niedziela, 12 października 2014

Cyklop

   W sobotę też przychodzą maile. Marcus usłyszał od Andreasa, że śpiewam i to dziwnie rzeczy. Czy mogę za dwa dni pojawić się na dwa tygodnie w Szwajcarii? Jasne! Rozmawiamy, nagrywam próbki i wysyłam mailem. Znowu rozmawiamy i jadę. Taksówką w nocy do Balic, samoltem do Zurychu. Na lotnisku odbiera mnie Stefan. Mentalność i sylwetka sportowca. Po drodze dużo się śmiejemy. Zahaczmy o biuro. W Zurychu pada deszcz. Dopiero tu dogadujemy szczegóły kontraktu. Przez dziesięć wieczorów będę pracownikiem cyrku z Bazylei. 
    Od dziś mieszkam w hotelu, a do pracy jeżdżę hotelowym rowerem. Mam zastąpić wokalistę, który współtworzył spektakl. Markus oczekuje, że w ciągu dwóch dni odnajdę się w półtoragodzinnym przedstawieniu podzielonym na dwadzieścia pięć odsłon ilustrowanych muzyką z elementami improwizacji. Pierwsze dwa dni mijają na próbach. Nie mam nawet ochoty przyglądać się Szwajcarii, w której nigdy nie byłem. Wszyscy są mili i kibicują moim wysiłkom. W końcu skoczyłem w sam środek sezonu, bez zastanowienia. Pierwszy spektakl gram dwa dni po przylocie. Na widowni, pod gołym niebem około pięćset osób, w środę. 
   Zabawa zaczyna się tuż przed zachodem słońca. Naturalne światło w tempie zapadającego zmroku oddaje pierwszeństwo reflektorom. Rozjaśniają scenę, w której centrum widnieje stalowa konstrukcja. Ten szkielet głowy cyklopa jest głównym rekwizytem surrealistycznego przedstawienia. Subtelna audio elektronika ilustruje całą tę akrobatyczną bieganinę. Aktorzy-tancerze na oczach widzów instalują elementy twarzy gigantycznego potwora. Policzki pokrywa skóra. Pojawia się ucho, a w nim Bene, grający na perkusji w makijażu na wzór wojów Williama Wallace'a. Pojawia się też oko i usta. Gdy te zaczynają się poruszać, zwisając z ramienia niewidzialnego wysięgnika, z głośników dobiega mój głos. To cyklop wydaje swe pierwsze dźwięki. Śpiewa swoją pierwszą balladę.

czwartek, 9 października 2014

Niebezpieczeństwo, niebezpieczeństwo!

- Karnas!
Głos mężczyzny, który nie rozumie, co to sprzeciw, wytrąca mnie z oczekiwania. Tempo kolejki do odprawy wizowej mierzone jest wnikliwością zadawanych pytań. Ja słyszę już tylko polecenia. Wypełniam fromularz imigracyjny. Gość niemal wyrywa mi z ręki długopis. Moje pobudzenie rozmija się z jego wyobrażeniem standardu spolegliwego podążania za tonem rozkazującym.
-Nazywam się Pan H.
-A ja nazywam się Pan K.
Znika gdzieś z moim paszportem i po chwili wraca. Zachowuje się retorycznie, więc poprostu biegnę w jego ślady. Patrzę jak wita się po drodze z karabinowymi. Obcałowują się, ściskają i śmieją. Ta cała atmosfera odwzajemniania pochlebstw w oddziałach władzy wykonawczej, którą tutaj sprawuje armia... Podjeżdża samochód. Pan Huda zagania mnie do wnętrza. Policjant na motorze toruje nam drogę przez zatłoczone ulice przedmieść stolicy. Czuję się oficjalnie.
- W hotelu wszystko ci wyjaśnią - kierowca umywa ręce od dalszych wyjaśnień. Przed hotelem dwa samochody policyjne i betonowa bariera z kolcami. Już się osuwa w dół. Wejścia do lobby strzeże pracownik obsługujący rentgen na bagaże. Na piętro wspinam się po schodach. W pokoju zimno jak w chłodni. Algieria!
   Fajnie, ale minbusem na próbę, minibusem do do hotelu. Tu za późno na kawę w centrum, tam lepiej się zatrzymywać. Chcę w końcu wyrwać się organizatorom. A bo po co? A niby gdzie? Nesrin w końcu się poddaje. Zostawia mnie przed kawiarnią, przy stoliku pod okapem. 
   Już któryś raz siedzę w tej samej knajpie. Dziś w poszukiwaniu toalety trafiam do piwnicy. Facet stoi przy jedynym pisuarze i obmywa sobie wodą z plastikowej butelki. Pomieszczenie jest niewielkie. Nawet szczyna inaczej tu wonia. Sfermentowana, słodka. Na wprost schodów zieje oczodół ościeżnicy pozbawionej drzwi. Czarnoskóry gość patrzy na mnie rozespanym wzrokiem. Łóżek jest kilka. Do pracy piętro wyżej kelnerzy wychodzą przez toaletę.
    Dopijam trzecią herbatę z miętą i ruszam. Byle dalej od portu. Cynkowa biel budowli i ażurowy błękit balkonowych balustrad-poplamione dowody upadku, wiary w to, że istnieje zewnętrzna siła, która utrzyma Afrykę w pionie, widać na każdym kroku. Wielopiętrowe zabytki puszą się wśród śmieci, otulone zapachem zgnilizny. Europejczyków nie widać. Festiwalowi goście poruszają się w autobusach, pomiędzy hotelami a salą koncertową, pośród stałych elementów wpisanych w krajobraz miasta - Policji i śmieci. Ta pierwsza ustanawia chwiejny autorytet przy pomocy karabinów, za to śmieci są jak Chiny. Nie da się ich powstrzymać.
 Wspinaczka w stronę Kasby ujawnia gruzowiska podwórek, a na nich dzieci grające w piłkę, restauracje ciasne i lepkie okupowane przez podstarzałych karciarzy. Za to zniknęli spekulanci szemrający swoje oferty.
- Niebezpieczeństwo, niebezpieczeństwo! - ostrzega gość, widząc telefon w mojej dłoni. Gdzie ono jest? Podbiegnie? Chodzę ulicami już parę godzin, ale nikt nie zagaduje. Czuję się jak jedyny turysta w mieście. 
   Zataczam koło i docieram na dworzec kolejowy. Właśnie trwa bójka. Oszalały pracownik kolei szuka w popłochu jakiegoś narzędzia. Chce zdzielić gościa, który już dawno wycofał się z kłótni. Jestem gotowy opuścić to miasto, które w zaledwie pięć dni zdołało mnie odrzucić, zafascynować i znudzić. Biorę taksówkę. Droga powrotna do hotelu zajmuje mi prawie godzinę, a i tak czuję, że to centrum.
   Wyjazd do Tipazy przynosi upał i błękit nieba. Zniknęły śmiecie i smog. Teraz już tylko pary pochowane w zaroślach porastających rzymskie ruiny, wiatr od morza czeszący niewidzialnym grzebieniem przybrzeżne niskopnie i ta otwarta przestrzeń. Błękity, suche zielenie i jeszcze bardziej wysuszone brązy. Myślę o wyjeździe głąb kraju, choć owoce morza smakują tu bosko.
   O siódmej rano na peronie pustki. Jestem jedynym klientem przy kasie. Pierwsza klasa? Po co? Chcę zobaczyć, jak jeździ się w drugiej. Pociąg ma poszycie z potłuczonej, karbowanej blachy. Idę korytarzami czterech wagonów, których okna pootwierane są na oścież. Siedzenia pokrywa warstwa piaskowego pyłu. Kupuję bilet na pierwszą. 
  Ruszmy o czasie. Mijamy podmiejskie stacje, na których tłoczą się Algierczycy. Czekają na swoją kolej pośród powygryzanego betonu, zardzewiałych prętów i plastikowych śmieci. Tu dzielnice przypominają porzucony plac budowy. Zmęczenie nie pozwala mi czuwać przy oknie. Budzę się na chwilę gdzieś w górach. Palę dla otrzeźwienia przy otwartych drzwiach kołyszącego się wagonu. Ktoś zagaduje, reszta obserwuje. W wagonie restauracyjnym czyha samotny barman. 
   Do Konstantyny wtaczamy się z prawie trzygodzinnym opóźnieniem. Wał kolejowy pełen jest dzieci. Witają nas gradem kamieni. Przed stacja sznur samochodów. Korek zdążył sparaliżować miasto. Do hotelu przedzieram się taksówką. Pośród gruzowisk i szkieletów żelbetonowych konstrukcji, dwa kilometry robimy w pól godziny. 
   Ibis jak ibis - łóżko, telewizor, okno, łazienka. Po wodę trzeba zejść do baru. Ruszam w miasto w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Obchodzę centrum, ale pora jakiś trefna, bo wszystko pozamykane. W pustej restauracji zamawiam owczą głowę. Słona i śmierdzi, więc przegrywam oliwkami i bułką. Mięsa na niej niewiele. Próbuję zjeść oko.
   Tuż obok mostu nad przepaścią dzieci wykrzykują coś w moją stronę. Słyszę jak za plecami rozpryskują się butelki. Nad krawędź urwiska brodzę w szklanych łupinach. Jakiś facet przygląda mi się z daleka. Portfel wciśnął sobie pod tiszert a na głowie globtrotterski kapelusz. Joël jest prawnikiem z Francji. Po pięćdziesiątce. Zdecydowanie woli towarzystwo chłopców. Ruszam na most, klikam parę zdjęć, robię skręta. To zawsze wzbudza zainteresowanie. Porozumiewawcze uśmiechy i prośby o bucha. Jakiś chłopak zatrzymuje się i w nabierającym tempa arabskim monologu instruuje mnie, że palenie haszyszu jest w Algierii zakazane. Brzmi stanowczo i poważnie. Joël nadbiega z odsieczą jak rycerz. Odpowiedź po arabsku zamyka chłopakowi usta.
  Tutejsza Kasba daje swoim biedakom widok. Rudery wiszą nad urwiskiem, na dnie którego płynie rzeka. Wspinam się powoli drogą do centrum, a obok mnie zatrzymuje się stary Peugeot. Kierowca macha w moją stronę. Zaprasza do środka. To Joël. Za dwadzieścia euro na dobę, od tygodnia tłucze się po Algierii w wynajętym gruchocie. Najchętniej nocą. Nic, co przeczytałem i usłyszałem o bezpieczeństwie w tym kraju nie trzyma się kupy. 
   Żeby dotrzeć do jednego z mostów, kluczymy wyboistymi zaułkami. Parkujemy w zatoczce, tuż za tunelem wydrążonym w litej skale. Na murku sięgającym kolan siedzą z wywieszonymi nogami Algierczycy. Pod ich stopami kilkuset metrowa przepaść. Jakieś grupy piknikują na kamieniach wyrastających z pionowej ściany po drugiej stronie urwiska. Skradam się do krawędzi, żeby zerknąć w rozpadlinę. Jeden z nich przeskakuje przez murek i staje nad przepaścią. Waży grubo ponad sto kilo. Ci ludzie nie boją się wysokości.
   Do Algieru wracam taksówką. Stolica nie jest miejscem, gdzie chcę się luzować. Przechadzka z Darią wzbudza zainteresowanie miejscowych. Długo zajmuje nam marsz po kebab, a potem poszukiwanie miejsca, gdzie w spokoju można go pogryźć. Siadamy na rurkach jakiejś balustrady. Rozmowa się snuje, ale miejsce nie daje spokoju. Starszy gość w poplamionej galabiji znowu ostrzega nas przed nie wiadomo czym. Trudno tu o niezachwianą pewność, czy aby granica, poza którą już tylko łzy i wywiad do kamery w towarzystwie dwóch zamaskowanych wyznawców religijnej rewolucji, nie została już przekroczona.
   Do hotelu biorę taksówkę. Kierowca ledwo mieści się za kierownicą. Nie chce zejść z ceny. Ma przecież chusteczki. Mogę też skorzystać z jego dezodorantu i przegryźć gumą do żucia. Biorę gumę. Zatwardzenie na ulicach miasta dopiero wieczorami reguluje się w bezbolesny przepływ samochodowej masy. Taksówkarze są zmęczeni. Ten też pracuje po szesnaście godzin. Chłodniejsze powietrze i szybka jazda przy otwartych oknach sprzyjają milczeniu...

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

14. Cztery Pory w Raju: Dymanie żab

Klimat kontynentu amerykańskiego, tam gdzie Nowy Jork, oferuje szeroką amplitudę wrażeń w interwale pomiędzy szczytem wilgotnego i gorącego lata, a dnem śnieżno-mroźnej zimy, nie jest moim ulubieńcem. Grudniowe zawieruchy nastały już początkiem miesiąca. Nonszalancką kreską malowały obraz świata zgrzytającego w mroźnym uścisku. 
Topografię komuny miałem w jednym palcu. Po tygodniach przeczesywania jej zakamarków w poszukiwaniu pomysłów na przetrwanie, wiedziałem gdzie szukać wełnianego płaszcza, sięgającego za kolana, jesiennych butów z kłapiącą podeszwą, nieporęcznie grubego szalika i wełnianej czapki pilotki. Rękawiczki, kupiłem jeszcze w lecie, dla jaj. Bezcelowość tego zakupu nagle nabrała praktycznego wymiaru… Poowijany jak katorżnik przemykałem ulicami Harrison. Wyziębione sapały, podniecone nadejściem przedwczesnej zimy. Stację przesiadkową na Manhattanie miałem już przerobioną. Na Queens chciałem dotrzeć przed czasem. 
Od ulicy wiał przenikliwy wiatr. W przewiewnym sweterku i czapce pilotce stałem przed stertą cegieł. Źle się ubrałem do roboty na mrozie... Z dwupiętrowego ceglanego domu dobiegały dźwięki młotkowania. To chłopy obstukiwały ściany, grzejąc się w środku przy gazowych dmuchawach. Choć służbę w czołgu i życie na kompanii znałem tylko z opowieści, charakter pracy na budowie nie pozostawiał wątpliwości. Koty na start do chujowej roboty! Smołowanie sufitu i ścian zabudowanej rurami piwnicy zajęło mi kolejne dwie dniówki. Czarne gluty we włosach, którym kąpiel nie dawała rady, nosiłem jak dredy wyrolowane na hebanowym gównie. 
Robota na budowie jest najgorsza! Nie dlatego, że jest wyjątkowo ciężka. Nie. To ten permanentny chaos, który paraliżuje motywacje. O ile do syfu przyzwyczajam się szybko, to brak zauważalnych postępów w pracy zawsze przysparza mi dodatkowych cierpień. W otoczeniu, nad którego transformacją pracowaliśmy zespołowo tygodniami, tak naprawdę nic się nie zmieniało. Pierwsze dni mijały na ustalaniu zakresu moich obowiązków, w szarpaninach konfrontacji, które i tak ustawiły mnie na dnie hierarchii pomagierów, fachowców i majstrów - chłopów spod Tarnowa, warszawskich taksówkarzy, Górali i ginekologa. Każdy chciał mnie czegoś uczyć. Mietek pokazał mi jak sozem przycinać plajłuty i co się robi z tubajforów, a Kazek wziął mnie na praktykę przy sitrakach. 
- Tak wyznaczasz prostą czoklajnem, a tak przycinasz jiksą. 
Z podziałki metrycznej na kłoderincze, incze i stopy i tak już przesiadłem się w fabryce.
Harmonia powracała do mojego mikroświata, w miarę jak integrowałem się z syzyfową naturą nowego zajęcia. Powrót do życia z dala od podstawowych egzystencjalnych trosk był na wyciągnięcie ręki. Na budowie otaczali mnie teraz ojcowie starszych ode mnie dzieci, dziadkowie dorastających wnucząt, którzy z dnia na dzień stawali się moimi kumplami. Rysiek gadał o Mielcu, a ja o jazzie.
– Student! Nie opierdalaj się, tylko podaj tam śrubokręt z parapetu… 
Rutyna nadeszła szybko. Tu można było zapalić, a tam posiedzieć, żeby nikt nie widział. Bos od razu załapał, że angielski z całej brygady kumam tylko ja. Tak zaczęły się wypady na zakupy w czasie pracy. Choć sporadyczne, uwalniały od ciasnoty i pożółkłego światła, od szorstkich dźwięków i linearnych myśli. W ciszy czystego samochodu tak łatwo jest płynąć nieznanymi ulicami, w przepoconych ciuchach, z trocinami we włosach. Szef w kalkulacyjnej zadumie, od której zamiera ruch gałki ocznej, ja w upojnej pół-hipnozie, niedospany, szczęśliwy, że to inni gną się nad moją robotą. Dziurawymi ulicami Queensu wyjeżdżaliśmy gdzieś poza miasto, a ceglane dwupiętrowce z wolna ustępowały miejsca co raz to większym połaciom zieleni... 
Komuna przy Frank Rodgers Blvd. miała w grudniu już tylko pięciu stałych lokatorów. Ania i Filip dawno wyjechali. Tadek żyjąc trybem, co nie wadzi nikomu, jak większość mieszkańców komuny, pracował, jadł, oglądał telewizję i spał. Marek przyjeżdżał na weekendy. Spragniony towarzystwa snuł opowieści o dziadku, podszyte goryczą, pełne samarytańskich spostrzeżeń harcerza, który został pielęgniarzem z konieczności. Marek nie obnosił się ze swoimi rozterkami. Wychowany w tradycji studenckich wypadów w góry, rejsów z jachtklubu, potrafił radzić sobie z samotnością, a towarzystwo traktował jak okazję do zabawy. Zbyszek był najstarszy z nas, pełen dystansu wyrażanego przedłużającym się aktem zdziwienia. Jego podpierana długą szyją głowa przemieszczała się we wszystkich kierunkach, w granicach wyznaczonych przez fizjologię kręgów, podczas gdy opuszczona broda, z na wpół rozwartymi ustami, niemal ocierała się o jego mostek. Marszczył przy tym twarz, a jego badawcze spojrzenie zza grubaśnych szkieł sygnalizowało, iż ciąg buforowych zachowań, dzięki którym realizuje się w roli żywej antytezy pochopnych osądów właśnie został zainicjowany. 
Kuchnia stanowiła centrum życia publicznego na Frank Rodgers. Spora lodówka, stół, telefon na długim kablu i stary telewizor, który urozmaicał czas darmowymi seansami sitcomów łapanych z anteny. No bo co robić po robocie? Chwila rytualnych ablucji i posiłek pochłaniany łapczywie. Popołudnia przechodziły w wieczory, podczas których, zebrani przy stole, ubijaliśmy pianę ze spraw błahych. Tylko Andrzej, zżerany marzeniami o zielonej karcie, wydeptywał rynienkę w kuchennej podłodze. Przyspieszony krok i te wybałuszone niedowierzaniem oczy, te same od lat utyskiwania na szefa, że niby w końcu pomoże mu załatwić papieryZ nudów, z przekory podsycałem jego demony, a on śmiał się jak opętaniec. Nie był w stanie się bronić. W głębi duszy nienawidził mnie tą samą nienawiścią, którą żywił do szefa. Uwierał go kaganiec spolegliwości, na którą musiał się zgodzić, ale przecież chodziło o sprowadzenie rodziny do Stanów. Mimo to pastwiłem się nad nim z sadystyczną rozkoszą osiedlowych gówniarzy, dręczących żaby przy cegielnianych sadzawkach. Nadymane przez słomkę wciśniętą w dupę, dryfowały po wodzie jak liście popychane podmuchami jesiennego powietrza. Machały nieudolnie łapkami, próbując przywrócić zniekształconemu ciału bezpowrotnie utraconą manewrowość. Biernie się temu przyglądałem. Ciekawość jest przecież silniejsza od pogardy dla sadyzmu. 
Teraz ja dręczyłem Andrzeja, choć widziałem jak go rozdyma...

wtorek, 29 lipca 2014

Liberace

 Kino to ucieczka z własnej rzeczywistości w cudze marzenia. Źródło tymczasowych zmian w lepszego człowieka. Wypełniacz okresów bezczynności. Gdy te nastają, do oglądania podchodzę przekrojowo. Przeczesuję filmografie aktorów, reżyserów, scenarzystów-tych od kina poważnego i tych od rozrywki. Rzucam się na historie oparte na faktach lub na czyściutkie biografie. W okresach bierności, wręcz wyręczam się kinem. Faktualizowane fabuły wypełniają plamy na mapach mojej niewiedzy. Coco Chanel, Gandhi, Ostatni Król Szkocji, Lista Schindlera, Aviator, Skandalista Larry Flint, Upadek, Tudorowie... Pośród filmów o losach muzyków (Niczego nie żałuję, Cadillac Records, Ray, Control, The Doors) specjalną kategorię tworzą już filmy o wirtuozach fortepianu. Po Amadeuszu, Blasku i Pianiście pojawił się Wielki Liberace. Reżyser Steven Soderbergh, twórca oskarowego hitu Erin Brockovich, snuje tym razem opowieść o starczych perypetiach supernowej fortepianowego kiczu, otwierając przed widzem podwoje prywatnej rezydencji przerysowanego showmana z Las Vegas. 
   Liberace to dziesiątki milionów sprzedanych płyt i rozpoznawalność na miarę Presley'a. Złote dziecko amerykańskiego szołbiznesu, uosabiające wszystko to, czym dawała się uwodzić powojenna Ameryka. Szarmancki wirtuoz w smokingu. Archetypiczny maż, zięć i kochanek. Gwiazdor telewizyjny monolitu białych, chrześcijańskich konsumentów, rozkochanych w tytoniu i whiskey z lodem. Zakładnik konserwatyzmu uwikłanego w tradycyjne wartości - Boga i rodzinę,  skrzętnie ukrywający swój ekstrawagancki homoseksualizm. 
    Twórca filmu postanawia zagrać na nosie fanom legendy wielkiego Liberace.  Oto oznajmia wiernym, że świeżo upieczony święty kościoła, to złodziej i wszetecznik, i w dodatku są na to dowody. Kojarzony z ultraheteroseksualnych ról Michael Douglas, przekornie wciela się w rolę pianisty. Na planie partneruje mu Matt Damon, który o portretowanie kryptopederasty otarł się już w Utalentowanym panu Ripley. Pikantny obraz życia gejowskiej pary, wykreowany przez ten oskarowy tandem, wciąga jak słuchanie plotek, bo i aktorstwo, z perspektywy heterowidza, jest niewiarygodnie wiarygodne. 
   Steven Soderbergh w jednym z wywiadów zapowiedział, drżąc z rozgoryczenia, że Wielki Liberace to ostatni film w jego reżyserii. Produkcję wykluczono z dystrybucji w amerykańskich kinach, więc i popis Douglasa stracił szansę na oskarową nominację. Dla tak cudacznej kody, zwieńczającej wielką karierę reżyserską, lubię stracić czas!

niedziela, 27 lipca 2014

Hedonistyczny prysznic

  Zapomniałem, więc szybko do urzędu miasta. Jest siódma trzydzieści. Budynek jest pusty. Siadam i patrzę jak schodzą się urzędnicy. Składają podpisy na listach obecności i w milczeniu rozchodzą się do swoich obowiązków. Załatwiam, co trzeba i biegnę na dworzec. Autobus się spóźnia i do tego nie ma gdzie usiąść. Czekam na następny. Nabity nawet nie zajeżdża na przystanek. Do Katowic docieram tym trzecim, więc do przesiadki na lotnisko czasu jest niewiele. Tam za to samolot się opóźnienia. W ogóle cała ta podróż ułożona jest jak jakieś mroczne domino. Sypie się jeden element, sypie się wszystko. A więc z Malme busem, na który bilety dostępne są tylko w przedsprzedaży, muszę dojechać do Kopenhagi, żeby zdążyć na pociąg do Środkowej Jutlandii. Przymusową pauzę w podróży spędzam na pogaduchach z Adamem i Korą. Mieszkają w Danii i już nie wracają. Adam jest zachwycony nową ojczyzną. Trudno mu znaleźć jakieś negatywy. No może drogie samochody i słabe jedzenie. Za to Dania to system udogodnień. Kolejny kapitalistyczny socjalizm, który drakońskimi podatkami niweczy marzenia o bogactwie, definiując, że życie na wysokim poziomie, może być wystarczającym źródłem satysfakcji. Polacy, których spotykam w Danii peanują swojej nowej ojczyźnie, w której rowery zostawia się bez opieki pod ścianami czy na parkowiskach. Wychwalają duński social i udogodnienia wyrażające szacunek systemu dla wszystkich, który nabyli prawo bycia jego częścią. 
- Jak pociąg spóźnia się dwadzieścia minut, to możesz wziąć taksówkę na koszt kolei.
  Pogoda w Szwecji jest bajkowa - dwadzieścia dwa stopnie i obłoczki. Wąsaty Polak nagania klientów w kierunku busa zaparkowanego przed halą jedynego terminalu. Potrzebuję szwedzkich koron, ale bankomat nie chce połknąć karty.
- Odwrotnie się tu wsadza - tłumaczy po polsku głos za plecami.
Czekamy jeszcze na kilku pasażerów i ruszamy w drogę. Zajmuję miejsce w przednim rzędzie, obok kierowcy. Mijamy opłotki Malme - niskopiennej pipidówy jakich pełno tam, skąd pochodzę. Kierowca jest kontaktowy. Chętnie opowiada jak rozkręcił biznes. Więc najpierw był most nad cieśniną. Po kilku latach pojawiło się połączenie lotnicze z Polską. Złote czasy nie trwały długo, bo inni też się podłapali, że można tę parę koron wycisnąć. Mariusz - kierowca po pięćdziesiątce, daje nam po kawałku lukrecji i opowiada niestworzone rzeczy o Dunkach. Kto by pomyślał, ale to przecież potomkinie Wikingów. Na kopenhaskim dworcu mam jeszcze czterdzieści minut. Bilety muszę odebrać w szwedzkim automacie. Kod nie działa. Pracownik kolei też głupieje. Rząd cyfr wpisujemy po kilka razy, na różnych terminalach, w końcu idziemy do okienka. Maszynę znów wyręcza człowiek. Szybki starbucks i biegiem na peron. Pociąg odjeżdża do Aarhus, ale wszędzie piszą, że to do Aalborga. Pytam co i jak, ale nikt nic nie wie na pewno. Wszyscy za to wyrażają swój optymizm. Słyszę "Chyba tak" albo "Na pewno wszystko będzie ok"... W końcu ktoś brzmi przekonywająco. Tym razem mam rezerwację. Stoliczek we czwórkę dzielę z babcią i jej wnukami, których spokój wykracza ponad moje pojęcie natury pacholęctwa. Święte dzieci. Częstuję ich sernikiem kupionym pod blokiem. Dzieci podejrzliwie wciskają do ust kawałki ciasta. 
  Do Aarhus przyjeżdzamy o czasie. Eliza czeka już na dworcu. Szuszczy po angielsku i ubezdźwięcznia. Moje uszy rozwierają się na cztery palce. Hotel znajduje się tuż pod dworcem. Eliza wręcza mi moją paczuszkę z programem festiwalu, mapą i t-shirtem, a ja jej bilety i rachunki. Biegnę na chwilę do pokoju i od razu idziemy w miasto, na jakiś koncert. Wstęp jest wolny, za to małe piwko po dwadzieścia parę złotych. Z miejscowym big bandem występuje dzisiaj Wiktoria Tołstoj - krasawica, co śpiewa po amerykańsku i zabawia Duńczyków szwedzką konferansjerką. Publiczność jest spora. Wyrozumiale wsłuchuje się, jak tamta szwargoli po swojemu, a Eliza przedrzeźnia jej wyrazisty akcent.
   Po piwku przychodzi lekkie ssanie. Ruszamy do restauracji. Mamy czas na pogawędki, tym bardziej, że moje vino generuje szybki i nadmierny veritasEliza jest emerytowaną woluntariuszką. Nie pracuje już dla pieniędzy. Wybucha śmiechem, gdy mówię, że Norwegów trudno jest rozśmieszyć. Przed restauracją blokuje koło roweru obręczą z patentowym zamkiem.
- Grasują u nas bandy ze Wschodniej Europy.
Do tej oazy ultrademokratycznej wyrozumiałości, wręcz statutowej empatii, przyjeżdżają po rowery i miedź. Ich łupy lądują w kontenerach, które ciężarówkami wywozi się na Wschód...
Właściciel lokalu uwodzi nas bukietem uprzejmości, dowcipów i pochlebstw. Te ostatnie działają. Eliza szczebiocze pozytywnie zakłopotana i zamawia coś Duńskiego. Na stole ląduje miseczka ziemniaków posypanych koperkiem, sos beszamelowy z jakąś zieleniną i miska boczku krojonego w grube plastry, wysmażonego  na głębokim oleju w olbrzymie skwary. To tak jadają Wikingowie... Eliza wsłuchuje się w moje "co w gębie to z głowy". Sąsiedzi, rodzina, religia, związki, demokracja i reszta tematów spędzających sen z powiek. Ta nieodległa Dania, to inny świat. Znowu czuję się niepogodzonym dzieckiem ludu, który zawsze rości sobie do czegoś pretensje.
- Musisz w końcu opuścić dom rodzinny - kwituje swoim werdyktem Eliza. Póki co opuszczamy restaurację.
  Rano ląduję w biurze festiwalowym. Załatwiam papierkową robotę i idę oglądać panoramę miasta z dachu miejscowego muzeum sztuki. Połacie białych ścian, a na ich tle miniaturowe ekspozycje.
- Tu nowa biblioteka, a tam muzułmańskie getto. Ci ludzie - peroruje Eliza - wychowali się z dala od zasad, które wyznajemy, ale wszystkich trzeba przygarnąć. Dać im czas.
Idealizm... Koń trojański demokracji-prawo większości już opróżnia swoje bebechy. Wyłażą z nich ideologie, które niesione na fali demograficznej arytmetyki ostatecznie przejmą kontrolę nad prawodawstwem.
  Robię kilka zdjęć i krętymi schodami schodzę w dół. Na jednej ze ścian odbywa się projekcja filmu. Można go oglądać stojąc na półpiętrze. Ludzie chodzą w tę i z powrotem. Samotnie wciągam się w akcję. Po chwili dołącza do mnie grupa przedszkolaków pod opieką stonowanego brodacza. Teraz razem przyglądamy się nagiej kobiecie, która stoi w niewidzialnym akwarium. Kąpie się w miodzie lejącym się litrami z sufitu. Gęsta ciecz spływa po jej twarzy, ramionach, piersiach, pośladkach. Puzonowa gęganina ilustruje całe zajście. Dzieci obserwują ten hedonistyczny prysznic w nabożnym milczeniu. Opiekun uśmiecha się i powraca do seansu. Po dwudziestu minutach miód wypełnia prostokąt obrazu, a postać tonie, unosząc się w złocistej cieczy jak upiorny preparat zanurzony w formalinie.
  Koło południa ruszam z Michałem (jednym z trzech z duńskiego składu) w poszukiwaniu jedzenia. Miasto żyje jazzem. Dwieście trzydzieści koncertów w sześć dni to dużo. Wbrew temu, co sądzi się o społeczeństwach starego zachodu, sporo na ulicach wózków. Michał, u progu pierwszego ojcostwa, zachowuje się jak detektor matek z dziećmi.
- Patrz! Tam też wózek!  
Napychamy się w chińskim all you can eat i wracamy do hotelu na chwilę relaksu przed próbą i występem w środku dnia. Gramy w białej sali ze skajlajtem, w podziemiach kolejnego muzeum. W przygotowaniach do koncertów pomagają nam emeryci. Ich łagodność jest obezwładniająca. 
   Reisefieber już drugi raz towarzyszy mi podczas tej podróży. Rano w pustej restauracji hotelowej łykam śniadanie, zawijam w chusteczki coś na drogę i ruszam na dworzec. Pociąg jest odwołany. Następny za trzy kwadranse. Zastanawiam się, którędy do najbliższego postoju taksówek. Na wszelki wypadek pytam kolejarza, jaka jest procedura, jeżeli nie zdążę na samolot
- A skąd ja mam wiedzieć?!...
  Na kopenhaskie lotnisko docieram na dwie minuty przed odjazdem pociągu do Szwecji. Na dworcu w Malme biegam jak poparzony. Nikt nic nie wie. Autobus na lotnisko znajduję w ostatniej chwili. Na szczęście można płacić kartą. Teraz mogę pooglądać centrum przez szybę. Malme w niczym nie przypomina swoich przedmieść, ani tym bardziej ceglanych centrów duńskich miast. Więcej tu tynków i połączenia betonu ze szkłem. Miasto jest piękne, zadbane do bólu. Trochę niepokoi mnie ten ład... 
  Autobus ślimaczy się na maksa. Na lotnisko docieramy w trzy kwadranse, no i biegiem do kontroli bagażowej. Mało tu ludzi i tak głucho. Do odlotu pozostało dwadzieścia pięć minut. Grupa pasażerów udających się do Katowic już waruje w oczekiwaniu na lądowanie samolotu z Polski. Nie wiem, po co to robią. Siadam i marzę o przespanej nocy. Wspominam minione kilkadziesiąt godzin i wiem, że jeszcze nie rozumiem Skandynawii.

wtorek, 1 lipca 2014

Zamknięte Królestwo VI - Romantic 69

Popołudnie w łaźni i kąpiel w lodowatych wodach Morza Żółtego! Sierpniowy pobyt w Dalian dobiega końca. Do Pekinu postanawiam wrócić pociągiem. Jun, mój miejscowy gospodarz, przewodnik i druh odwiedza mnie rano w hotelu. Wparowuje do pokoju z jakimś pudełkiem w ręku i połamaną angielszczyzną wyjaśnia, że to pierogi i to domowej roboty, po czym obejmuje mnie niezdarnie na pożegnanie i znika. Trudno powiedzieć czy kieruje nim serdeczność czy chińskie poczucie obowiązku. Uważa mnie przecież za swojego gościa. Anyway jest miło... Pracownicy recepcji są też tacy uprzejmi.
- Visa? Mei you wenti! - ale problem jest. Płatność nie przechodzi, a czas leci. Argumenty, że mój pociąg za moment odjeżdża nie działają.
- Zapłacę przelewem z Pekinu! 
Recepcjonistka ze spokojem po raz kolejny prosi o pin i daje do zrozumienia, że postoimy tu do skutku. 
Na dworzec wpadam biegiem potrącając stłoczone ciała. 
W Chinach ludzie obijają się o siebie obojętnie. Nikt nikogo nie przeprasza. Tak jest praktyczniej. Szybko przyswajam ten nawyk. Odnalezienie właściwego pociągu zabiera dłuższą chwilę. Nazwę "Pekin" trzeba przecież wyłowić spośród innych krzaków. Na peron wchodzę jak na płytę lotniska, z całą grupą, pod kuratelą mundurowych. Sąsiadujące perony zioną pustką. Służą tylko do wsiadania i wysiadania. Żadnych ławek, tylko beton i szeregi opasłych wagonów. Perspektywa dziesięciogodzinnej podróży na "twardych siedzeniach" zapowiada jakąś formę cierpienia. Szybko znajdujemy swoje miejsca, podczas gdy pasażerów nieustannie przybywa. Jarek to mój towarzysz podróży i kumpel z instytutu orientalistyki doszedł już do siebie po kulinarnej przygodzie w szwedzkim barze przy autostradzie do Yentai. Teraz przy pomocy podręcznego słownika rozczesuje tabliczki informacyjne, których pełno na ścianach wagonu. Ja też dla zabicia czasu wkręcam się w słownik, a Chińczycy dyndają mi nad głową. Stoją cierpliwie, wręcz pokornie. Jeszcze tylko osiem godzin. Padają pierwsze pytania. Posługiwanie się językiem tubylców, nawet słabo poznanym, lubię w podróżowaniu najbardziej! Grunt to podtrzymać rozmowę. Każdy wyłuskany ochłap informacji staje się nagrodą i choć nieporadność jednych nakręca bezsilność drugich, rozmowy na krawędzi braku zrozumienia zawsze są szczere i prostolinijne. Kpią z fasadowości form i norm. Pozbawiają balastu skojarzeń. W ruch idzie te kilka czasowników na krzyż, wyliczanie i rozmowy o czasie. Tak, trzeba koniecznie określać czas! Ludzie lubią wiedzieć jak długo i najlepiej ile. Rzeczowniki się gestykuluje, a przymiotniki olewa. Paleta subtelności przydawkowego gąszczu kurczy się do podstawowych barw. Wszystko jest co najwyżej dobre lub złe a rozmówcy na powrót stają się dziećmi! Dogłębna znajomość języka tylko mąci obraz napokanego człowieka...
Pociąg wlecze się lub stoi bez końca na stacjach, w miastach bez nazw.
Po kilku godzinach jazdy rozpoczynam przechadzkę po wagonach. Mój podkoszulek w trzech słowach wykrzykuje przesłanie, na które nikt nie zwraca uwagi. Jakiś gość uśmiecha się porozumiewawczo. Może dlatego, że też przyjezdny. Podchodzi i czyta na głos, wprost z mojej piersi.  
السلام على الأرض -
Czarnoskóry hip-hopowiec z Arabii! Częstujemy się papierosami, ruszamy w gawędę. Mamy mnóstwo czasu. 
Aziz przyjechał do szkoły. W przyszłości będzie budował drogi i mosty, ale na razie uczy się chińskiego. Jego rodziny nie stać na opłacenie jego studiów za granicą, ale król za wszytko płaci. Chińczyków uważa za dzicz. Ich kuchnia napawa go obrzydzeniem.
- Tak? A ja w Pekinie jadłem psa!
Patrzy na mnie jakbym się pochwalił, że zżarłem porcję gówna. Rozmawiamy o wszystkim. Z łatwością omijamy kwestie religii.
- Chinki? Przez cztery miesiące dwie już wydupczyłem. Jedna się zakochała jak wariatka! Esemesy non stop. Jak przestałem odpowiadać, to w środku nocy przyszła walić do drzwi. Seks w Arabii? W ubikacji się umawiasz. Wiadomo, że to grzech i trzeba uważać, ale jak się ożenię, to od razu pielgrzymka do Mekki. Potem to już życie w czystości. No co ty?! Dziewczyna, co pierdoli się przed ślubem to kurwa! Przyszła żona musi być dziewicą! 
Jarek też się dziwi, że Aziz jest Saudyjczykiem. Wystarczy spojrzeć na jego ciuchy. Ciekawi nas, co jeszcze ma do powiedzenia. Jest cool i dużo się uśmiecha. Proponujemy mu wspólny pokój w hostelu. Przed wylotem do Rijadu i tak musi załatwić jakieś sprawy w ambasadzie. Z resztą też chce zaoszczędzić te kilkanaście dolarów.
Po południu wychodzimy na miasto. Nasza noclegownia znajduje się w pobliżu Wieży Bębna i jeziorka. Otaczają nas bary restauracje i biali turyści. Chyba wyglądamy jak grupa samców z praskiego Placu Wacława, bo naganiacze co chwila szemrają nam swoje oferty.
- Nie dzięki. Jesteśmy gejami!
- Mamy też ładnych chłopców.
- A trupy?
- ...
Na Dalekim Wschodzie Aziz bez rozterek odwraca się od powagi swoich wahhabickich tradycji. Pije z nami piwo. Nie odmawia też bejdzia. 56% alkoholu w destylacie z sorga może zadziałać podstępnie, ale Aziz chce się pokazać. Saudyjczycy też przecież potrafią tak jak my. Opowiada jak się żyje w Arabii, przybija z nami piątki i nie dowierza. Pije w Pekinie z dwoma Polakami, którzy mówią po arabsku. My też nie dowierzamy, że to syfiate bejdzio pijemy z Saudyjczykiem. Pod hotelem rozmowa schodzi na koran. W obliczu świętości, w stanie alkoholowej deprawacji odmawia udziału w rozmowie.
Pekińskie upały są nie do zniesienia. Smog, wilgoć i łzy w ochach. Rano szybko przenosimy się na najwyższe piętro. Teraz mamy już okno i mieszkamy we czwórkę. Nasz nowy współlokator jest gadatliwy, miły, wręcz subtelny. Wszystkiemu, co mówi towarzyszy dyskretny łopot tęczowej flagi. Aziz aż trzęsie się na myśl, że będzie musiał dzielić z nim pokój. Rzuca arabskimi obelgami, a jego żarty brzmią poważnie. 
- Naprawdę chcecie przyjechać do Arabii? Zaproszę was Insha'Allah. Tutaj jest mój e-mail. Romantic 69... Jakież to proste!
Po południu żegnamy się z Azizem. Przybijamy piątki, klepiemy się po plecach, bracie to, bracie tamto. Po kilku dniach piszę do niego maila, puszczam sygnał przez skypa. Dla pewności daję cynę na fesjbuniu. Romantic 69 wybrał milczenie.

środa, 18 czerwca 2014

13. Cztery Pory w Raju: Miedziaki - ziemniaki...

  Pierwsze dni na bezrobociu potraktowałem jako przymusowy przestój w pracy, ale też należny odpoczynek. Błękit porannego nieba, takiego co najmniej koło dziesiątej, spłukiwał żółć światła fabrycznych żarówek. Czułem się wyzwolony z poczucia obowiązku, usprawiedliwiony z bezczynności.  Kierowany sprawdzoną maksymą „jakoś to będzie”, szukanie roboty odkładałem na jutro, na kolejny poniedziałek, ale ci pod stacją metra dziś wyciągają ręce po drobne, bo kiedyś też zaufali podobnej logice... Nadchodzące dni unaoczniały jedynie tempo, w jakim bezrobocie może wejść w fazę krytyczną, pozbawiając mnie resztek beztroski. Po kilku tygodniach opróżniałem już puszki z fasolą. Porzucone przez mieszkańców komuny, których już nikt nie pamiętał, znowu stanowiły podstawę czyjegoś posiłku. Z czasem nawet kuchenne szafki opustoszały. Nie było już w czym przebierać, więc pudełka z przeterminowanymi płatkami, omijane dotychczas z pogardą, odkurzałem teraz z pietyzmem. To, co zaoszczędziłem na jedzeniu wydawałem na fajki. Po przeczesywaniu kuchni przyszedł czas na naczynia z drobniakami. Wszędzie było ich pełno. Przebierałem monety w szklanym dzbanku na kredensie, w salaterce na półce przy łóżku, w jakimś talerzyku z kluczami, które do niczego nie pasują, w zakamarkach na dnie zatęchłych szuflad. Moi poprzednicy gromadzili je od lat, opróżniając kieszenie niby od niechcenia. W poczuciu, że sięgam po cudze, najpierw wyławiałem kłodry. Nikle, piątaki no i miedziane jednocentówki zabierałem już pewną ręką. Kasę na czynsz musiałem jednak pożyczać od Marka. Jemu, u boku zrzędzącego po wylewie dziadka, fortuna niezmiennie sprzyjała.
  Po opróżnieniu kuchennych szafek, że wszystkiego co w torebkach, pudełkach i konserwach, przyszedł czas na wór ziemniaków i galon oleju. Smażenie frytek stało się moim popołudniowym rytuałem, wyczekiwaną kulminacją długiego dnia w opustoszałym domu. Przyglądałem się ziemniaczanym prostopadłościanom, jak drżą w kipieli wrzącego oleju i olejowi, jak ciemnieje odmierzając upływające dni. Do tego chciało się palić. Ranki poświęcałem na przeszukiwanie mniej eksplorowanych zakamarków komuny. Przetrzepywałem kieszenie porzuconych spodni, płaszczy, koszul, których zatęchłe sterty spoczywały w szafach. Pordzewiałe zawiasy radosnym skrzypieniem oznajmiały krótką przerwę w bezruchu. W poszukiwaniu drobnych, po omacku szperałem pod łóżkami, nurzając dłonie w plątaninach pajęczyn. Z troskliwością botanika spryskującego kwiatostany rzadkich roślin, swoje trofea układałem w rurkach z papieru, po dwadzieścia pięć miedziaków w każdej. Kapryśne jednocentówki przewracały się wewnątrz papierowych jelit, a ja tę jedyną pracę powtarzałem od początku. W sumie jeszcze trzeba było zanieść je do banku, po drugiej stronie ulicy. Urzędniczka ważyła je, po czym wypłacała mi dwa, trzy dolary, które w sklepie obok natychmiast wymieniałem na dziesięciofuntowy worek ziemniaków. Dzięki chłopakom z komuny moje menu przybrało charakter symultanicznych monotonii. Lodówka zawsze była pełna twarogów, które regularne przynosili z fabryki. Początkowo urozmaicały moje kartoflane menu. Z czasem jednak wszystko rośnie w ustach. Końcem listopada czułem się jak marynarz, który zatęsknił za widokiem lądu. Dryfowałem od wielu tygodni, bez dochodów, w długach. Ostatnie miedziaki wymieniłem na jednodolarówki i po raz pierwszy kupiłem polską gazetę. Byłem zdeterminowany kupić pracę. 
 Szczegóły dogadaliśmy przez telefon. W głosie pracownika agencji pobrzmiewał wschodni akcent. Białostocki, przemyski? Generalnie ta naiwna melodia, poczciwa, wiarygodna...
- Jest praca, jest. Na budowie. Dla niewykwalifikowanych. Tak, siedem na godzinę na start. Nie, no numer pracodawcy dostaniesz na miejscu, w agencji. Tak, dwieście. Płatne gotówką... 
   Minęło ponad pół roku od mojego przyjazdu do USA. W tym czasie wciąż nie miałem ani okazji, ani chęci ani tym bardziej powodu żeby wyrwać się na Brooklyn. Wieczorem zaciągnąłem u Marka ostatni dług. Bijący ode mnie optymizm w prognozowaniu dochodów uzasadniał prawdopodobieństwo jego rychłej spłaty. Z agencją byłem już dogadany. Ręka mojego jedynego wierzyciela wciąż jednak niepewnie ściskała dwa studolarowe banknoty. 
 Astronomicznie, wbrew temu co prawił kuchenny kalendarz, trwała zima. Mróz zaczynał dogryzać, a świat zbroił się na nadejście Bożego Narodzenia. Tym razem wstałem wcześnie rano. Pozbierałem się szybko i pociągiem ruszyłem na Manhattan. Spośród istniejących systemów kolei odpowiadających definicji metra, nowojorskie poplątanie podziemnych korytarzy z napowietrznymi torowiskami łączy największą ilość stacji. Setki kilometrów katakumb oraz kolei na i nadziemnej spajają pięć miast-dzielnic w jeden metropolitalny organizm. Węzły komunikacyjne tworzą tam głębokie na kilkadziesiąt metrów plątaniny tuneli, w których pociągi poruszają się na wielu poziomach. Ta nowoczesność pomysłu na organizację masowej komunikacji miejskiej nie idzie w parze z wrażeniem, jakie na podróżnym wywierają perony, pomieszczenia stacji oraz kilometry łączących je korytarzy. Grube warstwy starej farby łuszczą się na nitowanych kolumnach podtrzymujących stalowe dźwigary. Klaustrofobiczne, śmierdzące pomieszczenia stacji, do których dostępu chronią masywne kraty, przypominają więzienne korytarze. Gdy ten penitencjarny styl uchodził za nowoczesny, o Marylin Monroe nikt w Ameryce jeszcze nie słyszał.
  Zagubiony w plątaninie przejść, bramek, symboli postanowiłem zasięgnąć pomocy. Mężczyzna w czerni, ubrany w przykrótkie spodnie, w skórzanych butach, w długim, grubym chałacie i czarnym kapeluszu z rondem, spod którego, na wysokości skroni figlarnie dyndały sprężynki pejsów zwracał na siebie szczególną uwagę. Od dziecka czułem magnetyzm bijący od ortodoksów Ludu Izraela. Enigmatyczne treści epitafiów wyrytych na zdemolowanych płytach nagrobnych żorskiego kirkutu pobudzały moją dziecięcą ciekawość. Nęciła mnie uroda pisma kryjącego tajemnice powtarzane od tysiącleci, głębia starotestamentowego języka, przybliżającego wiernym obraz Stwórcy bez zbędnego balastu tłumaczeń, cała ta otoczka powiązana z niecodziennością gadżetów oraz odprawianych przy ich pomocy rytuałów, stanowiących dziś element historycznego folkloru egzotycznej w powojennym świecie mniejszości religijnej. Słyszało się od dziadków, że Żydzi to, Żydzi tamto. Pochlebnych recenzji wystawiali jednak niewiele. Tu, w Jerozolimie Zachodu, stałem teraz na stacji metra, tuż obok bożego emisariusza, którego wygląd manifestował oddanie jakiejś monumentalnej sprawie. Czułem, że wręcz muszę go zapytać o drogę.
- Nie wiem, nie wiem. Nic nie wiem! - odpalił błyskawicznie głosem drżącym, odwrócił się na pięcie i oddalił w pośpiechu.
 Odnalezienie właściwego peronu zajęło mi dłuższą chwilę. Za to rozedrganego typa w czerni zauważyłem od razu. Stał w tłumie i czekał. Zdębiałem. Może powiedziałem coś niezrozumiale? W końcu mieszkałem w Stanach dopiero od kilku miesięcy. A może myślał, że chodzi mi o pieniądze? Tak! W Nowym Jorku obcym na ulicy zawsze chodzi o pieniądze! Z drugiej strony może to ten amerykański duch współzawodnictwa kazał mu skłamać? Tak na wszelki wypadek, żeby zachować przewagę. Przecież wszyscy uczestniczymy w jakimś wyścigu... A może fakt, że jestem gojem miał jednak jakieś znaczenie? Urodzony i wychowany na Śląsku wiedziałem, że świat dzieli się na goroli i hanysów. Pewnie dziadek miał rację mówiąc, że... Kontynuowałem swoją introwertyczną analizę, wyczekując, aż jego zdumione spojrzenie potknie się o niedowierzanie, z jakim moje oczy świdrowały jego przestępującą z nogi na nogę pewność siebie. Nie rozumiałem, że rozumiem...
   Izrael to państwo bunkier. Kraj, który broni się przed nienawiścią Świata Arabskiego, opartą na przekonaniu, że w skutek syjonistycznego podstępu Palestyna utonęła w blasku gwiazdy Dawida. W odpowiedzi na tę nienawiść, Izrael na utrzymanie swojej armii przeznacza dziesiątą część produktu krajowego brutto. Nieustannie ją doskonali i dozbraja. Służba wojskowa jest w Izraelu obowiązkiem, ale i dla większości młodych patriotów zaszczytem. Trudno jej uniknąć, a ci, którym się to udaje nie mają powodu do dumy. Ortodoksyjni Żydzi nie widzą w tym jednak ujmy na honorze. Państwo zwalnia ich ze służby pod bronią i do tego łoży na ich utrzymanie w zamian za wysiłek, który ci wkładają w studiowanie tory. Aktywna ortodoksja, już od czasów Ben Guriona uważana przez prawo za zjawisko społecznie użyteczne, jest jednak źródłem zawiści, a więc i nienawiści izraelskiej klasy pracującej. Paradoksalnie. Ortodoksyjne rodziny, tradycyjnie wielodzietne, ożywiając scenerię skansenu starotestamentowego judaizmu, dają gwarancję żydowskiej większości w państwie. Izrael to przecież demokracja, a pejsacze to jedyna grupa społeczna zdolna współzawodniczyć z Arabami, dla których religijnie motywowana wielodzietność jest również demograficznym orężem. Stratedzy izraelskiej demokracji, jedynej na Bliskim Wschodzie i ostatniej u bram bezkresów Azji, rozumieją, że ceną przegranej w tym prokreacyjnym maratonie będzie utrata władzy we własnym państwie, a w konsekwencji koniec izraelskiego eksperymentu. Zlaicyzowani mieszkańcy tej małej, żydowskiej Ameryki, nie widzą jednak w ortodoksach swoich zbawców. Harują od świtu do nocy, a potem kryją się w schronach czynszówek, które wynajmują za cenę tęsknoty za krajem porzuconym w poszukiwaniu lepszego życia. Do tego ta ciągła niepewność, lęk przed utratą wszystkiego, co oferuje kapitalizm Ziemi ŚwiętejZ łatwością ujadają więc na pejsatych darmozjadów, nie zdając sobie sprawy, że ich pogarda wierci dziurę w burcie arki, w której chybocze się cały Izrael. A tamci? Naród wybrany przez samego Boga! Żyjąc w oparciu o zasady, których zręby powstawały dziesiątki pokoleń przed Chrystusem, bez trudu odwracają się od wszystkiego, co nie pasuje do starotestamentowej, ale i talmudycznej wizji świataNo a gość drżący peronie? Chyba nie można być częścią Izraela i jednocześnie wraz z nim się nie chybotać. Tak romantycznie hołubione przeze mnie oblicze wiary potomków Ibrahima przyozdobiła częstochowska blizna.
  Moja głowa wynurzyła z podziemnego korytarza stacji na Greenpoincie, wścibska jak koleżanki mojej matki, czujna jak peryskop. Dwa długie miesiące idealnej posuchy zrobiły swoje. Sklepowe wystawy puszyły się bogactwem ekspozycji, a deficyty, na widok polskich kiełbas, boczków, chlebów i ciast dawały o sobie znać. Patrzyłem na wąskie ulice Brooklynu. Wszędzie znajome rysy twarzy, swojskie sylwetki ludzi wynoszących ze sklepów zakupy w ogromnych papierowych torbach. Rybnik! Wczytywałem się w treści szyldów nad delikatesami, pralniami, księgarniami. Bilboardy reklamowaly po polsku usługi amerykańskich operatorów telefonicznych. Widok czarnego policjanta wytrącił mnie z chwilowego odurzenia. Historia zatoczyła swój krąg. Rok spędzony na autostopowych eskapadach po Europie, otwierającej swe podwoje przed biedotą ze Wschodu, nigdy tak naprawdę się dla mnie nie skończył. Eksponowane na wystawach sklepowych towary tu też traktowałem jak muzealne eksponaty. Kupić? Daleko mi było do zasobności portfela kolekcjonera dzieł sztuki… W agencji pośrednictwa, bez niespodzianek, dostałem to, po co przyszedłem. Warty dwieście dolarów numer telefonu mojego nowego szefa spoczywał bezpiecznie w wewnętrznej kieszeni szarego płaszcza. 
- Siedem to dla pracownika z doświadczeniem! – wyśmiewał moją łatwowierność jakiś Jacek. Z siedmiu dolarów gwarantowanych przez Poczciwinę z Greenpointu szybko zrobiło się pięć.
– Jak ci pasuje, to jutro zaczynasz o siódmej.
Dyskusja nie miała żadnego sensu.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

TGV - mon amour aux trucs morts !!!

Dookoła spokojnie, czysto i pusto. Dwa pięćdziesiąt skutecznie wyznacza tę granicę. 2theloo! Stylistyczna fuzja Kennego G i Michaela Breckera sączy się z niewidocznych głośników. Ma zagłuszyć parskania dobiegające z sąsiednich kabin. Czy z rozliczenia z Zaiksem jasno wynika, że te kilkadziesiąt groszy, to za podgrywanie w dworcowym szalecie? 
Katowicki dworzec wieczorem zwalnia tempo. Do autobusu mam jeszcze dwie i pół godziny, ale lubię to miejsce. Jego metamorfozę z bajzlu w galerię obserwowałem od kiedy wolno mi było samemu jeździć pociągiem. Mam za sobą narowistą noc i pobudkę po czwartej. Przede mną jedenaście godzin w podróży. 
Katowicki dworzec zmienia się w świetlicę, choć jeszcze nie ma dziesiątej. Na suficie resztki światła a w kawiarni nocne ceny. Wybieram stalowe siedzisko w rzędzie kowalskich futuro foteli na betonowej nóżce. Lubię posiedzieć za darmo, na kawę przed nocną podróżą nie mam ochoty, a do tego kręci się koło mnie jakiś chłopak. Ruchy ma niepewne, oczy rozbiegane. Wariat? Borys to lubił obsługiwać "wariatów". - Widzisz tego ze swastykami na twarzy? Ma z milion na koncie - wyjaśnia chichocząc dumny z przenikliwości, której zawdzięcza takie wnioski. Trzepie papierową torbą i rozgłasza swoje "everything on sale!". Teraz już wszyscy widzimy jego stragan. Wszyscy obserwujemy jego spektakl. Wariat szybko się napatrzy. Zaraz wróci do swojego legowiska pod płotem przy placu budowy z torbą owoców za pięćdziesiąt dolarów. Będzie zadowolony. 
Gość o rozbieganych gałkach siada niepewnie i egzaminuje bilet przysuwając do niego oko jak soczewkę mikroskopu do szkiełka. Niewidomy. Mam wrażenie, że słyszy, jak na niego patrzę. Moją obecność zdradza bezruch podglądacza, bezdech otoczony aurą ciszy. Wie, że jestem na wyciągnięcie ręki. Potwierdzam się pytaniem. 
- Rozpoznaję zmiany natężenia światła. Widzę też jakieś plamy. Ależ ci kibice wyją! - zamienia mnie w gigantyczne ucho. Gdzieś na dnie zawirowań dworcowych pogłosów majaczy echo nad wyraz hucznej melodii. Chłopak wciska sobie plecak między nogi i wsłuchuje się w ruchy niewidzialnego pędzla. Teraz ja maluję mu portret niechęci wobec tej nocki, co mam w autobusie spędzić. - Te kropki na ibupromie strasznie daleko są od siebie powytłaczane - rewanżuje się perspektywą własnych narzekań. 
Polski Bus - skórzane fotele i dużo miejsca na nogi, klimatyzacja, skrupulatny kierowca i punktualność. O pierwszej w nocy w Opolu wnętrze kabiny zalewa światło. Elektroniczna stewardessa wygłasza informacyjny monolog wycyzelowaną polszczyzną i po angielsku. Sporadyczne transakcentacje oraz śródatlantycka dykcja ujawniają przewrażliwienie lektorki na punkcie wymowy w języku ojczystym. Po kilku minutach na powrót gasną światła. Część rozbudzonych pasażerów, w większości przed trzydziestką, nie może już zasnąć. Za plecami od dłuższego czasu trwa ożywiona wymiana zdań w trybie imprezowym. Rozpamiętując minione konfrontacje, w marzeniach widzę jak moje ucho wewnętrzne na zawołanie pokrywa się niewidzialną błoną. Pragnę fizycznej zdolności odcinania się się od świata zjawisk dźwiękowych. Z na wpół przymkniętymi oczami mówię, że za głośno. Nawet przez ścianki zamkniętych słuchawek wyraźnie słychać ten stukot. To groch, po zderzeniu ze ścianą obojętności, opada na podłogę jak zimny grad. Niedawno przegapiłem autobus z Gdańska. Myślałem, że to później, a to wcześniej. Pozostawał nocny pociąg dziewięć po północy do Krakowa. Skrzypiące wagony, skarpeta w przedziałach oraz pół doby bez dwudziestu minut i warsu. W środku nocy budzi mnie odgłos otwieranych drzwi. Dwóch z walizkami na skórzane paski gramoli się do przedziału. Po cichu kładą je na półkach i moszczą sobie siedzisko. Przed zaśnięciem szepczą w jakimś dialekcie z centralnej Polski. Wiedzą, co w środku nocy śpiącemu się należy. Jak się ubiera onuce, też pewnie wiedzą.
Nocka mija szybko. Na stacji metra wiem już gdzie jest automat z biletami. Metodycznie przekładam centówki z niebieskiej saszetki do szpary w maszynie. Mało dookoła Niemców, za to brunetów o oliwkowej cerze sporo. Pijana parka już od dłuższego czasu nie ma dostępu do prysznica. Ten obok mnie z flaszką w ręku też to czuje. Parska, a potem bełkocze swoje przeprosiny, że niby niechcący, gdy ja ścieram sobie jego ślinę z twarzy. 
W czwartkowy poranek moloch berlińskiego dworca wydaje się ospały. W toalecie zmywam z siebie resztki obrzydzenia.
- Skjuzmi! - zagaduję do faceta na ławce, gdy już od jakiegoś czasu siedzimy ramię w ramię. Ja z kubkiem kawy w dłoni, on w kontemplacyjnym milczeniu. 
- Skjuzmi!!! - macham mu ręka przed oczami. Nadal nie wiem, czy ten budynek z flagą w oddali to Bundestag, ale wiem, że trudniej jest okazywać pogardę, niż ubierać lęk w pozory obojętności.
Jazda po gładkich torach jest jak picie destylowanej wody. Zatopiony w smartfonie nawet nie zauważam, że pociąg już się toczy. Za to jazda po drewnianych podkładach, gdy stalowe koła tłuką się na łączeniach szyn, nadaje jeździe wyrazistego smaku. Gonitwa polirytmii płynnego ruchu smakuje kojąco. 
Przejeżdżając przez Niemcy zawsze towarzyszy mi pośpiech, jakbym miał do przepłynięcia pod wodą cały basen. Następny oddech za belgijską granicą. Nie czuję sentymentu do tutejszych miast i mieszkających w nich ludzi. Nie mam w Niemczech przyjaciół, a Niemiecki znam tylko z filmów wojennych. Uwagę mojego pokolenia skutecznie skupiono na historii zdrady, która nadeszła z zachodu. Wpojono mu nienawiść do faszyzmu, utożsamiając z nim naród zza Odry. Teraz ze zdziwieniem przemierzam betonowe autostrady, niezniszczalne jak siła ducha, którego nie złamały klęski poniesione w wielkich wojnach minionego stulecia. Z niedowierzaniem patrzę na lasy wiatraków, na ład panujący w miastach. Co takiego drzemie w tych ludziach, że w sto lat zdołali dwukrotnie zniszczyć i dwukrotnie odbudować potęgę własnego kraju? Niejednokrotnie zjeździłem Niemcy autostopem wszerz. Znam ich stacje benzynowe, rogatki miast, po których maszerowałem z plecakiem. Niemcy są nudne, ale widok z okna pociągu nie pozwala mi zasnąć. Przyglądam się wsiom, w których nie brak krawężników, wypolerowanym bryłom fabryk z ciemnej cegły, strzelistym wieżom protestanckich świątyń, mostom dróg znikających we wnętrzu góry. Wydaje mi się, że na zewnątrz jest równie cicho co w przedziale. Tu porządku pilnuje nalepka z wizerunkiem symbolicznej buźki. Palec wskazujący przytknięty do ust mówi "pssst".
Konduktorka wyrywa mnie z zamyślenia. Śpiewa miękko swoje bawarskie "guten Morgen". Jej słowa rozwadnia ton dziecięcej naiwności. Mowa z podmokłą wybuchowością spółgłosek. Wiele lat upłynęło, zanim Jurgen z restauracyjnego pozbył się bawarskiego akcentu. Po przeprowadzce na północ tak musiał jak wstydził się swoi godki z połednia!
W miarę jak zbliżamy się do Jeny teren pagórkowacieje. Samo miasto jest niewielkie. Autobusy, tramwaje i poplątana architektura. Na pociąg do Weimaru przesiadam się w Göschwitz, na następnej stacji. Pusto tu jak na dworcu w Wiśle-Głębce w upalny dzień. Na peronie wyciskam z siebie coś po niemiecku. Jestem pewien, że jego nieznajomość zabiorę ze sobą do urny. Po raz kolejny słyszę Rosjan.
- Ty uwieriena, szto on cieriez Weimar?
Kobieta odpowiada nie okazując zdziwienia. Przecież ruski, to język światowy!
Jak w tutejszym zegarku, na stację w Weimarze wjeżdżamy punktualnie. Michael czeka już na peronie. Kawka, makowiec, gadka szmatka. Do rozpoczęcia zajęć mam jeszcze godzinę. Dzisiaj pracuję w miejscowym konserwatorium. Na ręce patrzą mi Bach, Liszt i Goethe. Szkoła położona jest na cichym odludziu. Balkony budynku przylegającego do trawiastej powierzchni przed głównym wejściem są lożami zamieszkujących go emerytów, umazanymi słońcem, owiewanymi dyskretną kakofonią dźwięków, dobiegających przez otwarte okna szkolnych ćwiczeniówek. Korytarze głównego budynku też wieją pustką. Wykonywanie zawodu wokalisty czerpiącego z nastrojów, to nieustanny kontakt z problemami, których rozwiązywanie jest domeną wszelkiego rodzaju terapii. Gdy zmieniam się w pedagoga, zawsze znajdę powód do wskazania na niezmienność źródeł problemów, pomimo różnorodności ich przejawów.
Popołudnie spędzam  z Michaelem. Opowiada o swoim mężu i ich planach na najbliższą przyszłość. Tych na odległą nie mają. W kwestiach zawodowych Michael nie pozostawia złudzeń. Przetargi, konkursy - wszędzie ta sama maskarada. Uważa, że jestem owładnięty obsesją prawdy. To cecha, która utrudnia poruszanie się w życiu. Jest formą przekory wobec logiki potrzebnej do zrównoważonego funkcjonowania. Tam, gdzie on jest realistą, ja jestem fantastą. Tam gdzie on w relacjach z ludźmi sięga po pochlebstwa, ja stawiam na działanie przez wątpliwość, stymuluję konfrontację z samym sobą. Mam swoją lupkę i patyk. Drążę nim dziurę a potem do niej zaglądam. Michael to anarchista w kleszczach konformizmu, z tym swoim kontraktem do końca życia i wypranym śmiechem wiernego koalicjanta. Oczywiście wypytuję go o faszyzm, choć w mojej rodzinie nikt za jego sprawą bezpośrednio nie ucierpiał. 
Dzisiaj oddychanie i krzyk! Publiczne wydawanie z siebie jęków, skamleń, okrzyków w formie zajęć, to otwarcie świata intymnych spraw na obcą inspekcję, potencjalną ingerencję. To grzebanie w koszach z brudną bielizną w obecności odpowiedzialnych za te plamy i zapachy. Salwami teatralnego rechotu będą zagłuszać swoje zażenowanie, ale to daremna taktyka. W sformalizowanym życiu śmiech zbyt często staje się narzędziem. Dowody lojalności, świadectwa poparcia, ucieczki przed zakłopotaniem. Tradycja zagrywania uśmiechem jest na zachodzie szczególnie silna. Zajęcia mijają mi całkiem szybko.
Pociąg z Wiemaru odjeżdża punktualnie. Mam trzy godziny na odsapnięcie zanim dotrę do Frankfurtu. To chyba jakaś boczna arteria komunikacyjna, bo falowo powracają stukoty kół. Futurystyczna bryła pociągu kolebie się na boki potrząsając popiersiami podróżnych w bezwładnym tańcu. Coś się we mnie zmienia. Ta nowounijna Polska zaczyna mi odpowiadać. Dworce, galerie, autostrady i cała ta świeżość doopiero co ukończonych inwestycji. Tu za oknami pociągu wciąż widać dwa kraje: hybrydę podstarzałej demokracji z komunizmem upstrzonym wklejką ze świeżego betonu, plastiku i szkła
W drodze na lotnisko Frankfurt mijamy z lekkim opóźnieniem. To chyba największe z niemieckich miast, jakie dotychczas widziałem. Twórcy zabudowy jego centrum, zapatrzeni w wizje przyszłości stworzyli municypalnego kolosa. Przez paszczę we frontowej ścianie bryły lotniskowego Hiltona wolno wślizgujemy się do głównej hali dworca. Wzdłuż szerokich peronów warczą pociągi dalekobieżne. To tu tętni komunikacyjne serce Wielkiej Germanii. Droga do stacji kolei regionalnej prowadzi widną w górę. Szukam wzrokiem śniedzi i wygładzonego deszczem kamienia, ale widzę tylko podstarzałe aluminium i obłupaną sklejkę.
Swój peron znajduję w głębokich podziemiach. Koło mnie zatrzymuje się starszo, ślunsko para. Chyba rozpoznają we mnie Polaka, bo włącza im się mruczenie pod nosem.
Podróż z Frankfurtu do granicy jest tak podmiejska, jak sam dworzec-tłoczna, lepka, głośnia. Pociąg kolebie się na wszystkie strony, a przejścia pomiędzy wagonami wypełnia słodkawy smród sfermentowanej szczyny. W Saarbrücken biegam po dworcu w poszukiwaniu autobusu jakbym padł ofiarą szantażu. Niepotrzebnie. Konduktorka uprzedziła już kierowcę o spóźnieniu. Ruszamy. Nawierzchnia autostrady chropowacieje nabita z grubszej grudy. Niedoróbka jakby ustępuje, a krajobraz osiąga kolejny wymiar ładu. Luxemburg. Autobus kluczy ulicami przydrożnych miasteczek, wpasowanych w strome, skaliste zbocza niewielkich pagórków. Mijamy wielobarwne domki, malowane z dziecięcą pomysłowością. Drewniane okiennice i kwiaty na parapetach. 
Miasto Luksemburg jest niewielkie, za to wygląda spektakularnie. Jego centralną atrakcją jest przepastna dolina. Na jej dnie spoczywają budowle, ciągną się drogi i kamienne rampy. Dukt wspiera się tam na ceglanych nogach i mnóstwo w niej drzew. Dworzec główny to konstrukcja ze szkła i kamienia. Manifestuje przywiązanie Luksemburczyków do burżuazyjnego szyku sygnalizując zdolność do ingerowania w tradycję. Ludzie sporadycznie wchodzą i wychodzą. Jakaś hiperaktywna grupka przed wejściem na halę główną zwraca na siebie uwagę. Ten, co sam się strzyże maszynką na łyso, krzyczy coś po rusku do tych w czarnych kurtkach. Śmieją się gromko rozbawieni inscenizacją ulicznego sparingu. Czarne dresy, ściągacze poniżej kostek i powyżej nadgarstków, no i czarne adidasy. Jest też taki, co stoi bez harmonii czy skrzypiec. Zmierzwiony chwieje się, wydając po cygańsku polecenia chudemu chłopcu. Ich pety lądują na dworcowych marmurach. Spłoszeni obywatele Księstwa Luksusu przemykają po nich śpiesznie.
Marc się spóźni. Proponuje spotkanie pod katedrą. Docieram tam przed czasem. Właśnie skończyła się msza. Biskup w błękitnych szatach, z uśmiechem naelektryzowanym religijnym uniesieniem obściskuje dłonie wiernych. Ci odwzajemniają się dawką uwielbienia. Katedrę oglądam pobieżnie. Wizytę kończę w pustym pomieszczeniu toalety. "Opłata za korzystanie wynosi pięćdziesiąt centów" - mówi napis nad miseczką, w której spoczywa kilkanaście euro w bilonie i drobnym banknocie. Pomieszczenie opuszczam targany myślą o zbezczeszczeniu katedralnego wychodka kradzieżą.
Marc jest nieźle nakręcony. Terkocze i trudno go zrozumieć. Angielszczyzna Luksemburczyków jest miałka. Trzeba się wsłuchiwać. Rozmowy o pierdołach mnie nie interesują. Sygnalizuję to i słucham, jak mówi o swoich rozterkach, o życiu zawodowym i prywatnym. Nawija aż głowa pęka. Ratuję się opowiadając, po jakich to meandrach nie poruszam się w swoim własnym życiu. To zawsze działa. W słuchaczu wybudza się ta satysfakcja, złośliwa, krótkotrwała jak marzenia o pieniądzach po pierwszym kieliszku wina wypitego na głodno, że inni też mają powody do zmartwień. Po godzinie jesteśmy na miejscu. Hotel wygląda na opustoszały. O drugiej w nocy walę pięścią w ścianę. Rozmowy od razu cichną. Czy to "Luksemburg" i nietypowy sposób upominania się o swoje tak działa, czy może oni też byli przekonani, że hotel jest pusty? 
Wstaję o siódmej. Marc w biegu prowadzi mnie na miejsca spotkania z uczestnikami warsztatów. Jak na sześciotysięczne miasteczko, szkoła, ze swoją salą koncertową dla pięciuset osób, jest nienaturalnie wielka. Dzieci biegają tu pośród młodzieży akademickiej, bo przedszkole muzyczne i konserwatorium mieszczą się w jednych murach. Na spotkanie ze mną przychodzi garstka dorosłych. Lubią śpiew i muzykę. Ich motywacje są skrajnie różne. Jedni wierzą w istnienie remedium dla swoich odwiecznych kompleksów, inni szukają kolejnego źródła chwilowej radości, odskoczni. Akompaniuje nam czternastolatek. Rozmawiamy o głosie. Próbujemy go zdemaskować. Śpiewamy i znowu rozmawiamy. Niektórzy pielęgnują w sobie marzenia o śpiewaniu mimo wszystko.
Do stolicy docieram przed czasem. Mam chwilę na szybką kawę. Towarzyszy mi Marc i jego iberyjska żona. Pożegnalnym wymianom kurtuazji nie widać końca. Kilkanaście godzin - tyle jestem w stanie tu wytrzymać. Utwierdzony w przekonaniu, że nawet Niemcy muszą się w Luksemburgu czuć jak biedniejsi sąsiedzi ze Wschodu, zajmuję miejsce przy oknie. TGV mruczy ciepłym basem. Kadłub pociągu skonstruowany, gdy Stara Unia była jeszcze młoda, nafaszerowano już nową technologią, jak czołgi czy samoloty. Głos konduktora dobiegający z interkomu informuje, że pomimo półgodzinnego spóźnienia, na Gare de l'Est dotrzemy na czas. SNCF dba o przejrzystość zasad podróżowania. Informuje o nich przy pomocy przyjaznych symboli działających na intuicję. Telefon komórkowy, podobny do niemowlęcia śpiącego w powijakach ma zamknięte oczy. 
W Metzu stoimy dodatkowe kilkanaście długich minut. W końcu pociąg wytacza się szerokim łukiem na niekończącą się prostą. Baryton Davida Sylviana powtarza mi w słuchawkach swoje ciche zwierzenia, podczas gdy obłoki gnają w przeciwnym kierunku jak w niemym filmie. Szalone tempo jazdy! Te grubo ponad trzysta na godzinę sprawia, że ta ciągnąca się wzdłuż torowiska autostrada wydaje się czteropasmową szosą w terenie zabudowanym. Do Paryża przybywamy zgodnie z obietnicą. Wysiadam z wagonu na końcu składu. Spora jego część stoi pod gołym niebem. Drepczę jakiś czas zanim docieram do zadaszonej hali z peronami. Nabuzowany energią miasta, do którego tak lubię powracać, mijam wagony zziajane elektrycznym galopem. W oddali kłębi się już tłum oczekujących. Patrzę przed siebie. Nie widzę żadnej znajomej twarzy.

środa, 14 maja 2014

12. Cztery Pory w Raju: Wśród obcych

Wrzesień w Nowym Jorku jest fantastyczny. Upały przechodzą w ciepłotę powietrza, która wciąż pozwala czuć się dobrze bez swetra, płaszcza, parasola. Taka chwila wiosny na jesień, z tą różnicą, że wiatr z dnia na dzień kumuluje na ulicach coraz wyższe sterty liści. A do tego piątkowe koktajle z błękitów nieba i zieleni banknotów wypłacanych po robocie tygodniówek!  
Wynurzam się z piwnicy, w której mieści się moja pralnia. Na drogę kupuję Guinnesa w puszce, wsadzam do niewielkiej torebki z szarego papieru i dawaj, z powrotem pod ziemię, tym razem do suteren stacji przy Siedemdziesiątej Drugiej. Panujący w nich półmrok brutalnie powstrzymuje działanie błękitu. Na szczęście zieleń w kieszeniach spodni nie przestaje uwierać. Stacje głównej arterii komunikacyjnej Wielkiego Jabłka, przesiąknięte są słodką mieszanką zapachu potu i rdzy, nad której stężeniem pracowało kilka pokoleń. Z sekundy na sekundę peron wypełnia się ludzką masą, uzupełniając swąd zabytkowej przestrzeni zapachem świeżego potu i antyperspirantów. Przyglądam się komu popadnie. Kolory ciuchów, kolory skóry... Nowy Jork nie ułatwia zapamiętywania twarzy. Uwielbienie dla bieganiny w pośpiechu, barykadowania się w swojej muzyce, lekturach, refleksjach, problemach stapia ludzi w jedną anonimową masę. Tworzy dystans, dając perspektywę do obserwacji z każdej odległości. Poza tym tam, na powierzchni, gdzie mieści się główna scena nowojorskiego spektaklu, dominuje architektura. Człowiek w obliczu monumentu własnej kreacji już dawno stanął na drugim planie. W pierwszych dniach po przyjeździe ten gigantyzm wydawał się imponujący. W chwilach samotności widziałem w nim jedynie nadmiar przestrzeni opanowanej przez pustkę. Te mosty, po których czterdziestotonowe ciężarówki toczyły się niczym robaki utuczone na fast foodach. Wielopasmowe autostrady pozatykane przez apokaliptyczne korki. Wyrastające z dna przepastnych dolin wiadukty i miniaturowe samochody niesione na ich grzbietach. Krwiobieg ludzkich mas poruszający się w rytm zmiany świateł, odjazdów pociągów, odpraw promów. Porcje serwowane w restauracjach… Zawsze przygotowywane pod tych, co z własnego wyboru kulają się przez życie, pchając aluminiowy chodzik. A ten dwumetrowy murzyn, co ćwiczy w przerwie na lancz? Rzuca nożem w stertę pudeł. Chodzi na siłownię, a jego sznyty i tatuaże zrobione na celi generują dystans. Siedział dwa lata. Tylko Zbyszek z nim rozmawia. Kiedy superwajzer ma dla niego jakieś polecenia, Zbyszek zawsze pośredniczy.
- Mój brat jest nieźle ustawiony na Manhattanie – zwierza się Zbyszkowi po miesiącach wspólnie spędzonych przy jednej taśmie - Jest alfonsem. Czasem nawet pośle kogoś do piachu, ale na kasę nie narzeka.
- Może by cię jakoś ustawił? Nie chcesz z nim wejść do spółki? – pyta go ten polski okularnik po studiach, który sam od lat tyra za sporadycznie drgającą ku górze stawkę.
- Stary, Ja jestem na to za miękki! 

Dni w nowej pracy płynęły bez większych fajerwerków i na „na kredyt”. Ogarnięty szałem nasycania się nową codziennością, kompletnie ignorowałem uwagi Richiego, próbującego cierpliwie wdrożyć mnie w zakres moich nowych obowiązków. Podczas sobót spędzanych z Paluchem w pralni, obsługa prostego systemu komputerowego, rejestrującego to, co już zostało doręczone, to, co w następnej kolejności należy doręczyć oraz to, co po drodze trzeba odebrać, żeby na niej zaoszczędzić, spoczywała na jego barkach. Pragnąc podświadomie zajęcia dopuszczającego możliwie jak najwyższy poziom stężenia bezmyślności w działaniu, unikałem kontaktu z komputerem, którego bezstronna pamiętliwość utrzymywała firmę Columbus Valet w stanie względnego porządku, z dala od konfliktów z wyrafinowaną, nie stroniącą od tradycji rozdawania napiwków, klientelą z Upper West Side. Przewagą rozwożenia worków z brudną bielizną nad wciskaniem desek do frezarki była konieczność pieszego przemieszczania się z miejsca na miejsce. Prawdziwe wakacje po miesiącach balansowania na krawędzi urwiska, zwisania na włosku dyndając niepewnie nad bezmiarem płynnej klaustrofobii, zdolnej bezpowrotnie pochłaniać wszystko, co się w niej zanurzy. Nowa robota pozwalała otrzeć o amerykańską legendę. Tu zabili Lennona, tam mieszkał Miles Davis. Numerem jeden na liście moich obowiązków był 141 Central Park West. Te charakterystyczne dwie wieże budynku, wyrastające z jednej bryły, towarzyszyły mi nawet w czasie wolnym od pracy, w przebitkach każdego oglądanego filmu, którego akcja ocierała się o Central Park. 
  To, co najbardziej pociągało mnie w nowym zajęciu, to obcowanie ze służbą pralnianej klienteli, dormenami i dozorcami obsługiwanych przez pralnię budynków. Kontakt z nimi uświadamiał mi, że w pewnym sensie wciąż byłem jedynie turystą na rocznej dziekance, który zdobył nielegalne zatrudnienie. Spoglądałem na ich pracę tak, jakby moje życie predestynowane było do czegoś godniejszego, mimo że sam robiłem w usługach za kesz. Miesiące przemęczone w fabryce też nie wystarczały, żeby poczuć jedność z tymi, co swoją fortunę związali z Ameryką jak Kmicic z Radziwiłłowską. Byłem tymczasowym pracownikiem zoo, który, w przeciwieństwie do odwiedzających je gości, dzięki poświęceniu włożonemu w wykonywanie znienawidzonej roboty, uzyskał dostęp do pomieszczeń sanitarnych na terenie ogrodu, po to, by posprzątać wnętrza klatek.  
Po dwóch tygodniach pracowałem już do spółki z połowę ode mnie starszym Irlandczykiem. W czasie wolnym od rozwożenia gaci, miałem wprowadzać go w arkana zawodu mężczyzny na posyłki. Firma przeżywała jakiś bum, bo teraz już we dwóch biegaliśmy po mieście i to nie tylko w soboty. W poniedziałek przed rozpoczęciem szychty, Nestor wezwał mnie na zaplecze. Trzymając w dłoni dwudziestodolarowy banknot, wyjaśnił mi w pełnym empatii monologu, że powinienem sobie poszukać innej roboty. Partner, którego szkoliłem przez ostatni tydzień miał na dobre przejąć moje tymczasowe zajęcie. 
Tell me what is going on, Greg? - spytał na odchodne zachłannie, jak niezrównoważony psychiatra powodowany pornograficzną ciekawością mrocznych tajemnic kolejnego pacjenta.Ruszyłem Broadway’em w dół, do 
Washington Square Park... Te prawie siedemdziesiąt ulic tym razem postanowiłem zrobić z buta. Nie chciałem wracać do domu, żeby w samotni komuny, zwykle opustoszałej za dnia, po raz kolejny analizować scenariusz swojej porannej skuchy. Po drodze zahaczyłem o jedno z kin przy Czterdziestej Drugiej. Obezwładniony nieznaną mi odmianą melancholii, z seansu nie zapamiętałem nic. Czułem, jak jednocześnie wzbiera we mnie podniecenie. Tak oto znalazłem się u progu nowej, samotnej przygody gdzieś na dalekim nielegalu. Człapiąc nieśpiesznie wsłuchiwałem się w nerwowy rytm serca zachodniej cywilizacji, która nagle wydała mi się zupełnie obca. Czułem i rozumiałem sens samotności. Już sam przyjazd do Ameryki, w której byłem zdany wyłącznie na siebie przypominał ponowne przyjście na świat - początek kolejnego wcielenia, obarczonego jednak bagażem świadomie zapamiętanych doświadczeń. Przywiozłem ze sobą wszystkie grzechy i całą machinerię odpowiedzialną za ich powtarzalność. Natomiast próby egzystowania w tej samotnej rzeczywistości, gdzie garstka ludzi, którzy w godzinach pracy stawali się dla siebie przymusowym elementem codziennego istnienia, uosabiały owo nowe życie w nieznanym mi dotąd wymiarze. Poranne zdarzenie pozbawiło mnie nawet tej iluzji bliskości. Brodząc w anonimowej gęstwinie zdominowanej przez pośpiech, zastanawiałem się, czy kiedykolwiek przyjdzie mi ujrzeć tę samą twarz po raz drugi. Te, widywane mimowolnie w pracy, na komunach, w parkach, wyznaczały granice poznania świata, w którym nowo przyjezdny bez planów turystycznych czy rodziny na miejscu, od razu znajduje sobie miejsce na marginesie życia. Doświadczałem Ameryki - miejsca ludzi samowystarczalnych. Jej pozornie niewinna, machinalna maksyma I don't care, przewijająca się w każdej rozmowie, mogłaby z powodzeniem zastąpić motto całego narodu, które tak honorowo emanuje swą siłą z inskrypcji na jednodolarowym banknocie, informującym o duchowej opoce amerykańskiego stylu życia. A self-reliance? Z jednej strony paliwo napędowe sukcesu amerykańskiego kapitalizmu. Jedna z podstawowych wartości, której hołduje się od czasów pierwszych, amerykańskich osadników. Z drugiej przeszkoda na drodze do kształtowania społeczeństwa wolnego od pogardy i lęku. To właśnie doktryna polegania na samym sobie, z której utkana jest mentalność Ameryki wpycha owo I don't care w usta jej mieszkańców, których wychowuje w duchu poprawności egocentryzmu. A ten samozwańczy przydomek Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej - Home of the Brave? Trzeba odwagi, żeby nie oddać się we władanie zniechęceniu z powodu tych, których pośpiech jest wizytówką braku potrzeby angażowania się w cokolwiek, poza elementami konstruującymi mikrokosmos ich własnych, osobistych problemów. Trzeba charyzmy, żeby przełamać impet, z jakim usiłują powstrzymać zewnętrzne moce, pragnące wytrącić ich z linearnej pogoni za osiągnięciem doraźnych celów. Trzeba samozaparcia, żeby nie zniechęcać się faktem, iż charyzma i odwaga mogą nie wystarczyć, żeby wydobyć z nich informację, którędy najłatwiej dojść do stacji metra C.
Na Franklin dotarłem wczesnym popołudniem. Postanowiłem z pompą zamknąć ten krótki rozdział związany z pralnią, która na chwilę umaiła mi czas świetlistą perspektywą na lepsze życie na obczyźnie. Nie zdawałem sobie sprawy, że świętuję inaugurację okresu posuchy i refleksji w samotności, bez pieniędzy i pracy. Wśród obcych.

środa, 16 kwietnia 2014

11. Cztery Pory w Raju: Pogorzelisko...

W połowie lipca Słowacy znaleźli sobie zajęcie, które nie kolidowało z ich pojmowaniem godności osobistej. Skończyły się wyjazdy do pracy samochodem Dana, wygodne, na pół godziny przed rozpoczęciem szychty. Zaczęły się za to długie powroty do domu. Żeby autobusem dotrzeć do Little Falls na siódmą, musiałem teraz wstawać o piątej. Mieszkańcy komuny na Franklin wciąż jeszcze spali na podłodze (część z nich w pokoju gościnnym na przestrzał połączonym z kuchnią), gdy jako pierwszy rozpoczynałem somnambuliczną krzątaninę. Nie chcąc ich budzić, kanapki na lancz przygotowywałem wieczorami. Z resztą stół o świcie roił się od karaluchów, więc naprawdę trudno powiedzieć, co mną kierowało: empatia czy obrzydzenie. Do autobusu odjeżdżającego z Newarku miałem dwadzieścia minut marszu. Mijane pozostałości fabryk trwały w martwym milczeniu. Czasem pociąg opuszczający stację w Harrison zmącił spokój tych krótkich chwil na styku dnia i nocy. Odgłos nieba wolnego od samolotów pogłębiał doznanie przejmującej ciszy. 
Newark to niemal trzystutysięczne miasto, z czego nieco ponad dwadzieścia procent, to jego biali mieszkańcy. Zabudowania centrum tego niegdyś tętniącego życiem ośrodka, łudząco podobne do majestatu architektury Nowego Jorku lat trzydziestych, powstały z myślą o przemysłowej metropolii z perspektywami na rozkwit i bujne owocowanie. Newark na przestrzeni ostatnich siedemdziesięciu lat stracił jednak czterdzieści procent swoich mieszkańców. Zmęczone, milczące twarze tych, którzy pozostali towarzyszyły mi teraz na przystanku pod wiaduktem, w autobusie podczas zmagań o bezsenną podróż do roboty.
Budzik rozdzwonił się jak zwykle koło piątej. Doświadczenie narzucało reżim, wybijając z głowy bonusowe, pięciominutowe drzemki - próżną walkę z nieuniknionym. Za oknem wciąż było mroczno. Ubrałem się po cichu i stąpając ponad ciałami śpiących pod nogami, wymknąłem się z domu z nieodłączną, skórzaną torbą Marty na ramieniu - walkman z dyktafonem, słuchawki, kanapki przygotowane późnym wieczorem i angielsko-polski słownik Langenscheidta (ten żółty). Na zewnątrz lało. Aleja, skąpana w ciepłym, letnim deszczu, dziwnie pobłyskiwała w kolorze błękitu, naznaczonego histerycznie drgającą paletą czerwieni. Przyspieszyłem
kroku. Im bliżej skrzyżowania, tym donioślej łopotała ta świetlista łuna. Trzypiętrowy budynek, za zakrętem po przeciwnej stronie ulicy, stał w płomieniach od parteru po dach. Wozy strażackie kierowały grube strumienie wody już tylko na przylegające budynki. Dom spisano na straty. Mieszkańcy dzielnicy stłoczeni jak chór statystów w niemym przedstawieniu, moknąc w strugach deszczu nasycali swoje oczy apokaliptycznym widokiem płomieni trawiących dobytek sąsiadów. Przystanąłem, żeby przez chwilę przyjrzeć się tej niecodziennej transformacji. Drewniana konstrukcja budynku, pochłonięta energią pożaru, na moich oczach zmieniała się w spowite dymem, skwierczące zgliszcza...
- Wracam do Polski! – oznajmił któregoś dnia Paluch. Niechętnie wprowadzał w szczegóły. Szybko jednak puścił farbę, że coś tam w pralni narozrabiał, w dodatku po naszej przygodzie na Journal Square nie znajdował już sposobu na stłumienie pożogi opanowującej jego własne życie. Nie widział dla siebie miejsca w pralni, w Harrison, czy w jakimkolwiek innym zakątku Ameryki. Z jakiegoś powodu było mu wstyd, a tymczasowego rozwiązania problemów szukał w decyzji o ucieczce. Niemal z dnia na dzień dopełnił obowiązków przesiedleńca - powysyłał paczki do Polski, odsprzedał mi pracę w pralni...i się zwinął. Porzucił całe to dymiące pogorzelisko - pamiątkę po pożarze, który sam znowu wzniecił...
Za to w moim świecie aureola optymizmu na nowo rozświetlała mroki perspektywą codziennych wyjazdów do lepszej roboty. Na Manhattan! Chłopakom z siapy z samego rana zapowiedziałem, że odchodzę. Dla podniesienia pożegnalnego nastroju spaliliśmy na hali skręta. Przy wtórze pił, wiertarek, młotków i szlifierek dzień minął podniecająco, w atmosferze jedności cementowanej poczuciem kolektywnego przekraczania kolejnej z granic.