wtorek, 26 marca 2013

Beduin ze Śląska

    Nie dość, że urodziłem się na Górnym Śląsku, w Wodzisławiu Śląskim, w którego nazwie przymiotnik „śląski” wyraźnie podkreśla przynależność regionalną miasta, to jeszcze przez całe życie na Śląsku mieszkałem, nie licząc przerw na studia i podróże. Nie znaczy to jednak, że jestem Ślązakiem. Na Śląsku nie obowiązuje bowiem prawo ziemi tak jak w USA czy Rosji, gdzie z tytułu urodzenia na danym terenie można ubiegać się o uznanie za obywatela kraju. Zakodowane od urodzenia przekonanie, że się jest Ślązakiem nie wystarcza, żeby przez Ślązaków zostać uznanym za Ślązaka. Potomek przyjezdnych urodzony w krainie węgla kamiennego dorasta zatem w iluzorycznym poczuciu Śląskości. Naturalnym kwalifikatorem lub "dyskwalifikatorem", rozstrzygającym ostatecznie kto jest kim, jest powszechnie używana, charakterystyczna dla tego regionu gwara. Nie sposób bowiem mową Ślązaków władać nie wyssawszy jej z mlekiem matki-Ślązaczki. Krótko mówiąc ten jest Ślązakiem, kto gwary nauczył się w domu.

     Kiedy chodziłem do podstawówki nie chcieliśmy się bawić z jedną Polką, bo była protestantką i nie chodziła z nami do kościoła na religię oraz z pewnym Ślązakiem, bo śmiesznie mówił. Polscy osadnicy – przeważnie młodzi, silni, odważni i, co istotne, nieżonaci mężczyźni od połowy lat siedemdziesiątych pełni determinacji masowo przyjeżdżali na Śląsk za chlebem, do pracy w kopalniach węgla kamiennego. I choć ich małżeństwa ze Śląskimi dziewczynami dopiero zaczynały zaburzać etniczną jednorodność regionu, to już pod koniec lat siedemdziesiątych miejskie szkoły były prawie zupełnie zdominowane przez dzieci przyjezdnych. Dominowała również ich chłopo-robotnicza polszczyzna, na skutek czego Śląskie dzieci wstydziły się mówić we własnym języku. Nie chciały się dekonspirować tą charakterystyczną, zaśpiewującą w górnych rejestrach, zabawną melodią regionalnej gwary. Nie oznacza to, że Polacy i Ślązacy żyją w stanie jakichś animozji na tle kulturowym, choć trudno jest mówić o asymilacji. Wyjątki jedynie potwierdzają regułę. Śląsk przez długie lata pozostawał odizolowaną enklawą, z własnym językiem, tradycjami, kopalniami. Dopiero pod naporem fali silnej, niewykształconej młodzieży napływającej z polskich wsi, jego mieszkańcy ostatecznie poczuli, że Śląsk już od trzydziestu lat stanowił część ówczesnej Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Tak oto przyjezdni wkomponowali się w przyszłość regionu, a współistnienie obydwu grup stało ich przeznaczeniem.
    Urodzony na Śląsku mam korzenie na wschodzie. Moja prababka ze strony ojca miała ukraińskie imię - Paraskewia… Nie wiem, czy to oznacza, że mam ukraińskie pochodzenie, jedno jest jednak pewne: w czasach, gdy żyła, dzisiejsze polskie pogranicze wschodnie stanowiło praktycznie centrum przedwojennej II-giej Rzeczypospolitej, zaś Polacy byli na wschodzie mocno z Ukraińcami przemieszani.
    Jako dziecko zdarzało mi się odwiedzać rodzinę zamieszkałą niedaleko dzisiejszego polsko-ukraińskiego odcinka granicy Unii Europejskiej. Tam zawsze nazywali mnie Ślązakiem. Na ziemi, na której przyszło mi się urodzić uważany jestem jednak za przyjezdnego. Taka cygańsko-beduińska tożsamość, z tą różnicą, że nie jestem zakorzeniony w żadnej regionalnej tradycji czy kulturze. Tożsamość schizofreniczna… Czuję się Polakiem, a jednocześnie jestem bezdomny. Może dlatego pokochałem jazz - muzykę ludzi z miasta, przyjezdnych, wykorzenionych. Muzykę, która nie bije pokłonów żadnej kulturze ani tradycji. Muzykę, która wręcz neguje tradycję, bowiem z uwagi na swój improwizacyjny charakter kłania się jedynie przed ludzkim indywidualizmem.
    Pozbawiony prawa do przynależności nabyłem prawo do obserwacji. Los cisnął mnie na dziewiąte piętro wieżowca. Odbierając mi typową dla życia w przydrożnej chałupie intymność, obdarzył mnie szeroką patrzenia na świat perspektywą - widokiem na góry na południowym horyzoncie „dewoalowane” sporadycznie przez wietrzną pogodę, zaporę leśną chroniącą niegdyś miasto przed zanieczyszczeniami przemysłowymi, dwie elektrownie, pięć czy sześć kopalń oraz liczne hałdy. Żeby nie zapomnieć, że nie jestem u siebie…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz