce a temperatura spadła do trójki beznadzieja już od jakiegoś czasu bezwstydnie obściskiwała mnie w swych zaborczych ramionach. Po kwadransach kompletnego bezruchu  dłużących się w nieskończoność  nadjechał niewielki pojazd. Rozklekotany ford fiesta na berlińskich rejestracjach. Jego kierowca, młody chłopak o ciemnej karnacji szybko zatankował i wypił kawę. -Nie ma problemu – odparł po angielsku zapytany czy zabierze mnie do

Wietnam 2024: Trucizna ostatnich chwil

Obraz
W kwietniu Ji upada i łamie sobie biodro. Nic w tym nadzwyczajnego zważywszy, że ma już grupo po siedemdziesiątce. Rodzina przewozi ją do lepszego, oddalonego od 300 kilometrów szpitala w Sajgonie. Przez kilka tygodni synowie i córki na zmianę czuwają śpiąc na ziemi przy jej łóżku. Przynoszą jedzenie, zmieniają pościel, zabiegają o lekarską uwagę. Przykuta do łóżka nie wie, że już się z niego nie podniesie a nadchodzący za jedenaście miesięcy marzec ma przynieść jej śmierć. Transujące melodie tutejszych pieśni religijnych już trzeci dzień dobiegają przez rozwarte na oścież okno salonu sąsiadującego z moim oknem. Ot dwa metry dystansu dzielącego mnie od centrum, w którym dzieją się te pozornie dobrze mi znane, a jednak obce, katolickie rytuały. Ksiądz namaścił chorą po wietnamsku, ale modlitwy i pieśni kościelne śpiewane są już w języku koho - mowie schrystianizowanych w dziewiętnastym wieku tubylców. Trzy blisko spokrewnione rodziny mieszkają dom w dom po tej samej stronie ulicy, więc