piątek, 14 grudnia 2018

The Letter for J

Asia that attracts me is deprived of courtesy as Westerners are used to. No hellos, no goodbyes, no asking for names, no needs to express grattitude for being handed over things already paid for. In the long run it can be tiring too. No petty talks, no free smiles and without a family no one really matters here. The state doesn't care for sure. But people enjoy a different kind of state - the one of community in an almost gypsy or even a tribal way. Gates are wide open for everyone to see those living rooms where most of lives are lived. The privacy is scarse but in the end things end up more relaxed. It's just fewer secrets left to hold on to.

Physical confrontations? I got myself into one of those a few times in Europe long past my childhood and I took notice. The West is built on idividualism. That makes a huge difference in terms of ability to control overgrowing egos as compared to collective ways of Asians always governed over by a strong ruler. If you are brought up thinking that the individual is more important than the whole you will sure grow up antagonistic. But the Asian ways are forced by harsh realities rather than a communal spirit of a conscious quest toward paradise. Socio-communist Poland would share some aspects of it as well. It only began to feel gone in times of changes demo-capitalism imposed. Money always win. Isn't that sad? I hate that money controls everything but sadness is the nature of melancholy and melancholy is a theme of the past. In fact no one minds money in control as long as they have plenty of it to wage some kind of countercontrol. But Asia! Physical confrontations! Something men always have to be careful of? I would tend to think so but the Cantonese, the Vietnamese, the Cambodian, the Laotian, they are tinier. It's not that they cannot be aggresive. It's the idea of provoking a fight with a heavier opponent that never really occurs to anyone. I saw them wrestling among their own kind. 
Sure. Good night. We will not talk again... 

wtorek, 13 listopada 2018

wycinek: Daremna taktyka

W Weimarze dzisiaj oddychanie i krzyk! Publiczne wydawanie z siebie jęków, skamleń i okrzyków podczas zajęć wokalnych to otwarcie świata intymnych spraw na obcą inspekcję, potencjalną ingerencję. To grzebanie w koszach z brudną bielizną w obecności odpowiedzialnych za te plamy i zapachy. Salwami teatralnego rechotu będą zagłuszać swoje zażenowanie, ale to daremna taktyka. W sformalizowanym życiu śmiech zbyt często staje się narzędziem. Dowody lojalności, świadectwa poparcia, ucieczki przed zakłopotaniem. Tradycja zagrywania uśmiechem jest na zachodzie szczególnie silna. Zajęcia mijają mi szybko.  

piątek, 19 października 2018

Wycinek: O językach Arabów Lingo Widokówka Geopolityczna

Nauka języka arabskiej ulicy przypomina naukę conajmniej kilku słowiańskich języków naraz. Praktycznie każdy Arab mówi inaczej. Tak mówi się w jego rodzinie, albo w jego wsi, w jego mieście, plemieniu, regionie. Poziom beduińskiej krwi w roztworze ma równie ogromne znaczenie. To on określa na ile mowa wielkich miast oddaliła się już od dawnej mowy "prawdziwej". Tendencja zauważalna tam, gdzie rozbrzmiewają gwary semickie na styku kultury beduinów i mieszkańców ośrodków miejskich, od Atlantyku po Ocean Indyjski. Innowacja w odmianie czasowników, linią Nilu wyznacza granicę podziału na języki Arabów Zachodnich i Wschodnich. Libijczyk mieszkający w mieście A zrozumie Libijczyka z miasta B, znajdującego się na drugim krańcu, dużo łatwiej, niż Beduina koczującego nieopodal. Miasta, im dalej od siebie położone na mapie Świata Arabów, tym mniej zrozumiali dla siebie stają się ich mieszkańcy. Libijczyk pojmie Algierczyka w najlepszym przypadku tak, jak osłuchany z językiem sąsiadów Polak Czecha. To tamtejsi Słowianie Północni. Ten sam Libijczyk nie będzie za to swobodnie rozumiał Saudyjczyka. Saudyjczyk, jak Serb Bułgara, bo to Słowianie Południowi, z łatwością zrozumie Kuwejtczyka. Ów Saudyjczyk w Libii załapie jednak tyle, co w Serbii Polak. To przepaść pomiędzy słowiańszczyzną Północy i Południa. Za to Beduin z Libii poczuje się pewniej w towarzystwie gadatliwego kuzyna z Iraku niż mieszkaniec libijskiego miasta w rozmowie ze swoim irakijskim odpowiednikiem. To obecność Beduinów utrwala pamięć o najpierwotniejszej mowie Arabów. Wiedza praktyczna przekazywana z pokolenia na pokolenie wciąż opiera się presji skundlonych gwar terenów zurbanizowanych. Ocalić ile tylko się da z ruin niematerialnej kultury pierwszych Semitów! To jeden z powodów, dla których Arabia nigdy tak na prawdę nie była dostępna. Dynamiczny przyrost populacji w wielkich ośrodkach handlowych przyczynił się do uproszczenia i ujednolicenia języka. Mowa potoczna mieszkańców Dżeddy - najbardziej kosmopolitycznego ośrodka królestwa Saudów, różni się od dialektów pozostałej części kraju. Od czasu proklamowania Królestwa Arabii Saudyjskiej ten ultra religijny, pustynny kraj dopiero w grudniu po raz pierwszy otworzy się na turystów z Zachodu. Gwary Beduinów krążących po bezdrożach Sahary, Synaju, Mezopotamii czy Nedżdu wciąż zachowują cechy języków przedislamskiej Arabii. To one podczas Wielkiej Ekspansji Islamu rozlały się po Afryce Północnej by wsiąknąć w mowę saharyjskich Nomadów. Dlatego nauka semickich gwar wymaga pokory. Ich różnorodność nie ułatwia zapamiętywania słów. Te zawsze podlegają wariacjom w obszarze samogłosek, choć wymowa spółgłosek w zależności od regionu też często ulega znacznym modyfikacjom. Kura w klasycznym arabskim to dadżadża, po egipsku to dagaga a po bahrajńsku dajaja. Ale do obsesji Arabów nie zalicza się poprawności językowej. Nikt w zasadzie nie wie, co do końca jest poprawne. Być zrozumianym i rozumieć: oto ostateczny cel komunikacji! Pustynny piach na ulicach miast nie razi tu nikogo.

środa, 17 października 2018

Pension Roma

Dochodzi północ. Ludzie upchani są na ciasno. Toboły ponabijane w schowkach nad głowami, wciśnięte pomiędzy nogi w rozkroku, pod siedzenia. To tu rozpoczyna swój powietrzny marsz afrykańska karawana. Za każdym razem, gdy udaje mi się odpłynąć w sen, facet po mojej prawicy wierci się w poszukiwaniu pozycji, której nie da się znaleźć. - Siedź i się nie ruszaj! - usztywniam go na twarde gardło i przymrużone oczyNa lotnisku, przed stanowiskami odprawy paszportowej czeka już na mnie Hany, pracownik tutejszej ambasady. U jego boku omijam skanery bagażu.
- Pamiętaj! Będziesz mieszkał w samym centrum miasta - wyjaśnia - Tu się roi od naciągaczy. Jak ktoś cię zagada, ignoruj. Jak ktoś ci popatrzy w oczy, unikaj spojrzenia. Obserwuj wszystko z daleka! Jesteś w Kairze.
Nigdy wcześniej nie jechałem opancerzonym samochodem. - Od czasu rewolucji tutejsze ambasady przesiadły się na ciężki sprzęt. Na początku Ameryka poparła reżim Mubaraka, więc dyplomatów uznano za antyrewolucjonistów. - Prostemu człowiekowi wystarczy raz wskazać przeciwko komu toczy się walka – wyjaśnia Hany te stukilogramowe drzwi i szyby aż błękitne od nadmiaru szkła. Do hotelu kluczymy ze swadą ulicami pogrążonego we śnie miasta. Samochód wychyla się na zakrętach jakby chciał wyskoczyć z drogi. Czuć jego inercję, jego ciężar. Teraz płynie gładko wiaduktem w górę, do wysokości trzeciego piętra kamienic po obu stronach. Sporadyczna żółć latarnianych świateł ujawnia sylwetkę kroczącego w ciszy. 
Pension Roma! Tu czas zatrzymał się w latach trzydziestych. Kabina windy sunie na czwarte piętro we wnętrzu prostokąta spirali kamiennych schodów. Cierpliwe podeszwy wyżłobiły przy ścianie niewielkie koryto oplatając szyb windy alternatywną, chwiejną spiralą. Portier wpisuje moje nazwisko do wielkiej księgi i w szeregu rubryczek zaznacza ołówkiem ilość opłaconych nocy. Na sosnowej podłodze pokoju wymalowanego na czysto jest zlew, szafa z lustrem, niewielki stolik, fotel, biurko z krzesłem i szafka u wezgłowia. Staromodne meble z jednego kompletu, w jednym kolorze.
- Jestem perfekcjonistką – podkreśla równie staromodna właścicielka, gdy zjawiam się na recepcji z prośbą, żeby pokojowi nie szwendali mi się po izbie. Faktycznie jest perfekcjonistką. Po powrocie z pierwszego rekonesansu pokój zastaję wysprzątany.
Nauka języka arabskiej ulicy przypomina naukę co najmniej kilku słowiańskich języków naraz. Praktycznie każdy Arab mówi inaczej. Tak mówi się w jego rodzinie, albo w jego wsi, w jego mieście, plemieniu, regionie. Poziom beduińskiej krwi w roztworze ma równie ogromne znaczenie. To on określa na ile mowa wielkich miast oddaliła się już od dawnej mowy "prawdziwej". Tendencja dominująca tam, gdzie rozbrzmiewają gwary semickie, od Atlantyku po Ocean Indyjski. Pozornie nieistotna innowacja językowa linią Nilu wyznacza granicę podziału na Arabów Zachodnich i Wschodnich. Libijczyk z miasta zrozumie Libijczyka z innego miasta dużo łatwiej, niż Beduina koczującego nieopodal. Miasta, im dalej od siebie położone na mapie Świata Arabów, tym mniej zrozumiali dla siebie stają się ich mieszkańcy. Libijczyk pojmie Algierczyka w najlepszym przypadku tak, jak osłuchany z językiem sąsiadów Polak Czecha. Powiedzmy, że to tamtejsi Słowianie Północni. Ten sam Libijczyk nie będzie za to swobodnie rozumiał Saudyjczyka. Saudyjczyk, jak Serb Bułgara, bo to Słowianie Południowi, z łatwością zrozumie Kuwejtczyka. Ów Saudyjczyk w Libii załapie jednak tyle, co w Serbii Polak. To przepaść pomiędzy słowiańszczyzną Północy i Południa. Za to Beduin z Libii poczuje się pewniej w towarzystwie gadatliwego kuzyna z Iraku niż mieszkaniec libijskiego miasta w rozmowie ze swoim irakijskim odpowiednikiem. To obecność Beduinów utrwala pamięć o najpierwotniejszej mowie Arabów. Wiedza praktyczna przekazywana z pokolenia na pokolenie wciąż opiera się presji skundlonych gwar terenów miejskich. Ocalić ile tylko się da z ruin niematerialnej kultury pierwszych Arabów! To jeden z powodów, dla których dzisiejsza Arabia Saudyjska nigdy tak na prawdę nie była dostępna. Dynamiczny przyrost populacji w wielkich ośrodkach handlowych przyczynił się do ewolucji języka poprzez dążenie do jednolitości. Mowa potoczna mieszkańców Dżeddy - najbardziej kosmopolitycznego ośrodka królestwa Saudów, różni się od dialektów pozostałej części kraju. Od czasu proklamowania Królestwa Arabii Saudyjskiej ten ultra religijny, pustynny kraj dopiero w grudniu po raz pierwszy otworzy się na turystów z Zachodu. Gwary Beduinów krążących po bezdrożach Sahary, Synaju, Mezopotamii czy Nedżdu wciąż zachowują cechy języków przedislamskiej Arabii. To one podczas Wielkiej Ekspansji Islamu rozlały się po Afryce Północnej by wsiąknąć w mowę saharyjskich Nomadów. Dlatego nauka semickich gwar wymaga pokory. Ich różnorodność nie ułatwia zapamiętywania słów. Te zawsze podlegają wariacjom w obszarze samogłosek, choć wymowa spółgłosek w zależności od regionu często ulega znacznym modyfikacjom. Kura w klasycznym arabskim to dadżadża, po egipsku to dagaga a po bahrajńsku to dajaja. Ale do obsesji Arabów nie można zaliczyć poprawności językowej. Nikt w zasadzie nie wie, co do końca jest poprawne. Być zrozumianym i rozumieć: oto ostateczny cel komunikacji! Szczegóły nie mają znaczenia. To pustynny piach hulający po ulicach miast.
Afryka jest pierwotna. Tutaj wszystko wzięło swój początek. Prawdziwie wielkomiejską zabudowę Kairu pokrywa odwieczny, piaskowy pył. Kluczę wąskimi uliczkami mijając świat zdezelowany. Warsztaty pracy nie większe od dworcowego wychodka, a w nich samotna żarówka, kręte schody znikające w mrocznej jamie bramy wymurowanej jakby na oko. Podążam za ludźmi. To najlepsza metoda na wkomponowanie się bez zbędnych pytań. Z wolna, jak święta krowa błąkam się po skrzyżowaniach i rondach, na przełaj, na czerwonym, pod okiem policji. Wciskam się w tłum po odbiór swojej porcji fasoli, macham rachunkiem ponad głowami innych wymachujących swoimi rachunkami i prę do przodu, żeby zagospodarować ten uwalniający się na chwilę skrawek przestrzeni zanim ktoś to zrobi za mnie. Oddaję się nowemu światu z ufnością. Na przekór przestrogom Hany'ego chodzę powoli i patrze ludziom w oczy.
W Pension Roma czas płynie powoli. Samotność pierwszych dni po przyjeździe sprawia, że nie ciągnie mnie na miasto. Przez to wcześnie chodzę spać. W nocy budzi mnie wezwanie do modlitwy. Głośnik minaretu, którego wciąż nie potrafię zlokalizować musi być gdzieś bardzo blisko. W postawnym głosie muezzina-palacza słychać niedomykające się struny głosowe. Poranne śniadania! W jadłodajni zatopionej w chłodnym półmroku trwa leniwy rytuał. Ten sam kelner w alabastrowej liberii codziennie podaje ten sam zestaw śniadaniowy. - Kawa? Herbata? Alabastrowe ściany i sufity w zestawieniu z pociemniałem brązem umeblowania i boazerii z drewna wypełniają pensjonat jakimś ponurym ciepłem. Dzisiaj zauważyłem jak w zlewie plącze się mini karaluch. Nie wiem czy to młodzieńcza głupota go tu zawiodła, czy może to taka strategia starych karaluchów, które małych zwiadowców wysyłają na zatracenie.
W Pension Roma zadomawiam się szybko. Często przecież przychodzi mi mieszkać tu czy tam. Przy pomocy komputera, przedłużacza, kilku ładowarek, aparatu, głośnika wi-fi i przenośnej lampki szybko odbudowuję sobie namiastkę domu. Nawet jeżeli pojawiam się tu tylko chwilę. Wierzę, że w Pension Roma adaptuję się nieco szybciej niż zwykle. Mieszkam tu pod dwudziestką, tak jak na własnych, odwiecznych, polskich śmieciach.
Po południu spotykam się z Martą. To typ osobowości, który definiuje sytuację odruchowo, kreuje wokół siebie rzeczywistość rezonującą z jej jasno nakreśloną wizją. To typ, co mówi. Mówi, żebym pojechał do monastyru, spotkać się z Mariem. Nie mam nic innego do roboty. Jadę.
Uber jest błogosławieństwem! Jego siła sprawcza staje się udziałem każdego, kto ma smartfona, kartę i chce zaoszczędzić na przemieszczaniu się po dużym mieście. W Kairze na samochód czeka się co najwyżej kilka minut. Mimo że wklepuję adres do aplikacji, kierowca i tak pyta mnie gdzie jechać. W drodze na spotkanie z Mariem szybko opuszczamy zabudowę kolonialną. Jej pożółkłe, przyprószone piaskowym pyłem fasady zdobią stosunkowo niewielką powierzchnię centrum tego afrykańskiego giganta. Po kilku minutach krajobraz pustynnieje. To znaczy wciąż wszędzie wokół pełno domów, meczetów z tą różnicą, że w ich pobliżu brak jakiejkolwiek roślinności. Miasto z chudych cegieł, z nagiego betonu przykrywa połacie wyrwane kamienistej pustyni. Teraz mijamy Miasto Umarłych. Rzędy średniowiecznych grobowców przypominają domy mieszkalne. Ciągną przez kilka dobrych kilometrów. Jadąc ruchliwą dwupasmową drogą przez chwilę mam przed sobą panoramę miasta, którego architektura wyrasta z otaczającej go pustyni. Jest jej materialnym przedłużeniem uformowanym w geometrię chwiejną, rzadko owłosioną stalowymi prętami. Esencja pustyni i jej tworzywo jednocześnie. Miasto Śmieciarzy góruje nad okolicą. 
- Tu trafiają śmieci z całego Kairu - informuje kierowca i każe mi zamknąć okno. Wszystkie odpadki z dwudziestomilionowego Kairu! W 1969 roku dekretem władz miasta eksmitowano na pustynię kilkaset koptyjskich rodzin. Dzisiaj to siedemdziesięciotysięczne osiedle kairskich śmieciarzy, jedna z największych koptyjskich enklaw muzułmańskiego Egiptu, od dawna wchłonięte przez Kair.
Mario mieszka w stolicy od dwudziestu pięciu lat. Ten były archeolog służy w świątyni wzniesionej ponad Miastem Śmieciarzy. To dla nich wydrążono miliony ton skał. Swąd niewidzialnej mgły wypełnia teraz jamę, na dnie której umieszczono ołtarz tego największego w Afryce kościoła. Mario oprowadza mnie po monastyrze. Płaskorzeźby jego autorstwa zdobią ściany mniejszej jaskini. Opowiada historię kościoła Koptów. - W samym Mieście Śmieciarzy doszło już do czterech zmartwychwstań - informuje mnie tak, jakby powoływał się na jakąś oficjalną statystykę narodzin. Nie szuka potwierdzenia w reakcjach, mówi jak misjonarz. W dokumencie na swój temat, do którego podsyła mi link, szyje opowieść tym samym ściegiem. Taki styl apostolatu.
Do miejsca, w którym mam nadzieje złapać Ubera kluczę ulicami Miasta Śmieciarzy. - Nie idź główną - radzi Mario - tylko od razu za mostem w lewo. Rzeczywiście. Ulice są tu węższe, pełne zaułków, w których uwijają się sortownicy. Pozanurzani w mrokach bebechów wielopiętrowych konstrukcji z nagiej cegły wykonują z pokorą swoje syzyfowe prace. Powietrze jest słodkie. Z odpadów składowanych tu nieustannie od niemal pięćdziesięciu lat sączy się jad. Zabudowa, jej ulice, niedoświetlone wnętrza, betonowe schody, sklepy i kawiarnie z sziszą pootwierane na oścież, wszystko spowija ta sama chorobotwórcza aura. Promieniuje daleko, poza ostatnie zabudowania dzielnicy tej najniżej z kairskich kast. Śmiecie przez cały dzień napływają tu nieustającym strumieniem. Z dala od głównej arterii dzielnicy, mijam góry posortowanych odpadków. Sterty worów pełne mniejszych worków czekają na wstępną inspekcje. Coraz częściej natrafiam na niezadowolone twarze. Szczególnie kobiety nie chcą, żeby ktoś je podglądał jak gołymi rękami grzebią w zgniliźnie. Moja obecność nadaje ich pracy niecodziennego kontekstu. Niektórzy z mieszkańców czują się poniżeni, a przecież wykonują tylko swoje zadanie. Po powrocie do hotelu piorę ciuchy i biorę długi prysznic. Mdli mnie na każde wspomnienie lepkiej alejki przesiąkniętej słodyczą prastarej zgnilizny. Całą noc i następne kilka dni przechorowuję.
Piątego dnia przenoszę się w nowe miejsce. Intercontinental przy placu Tahrir. Od dzisiaj jestem oficjalnym gościem festiwalu. Dla każdego, kto chce zobaczyć zafałszowany obraz lokalnej rzeczywistości, pobyt w pięciogwiardkowcu to strzał w dziesiątkę. Ale arabska gościnność zobowiązuje organizatorów do ulokowania nas w wypaśnych przestrzeniach, w warunkach pięciogwiazdkowej sterylności, dbałości o bezpieczeństwo godnej dyplomatów wysokiego szczebla. Są więc barykady, uzbrojeni strażnicy, skanery bagażu i zgięci kelnerzy. Widok na Nil z dwudziestego piątego piętra, dziewczyny wysiadujące nocami w hotelowym lobby i spece od papirusów powleczonych kiczem. Wieczorem szwendam się w poszukiwaniu jedzenia po bocznych uliczkach koło Tahriru. Pracujący na straganie młody arab wścieka się, gdy przestaję rozumieć, co do mnie bebla. Jego kumpel już dawno się połapał. - Jesteśmy w Egipcie, więc gadaj po arabsku - odcina się jebaniutki, kiedy proponuję, żebyśmy tak na angielski przeszli . 
Zespół spotykam na śniadaniu. Grzechu, Mizer i Młody. Gęby nam się nie zamykają przez kilka dobrych godzin. Też lubią rozmawiać o tym, co w życiu na pozór nieistotne. Popołudnie spędzamy na mieście. Uliczne stragany z owocami, mięsem - ludowa dzielnica, gdzie egipską biedę widać jak na dłoni. Nikt nas nie nęka, czasami ktoś pomacha. Chodzimy, jemy, gadamy, patrzymy.
Organizacja festiwalu oparta na pracy wolontariuszy ma specyficzny koloryt, szczególnie gdy ci zmieniają się z edycji na edycję. Przesunięcia, opóźnienia, czekanie - oto rzeczywistość, która zawsze wystawia na próbę. Sala koncertowa amerykańskiego kampusu oddalona jest od centrum o jakieś trzydzieści kilometrów. Sprzęt wyładowujemy Pod Pepsi Gate i chwilę czekamy. Sprawdzają nam dokumenty i przepuszczają bagaże przez skaner. Menadżer sceny od razu informuje, że mamy już godzinę spóźnienia. Chłopaki znikają na rekonesans, a ja odsypiam zemstę wszystkich faraonów na podłodze garderoby wychłodzonej jak prosektorium. Za legowisko służy mi futerał z basówki Matiego. Do koncertu pozostało cztery godziny. Co jakiś czas drzemkę przerywa mi dźwięk otwieranych drzwi. Ktoś uspokaja swoje sumienie, ktoś inny chce naładować telefon. Kiedy wychodzimy na scenę, publiczność jest już ospała. To dla niech szósty występ z rzędu. Część koncertu prowadzę po arabsku. Mówię albo czytam z kartki. Noc przesypiam snem zasłużonego dla polskiej dyplomacji.
Ambasada RP w Kairze to imponująca willa z w stylu kolonialnym z ogrodem. Przy wejściu mundurowy Polak przetrzepuje dokładnie każdego z osobna. Zatrzymuje nasze paszporty i telefony. Do pokoju, w którym sączymy kawkę w towarzystwie Marty, Ambasador wpada na krótką pogawędkę. Rozmowy toczą się bez zbędnej pompy. Szkoda na nią czasu. To jego przerwa na oddech od niedzielnej gorączki. To ona wyznacza w Egipcie początek roboczego tygodnia. To w końcu al-jaum al-ahad czyli dzień pierwszy.
Po spotkaniu chłopaki namawiają mnie, żebym jechał zobaczyć te piramidy. Dwadzieścia osiem lat temu ruszyłem autostopem do Włoch 
- Jeszcze tu kiedyś wrócę - myślałem mijając Watykan na wyciągnięcie ręki. Do dzisiaj nie widziałem. Do Gizy Uberem docieramy w czterdzieści minut.
Tu, w turystycznym raju pod piramidami spełniają się podróżnicze koszmary. Hordy sfrustrowanych opychaczy badziewia krążą w poszukiwaniu ofiar. Udają gościnność a potem wściekają się gdy się ktoś szybko połapie. Grzechu i Mati idą pobujać się wokół Piramidy Cheopsa. Mizer i ja ruszamy do jej wnętrza. Na kolana chamy! Niski, pochylony ku górze korytarz nakazuje klaustrofobiczny marsz w półskłonie, jak w sztolni na grubie, w samym przodku. Po trzydziestu metrach docieramy do większej komnaty. Stoimy zziajani nie mogąc nasycić się tlenem, którego w otaczającym nas powietrzu jest po prostu za mało. Hinduska rodzina czeka u wylotu z wąskiego gardła, które nas tu przywiodło, kontemplując rezygnację z dalszej wycieczki. Teraz już powolnym krokiem pokonujemy dalszą pochyłość. Oczywiście wspominamy Indianę Jonesa i rozmawiamy o historii. Mizer jest ciekawy świata, lubi czytać. Poza tym przepełniają go pozytywy. Jest zrównoważony. To cecha wśród muzyków rzadko spotykana. Nasza kilkuminutowa wspinaczka kończy się ostatecznym, krótkim marszem w pokłonie. Wchodzimy przecież do sali, w której umieszczono sarkofag. Prostopadłościan komnaty poraża precyzją wykonania. Wielotonowe, kamienne bloki przylegają do siebie nadzwyczaj szczelnie, od pięciu tysięcy lat...
Cairo Jazz Club znajduje się na sztucznej wyspie w miejscu, gdzie szerokość Nilu sięgnęła przesady. Jak to w prywatnym interesie styl prowadzenia lokalu opiera się wpływom lokalnej kultury. Nic tu nie dzieje się w rytmie inshallah. Tu regulatorem jest czas i zysk. Publiczność zaczyna schodzić się po dziesiątej. Menadżer o jedenastej zaprasza nas do pracy. Nagłośnienie wypełnia dźwiękiem wszystkie zakamarki klubu i dobrze! Arabska publiczność jeszcze przed chwilą nie widziała, po co tu się znalazła, ale już wie, że dostanie to czego chce. Chce doznać absurdu na styku dwóch samowyzwalających się światów: muzyki improwizowanej i życia spętanego tradycją. Jakaś Arabka tańczy w rytm tego, co gramy. Ciekawość, z jaką słuchają nas miejscowi wypełnia nasze twórcze obwody nową, nieznaną energią. Choć na dobrą sprawę jest ich tylko garstka, uwielbiam takie koncerty! W drodze powrotnej do hotelu przyglądam się jak nocny Kair spowalnia tempo. Za to w indyjskiej cukierni w pobliżu Pension Roma wieczorami jak zwykle tłok. Ludzie ocierają się o siebie w poszukiwaniu ulubionych słodkości. Tłoczą się, gdzie nie gdzie przepychają. - Cukiernia Niewolnik - głosi jej pokręcona nazwa. Tak, wokół łakocia zawsze będzie tętnić życie...
Sfinks? Pierdolę Sfinksa! Wolę Pension Roma. 

wtorek, 11 września 2018

Wycinek: Ku chwale zuchwałym!

Tak, czwarte w moim przypadku studia dzienne rozpocząłem grubo po trzydziestce. Zaliczyłem dwie filologie i pewien powtarzający się schemat nie dawał się nie zauważyć. Żadnej jeszcze nie skończyłem, to raz, na filologiach dominują dziewczyny, tak jakby rolą mężczyzn było ciupanie kilofem, to dwa. Charakter studiów orientalistycznych miał jednak to coś, co wymykało się schematom. Lata studiów mijały na wertowaniu kserokopii po wynajętych przez uniwersytet norach. Introwertyczni wykładowcy, no może z pominięciem pani dziekan i kilku indywiduów, którzy rzeczywiście mogli pochwalić się biegłą znajomością języka mówionego, wprowadzali nas w stan hipnozy pogłębianej bzyczeniem świetlówki. Dziesiątki godzin wsłuchiwania się w beznamiętny przekaz pani od literatury arabskiej, setki godzin spędzonych na zajęciach z dialektów z arabami, którzy nie mieli pojęcia jak skutecznie odnaleźć się w roli wykładowców tamtej skądinąd szacownej uczelni. To, że na drugim roku znalazłem się z pominięciem pierwszego, też niczego nie ułatwiało. Po dwóch latach udowadniania, że dwa semestry przeskoczyłem nie bez powodu, byłem gotowy przetestować swoje nowe, nietypowe umiejętności w terenie. Zdecydowałem się wyskoczyć do Jemenu.

wtorek, 28 sierpnia 2018

Altruista

Laurent był lustrem. Odbijały się w nim ciekawskie spojrzenia badaczy własnej miernoty. Za to się cenił, choć działał pochopnie. Świadomość śmiertelności sprawiała, że odsuwał od siebie ludzi w nieubłaganym zacietrzewieniu. Zawsze przecież znajdą się inni. Wystrzegał się przy tym introwertyków przymuszanych do ekstrawersji, dla zachowania pozorów spokoju. Był altruistą. Wyniszczał się świadomie, ku przestrodze, na pokaz. Nic nie uchodziło mu na sucho!

środa, 15 sierpnia 2018

17. Cztery Pory w Raju: Transformacja Amerykańskiego Koszmaru

Sylwestra zdecydowałem się spędzić sam. Nie miałem już ochoty na towarzystwo poklepujących się po plecach polonusów, na imprezy u Janusza, podczas których oddawano cześć informatykowi, wodzowi, zwycięzcy. Znał przecież angielski, miał stałą robotę z ubezpieczeniem zdrowotnym, duży samochód, mieszkanie, którego nie musiał z nikim dzielić, młodszą o dziesięć lat żonę i zieloną kartę. Tej karty najbardziej mu wszyscy zazdrościli. To dla niej Andrzej upokarzał się w fabryce serów, latami dławiąc nienawiść do szefa, za rozłąkę z żoną, za to, że cyckała go do ostatniego grosza. To dla niej Marek zaciskał zęby podcierając porzuconego przez rodzinę dziadka po wylewie. To dla zieleni banknotów oddawaliśmy się w szpony Ameryki, która w swoim statutowym dążeniu do prawdy potępiała nielegalną imigrację, pasąc się cichaczem na jej zakneblowanym potencjale. Żeby amerykański sen nie tracił na wyrazistości. Iluzja równości napędzała demokrację na wzór rzymskiej, jakby te dwa tysiące lat też można było zamieść pod dywan. Czarne niewolnictwo, na którym wyrosły amerykańskie fortuny, zmieniło już kolor skóry na biały. Przystrojone w fatałaszki wolności wyboru, podsycane cichym przyzwoleniem dla nielegalnej pracy milionów imigrantów ugrzęzłych w szarej strefie zapewniało ciągłość polityki wyzysku. Tak działa nieustająca transformacja amerykańskiego koszmaru - American Dream!
Zakupy z East Orange wystarczały mi na długo. Tego wieczoru postarałem się tylko o butelkę whisky. Zalany tanim alkoholem, otumaniony samotnością z wyboru, cały wieczór wpatrywałem się w ekran telewizora. Świetlista kula wznosiła się ku górze, a głos odliczający sekundy pozostałe do końca roku, ostatecznie i na zawsze zanurzającego się w otchłani przeszłości, tonął w kaskadach euforii ogarniającej Times Square. Wszystko to działo się tak niedaleko. Wiwatujące tłumy. Deszcze konfetti, jak te podczas parady zwycięstwa symbolizującej koniec wielkiej wojny. Z turysty spragnionego doznań dających się przetworzyć na opowieści przy piwie, zmieniłem się w emigranta, któremu szkoda czasu i pieniędzy, żeby wyruszyć na ich poszukiwanie. Nie maiłem siły jechać pociągiem w tę samotną, mroźną noc, żeby połączyć się ze skandującym tłumem obcych. Nie chciałem już nic przeżywać. Wszystko wydawało się absurdalne.
Ostatni dzień w pracy był spóźnioną o dwa miesiące wigilią, osadzoną jak szlachetny kamień w prozie paradoksu. Kazik, Mietek, Tadek, Rychu: brudna robota, której od miesięcy końca nie było widać na przemian z urokami życia na komunie. Perspektywa powrotu do kraju, mimo całej pogardy dla niewolniczego trybu życia, rodziła we mnie przeczucie nadchodzącej za tym miejscem tęsknoty. Od Zbyszka-szefa firmy budowlanej, który okantował mnie do spółki z złodziejami z agencji pośrednictwa pracy na Green Poincie musiałem jeszcze wydrzeć trzy zaległe tygodniówki. Miałem na to kilka dni. W robocie krążyły już plotki o bankructwie firmy, a postawa towarzyszy od kielni nie nastrajała optymistycznie. 
- Lepiej się Młody w ogóle nie upominać. Jak się Zbyszek wkurwi, to nikomu nie wypłaci - mentalność niewolnika zawsze znajdzie emisariuszy swojej rozedrganej prawdy. Miałem dosyć roli wygnańca w świecie, dla którego mogłem tak na prawdę nie istnieć, w którym anonimowość rodziła obojętność. Rzygać mi się chciało od ideałów. Sprawiedliwość. Godność. Każdy z nas doświadczał tyle godności, ile zdołał wydrzeć nie oglądając się na innych. 
Na kilka dni przed wylotem do Polski w skrzynce pojawił się czek. Amerykańska skarbówka zwracała mi nadpłacone podatki za cztery miesiące roboty w siapie u Borysa. Ponad tysiąc dolarów, czyli roczną pensję w moim skarłowaciałym kraju! Na lewym social security, bez zezwolenia na pracę, na przeterminowanej, turystycznej wizie dostawałem to, co należało się każdemu, kto nie przekroczył średniej krajowej. I mógłbym tak harować do emerytury, a potem żyć w złotej klatce, bez paszportu, bez prawa do głosowania, w bezkrytycznym milczeniu, w zamian za przyzwolenie na wegetację w piwnicach Ameryki.
Oczekując na metro w drodze na  JFK  przyglądałem się rapującym na peronie chłopaczkom. Czerwony plecak ze stelażem oraz skórzana torba od Marty pęczniały od płyt, z którymi nie chciałem się rozstawać. Resztę dobytku wysłałem paczką morską. "Odzież używana" - informował list przewozowy. Po roku spędzonym w Ameryce nie było mnie stać na opłacenie cła za odtwarzacz CD i słuchawki. Wpatrując się w budynek terminalu z okna samolotu byłem pewien, że oto widzę Nowy Jork po raz ostatni. Podczas trwającego kilkanaście minut kołowania zachłannie pożerałem wzrokiem masywne sylwetki pojazdów poruszających się po płycie lotniska, odczytywałem nazwy przewoźników wymalowane na kadłubach mijanych boeingów 747 - Quantas, Air China, Saudi Airlines. Logo Air France zdobiło smukłą bryłę dziobatego jak sam bocian concorde'a. Podczas powietrznych manewrów łakomie utrwalałem w pamięci wieczorną panoramę Nowego Jorku. Jeszcze przez chwilę błyszczała po sam horyzont. Gdy majaczące w dole światła kanadyjskich miast ustąpiły czerni bezkresów Atlantyku, zanikły ostatnie sygnały stacji radiowych. Byłem w strefie przejściowej. Już nie w Ameryce, której obecność wciąż prześladowała mnie świeżością wspomnień, a jeszcze nie w Europie, do której już dawno nie należałem.
Obudził mnie lekki wstrząs. Wyjrzałem przez okno. Samolot przez krótką chwilę kołował po nierównościach niewielkiego lądowiska, po czym zamarł przed jedynym terminalem upstrzonym zdobieniami z różowego plastiku. Wystygłe kadłuby samolotów z napędem śmigłowym, jak zmokłe ptaki, co nie miały gdzie skryć się przed deszczem, cupały sporadycznie na płycie lotniska. Obok dumnej sylwetki boeinga, zastygającej po transatlantyckim rejsie uwijały się ochoczo pocieszne bryły małych fiatów...

16. Cztery Pory w Raju: Ja, Gastarbeiter

Pod koniec listopada nadeszła z Polski paczka. Niewielkich rozmiarów, płaskie pudełko: „Ja Miles”, w prezencie od Palucha. W atmosferę opisywanych wydarzeń wchodziłem w roli świeżo upieczonego ojca na odległość, osaczony zbiegiem wydarzeń, uwikłany w niezauważalną pajęczynę konsekwencji. Ja, Gastarbeiter z podupadającej rudery, ze stacji przesiadkowych, z podwodnych tuneli, z mostów nad rzekami, w śmierdzących ciuchach, z ropą w oczach, w drodze do znienawidzonej roboty. Rzut oka znad książki: panorama rozświetlonego Manhattanu z wagonu metra kołyszącego się na Williamsburg Bridge. Czułem się jak dziecko obdzierające pudełko z papierowej ozdoby pod choinką. Paluch tęsknił za takimi chwilami. Chciał znowu być za oceanem i nie miało znaczenia co się dla Stanów w Stanach robi. Czytał wspomnienia Milesa ilustrując tęsknotę kartami z atlasu własnej legendy o Ameryce. Za czym tak tęsknił? Od poniedziałku do soboty robota w pralni. Życie na komunie z karaluchami, z ludźmi. Długie przejazdy w półśnie na Siedemdziesiątą Drugą i bieganina z brudnym praniem tam, przy Broadway'u, wśród wiernych wyznawców obojętności dla konkurencyjnych przejawów istnienia. W Nowym Jorku tak łatwo poczuć się tak niewiele wartym. A oszczędzanie? I to przygotowywanie się do powrotu od pierwszego dnia na emigracji. Kupowanie gadżetów, setki godzin spędzonych w płytowych second handach, kanapki zabierane do roboty, zakupy w tanich supermarketach, rygor pracy na czarno i radość z każdego ocalałego dolara. Ale były też słodkie powroty do domu, z butelką piwa w torebce z szarego papieru, po lufce wypalonej na szybko przy wyjściu z piwnicy pod Amsterdam Avenue, gdy wieczór duszny i waniliowy...
Wrażliwość przemielona z awersją dla wszelkich jej przejawów dusi do skutku. Miała już wkrótce zadusić Palucha. 
Podarowana książka była jedynym zapamiętanym przeze mnie przejawem jego bezinteresowności.

sobota, 17 lutego 2018

Brat z Ameryki

Pod domem przy stole siedzi pięciu w lnianych kitlach. Przystaję i zaglądam w głąb otwartej wnęki. Ten w okularach pyta czy chcę robić zdjęcia. Odpowiadam, że chcę patrzyć. Po mojej lewicy siedzi jego starszy brat. Podsuwają mi krzesło. Ktoś od razu polewa herbaty. Ktoś inny stawia przede mną butelkę wody. Okularnik ma sześćdziesiąt sześć lat i pochodzi z północy. Francuskiego nauczył się w szkole. Żartujemy. Z wnętrza niewielkiej salki patrzy na nas portret mężczyzny o szeroko rozstawionych, wąskich oczach, sumiastych, pociągłych ustach i płaskim trójkącie olbrzymiego nosa. W głębi kręci się młodziutki grabarz. Pogrzeb. Syn zmarłego podchodzi do ołtarzyka z wizerunkiem ojca, poprawia kitel i ustanawia pogodny wyraz twarzy. Robię mu zdjęcie i zbliżam się do trumny. Drewniane wieko jest otwarte. Spod plastikowej pokrywy wyłania się pożółkła twarz stuletniego nieboszczyka. Z lekko otwartych ust sterczą powykrzywiane zęby. Poczerniały już i pełno w nich dziur. Gospodarz stypy uśmiecha się a ja nie czuję grobowej powagi. Nie ma szeptów, łkań i lamentów. Ktoś śmieje się w głos. To żałobnicy żartują przy stole. Jakaś kobieta krząta się w tę i we w tę, a wnękę kaplicy wypełnia uliczny gwar. Maszerujący za trumną machali już kiedyś wesoło wykrzykując w moją stronę. 
- Hello!!! - jeden przez drugiego.
Facet w okularach tłumaczy jak należy zwłoki chronić przed rozkładem. Będą tak leżeć jeszcze pięć dni. Obyczaj? - Czekają, na przyjazd brata z Ameryki - tłumaczy okularnik w żałobnym kitlu.


Na ziemi walają się karty. Leży trochę pieniędzy. Kobieta w złotej kolczudze wiedzie prym wśród tych pobudzonych, nadaje rytm grze. Ale to stara w bransoletkach wygląda na szefową, gdy tak ściska w dłoni ten plik pięćsetek. Inkasuje, rozmienia, czasem sama zagra. Babka w piżamie i plażowym kapeluszu podsuwa mi pod nos kupony na loterię. Łasi się przy tym do starej. Może chociaż ta da zarobić. Ktoś przed chwilą przyniósł gorącą zupę. Strzelisty cinkciarz siorbie teraz przygięty nad miską. Siadam na schodach, pod drzwiami, w kręgu. Pytam w co grają.
Wietnamski poker! - tłumaczy Kobieta w złotej kolczudze. Na ziemi, pomiędzy jej nogami leży gruby portfel. Na tej ulicy grywa się grubiej.


środa, 31 stycznia 2018

Z dna rzecznej berbeluchy

Historia to fascynujący ciąg interpretacji znaczenia ocalałych szczątków. Plątaniną poszlak o charakterze naukowym wypełnia plamy na mapach niewiedzy. 
Hałas w piekącym blasku słońca na wylotówce z Sajgonu szczelnie i zgodnie z przyzwoleniem niezrozumiałych praw natury też wypełnia swoją porcję dziur świata tego. W lewym uchu, w kaczce, w asfalcie, w szczurzych nozdrzach, stosach opon na poboczu i w pękatej kapsie policjanta, w kapeluszu z liści, w łachmanach czołgającego się po betonie kaleki. 
Podskakując na wybojach krajowej arterii numer jeden, co róż mijam świątynie. Wciśnięte pomiędzy warsztaty, jadłodajnie, składowiska ryżu, złomu, materiałów budowlanych i maszyn, też pęcznieją od hałasu zakorkowanych dróg. Ale cisza przez większą część doby do niczego nie jest tu nikomu potrzebna. Jeszcze nie ma szóstej, a już mi Kenny G po uszach z parteru miodem jedzie. To menadżer budzi się do tych samych zadań. Gdzieś tu, w pobliżu drogi na południe, protestanci, sunnici, buddyści, zielonoświątkowcy, hinduiści, katolicy, kaodaiści i inni wyznawcy herezji dwudziestego wieku właśnie odprawiają swoje modły. Echa ulicznego zgiełku w nie mniejszym stopniu niż przenajświętsze gusła wpisują się w naturę rytuałów religijnych przydrożnej Azji. Im też nieodłącznie towarzyszy jakiś Kenny G.
Obcowanie z nowym ma narkotyczny urok. Ten hiperaktywny sposób pobierania bodźców jest też formą medytacji. Wbija w działanie. Odcina obecność planów i wspomnień. Opowieść o Półwyspie Indochińskim to historia wędrówki Austroazjatów i ekspansji austronezyjskich żeglarzy. Historia hinduizmu, buddyzmu i islamu w imperium Khmerów i państwie Czamów. To opowieść o hegemonii Indochin i komunizmu w Azji Południowo-Wschodniej.
Powierzchnią i konturem Wietnam przypomina odwróconą w poziomie i pionie Norwegię. Do tego bury zimą na północy no i ludzie w kurtkach, ale lazurowy tu i ówdzie latem wzdłuż wybrzeży, co nie znają końca. W tradycyjnym podziale kraju na główne regiony, protoplaści dzisiejszych Wietnamczyków żyli na północy, wzdłuż nurtu i dopływów Rzeki Czerwonej. To ona od czasów wędrówki pierwszych ludzi żywiła pokolenia rolników, wyrosłe z osiadłych zbieraczy i łowców wędrowców. Ich potomkowie wciąż zamieszkują obszar zwany dzisiaj Miền Bắc, czyli Część Północną ze stolicą w Hanoi. Północ tradycyjnie wyznaje nauki mahajany, która nad Rzekę Czerwoną dotarła z buddyjskich ośrodków w Chinach na długo przed Powstaniem Spartakusa. Miền Trung, Część Środkowa, przez znaczą część ery nowożytnej zwana Czampą, należała do Czamów - austronezyjskich wyznawców hinduizmu i therawady. Delta Mekongu oraz Ho Chi Minh, czyli popularny Sajgon to Część Południowa (Miền Nam), która od czasów Chrystusa aż do upadku Angkor piętnaście wieków później, należała do Khmerów. Językiem khmerskim posługiwano się na terenie imperium, które rozmiarem dorównywało Polsce Złotego Wieku, gdy podległe jej ludy zamieszkiwały dzisiejszą Łotwę, Litwę, Białoruś, Ukrainę, Mołdawię i Rosję na zachodzie. Angkor panował na trenach dzisiejszej Mijanmy, Tajlandii, Kambodży, Laosu i Wietnamu. 
Szosa do Châu Đốc jest wąska, obrośnięta przydrożnymi wioskami, a ich centralnym punktem mosty. Wiedzie przez północną Deltę Mekongu, krzaczasty odbyt jednej z mega rzek żywicielek, koronę na czole Indochin uplecioną z kanałów. Smukłe łupiny rybackich czółen suną łagodnie po pozornie martwych wodach. Na wpół zatopione, porzucone wraki dopełniają niecodzienności tego niezmiennego pejzażu. Châu Đốc ciągnie się wzdłuż rzeki Hậu Giang oraz granicy z Kambodżą. Ta pierwsza odgradza buddystów od muzułmanów, ta druga rozdziela diasporę Czamów. Ich austronezyjscy protoplaści-żeglarze zasiedlili centralne wybrzeża przyszłej Czampy jeszcze w epoce żelaza i choć historia sprawiła, że Czamów pozostała zaledwie garstka, to świat spenetrowany przez ich przodków rozciąga się od Madagaskaru po zachodnie wybrzeża Ameryki Południowej, zaś obszar na którym mówi się językami austronezyjskimi obejmuje niemal połowę globu. 
Châu Đốc to perła Delty Mekongu pokryta skorupami mułu z dna rzecznej berbeluchy. Jak przydrożny kamień leży na uboczu turystycznych szlaków, trwa na marginesie współistnienia religii i kultur. Wciąż modlący się do Odyna Sandomierzanie. Lokalne wspólnoty domostw od tysiącleci wierzących w duchy kamieni pod tarnobrzeskim lasem. Kongregacja neo-mormonów ze Stalowej Woli zasięgająca porad imamów. Tatarzy studiujący Wedy w strażnicy pod kopalnią siarki. Egzotykę kulturowej chemii zakamuflowanej w Châu Đốc najlepiej opisuje poezja.
Pośród zabudowań, które wciąż nie wróżą bliskości miasta pojawia się pierwszy meczet. Grupka chłopaków w myckach macha i wykrzykuje przywitania. Droga kręci parokrotnie, mija kolejną świątynię i zmienia się w podjazd do stalowej rampy promu. Za rzeką widać już Châu Đốc. Na tle ściany białych, smukłych prostopadłości domów mieszkalnych, kostropate, kryte falistą blachą ludzkie gniazda na nóżkach z bambusowych rur, unoszą się nad leniwym nurtem rzeki niepewnie.
W centrum Châu Đốc dominują pagody. Choć mieszkańców jest ponad sto pięćdziesiąt tysięcy, z czego około czterdzieści to muzułmanie, meczety widoczne są jedynie za rzeką. Tam, w ich sąsiedztwie wzdłuż drogi ciągną się chałupy, gdzie pełno kobiet w hidżabach. 
Ahmeda spotykam pod bramą szkoły. Muzułmański Austronezyjczyk z wietnamskim obywatelstwem. Zaliczył już pielgrzymkę do Mekki choć wygląda młodo. Jako student saudyjskiej medresy miał czas i okazję. Mówi płynnie po arabsku, zna też wietnamski, ale to język odziedziczony po czamskich wyznawcach hinduizmu określa jego historyczną przynależność. Początek udokumentowanej obecności islamu w Wietnamie datuje się na jedenasty wiek. Po upadku Czampy część Czamów osiadła na zachodzie, pośród Khmerów wierzących w te same bogi. Część natomiast zapuściła korzenie wśród pobratymców z sułtanatu Malakki, ówczesnej mandali znanej dziś jako Malezja. Łatwo sobie wyobrazić, z jaką łatwością w obliczu potęgi postępowego i egalitarnego islamu, dokonała się Islamizacja Czamów. Nie byłby to z pewnością ani jedyny ani główny powód. Emigracyjni władcy Czampy, oddając się marzeniom o odzyskaniu utraconego królestwa u boku nowej, ekspansywnej religii, musieli wierzyć w ich spełnienie. Czamowie wschodni rozpłynąwszy się w populacji wietnamskich najeźdźców do dziś jeszcze wyznają hinduizm.
Delta Mekongu to około 12% powierzchni Wietnamu, a jej mieszkańcy to ponad 20% populacji kraju. Plątanina dróg łączy tu w jeden organizm niezliczoną ilość ludzkich siedlisk. Dziesiątki promów, setki mostów, miliony pojazdów, aż do samej granicy z Kambodżą, ciągnącej się po drugiej stronie wąskiego kanału. Tam drogi nagle pustoszeją. Nawet zieleń ubożeje i blednie. Samotne palmy, strzeliste jak dymne łodygi sztucznych ogni, porastają wypłowiałą krainę. Pośród nich, kołowroty bawolich szczęk odmierzają nieśpiesznie bieg jej długiej historii.
U ujścia sporej rzeki do jeszcze większej zatoki, leży Kampot. Niskopienna, kolonialna zabudowa, której nie oszczędził ni czas ni grzyb jest siedliskiem turystyki nieprzypadkowej. Młode pokolenie francuskich hipsterów przyjeżdża tu z Sajgonu na Hondach Win. Na ziemiach wycyckanych przez kolonialnych praojców łatwiej doświadczyć nostalgii pielgrzymaTu też dostaną tańszy cannabis. Posiwiali mężczyźni w towarzystwie niewiele młodszych Azjatek lubią posiedzieć w europejskich barach, traktując swoją obecność ospale. Parko-grupki Europejek w szarfach na głowie i sindbadach na dupie, paradują w koralikach kupionych na Bến Thành. Tak spędzają czas w tropikach, pod moskitierą w domku nad rzeką! Nocą, pośród gęstych zarośli, dźwięki pobliskich komun przenikają wnętrze takiej chałupki na palach. Poprzez szczeliny w deskach podłogi zawisłej nad ziemią, przez ściany posplatane z liści, błękitem nocnej poświaty wkrada się inna rzeczywistość. Tu, w komunach THC, wszyscy bywają treścią pieśni wszechświata.
Czy paleolityczny homo zbieracz mógłby natrafić na stos sfermentowanych owoców i tak, najebawszy się po raz pierwszy, odkryć wódę w przyrodzie? Ustawodawstwa stawiającego cannabis poza prawem i to w interesie społecznym, nie da się uzasadnić.
Ben Mówi, żebym wziął cynamonowe. Jeszcze ciepłe. Rzeczywiście są puszyste, uciaputane w mięciutkim lukrze. Ben jest Kanadyjczykiem. Mieszka przy wyboistej drodze osiem kilometrów od centrum Kampotu. Dzisiaj rano też pomaga w kawiarni przy starym moście. Zadania zbiera od khmerskiej menadżerki. Już szósty rok robi za wikt i opierunek.
W drodze do Sihanoukville mijam świątynie dwóch kultur. Meczety i pagody wyznawców therawady. Ta odmiana buddyzmu była znana w Czampie już w trzecim wieku naszej ery. Do Angkor, wyznającego hinduizm, therawada trafiła dopiero dziewięćset lat później. To z nią kojarzy się dzisiaj mieszkańców Kambodży oraz etnicznych Khmerów, którzy w osiemnastym wieku popadli w izolację osaczeni wietnamską aneksją Delty Mekongu. Świątynie therawady są pstrokate, kolczaste. Strzegą ich kamienne drapieżniki szczerzące atrybuty siły. Tam, w pobliżu przydrożnych targowisk, gdzie kobiety błąkają się w hidżabach, wokół meczetów popadłych w ruinę, trwają enklawy kambodżańskich Czamów.
W recepcji hotelu kulejący Amerykanin Jo, gość po sześćdziesiątce z wydatną szczęką, tłumaczy portierowi czego mu w Sihanoukville do szczęścia potrzeba. W jego głosie pobrzmiewa wypielęgnowana słabość do papierosów bez filtra. Asystuje mu młoda Khmerka, co nosi się w stylu primo. Hoteli takich jak ten jest tu niewiele. Te vis-à-vis śmietniska na plaży, straszą cenami. Niewiele jednak odstrasza chińskich inwestorów z Junnan. Budują tu w kasyna, hotele, a miasto przypomina gigantyczny plac budowy. W Kambodży funkcjonuje system ekonomii opartej na dwóch walutach. Jeden dolar amerykański to niezmiennie cztery tysiące rieli. Grube wydaje się w dolarach, a drobne w lokalnych. Nawet policja bierze w zielonych i w razie potrzeby wydaje resztę. Interesy chińskich właścicieli chodnikowych jadłodajni też prosperują, choć zupy po angielsku zamówić u nich się nie da. W Sihanoukville nie brak tureckich przedsiębiorców. Habib jest właścicielem restauracji i hotelu obok plaży. Gustownie wystrojone lobby i stoliki poustawiane pod frontową ścianą kolonialnego budynku, przyciągają wielbicieli europejskiego fąfą. Wieczorami, popijając wodę kokosową, można bez końca gapić się w hipnotyczną czerwień palenisk nad brzegiem morza. To lokalni straganiarze sprzątają po sobie śmieci. Czarny dym płonących syntetyków rozpływa się niewinnie w mrokach sporadycznie rozświetlanych kłującą bielą energooszczędnych żarówek. W państwie umożliwiającym działanie jedynie najbardziej podstawowym strukturom, płatna wywózka śmieci graniczy z absurdem. 
Gdyby w tutejszych tropikach nie było tropików, morza i sąsiadującego z nim pasma niewysokich gór, Kambodża przypominałaby płaską Białoruś. Nawet kształtem i rozmiarem obydwa kraje są do siebie podobne. Ponad dwustu kilometrowy odcinek drogi do Phnom Penh wije się po kambodżańskich równinach. Tu też palma rośnie w polu otwartym na przestrzał, a bawół tapla się w błocie. Nad jego burym cielskiem czasem zawiruje ptak bielszy od archetypu niewinności. Styl jazdy pomiędzy portem Sihanoukville a stolicą narzucają ciężarówki i samochody z napędem na cztery koła. Dziurawa nawierzchnia i żwirowe pobocza gwarantują użytkownikom jednośladów adrenalinową huśtawkę, szczególnie tym, którzy roszczą sobie równe prawo do szybkiego przemieszczania się z miejsca na miejsce. Rozpędzony do setki motocykl uciekając przed czołowym zderzeniem, musi się na takim poboczu rozłożyć. 
Po sześciu godzinach wypatrywania pod słońce, otumaniony grzmotami klaksonów docieram do Phnom Penh. Czyściej tu i zabudowa nieco pnie się ku niebiosom. Podczas pierwszego zetknięcia się ze szczurami Wietnamu byłem pewien, że upodlenie szacunku dla podstaw higieny jest przejawem wietnamskiej codzienności. Po powrocie z Dżakarty tak łatwo dostrzegłem ład panujący w Sajgonie, tę subtelną harmonię publicznego porządku. Skuteczna władza pilnuje zamiatania ulic! Pamiętam jak podczas letniego pobytu w Grodnie obudziły mnie jednostajne sekwencje szurnięć dobiegających przez otwarte okno. Zamiatacz skanował ulicę wiklinową miotłą już o czwartej rano. Białoruś to porażająco wyzamiatany kraj. A ulice wielomilionowych chińskich miast? Bijąca po nozdrzach, jadowita słodycz mieszaniny gnijących szczątków, szybko przestaje być atrakcją i tematem kawiarnianych anegdot z podróży. Ustępuje miejsca opowieściom o potędze i ładzie. Nowoczesne samochody przetaczają się tam w dole, w labiryntach chińskich ulic wyzamiatanych do czysta.
W Phnom Penh turyści wożą się na rykszach i fotografują co się da. Taki styl podróży w nieznane. Muzeum narodowe, pałac królewski oraz szeroki wybór świątyń mają pod nosem. Pełno tu eleganckich knajp z widokiem na Mekong. Wieczorami, tuż opodal, neony rozświetlają twarze dziewczyn do towarzystwa. Chłopaki w damskich przebraniach też nie kryją się w mroku. Przed lustrami ulicznej garderoby w stylu retro, właśnie poprawiają sobie makijaże, już w trakcie przedstawienia dla przechodniów takich jak ja. 
Leżące na przeciwległych brzegach Mekongu dzielnice półtoramilionowego Phnom Pen łączy jeden most i kilka promów. Ciąg budynków wzdłuż rzeki po prawej, z niewielkim placykiem służącym za park, prowadzi do piaszczystego cypla położonego na styku dwóch rzek. Dziesiątki łódek spoczywają na jego łagodniejszym brzegu. Po powrocie z połowów, zagracone krypy na powrót zmieniają się w ciasne sypialnie. Za dnia mężczyźni reperują sieci, kobiety czyszczą ryby, a dzieci zdobywają wiedzę o świecie biegając po śmietnisku puszczone w samopas. Osada ma nawet zakład fryzjerski. Jest dach z plandeki, są nożyczki i plastikowy taboret. 
Tuż obok sztucznego zbiornika z wodą widać kontury bambusowych bramek i garstkę kibiców. Nieskazitelna sylwetka hotelu czekającego na pierwszych gości, góruje nad tą ciasną połacią ubitej ziemi, nad koczowiskiem czamskiej biedoty Phnom Penh.
Droga krajowa, którą opuszczam stolicę biegnie na północny-wschód, pod prąd nurtu rzeki Tonlé Sap, łączącej Mekong z gigantycznym jeziorem o tej samej nazwie. To dzięki niemu Imperium Angkor wyrosło w gęstej dżungli by dominować na półwyspie przez sześćset lat. Skomplikowany system irygacji pól umożliwiał uprawę ryżu, a kanały łączące odległe zakątki kambodżańskiej dżungli służyły do transportu towarów. Ekonomia współczesnej Kambodży w równym stopniu uzależniona jest od błotnistych upraw. Ośmiu na dziesięciu mieszkańców Kambodży pracuje przy produkcji ryżu, niemal cała reszta produkuje wspomnienia z wakacji. 
Prawie trzysta pięćdziesiąt kilometrów do Battambang przejeżdżam cięgiem. Mam dosyć dziurawej nawierzchni i chałup układających się w ciągi palafitów. Zatrzymuję się w pierwszym lepszym hotelu i w dupie mam świątynie. W drodze na zupę spotykam parkę zagubionych Francuzów. Chyba też się zastanawiają, co dalej ze sobą zrobić.
Na północ od jeziora, niemal czterysta kilometrów od stolicy, szerokie pobocza gładkiej nawierzchni nagle pokrywają się asfaltem. Usytuowana w pobliżu świątyń Angkor, miejscowość Siem Reap to odpicowany generator połowy dochodów kambodżańskiej turystyki. Autobusy przywożą turystów z Bangkoku, Phnom Penh, Sajgonu, Vientiane czy Hanoi i pomimo że zwiedzanie gruzowisk wymaga archeologicznego typu niszowej wyobraźni, do Siem Reap bezpośrednio lata się z Chin, Wietnamu, Tajlandii, Singapuru, Malezji, Laosu, Hong Kongu, Filipin i Korei. 
Często mylona z chaosem, anarchia rozumiana jest jako system ponoszenia odpowiedzialności za samego siebie przed samym sobą. Na skutek braku odgórnej kontroli, na tutejszych drogach panuje oddolna anarchia. Drogówka gnieździ się wokół dużych miast, przy obwodnicach i głównych drogach. Nawet tam, gdzie ruchem kieruje sygnalizacja świetlna, kierowcy jednośladów ignorują przepis. I słusznie! Stosowanie się do najmądrzejszych nawet zasad w świecie przyznającym niepisane prawa wyznawcom anarchii, jest niebezpieczne. Anarchista jeździ pod prąd na drogach i skrzyżowaniach. Jeździ też po chodnikach. W dodatku sygnalizację odczytuje na opak. Czerwone zezwala mu na kontynuację jazdy przy zachowaniu szczególnej ostrożności. Zielone ostrzega go przed przekraczaniem drogi w miejscu wyjątkowo niebezpiecznym. Do tego dochodzi prawo siły. Raz rozpoczęty manewr większego pojazdu należy uznać za nieodwołalny. Po dwóch wypadkach, zaliczonych w pośpiechu, w końcu czuję się bezpiecznieTrzeba jeździć po prostej, trąbić podczas zbliżania się do podporządkowanej, oglądać się za siebie przed zmianą pasa i ani na chwilę nie wierzyć w znaki i światła. Jakieś sześćdziesiąt kilometrów na wschód od Siem Reap uderza we mnie dżip. 
Kampong Thom jest senne. Dwa hotele na krzyż, targ i jadłodajnia pod domem pogrzebowym. Po schodach z bandażem na głowie kuśtykam. Na skuter się wspinam i pojękuję. Przeżuwam suszoną rybę i patrze. Na kępę znów wiozą nieszczęśnika. Charczą mu paciorki modlitw odtwarzanych z taśmy. Z pstrokatego karawanu charczą mu w głośnikach...
Miejscowi pogranicznicy, podobnie z resztą jak ich koledzy z drogówki, w dużej mierze oddają się pobieraniu opłat. Worek koksu, gruda uranu, sztaba złota, bomba czy milion juanów. Tak niewiele rozprasza uwagę człowieka, co na państwowym może gapić się w kolorowe. Przewija strony w paszportach i inkasuje stosowne kwoty. Takich gości na przejściu w Xa Mát jest trzech. Jeden przy wjeździe na plac, drugi przy głównej ambonie, a trzeci na wylocie coś sprawdza. Wietnamczycy wychowywani są twardą ręką. Szczególnie przez instytucje państwowe. Policjanci lubią się wydrzeć, a nauczyciele są szorstcy i autorytarni. Młody człowiek szybko dostrzega w nich majestat władzy i trudno wyobrazić sobie, jak podnosi na niego rękę. Elity kontrolujące zjednoczony kraj od ponad czterdziestu lat, a Wietnam Północny od 1945 roku, najwyraźniej nie odczuwają konieczności wyobrażania sobie zagrożeń, których nie ma.
Natężenie ruchu po wietnamskiej stronie błyskawicznie przypomina o panujących tu normach. Przybywa też domów, sklepów, zieleni. Do Tây Ninh docieram w niecałą godzinę. To nieszczególne miasto wielkości Gliwic i wysokości Zgierza odgrywa szczególną rolę w życiu religijnym Wietnamu. 
Tây Ninh jest miejscem narodzin i stolicą kaodaizmu, religii łączącej wpływy monoteizmów oraz religii prawa naturalnego. Chrystus, Konfucjusz i Budda to elita panteonu tutejszych świętych. Wielobarwne świątynie, których nie sposób od siebie odróżnić migają mi w kącikach oczu, podczas gdy skuter podskakuje na wietnamskich dziurach. Przy zatłoczonym wjeździe do Sajgonu kluczę wśród ciężarówek kwiląc z bólu tubalnie. Przed zdumieniem świata chroni mnie ich syk, sapanie i zgrzyt.

wtorek, 23 stycznia 2018

Dom w kamieniu

Robert nie dba o piniądz, bo dużo go stracił, choć nieźle się obłowił. Czarną Tęgą w Ameryce kręcił przez granicę, aż od tej gonitwy sprzecznej, grzecznie w budowlankę ruszył. Tam też się odnowił.

Twarzy o tak rozwodnionym pochodzeniu nie da się na oko przyporządkować do dwóch konkretnych ras. Robert to pół-Japończyk i pół-Amerykanin. Ma śniadą skórę, żółto-siwe włosy, sumiaste brwi i pobielałe paznokcie-ozdoba wąskich dłoni pokrytych gładką, pergaminową skórą. 
Pięć lat temu przeszczepiono mu młodsze organy. Nerkę mężczyzny i wątrobę kobiety po wypadkach. Podczas pierwszego po przerwie wyjścia na samodzielne siku przyłapał się na kucaniu. Leki, żeby mu się nie sprzeciwiło, odstawia na dwa tygodnie przed randką. Nie wykluczamy, że w jego nowej wątrobie, jak w kamieniu dżinn, gnieździ się czyjaś podświadomość.