sobota, 30 marca 2013

Światło przychodzi ze Wschodu (La lumière vient de l’Est)

   Francuzi uważają Polaków za pijaków, Niemcy za złodziei. Polacy postrzegają Rosjan za manifestację bezguścia podsycanego sutym i regularnym zakrapianiem tanią wódką. Ukraińcy twierdzą, że Mołdawia to biedota. 

   Cała pogarda współczesnej Europy kieruje się zawsze na wschód. Porównywanie się ze wschodem dowartościowuje nas, a przecież światło przychodzi ze wschodu...
Świętej pamięci Karol Wojtyła, jako papież znany również pod pseudonimem Jan Paweł II, już dawno przypomniał to światu.


  Les Français tiennent les Polonais pour des ivrognes, et les Allemands pour des voleurs. Les Polonais voient les Russes comme des primitifs, et les Ukrainiens les Moldaves comme des malformés. 
   Tout le mépris de l’Europe d’aujourd’hui se dirige vers l’Est. Se situer par rapport à l’Est nous valorise, alors que la lumière vient de l’Est !Le défunt Karol Wojtyla, connu comme pape sous le pseudonyme de Jean-Paul II, l’avait il y a longtemps déjà rappelé au monde.
   The French regard Poles as drunks, the Germans as crooks. The Poles perceive the Russians as uncouth, while the Ukrainians consider the Moldavians losers.   
     All of the scorn in modern Europe always seems to flow toward the East. Comparing ourselves with the East boosts our self-esteem, and yet the East is where the light comes from! Karol Wojtyła of the holy memory, as the pope known also by the alias of John Paul II, reminded the world of this fact long ago.

piątek, 29 marca 2013

Miasto bez końca... (La ville sans fin...)

     Mieszkam w Polsce. Na południu. Stosunkowo blisko Czech, trochę dalej od Słowacji. Jadąc autostradami, które wciąż praktycznie jeszcze nie istnieją, mam nie dalej niż parę godzin jazdy do Warszawy, Bratysławy, Wiednia, Budapesztu czy Pragi, nawet przy zachowaniu przepisowej prędkości. Jakby dobrze przycisnąć, to w zasadzie wszędzie robi się bardzo blisko. Czekam tylko na dobre drogi. Gdy to nastąpi kupię samochód…
     Region, w którym się urodziłem za komuny był bardzo uprzemysłowiony. Bardzo dziwnie uprzemysłowiony. Kopalnie i huty stanowiły element krajobrazu miejskiej zabudowy. Znajdowały się w bezpośrednim sąsiedztwie domów mieszkalnych, familoków, blokowisk, a nawet rynków miast. Wieść niesie, że obecnie trzystu tysięczne Katowice znalazły się onegdaj na bardzo krótkiej liście potencjalnych planów zdjęciowych futurystycznej wizji przyszłości z filmu Ridleya Scotta – „Blade Runner”. Nic w tym dziwnego. Z okna tramwaju przemierzającego labirynty największej w Polsce aglomeracji miejskiej, zwanej dziś górnolotnie Górnośląskim Związkiem Metropolitalnym, zamieszkiwanej przez około dwa miliony ludzi, można było podziwiać scenerię doprawdy futurystyczną: oślepiające płomienie pieców hutniczych, buchające z acetylenową siłą, niezliczone szyby kopalniane wyrastające wśród zabudowy z czerwonej cegły, torowiska tramwajowe, wiadukty kolejowe… Miasto, które podczas jednej podróży "czerwonym" autobusem po trzykroć zmieniało nazwę. Miasto bez końca...
      Ten obraz żywego ognia pieców hutniczych widocznych z okna chybotliwego tramwaju przemierzającego centrum Katowic wrył mi się w pamięć... Hutnicze płomienie w lesie szybów kopalnianych… Bliżej im było do szaleństwa pożaru niż nostalgicznej ciszy wpisanej w atmosferę harcerskiego ogniska palonego wieczorną porą. Przypadkowa poezja pejzażu socjalistycznej koncepcji miasta. Bezkarne kominy. Brud.
     W Katowicach lat osiemdziesiątych większość budynków miała kolor czarny.


    Je vis en Pologne. Dans le sud. Plutôt près de la République tchèque, un peu plus loin de la Slovaquie. A Zory. Par les autoroutes qui n’existent pas encore, il ne me faut pas plus de trois heures pour Varsovie, Bratislava, Vienne, Budapest ou Prague, tout en respectant les limitations de vitesse obligatoires sur ce genre de routes en Europe. Comme pour bien souligner que j’ai tout à proximité. Je n’attends plus que de bonnes routes. Et le moment venu, je passerai le permis…
    La région d’où je viens était très industrialisée à l’époque des cocos, mais industrialisée d’une manière très étrange. Les mines et les hauts-fourneaux formaient un élément du paysage urbain. Ils voisinaient avec les habitations, des maisons ouvrières, des barres de HLM, et même avec les marchés de la ville. Le bruit a couru que Katowice et ses trois cents mille habitants serait retenu sur la liste des lieux de tournage potentiel de vues futuristes du film de Ridley Scott, Blade Runner. Rien d’étonnant. De la fenêtre du tramway qui parcourt les labyrinthes de la plus grande agglomération urbaine polonaise, appelée d’en haut la « Communauté Métropole de Haute Silésie », habitée par deux millions de personnes, on peut admirer un paysage proprement futuriste : flammes aveuglantes de hauts-fourneaux, crachées avec force à l’acétylène, innombrables puits qui émergent entre des bâtiments de brique rouge, lignes de tramways, viaducs ferroviaires… Une ville sans fin qui change trois fois de nom sur le trajet d’une ligne de tram… 
     Cette image du feu vivant des hauts-fourneaux, visible de la fenêtre d’un tramway brinqueballant allant au centre de Katowice s’est gravée dans ma mémoire. .. Image de flammes sidérurgiques dans une forêt de puits de mines… Des flammes dans une forêt. Plus folie incendiaire que silence nostalgique de l’atmosphère d’un feu de scouts à la veillée. Une poésie fortuite de paysage issu d’une conception socialiste de la ville. Des cheminées impunies. De la saleté. 
     Dans les années quatre-vingt, la majorité des bâtiments de Katowice étaient de couleur noire.

wtorek, 26 marca 2013

Beduin ze Śląska

    Nie dość, że urodziłem się na Górnym Śląsku, w Wodzisławiu Śląskim, w którego nazwie przymiotnik „śląski” wyraźnie podkreśla przynależność regionalną miasta, to jeszcze przez całe życie na Śląsku mieszkałem, nie licząc przerw na studia i podróże. Nie znaczy to jednak, że jestem Ślązakiem. Na Śląsku nie obowiązuje bowiem prawo ziemi tak jak w USA czy Rosji, gdzie z tytułu urodzenia na danym terenie można ubiegać się o uznanie za obywatela kraju. Zakodowane od urodzenia przekonanie, że się jest Ślązakiem nie wystarcza, żeby przez Ślązaków zostać uznanym za Ślązaka. Potomek przyjezdnych urodzony w krainie węgla kamiennego dorasta zatem w iluzorycznym poczuciu Śląskości. Naturalnym kwalifikatorem lub "dyskwalifikatorem", rozstrzygającym ostatecznie kto jest kim, jest powszechnie używana, charakterystyczna dla tego regionu gwara. Nie sposób bowiem mową Ślązaków władać nie wyssawszy jej z mlekiem matki-Ślązaczki. Krótko mówiąc ten jest Ślązakiem, kto gwary nauczył się w domu.

     Kiedy chodziłem do podstawówki nie chcieliśmy się bawić z jedną Polką, bo była protestantką i nie chodziła z nami do kościoła na religię oraz z pewnym Ślązakiem, bo śmiesznie mówił. Polscy osadnicy – przeważnie młodzi, silni, odważni i, co istotne, nieżonaci mężczyźni od połowy lat siedemdziesiątych pełni determinacji masowo przyjeżdżali na Śląsk za chlebem, do pracy w kopalniach węgla kamiennego. I choć ich małżeństwa ze Śląskimi dziewczynami dopiero zaczynały zaburzać etniczną jednorodność regionu, to już pod koniec lat siedemdziesiątych miejskie szkoły były prawie zupełnie zdominowane przez dzieci przyjezdnych. Dominowała również ich chłopo-robotnicza polszczyzna, na skutek czego Śląskie dzieci wstydziły się mówić we własnym języku. Nie chciały się dekonspirować tą charakterystyczną, zaśpiewującą w górnych rejestrach, zabawną melodią regionalnej gwary. Nie oznacza to, że Polacy i Ślązacy żyją w stanie jakichś animozji na tle kulturowym, choć trudno jest mówić o asymilacji. Wyjątki jedynie potwierdzają regułę. Śląsk przez długie lata pozostawał odizolowaną enklawą, z własnym językiem, tradycjami, kopalniami. Dopiero pod naporem fali silnej, niewykształconej młodzieży napływającej z polskich wsi, jego mieszkańcy ostatecznie poczuli, że Śląsk już od trzydziestu lat stanowił część ówczesnej Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Tak oto przyjezdni wkomponowali się w przyszłość regionu, a współistnienie obydwu grup stało ich przeznaczeniem.
    Urodzony na Śląsku mam korzenie na wschodzie. Moja prababka ze strony ojca miała ukraińskie imię - Paraskewia… Nie wiem, czy to oznacza, że mam ukraińskie pochodzenie, jedno jest jednak pewne: w czasach, gdy żyła, dzisiejsze polskie pogranicze wschodnie stanowiło praktycznie centrum przedwojennej II-giej Rzeczypospolitej, zaś Polacy byli na wschodzie mocno z Ukraińcami przemieszani.
    Jako dziecko zdarzało mi się odwiedzać rodzinę zamieszkałą niedaleko dzisiejszego polsko-ukraińskiego odcinka granicy Unii Europejskiej. Tam zawsze nazywali mnie Ślązakiem. Na ziemi, na której przyszło mi się urodzić uważany jestem jednak za przyjezdnego. Taka cygańsko-beduińska tożsamość, z tą różnicą, że nie jestem zakorzeniony w żadnej regionalnej tradycji czy kulturze. Tożsamość schizofreniczna… Czuję się Polakiem, a jednocześnie jestem bezdomny. Może dlatego pokochałem jazz - muzykę ludzi z miasta, przyjezdnych, wykorzenionych. Muzykę, która nie bije pokłonów żadnej kulturze ani tradycji. Muzykę, która wręcz neguje tradycję, bowiem z uwagi na swój improwizacyjny charakter kłania się jedynie przed ludzkim indywidualizmem.
    Pozbawiony prawa do przynależności nabyłem prawo do obserwacji. Los cisnął mnie na dziewiąte piętro wieżowca. Odbierając mi typową dla życia w przydrożnej chałupie intymność, obdarzył mnie szeroką patrzenia na świat perspektywą - widokiem na góry na południowym horyzoncie „dewoalowane” sporadycznie przez wietrzną pogodę, zaporę leśną chroniącą niegdyś miasto przed zanieczyszczeniami przemysłowymi, dwie elektrownie, pięć czy sześć kopalń oraz liczne hałdy. Żeby nie zapomnieć, że nie jestem u siebie…