środa, 14 listopada 2018

wycinek: Daremna taktyka

W Weimarze dzisiaj oddychanie i krzyk! Publiczne wydawanie z siebie jęków, skamleń i okrzyków podczas zajęć wokalnych to otwarcie świata intymnych spraw na obcą inspekcję, potencjalną ingerencję. To grzebanie w koszach z brudną bielizną w obecności odpowiedzialnych za te plamy i zapachy. Salwami teatralnego rechotu będą zagłuszać swoje zażenowanie, ale to daremna taktyka. W sformalizowanym życiu śmiech zbyt często staje się narzędziem. Dowody lojalności, świadectwa poparcia, ucieczki przed zakłopotaniem. Tradycja zagrywania uśmiechem jest na zachodzie szczególnie silna. Zajęcia mijają mi szybko.  

sobota, 20 października 2018

Languages: O językach Arabów Lingo Widokówka Geopolityczna (Wycinek)

Nauka języka arabskiej ulicy przypomina naukę conajmniej kilku słowiańskich języków naraz. Praktycznie każdy Arab mówi inaczej. Tak mówi się w jego rodzinie, albo w jego wsi, w jego mieście, plemieniu, regionie. Poziom beduińskiej krwi w roztworze ma równie ogromne znaczenie. To on określa na ile mowa wielkich miast oddaliła się już od dawnej mowy "prawdziwej". Tendencja zauważalna tam, gdzie rozbrzmiewają gwary semickie na styku kultury beduinów i mieszkańców ośrodków miejskich, od Atlantyku po Ocean Indyjski. Innowacja w odmianie czasowników, linią Nilu wyznacza granicę podziału na języki Arabów Zachodnich i Wschodnich. Libijczyk mieszkający w mieście A zrozumie Libijczyka z miasta B, znajdującego się na drugim krańcu, dużo łatwiej, niż Beduina koczującego nieopodal. Miasta, im dalej od siebie położone na mapie Świata Arabów, tym mniej zrozumiali dla siebie stają się ich mieszkańcy. Libijczyk pojmie Algierczyka w najlepszym przypadku tak, jak osłuchany z językiem sąsiadów Polak Czecha. To tamtejsi Słowianie Północni. Ten sam Libijczyk nie będzie za to swobodnie rozumiał Saudyjczyka. Saudyjczyk, jak Serb Bułgara, bo to Słowianie Południowi, z łatwością zrozumie Kuwejtczyka. Ów Saudyjczyk w Libii załapie jednak tyle, co w Serbii Polak. To przepaść pomiędzy słowiańszczyzną Północy i Południa. Za to Beduin z Libii poczuje się pewniej w towarzystwie gadatliwego kuzyna z Iraku niż mieszkaniec libijskiego miasta w rozmowie ze swoim irakijskim odpowiednikiem. To obecność Beduinów utrwala pamięć o najpierwotniejszej mowie Arabów. Wiedza praktyczna przekazywana z pokolenia na pokolenie wciąż opiera się presji skundlonych gwar terenów zurbanizowanych. Ocalić ile tylko się da z ruin niematerialnej kultury pierwszych Semitów! To jeden z powodów, dla których Arabia nigdy tak na prawdę nie była dostępna. Dynamiczny przyrost populacji w wielkich ośrodkach handlowych przyczynił się do uproszczenia i ujednolicenia języka. Mowa potoczna mieszkańców Dżeddy - najbardziej kosmopolitycznego ośrodka królestwa Saudów, różni się od dialektów pozostałej części kraju. Od czasu proklamowania Królestwa Arabii Saudyjskiej ten ultra religijny, pustynny kraj dopiero w grudniu po raz pierwszy otworzy się na turystów z Zachodu. Gwary Beduinów krążących po bezdrożach Sahary, Synaju, Mezopotamii czy Nedżdu wciąż zachowują cechy języków przedislamskiej Arabii. To one podczas Wielkiej Ekspansji Islamu rozlały się po Afryce Północnej by wsiąknąć w mowę saharyjskich Nomadów. Dlatego nauka semickich gwar wymaga pokory. Ich różnorodność nie ułatwia zapamiętywania słów. Te zawsze podlegają wariacjom w obszarze samogłosek, choć wymowa spółgłosek w zależności od regionu też często ulega znacznym modyfikacjom. Kura w klasycznym arabskim to dadżadża, po egipsku to dagaga a po bahrajńsku dajaja. Ale do obsesji Arabów nie zalicza się poprawności językowej. Nikt w zasadzie nie wie, co do końca jest poprawne. Być zrozumianym i rozumieć: oto ostateczny cel komunikacji! Pustynny piach na ulicach miast nie razi tu nikogo.

środa, 17 października 2018

Egipt 2018: Pension Roma

Dochodzi północ. Ludzie upchani są na ciasno. Toboły ponabijane w schowkach nad głowami, wciśnięte pomiędzy nogi w rozkroku, pod siedzenia. To tu rozpoczyna swój powietrzny marsz afrykańska karawana. Za każdym razem, gdy udaje mi się odpłynąć w sen, facet po mojej prawicy wierci się w poszukiwaniu pozycji, której nie da się znaleźć. - Siedź i się nie ruszaj! - usztywniam go na twarde gardło i przymrużone oczy
Na lotnisku, przed stanowiskami odprawy paszportowej czeka już na mnie Hany, pracownik tutejszej ambasady. U jego boku omijam skanery bagażu.
- Pamiętaj! Będziesz mieszkał w samym centrum miasta - wyjaśnia - Tu się roi od naciągaczy. Jak ktoś cię zagada, ignoruj. Jak ktoś ci popatrzy w oczy, unikaj spojrzenia. Obserwuj wszystko z daleka! Jesteś w Kairze.
Nigdy wcześniej nie jechałem opancerzonym samochodem. - Od czasu rewolucji tutejsze ambasady przesiadły się na ciężki sprzęt. Na początku Ameryka poparła reżim Mubaraka, więc dyplomatów uznano za antyrewolucjonistów. 
- Prostemu człowiekowi wystarczy raz wskazać przeciwko komu toczy się walka – wyjaśnia Hany te stukilogramowe drzwi i szyby aż błękitne od nadmiaru szkła. Do hotelu kluczymy ze swadą ulicami pogrążonego we śnie miasta. Samochód wychyla się na zakrętach jakby chciał wyskoczyć z drogi. Czuć jego inercję, jego ciężar. Teraz płynie gładko wiaduktem w górę, do wysokości trzeciego piętra kamienic po obu stronach. Sporadyczna żółć latarnianych świateł ujawnia sylwetkę kroczącego w ciszy. 
Pension Roma! Tu czas zatrzymał się w latach trzydziestych. Kabina windy sunie na czwarte piętro we wnętrzu prostokąta spirali kamiennych schodów. Cierpliwe podeszwy wyżłobiły przy ścianie niewielkie koryto oplatając szyb windy alternatywną, chwiejną spiralą. Portier wpisuje moje nazwisko do wielkiej księgi i w szeregu rubryczek zaznacza ołówkiem ilość opłaconych nocy. Na sosnowej podłodze pokoju wymalowanego na czysto jest zlew, szafa z lustrem, niewielki stolik, fotel, biurko z krzesłem i szafka u wezgłowia. Staromodne meble z jednego kompletu, w jednym kolorze.
- Jestem perfekcjonistką – podkreśla równie staromodna właścicielka, gdy zjawiam się na recepcji z prośbą, żeby pokojowi nie szwendali mi się po izbie. Faktycznie jest perfekcjonistką. Po powrocie z pierwszego rekonesansu pokój zastaję wysprzątany.
Nauka języka arabskiej ulicy przypomina naukę co najmniej kilku słowiańskich języków naraz. Praktycznie każdy Arab mówi inaczej. Tak mówi się w jego rodzinie, albo w jego wsi, w jego mieście, plemieniu, regionie. Poziom beduińskiej krwi w roztworze ma równie ogromne znaczenie. To on określa na ile mowa wielkich miast oddaliła się już od dawnej mowy "prawdziwej". Tendencja dominująca tam, gdzie rozbrzmiewają gwary semickie, od Atlantyku po Ocean Indyjski. Pozornie nieistotna innowacja językowa linią Nilu wyznacza granicę podziału na Arabów Zachodnich i Wschodnich. Libijczyk z miasta zrozumie Libijczyka z innego miasta dużo łatwiej, niż Beduina koczującego nieopodal. Miasta, im dalej od siebie położone na mapie Świata Arabów, tym mniej zrozumiali dla siebie stają się ich mieszkańcy. Libijczyk pojmie Algierczyka w najlepszym przypadku tak, jak osłuchany z językiem sąsiadów Polak Czecha. Powiedzmy, że to tamtejsi Słowianie Północni. Ten sam Libijczyk nie będzie za to swobodnie rozumiał Saudyjczyka. Saudyjczyk, jak Serb Bułgara, bo to Słowianie Południowi, z łatwością zrozumie Kuwejtczyka. Ów Saudyjczyk w Libii załapie jednak tyle, co w Serbii Polak. To przepaść pomiędzy słowiańszczyzną Północy i Południa. Za to Beduin z Libii poczuje się pewniej w towarzystwie gadatliwego kuzyna z Iraku niż mieszkaniec libijskiego miasta w rozmowie ze swoim irakijskim odpowiednikiem. To obecność Beduinów utrwala pamięć o najpierwotniejszej mowie Arabów. Wiedza praktyczna przekazywana z pokolenia na pokolenie wciąż opiera się presji skundlonych gwar terenów miejskich. Ocalić ile tylko się da z ruin niematerialnej kultury pierwszych Arabów! To jeden z powodów, dla których dzisiejsza Arabia Saudyjska nigdy tak na prawdę nie była dostępna. Dynamiczny przyrost populacji w wielkich ośrodkach handlowych przyczynił się do ewolucji języka poprzez dążenie do jednolitości. Mowa potoczna mieszkańców Dżeddy - najbardziej kosmopolitycznego ośrodka królestwa Saudów, różni się od dialektów pozostałej części kraju. Od czasu proklamowania Królestwa Arabii Saudyjskiej ten ultra religijny, pustynny kraj dopiero w grudniu po raz pierwszy otworzy się na turystów z Zachodu. Gwary Beduinów krążących po bezdrożach Sahary, Synaju, Mezopotamii czy Nedżdu wciąż zachowują cechy języków przedislamskiej Arabii. To one podczas Wielkiej Ekspansji Islamu rozlały się po Afryce Północnej by wsiąknąć w mowę saharyjskich Nomadów. Dlatego nauka semickich gwar wymaga pokory. Ich różnorodność nie ułatwia zapamiętywania słów. Te zawsze podlegają wariacjom w obszarze samogłosek, choć wymowa spółgłosek w zależności od regionu często ulega znacznym modyfikacjom. Kura w klasycznym arabskim to dadżadża, po egipsku to dagaga a po bahrajńsku to dajaja. Ale do obsesji Arabów nie można zaliczyć poprawności językowej. Nikt w zasadzie nie wie, co do końca jest poprawne. Być zrozumianym i rozumieć: oto ostateczny cel komunikacji! Szczegóły nie mają znaczenia. To pustynny piach hulający po ulicach miast.
Afryka jest pierwotna. Tutaj wszystko wzięło swój początek. Prawdziwie wielkomiejską zabudowę Kairu pokrywa odwieczny, piaskowy pył. Kluczę wąskimi uliczkami mijając świat zdezelowany. Warsztaty pracy nie większe od dworcowego wychodka, a w nich samotna żarówka, kręte schody znikające w mrocznej jamie bramy wymurowanej jakby na oko. Podążam za ludźmi. To najlepsza metoda na wkomponowanie się bez zbędnych pytań. Z wolna, jak święta krowa błąkam się po skrzyżowaniach i rondach, na przełaj, na czerwonym, pod okiem policji. Wciskam się w tłum po odbiór swojej porcji fasoli, macham rachunkiem ponad głowami innych wymachujących swoimi rachunkami i prę do przodu, żeby zagospodarować ten uwalniający się na chwilę skrawek przestrzeni zanim ktoś to zrobi za mnie. Oddaję się nowemu światu z ufnością. Na przekór przestrogom Hany'ego chodzę powoli i patrze ludziom w oczy.
W Pension Roma czas płynie powoli. Samotność pierwszych dni po przyjeździe sprawia, że nie ciągnie mnie na miasto. Przez to wcześnie chodzę spać. W nocy budzi mnie wezwanie do modlitwy. Głośnik minaretu, którego wciąż nie potrafię zlokalizować musi być gdzieś bardzo blisko. W postawnym głosie muezzina-palacza słychać niedomykające się struny głosowe. Poranne śniadania! W jadłodajni zatopionej w chłodnym półmroku trwa leniwy rytuał. Ten sam kelner w alabastrowej liberii codziennie podaje ten sam zestaw śniadaniowy. - Kawa? Herbata? Alabastrowe ściany i sufity w zestawieniu z pociemniałem brązem umeblowania i boazerii z drewna wypełniają pensjonat jakimś ponurym ciepłem. Dzisiaj zauważyłem jak w zlewie plącze się mini karaluch. Nie wiem czy to młodzieńcza głupota go tu zawiodła, czy może to taka strategia starych karaluchów, które małych zwiadowców wysyłają na zatracenie.
W Pension Roma zadomawiam się szybko. Często przecież przychodzi mi mieszkać tu czy tam. Przy pomocy komputera, przedłużacza, kilku ładowarek, aparatu, głośnika wi-fi i przenośnej lampki szybko odbudowuję sobie namiastkę domu. Nawet jeżeli pojawiam się tu tylko chwilę. Wierzę, że w Pension Roma adaptuję się nieco szybciej niż zwykle. Mieszkam tu pod dwudziestką, tak jak na własnych, odwiecznych, polskich śmieciach.
Po południu spotykam się z Martą. To typ osobowości, który definiuje sytuację odruchowo, kreuje wokół siebie rzeczywistość rezonującą z jej jasno nakreśloną wizją. To typ, co mówi. Mówi, żebym pojechał do monastyru, spotkać się z Mariem. Nie mam nic innego do roboty. Jadę.
Uber jest błogosławieństwem! Jego siła sprawcza staje się udziałem każdego, kto ma smartfona, kartę i chce zaoszczędzić na przemieszczaniu się po dużym mieście. W Kairze na samochód czeka się co najwyżej kilka minut. Mimo że wklepuję adres do aplikacji, kierowca i tak pyta mnie gdzie jechać. W drodze na spotkanie z Mariem szybko opuszczamy zabudowę kolonialną. Jej pożółkłe, przyprószone piaskowym pyłem fasady zdobią stosunkowo niewielką powierzchnię centrum tego afrykańskiego giganta. Po kilku minutach krajobraz pustynnieje. To znaczy wciąż wszędzie wokół pełno domów, meczetów z tą różnicą, że w ich pobliżu brak jakiejkolwiek roślinności. Miasto z chudych cegieł, z nagiego betonu przykrywa połacie wyrwane kamienistej pustyni. Teraz mijamy Miasto Umarłych. Rzędy średniowiecznych grobowców przypominają domy mieszkalne. Ciągną przez kilka dobrych kilometrów. Jadąc ruchliwą dwupasmową drogą przez chwilę mam przed sobą panoramę miasta, którego architektura wyrasta z otaczającej go pustyni. Jest jej materialnym przedłużeniem uformowanym w geometrię chwiejną, rzadko owłosioną stalowymi prętami. Esencja pustyni i jej tworzywo jednocześnie. Miasto Śmieciarzy góruje nad okolicą. 
- Tu trafiają śmieci z całego Kairu - informuje kierowca i każe mi zamknąć okno. Wszystkie odpadki z dwudziestomilionowego Kairu! W 1969 roku dekretem władz miasta eksmitowano na pustynię kilkaset koptyjskich rodzin. Dzisiaj to siedemdziesięciotysięczne osiedle kairskich śmieciarzy, jedna z największych koptyjskich enklaw muzułmańskiego Egiptu, od dawna wchłonięte przez Kair.
Mario mieszka w stolicy od dwudziestu pięciu lat. Ten były archeolog służy w świątyni wzniesionej ponad Miastem Śmieciarzy. To dla nich wydrążono miliony ton skał. Swąd niewidzialnej mgły wypełnia teraz jamę, na dnie której umieszczono ołtarz tego największego w Afryce kościoła. Mario oprowadza mnie po monastyrze. Płaskorzeźby jego autorstwa zdobią ściany mniejszej jaskini. Opowiada historię kościoła Koptów. - W samym Mieście Śmieciarzy doszło już do czterech zmartwychwstań - informuje mnie tak, jakby powoływał się na jakąś oficjalną statystykę narodzin. Nie szuka potwierdzenia w reakcjach, mówi jak misjonarz. W dokumencie na swój temat, do którego podsyła mi link, szyje opowieść tym samym ściegiem. Taki styl apostolatu.
Do miejsca, w którym mam nadzieje złapać Ubera kluczę ulicami Miasta Śmieciarzy. - Nie idź główną - radzi Mario - tylko od razu za mostem w lewo. Rzeczywiście. Ulice są tu węższe, pełne zaułków, w których uwijają się sortownicy. Pozanurzani w mrokach bebechów wielopiętrowych konstrukcji z nagiej cegły wykonują z pokorą swoje syzyfowe prace. Powietrze jest słodkie. Z odpadów składowanych tu nieustannie od niemal pięćdziesięciu lat sączy się jad. Zabudowa, jej ulice, niedoświetlone wnętrza, betonowe schody, sklepy i kawiarnie z sziszą pootwierane na oścież, wszystko spowija ta sama chorobotwórcza aura. Promieniuje daleko, poza ostatnie zabudowania dzielnicy tej najniżej z kairskich kast. Śmiecie przez cały dzień napływają tu nieustającym strumieniem. Z dala od głównej arterii dzielnicy, mijam góry posortowanych odpadków. Sterty worów pełne mniejszych worków czekają na wstępną inspekcje. Coraz częściej natrafiam na niezadowolone twarze. Szczególnie kobiety nie chcą, żeby ktoś je podglądał jak gołymi rękami grzebią w zgniliźnie. Moja obecność nadaje ich pracy niecodziennego kontekstu. Niektórzy z mieszkańców czują się poniżeni, a przecież wykonują tylko swoje zadanie. Po powrocie do hotelu piorę ciuchy i biorę długi prysznic. Mdli mnie na każde wspomnienie lepkiej alejki przesiąkniętej słodyczą prastarej zgnilizny. Całą noc i następne kilka dni przechorowuję.
Piątego dnia przenoszę się w nowe miejsce. Intercontinental przy placu Tahrir. Od dzisiaj jestem oficjalnym gościem festiwalu. Dla każdego, kto chce zobaczyć zafałszowany obraz lokalnej rzeczywistości, pobyt w pięciogwiardkowcu to strzał w dziesiątkę. Ale arabska gościnność zobowiązuje organizatorów do ulokowania nas w wypaśnych przestrzeniach, w warunkach pięciogwiazdkowej sterylności, dbałości o bezpieczeństwo godnej dyplomatów wysokiego szczebla. Są więc barykady, uzbrojeni strażnicy, skanery bagażu i zgięci kelnerzy. Widok na Nil z dwudziestego piątego piętra, dziewczyny wysiadujące nocami w hotelowym lobby i spece od papirusów powleczonych kiczem. Wieczorem szwendam się w poszukiwaniu jedzenia po bocznych uliczkach koło Tahriru. Pracujący na straganie młody arab wścieka się, gdy przestaję rozumieć, co do mnie bebla. Jego kumpel już dawno się połapał. - Jesteśmy w Egipcie, więc gadaj po arabsku - odcina się jebaniutki, kiedy proponuję, żebyśmy tak na angielski przeszli . 
Zespół spotykam na śniadaniu. Grzechu, Mizer i Młody. Gęby nam się nie zamykają przez kilka dobrych godzin. Też lubią rozmawiać o tym, co w życiu na pozór nieistotne. Popołudnie spędzamy na mieście. Uliczne stragany z owocami, mięsem - ludowa dzielnica, gdzie egipską biedę widać jak na dłoni. Nikt nas nie nęka, czasami ktoś pomacha. Chodzimy, jemy, gadamy, patrzymy.
Organizacja festiwalu oparta na pracy wolontariuszy ma specyficzny koloryt, szczególnie gdy ci zmieniają się z edycji na edycję. Przesunięcia, opóźnienia, czekanie - oto rzeczywistość, która zawsze wystawia na próbę. Sala koncertowa amerykańskiego kampusu oddalona jest od centrum o jakieś trzydzieści kilometrów. Sprzęt wyładowujemy Pod Pepsi Gate i chwilę czekamy. Sprawdzają nam dokumenty i przepuszczają bagaże przez skaner. Menadżer sceny od razu informuje, że mamy już godzinę spóźnienia. Chłopaki znikają na rekonesans, a ja odsypiam zemstę wszystkich faraonów na podłodze garderoby wychłodzonej jak prosektorium. Za legowisko służy mi futerał z basówki Matiego. Do koncertu pozostało cztery godziny. Co jakiś czas drzemkę przerywa mi dźwięk otwieranych drzwi. Ktoś uspokaja swoje sumienie, ktoś inny chce naładować telefon. Kiedy wychodzimy na scenę, publiczność jest już ospała. To dla niech szósty występ z rzędu. Część koncertu prowadzę po arabsku. Mówię albo czytam z kartki. Noc przesypiam snem zasłużonego dla polskiej dyplomacji.
Ambasada RP w Kairze to imponująca willa z w stylu kolonialnym z ogrodem. Przy wejściu mundurowy Polak przetrzepuje dokładnie każdego z osobna. Zatrzymuje nasze paszporty i telefony. Do pokoju, w którym sączymy kawkę w towarzystwie Marty, Ambasador wpada na krótką pogawędkę. Rozmowy toczą się bez zbędnej pompy. Szkoda na nią czasu. To jego przerwa na oddech od niedzielnej gorączki. To ona wyznacza w Egipcie początek roboczego tygodnia. To w końcu al-jaum al-ahad czyli dzień pierwszy.
Po spotkaniu chłopaki namawiają mnie, żebym jechał zobaczyć te piramidy. Dwadzieścia osiem lat temu ruszyłem autostopem do Włoch 
- Jeszcze tu kiedyś wrócę - myślałem mijając Watykan na wyciągnięcie ręki. Do dzisiaj nie widziałem. Do Gizy Uberem docieramy w czterdzieści minut.
Tu, w turystycznym raju pod piramidami spełniają się podróżnicze koszmary. Hordy sfrustrowanych opychaczy badziewia krążą w poszukiwaniu ofiar. Udają gościnność a potem wściekają się gdy się ktoś szybko połapie. Grzechu i Mati idą pobujać się wokół Piramidy Cheopsa. Mizer i ja ruszamy do jej wnętrza. Na kolana chamy! Niski, pochylony ku górze korytarz nakazuje klaustrofobiczny marsz w półskłonie, jak w sztolni na grubie, w samym przodku. Po trzydziestu metrach docieramy do większej komnaty. Stoimy zziajani nie mogąc nasycić się tlenem, którego w otaczającym nas powietrzu jest po prostu za mało. Hinduska rodzina czeka u wylotu z wąskiego gardła, które nas tu przywiodło, kontemplując rezygnację z dalszej wycieczki. Teraz już powolnym krokiem pokonujemy dalszą pochyłość. Oczywiście wspominamy Indianę Jonesa i rozmawiamy o historii. Mizer jest ciekawy świata, lubi czytać. Poza tym przepełniają go pozytywy. Jest zrównoważony. To cecha wśród muzyków rzadko spotykana. Nasza kilkuminutowa wspinaczka kończy się ostatecznym, krótkim marszem w pokłonie. Wchodzimy przecież do sali, w której umieszczono sarkofag. Prostopadłościan komnaty poraża precyzją wykonania. Wielotonowe, kamienne bloki przylegają do siebie nadzwyczaj szczelnie, od pięciu tysięcy lat...
Cairo Jazz Club znajduje się na sztucznej wyspie w miejscu, gdzie szerokość Nilu sięgnęła przesady. Jak to w prywatnym interesie styl prowadzenia lokalu opiera się wpływom lokalnej kultury. Nic tu nie dzieje się w rytmie inshallah. Tu regulatorem jest czas i zysk. Publiczność zaczyna schodzić się po dziesiątej. Menadżer o jedenastej zaprasza nas do pracy. Nagłośnienie wypełnia dźwiękiem wszystkie zakamarki klubu i dobrze! Arabska publiczność jeszcze przed chwilą nie widziała, po co tu się znalazła, ale już wie, że dostanie to czego chce. Chce doznać absurdu na styku dwóch samowyzwalających się światów: muzyki improwizowanej i życia spętanego tradycją. Jakaś Arabka tańczy w rytm tego, co gramy. Ciekawość, z jaką słuchają nas miejscowi wypełnia nasze twórcze obwody nową, nieznaną energią. Choć na dobrą sprawę jest ich tylko garstka, uwielbiam takie koncerty! W drodze powrotnej do hotelu przyglądam się jak nocny Kair spowalnia tempo. Za to w indyjskiej cukierni w pobliżu Pension Roma wieczorami jak zwykle tłok. Ludzie ocierają się o siebie w poszukiwaniu ulubionych słodkości. Tłoczą się, gdzie nie gdzie przepychają. - Cukiernia Niewolnik - głosi jej pokręcona nazwa. Tak, wokół łakocia zawsze będzie tętnić życie...
Sfinks? Pierdolę Sfinksa! Wolę Pension Roma. 

wtorek, 11 września 2018

Wycinek: Ku chwale zuchwałym!

Tak, czwarte w moim przypadku studia dzienne rozpocząłem grubo po trzydziestce. Zaliczyłem dwie filologie i pewien powtarzający się schemat nie dawał się nie zauważyć. Żadnej jeszcze nie skończyłem, to raz, na filologiach dominują dziewczyny, tak jakby rolą mężczyzn było ciupanie kilofem, to dwa. Charakter studiów orientalistycznych miał jednak to coś, co wymykało się schematom. Lata studiów mijały na wertowaniu kserokopii po wynajętych przez uniwersytet norach. Introwertyczni wykładowcy, no może z pominięciem pani dziekan i kilku indywiduów, którzy rzeczywiście mogli pochwalić się biegłą znajomością języka mówionego, wprowadzali nas w stan hipnozy pogłębianej bzyczeniem świetlówki. Dziesiątki godzin wsłuchiwania się w beznamiętny przekaz pani od literatury arabskiej, setki godzin spędzonych na zajęciach z dialektów z arabami, którzy nie mieli pojęcia jak skutecznie odnaleźć się w roli wykładowców tamtej skądinąd szacownej uczelni. To, że na drugim roku znalazłem się z pominięciem pierwszego, też niczego nie ułatwiało. Po dwóch latach udowadniania, że dwa semestry przeskoczyłem nie bez powodu, byłem gotowy przetestować swoje nowe, nietypowe umiejętności w terenie. Zdecydowałem się wyskoczyć do Jemenu.

czwartek, 23 sierpnia 2018

Ameryka 13. Cztery Pory w Raju: Żarłoczne uda

Z butelek ukrytych w torebkach z szarego, lakierowanego papieru popijaliśmy błąkając się na azymut w kierunku południowej części wyspy. Świętowałem. Nadejście weekendu było dla mnie nowym rodzajem święta, a palenie od Jamajców z Washington Square Park tylko potęgowało mój podziw dla życia. Dorota dołączyła do nas gdzieś po drodze. Trzymała żeński fason zachowując kontakt z rzeczywistością, podczas gdy my, już na pełnej pycie, czerpaliśmy z ożywczego źródła wolności. Nie tej, za którą uważa się eksportowy produkt amerykańskiego hiperidealizmu lecz tej, którą oferuje obecność w innym święcie, świecie ogromnym, odległym, anonimowym. W zasadzie każdy róg ulicy, każdy skwer, wnęka opanowana przez ulicznych grajków mogła stać się ulicznym klubem z muzyką na żywo. W każdym z tych miejsc można było spędzić resztę wieczoru, kiwając się w rytm dudnienia pustych kubłów po farbie. Słuchałem a Paluch rechotał. Rozpierała go duma dyrygenta przypisującego sobie odpowiedzialność za zbiegi okoliczności, za palenie i za to, co w głowie potrafi nawyrabiać, za zgromadzenia grajków, za Amerykę, za to, że nas zasysa atmosferą ulicznych spektakli. Potem wyciągał mnie za ramię albo wywoływał z tłumu gapiów, tyle jeszcze było przed nami. Murzyńskie dzieci popalające w sześciodrzwiowej limuzynie. Błagalne wieszaki żebraczych ramion przy wejściach do stacji metra. Dziwki, co okładając się torebkami rwały sobie włosy z głowy i tłum gapiów rechoczący, obojętny. Lanserstwo, cinkciarstwo, bieda. Mieszkańcy, turyści, przechodnie. Stojąc przed wejściem do stacji na Szóstej Alei przyglądaliśmy się lazurowo błękitnym sylwetkom wież World Trade Center. Jaśniały na tle nocnego nieba górując nad południowym Manhattanem niczym pomnik przepowiedni o miastach z przyszłości.
Path Train łączy Manhattan z kontynentem. Grupy powracające z nocnych imprez tłoczyły się jak zwykle na stacji przesiadkowej w oczekiwaniu na pociąg do Newarku. Kołysaliśmy się pijani zasypiając na stojąco. Pomimo totalnej bani podróż do Harrison minęła mi na czuwaniu. Za to Paluch spał jak zabity. Szarpałem go gdy pociąg zatrzymał się na stacjiBezproduktywna utrata kalorii. Opędzał się wymachując chudymi rękami i bełkotał przy tym mizernie. Dźwięk sygnalizujący kolejną próbę zamknięcia drzwi wagonu, z finezją sygnałów mgłowych nadawanych na redzie, ponawiał ostrzeżenie, roznosił się w nocnej ciszy, gdy zataczając się, wlokłem po peronie nieprzytomną, kościstą sylwetkę Palucha. Na widok patrolu policji nadciągającego od czoła unieruchomionego składu Dorota zniknęła w korytarzu prowadzącym do wyjścia na ulicę. Jakim cudem moje trefne social security wylądowało w jej plecaku?! W czarnych mundurach, z pałami dyndającymi figlarnie, trzech policjantów zbliżało się powolnym krokiem, 
Amerykańska policja, różni się od Polskiej, bo zwykle nie szuka kłopotów. Aura problemów przenikająca wielokulturowe społeczeństwo, ich skala sprawiają, że nie ma czasu na kreatywne wypełnianie nudy. Policja nie czai się na rogatkach wypatrując obiektów rutynowych kontroli i nie kara za przekraczanie jezdni w miejscach nieoznaczonych. Pieszego puszcza się w samopas. Instynkt samozachowawczy, omijając nadgorliwość umysłu zgodnie z prawem natury ograniczy działanie głupoty. Społeczeństwo obywatelskie stworzone przez Amerykanów żyje więc w zgodzie z prostą zasadą: reagować w obliczu realnych zagrożeń. Nie wpierdalać się bez powodu! W swojej pracy tamtejsi stróże prawa wydają się nawiązywać do tej prostej formuły.
- Policja! - na moich oczach dokonywał się cud rezurekcji. Paluch gramolił się na ławkę demonstrując groteskowe oblicze trzeźwości. Panicznie bał się policji. 
– Mam! – oznajmił głos tego, co mnie od tyłu po kieszeniach macał. 
– Odwrócić się! Oprzeć ręce o ścianę! Rozstawić nogi!
Fizyczne doświadczenie procedury zakuwania w kajdanki mieszało się ze zdumieniem wymalowanym na mojej twarzy. Musiało przyjmować formę niemego zapytania, bo głos pozbawiony poczucia humoru położył kres wszelkim rozterkom, obwieszczając, że procedura aresztowania właśnie dobiega końca. - Idziesz do pierdla, bo jesteś dupkiem! 
W kajdankach, w asyście trzech policjantów stałem w środku nocy na pustym peronie. Oczekując na pociąg do Nowego Jorku próbowałem zrozumieć co się z nami stało. Nie oszczędziła mnie ciekawość, co z nami będzie. Ignorując torebkę z paleniem schowaną w lewej kieszeni postawiłem na nietykalność osobistą. Miałem przecież czas cisnąć ją pod koła pociągu. W owym czasie nie wiedziałem nic o domniemaniu przestępstwa. Kołysania pustych wagonów wybudzały we mnie senne omamy.  
Posterunek w Jersey City wyglądał znajomo. Spory ruch pomimo późnej pory, turkoczące ekspresy do kawy i znużeni robotą protokolanci z bronią u pasa. Perspektywa, z której przyglądałem się procedurze pobierania odcisków palców była dla mnie jednak zupełną nowością. Umysł miałem otępiały. Wypalona trawa pobudzała do nieanalitycznego odbioru bodźców, wypróżniała z podejrzliwości. Na komendę "uśmiech!" obdarzyłem gliniarza uśmiechem, pozwalając kliszy utrwalić obraz twarzy wykrzywionej w naiwnym grymasie. Powyciągaliśmy z butów sznurówki, zawartość kieszeni przełożyliśmy do plastikowych worków. Drzwi policyjnego aresztu, przypominającego wolnostojącą klatkę, zatrzasnęły się chybocząc. Przez uchylające się w kratach ktoś podał słuchawkę telefonu.
– Asia! Pakuj sprzęt i płyty! Wyrzuć wszystkie lufki!!!! Wracamy do Polski – lękliwy duch wytrawnego kolekcjonera płyt podszeptywał Paluchowi najistotniejszą w naszym położeniu kolejność przekazywania informacji. Noc spędziliśmy w potokach światła, wyrywani z półsnu rytmem nocnych interwencji i aresztowań. Siedząc w kucki na stalowym siedzisku, wsłuchiwałem się w szczek policyjnych krótkofalówek. Medytowałem nad losem dziwek doprowadzanych przez kolejne patrole, nad dolą drobnych przestępców takich jak my. Celę opuściliśmy nad ranem. Filip kpił z nas przez całą drogę.  
Poziom pobłażliwości amerykańskiego sądownictwa zależy od prawa stanowego. Zrozumiałem to kilka tygodni później w sądzie miasta Harrison na spotkaniu z obrońcą z urzędu. Wyjaśnił mi w najprostszych słowach, że korzystniej byłoby, gdyby do aresztowania doszło w stanie Nowy York. Tam skończyłoby się na upomnieniu. Tu, w New Jersey, czekała mnie studolarowa grzywna. Musiałem tylko przyznać się do winy.
Podczas rozprawy sprawy szybko nabrały tempa. 
– Czy oskarżony przyznaje się do winy?
– Yes, Your Honor! – zapamiętana z filmów formuła odpowiedzi na to niecodzienne pytanie nareszcie się przydawała. Z monologu, który uznałem za mowę obronną nie zrozumiałem nic. 
- Czterysta dolarów grzywny i praca na rzecz miasta Harrison! Uderzenie sędziowskiego młotka przypieczętowało wyrok, gdy prawda o wiarygodności bezpłatnych porad prawnych wciąż jeszcze rozwierała przede mną swe żarłoczne uda.

środa, 4 kwietnia 2018

0. Jedwabnym Szlakiem na Borneo (prolog)

1.
03.04.2018
Pod pancerną budką jednoosobowej strażnicy oczekujący zaczynają zbierać się na długo przed świtem. Z każdą minutą jest ich coraz więcej. Jedni siedzą w kuckach, inni stoją. Ten pali, tamtemu ekran telefonu twarz rozświetla. Nikt się nie porusza. Nikt ze sobą nie rozmawia. O czwartej rano w Sajgonie jest ciemno. Uliczne latarnie gdzieniegdzie jarzą się bladożółtym światłem. Czasem w mroku silnik starego motoru omiecie fasady ciasno poupychanych domów wachlarzem miękkiego turkotu. Powietrze jeszcze przez jakiś czas będzie rześkie. Obojętni jak martwe ramiona kamer umocowanych ponad drzwiami budynku bez okien, faceci w zielonych mundurach odliczają minuty dopiero co rozpoczętej służby. Wysłużony karabin dynda na ramieniu pulchnego strażnika o twarzy rozpieszczanego dziecka. Na wąskim chodniku, pod murem i budką trwają przygotowania do nowej odsłony jedynego spektaklu w tej części dzielnicy. Przedstawienie pod chińskim konsulatem za chwilę się rozpocznie.
Koło szóstej, podganiane energią słońca wznoszącego się jakby w pośpiechu, sprawy w końcu nabierają tempa. Ruch uliczny zdążył już stężeć, a kolejka zamiast się wydłużać, grubnie. Pomarszczony facet w bejsbolówce, starszy gość w sandałach i sportowej kurtce, ten mały, krępy z blizną na twarzy i tamten, co tak głośno mówi, kręcą się tu od kiedy przyszedłem. Wtedy było nas ze dwadzieścia osób. Widzę teraz jak co chwila stawiają mi przed nosem kogoś nowego. Pojawiły się też baby z agencji turystycznych. Raz po raz popychają zbaraniałych klientów bliżej czoła kolejki. Koło ósmej zaczyna się rejestracja. Wzorem innych wymachuję paszportem przed oczami strażnika, wyciągając lewe ramię w błagalnym geście człowieka dotkniętego klęską głodu. Już trzeci raz tu jestemPryszczaty chłopak w mundurze nieśpiesznie przypatruje się dokumentom i wybiera kilkanaście sztuk zgodnie z jakąś logiką zrozumiałą tylko sobie. Gdy zapisze nazwiska w przybrudzonym notatniku, wywołani będą mogli przejść pod ścianę po drugiej stronie chodnika. O ósmej trzydzieści otwierają się drzwi budynku bez okien. Na widok odźwiernego ciecia w błękitnej koszuli zniecierpliwiona grupa wybrańców, jak koń ostrogą dźgnięta, podrywa się gotowa przeć na oślep. Pod samymi drzwiami zdążył już wyrosnąć konkurencyjny ogonek. To Chińczycy domagają się pierwszeństwa przed obywatelami innych krajów. Jest dziewiąta trzydzieści. Wzdłuż ściany, w zawiniętym potrójnie wężyku czeka w bezruchu z siedemdziesiąt dusz. Pod budką strażnika, w piekącym słońcu smaży się kolejna setka. Nie drgnęliśmy od godziny. Młoda kobieta o poczerniałych zębach i cerze pomarszczonej od pracy w polu, ta, co jeszcze przed chwilą stała za mną, przeciska się w stronę czoła kolejki. Nikt nie protestuje. Co odważniejsi idą w jej ślady. Wnioski można składać jeszcze przez godzinę. Pod drzwiami wybucha kłótnia. Strażnicy odmawiają pierwszeństwa Chińczykom. Cieć za namową tego z karabinem wpuszcza kilka ciężarnych kobiet i posiwiałego Koreańczyka. Grupa pod budką wciąż stoi w nadziei, że nagle wszystko nabierze tempa. Młody Chińczyk próbuje dostać się do środka. Strażnicy odpychają go coraz śmielej, lecz ten lekkim łukiem powraca jak bumerang. W końcu dzwoni ze skargą. Naburmuszony pracownik konsulatu natychmiast zjawia się z pomocą i tonem zastępcy komendanta garnizonu wykrzykuje w stronę wietnamskich strażników sylaby kąśliwych reprymend. Marszczą się i maleją w oczach, a oczekująca pod drzwiami grupka Chińczyków wślizguje się do środka. Jest za pięć jedenasta. Stoję już z czystej ciekawości. Wietnamczyków też wyraźnie pochłania wyczekiwanie na ostateczną sensację. Z nieazjatycką punktualnością cieć zamyka drzwi przed nosem walecznie stłoczonej czołówki, podczas gdy otępiały od słońca tłumek powoli rozpływa się w upale podzwrotnikowego nieba.

sobota, 17 lutego 2018

Wietnam 17.02.2018: Brat z Ameryki

Pod domem przy stole siedzi pięciu w lnianych kitlach. Przystaję i zaglądam w głąb otwartej wnęki. Ten w okularach pyta czy chcę robić zdjęcia. Odpowiadam, że chcę patrzyć. Po mojej lewicy siedzi jego starszy brat. Podsuwają mi krzesło. Ktoś od razu polewa herbaty. Ktoś inny stawia przede mną butelkę wody. Okularnik ma sześćdziesiąt sześć lat i pochodzi z północy. Francuskiego nauczył się w szkole. Żartujemy. Z wnętrza niewielkiej salki patrzy na nas portret mężczyzny o szeroko rozstawionych, wąskich oczach, sumiastych, pociągłych ustach i płaskim trójkącie olbrzymiego nosa. W głębi kręci się młodziutki grabarz. Pogrzeb. Syn zmarłego podchodzi do ołtarzyka z wizerunkiem ojca, poprawia kitel i ustanawia pogodny wyraz twarzy. Robię mu zdjęcie i zbliżam się do trumny. Drewniane wieko jest otwarte. Spod plastikowej pokrywy wyłania się pożółkła twarz stuletniego nieboszczyka. Z lekko otwartych ust sterczą powykrzywiane zęby. Poczerniały już i pełno w nich dziur. Gospodarz stypy uśmiecha się a ja nie czuję grobowej powagi. Nie ma szeptów, łkań i lamentów. Ktoś śmieje się w głos. To żałobnicy żartują przy stole. Jakaś kobieta krząta się w tę i we w tę, a wnękę kaplicy wypełnia uliczny gwar. Maszerujący za trumną machali już kiedyś wesoło wykrzykując w moją stronę. 
- Hello!!! - jeden przez drugiego.
Facet w okularach tłumaczy jak należy zwłoki chronić przed rozkładem. Będą tak leżeć jeszcze pięć dni. Obyczaj? - Czekają, na przyjazd brata z Ameryki - tłumaczy okularnik w żałobnym kitlu.


Na ziemi walają się karty. Leży trochę pieniędzy. Kobieta w złotej kolczudze wiedzie prym wśród tych pobudzonych, nadaje rytm grze. Ale to stara w bransoletkach wygląda na szefową, gdy tak ściska w dłoni ten plik pięćsetek. Inkasuje, rozmienia, czasem sama zagra. Babka w piżamie i plażowym kapeluszu podsuwa mi pod nos kupony na loterię. Łasi się przy tym do starej. Może chociaż ta da zarobić. Ktoś przed chwilą przyniósł gorącą zupę. Strzelisty cinkciarz siorbie teraz przygięty nad miską. Siadam na schodach, pod drzwiami, w kręgu. Pytam w co grają.
Wietnamski poker! - tłumaczy Kobieta w złotej kolczudze. Na ziemi, pomiędzy jej nogami leży gruby portfel. Na tej ulicy grywa się grubiej.


środa, 24 stycznia 2018

Portrety: Dom w kamieniu

Robert nie dba o piniądz, bo dużo go stracił, choć nieźle się obłowił. Czarną Tęgą w Ameryce kręcił przez granicę, aż od tej gonitwy sprzecznej, grzecznie w budowlankę ruszył. Tam też się odnowił.

Twarzy o tak rozwodnionym pochodzeniu nie da się na oko przyporządkować do dwóch konkretnych ras. Robert to pół-Japończyk i pół-Amerykanin. Ma śniadą skórę, żółto-siwe włosy, sumiaste brwi i pobielałe paznokcie-ozdoba wąskich dłoni pokrytych gładką, pergaminową skórą. 
Pięć lat temu przeszczepiono mu młodsze organy. Nerkę mężczyzny i wątrobę kobiety po wypadkach. Podczas pierwszego po przerwie wyjścia na samodzielne siku przyłapał się na kucaniu. Leki, żeby mu się nie sprzeciwiło, odstawia na dwa tygodnie przed randką. Nie wykluczamy, że w jego nowej wątrobie, jak w kamieniu dżinn, gnieździ się czyjaś podświadomość.