piątek, 20 grudnia 2013

Karaluchy jak motyle.

   Prawie całą drogę przesypiam wyciągnięty na fotelach po środku kabiny. To jeden z tych deficytowych lotów. Od czasu do czasu stewardesy wyrywają mnie do posiłku, proponują napoje. Przełykam coś machinalnie w półśnie, jak chomik (kto wie kiedy znowu zjem coś po wylądowaniu), po czym na powrót zamykam oczy. Chłopaki też odsypiają katarską noc. Legowisko uwiera, ale buczenie pokładowej maszynerii działa kojąco. Bujany turbulencjami rozkoszuję się kołysanką szumów i odpływam w pogłębiającą się namiastkę snu. Na chwilę przed lądowaniem budzi mnie głośny gong. Komunikaty płynące z głośników skrzeczą jak gigantyczna krótkofalówka, podczas gdy obroty silników spadają. Nieważkie wnętrzności chcą pofrunąć w przestrzeń, a twarz bieleje jakby na tę krótką chwilę odpływająca z niej krew miała jakąś ważniejszą robotę. Przesiadam się na wolny fotel koło okna. Podrównikowe niebo jest nieskazitelnie czyste. Jak okiem sięgnąć, bezkresna panorama miasta rozpościera się na dnie krystalicznie przejrzystej, gazowej powłoki. Gęstej i ciepłej, niemal namacalnej. Tysiące neonów zdobią fasady niskich zabudowań, pośród których, w żółtym świetle ulicznych lamp, falami poruszają się jednoślady. Komunikaty po arabsku przeznaczone dla załogi co chwila przerywają seans filmowy, któremu Sebastian oddaje całą swoją uwagę, podczas gdy przechyleni na prawą burtę krążymy na miastem przez kilka pięknych minut. Pod nami Sajgon.
  Przed wyjściem z hali międzynarodowych przylotów jak zwykle tłumy. Klimatyzowane powietrze wewnątrz terminalu zyskuje na wilgotności w miarę jak zbliżamy się do automatycznych drzwi wyjściowych. Każde ich ponowne otwarcie, wzmaga terkot silników, wypełnia uszy kakofonią klaksonów, wpuszcza do środka falę ciepłoty, co niewyraźnym bąblem tłoczy wilgotne powietrze w chłodniejszą przestrzeń. Terminal lotów krajowych znajduje się w oddzielnym budynku. Perkusiści w pewnym stopniu dzielą los klasy robotniczej. Sebastian, jak kulę u nogi, ciągnie za sobą futerał z talerzami. Idziemy żwawym krokiem, a nasze ciała mącą powietrze przesycone obietnicą tropikalnej burzy.
- Wasz lot do Hanoi jest spóźniony o dwie godziny – informuje pracowniczka linii lotniczych - ale mogę was wpisać na wcześniejszy. 
Po trzydziestu godzinach w podróży z wdzięcznością deklarujemy gotowość do działania w pośpiechu. Z braku czasu na dyskomfort kontemplacji "dlaczego", płacę za bagaże rejestrowane, po czym krokiem opartym na pogłębionych ruchach bioder ruszamy na security check
   Autobus jest chłodny i ciasny. Sporo przestrzeni zajmują siedziska zwrócone tyłem do okien wyposażonych w grube zasłony. Wietnamczycy z ciekawością przysłuchują się naszej wymianie zdań. Wyżyłowany świst klimatyzacji oraz basowe buczenie silnika nie pozwalają rozmawiać cicho. Zawieszam się od nadmiaru bodźców. – Jak to się stało, że znalazłem się tu, w tym autobusie? - na chwilę pozwalam się porwać wariacjom tej retorycznej refleksji, po czym przywracam ruchliwość zastygłym gałkom ocznym, na powrót obarczając soczewki odpowiedzialnością za ostrość widzenia. Autobus wolno rusza w gląb płyty lotniska.
   Oprócz pary holendrów, rasy kaukaskiej na pokładzie brak. Podczas gdy on zajmuje się swoim i-phonem ona z zainteresowaniem przygląda się stewardessom paradującym w koszulach bez rękawów i krótkich spodenkach w pepitkę. Ten praktycznie zaprojektowany, skąpy uniform podkreśla ich drobne, zgrabne sylwetki. Moje zainteresowanie obsługą lotu również nie uchodzi uwadze, bo Holenderka uśmiecha się porozumiewawczo. Chyba obydwoje zastanawiamy się czy uroda tych śniadych dziewczyn jest wypadkową czy wyjątkiem. Pośrodku wieczornego nieba samolot sunie ponad bezmiarem czerni, gdzieś nad kambodżańską dżunglą, a może ponad chmurami... W dole rzadko coś jaśnieje. Lecimy w mroku i lądujemy w mroku. Ruch na lotnisku w Hanoi wyraźnie ustaje. Nasz wcześniejszy przylot burzy misterną logistykę podróży. Oczekiwanie na obiecanego kierowcę okazuje się daremne, więc do miasta ruszamy na własną rękę. Wietnamski komunizm subtelnie objawia swoją niepowtarzalność. W kraju czerwonej gwiazdy ceny ustalane są urzędowo, o czym informuje tablica przy postoju taksówek. To na nią gestami powołuje się kierowca studząc nasz negocjacyjny zapał. Teren lotniska opuszczamy w rytm włoskich superhitów z lat osiemdziesiątych przerobionych na elktro trans disco sound. Wyboistą drogą przecinamy obszar, który wygląda na opuszczoną stalownię, oświetloną jak manufaktura - żółto i sporadycznie. Do stolicy mamy prawie trzydzieści kilometrów. Znużony łupanką płynącą z głośników proszę kierowcę, żeby zmienił stację. - Ok, ok. - przytakuje potulnie, po czym podgłaśnia radio i powraca do wymijania ciężarówek i motorków. Mknąc wzdłuż pobocza wyłaniają się niespodziewanie z ciemności. Chwieją się i dyszą ugięte pod ciężarem zawieszonego na tylnym siedzeniu, groteskowych rozmiarów ładunku.
  Mroczna stolica wydaję się pogrążona we śnie, choć jeszcze nie minęła północ. Czasami ktoś zamiata chodnik podobną do wiklinowej miotłą, inny ktoś rozładowuje samochód w świetle zwisającej na drucie, elektrooszczędnej neonówki, która wyręcza nieistniejące, uliczne latarnie kłując spojówki białym światłem. Zatrzymujemy się przed hotelem. Do statycznego pomroku ulic dochodzi jeszcze ta cisza. Pełen zapału boy hotelowy w liberii próbuje wyciągnąć nam bagaże z ręki. Krząta się przed drzwiami windy, doglądając, czy aby nie mamy problemów z pakowaniem gratów do jej wnętrza. Drzwi zamykają się za naszymi plecami oznajmiając, że tym razem napiwku nie będzie. 
  Budzę się w pomieszczeniu bez okien. Przez wnękę w ścianie dobiega kobiecy głos, wysoki, nosowy, nośny, jakby z megafonu. Wydaje jakieś polecenia, albo coś reklamuje, a nieustannie powtarzane, te same frazy oznajmiają, że Hanoi ponownie zmartwychwstało. Ulokowany na dziesiątym piętrze, restauracyjny taras góruje nad dachami miasta. Natężenie tonów wraz z towarzyszącą mu paletą pogłosów podkreśla potęgę otwartej przestrzeni w samym sercu tej niepozornej, choć ruchliwej stolicy. Przechadzka - wszędzie pełno turystów. Próba przed występem - widać, że nie jeden już deptał scenę tego teatru. Koncert - Dac wpasowuje się w brzmienie i energię zespołu jakby trochę już z nami pograł. Jam session - klub prawie pusty, ale wietnamska kapela gra Amerykańskie standardy. Hotel - noc przeskakiwania po kanałach, z których większość koło trzeciej oferuje już tylko obraz kontrolny. Śniadanie - przy stole, obok mnie dwie kobiety z Pszowa. 
- Jesteśmy z Niemiec - odpowiada po angielsku ta dużo starsza zanim przyznaje się, że obydwie są ze Śląska.  
- Jo się wychowała na Bajerach, ale jak jada do Warszawy to wszisko rozumia - chwali się ta młodsza ośmielona rozgadaniem rodzonej matki. 
  W porannym autobusie do Halong ekipa międzynarodowa. Pada deszcz i szybko zasypiam znużony błotnisto-szarym krajobrazem. Sebastian wyrywa nas ze snu. Jakiś facet na poboczu czyści z sierści sztywnego już psa. Nożem... Przewracam się na drugi bok i patrzę przez okno. Deszczowa szarość wszędobylskiej biedy wypełnia mnie za sprawą spolegliwej percepcji pierwszych chwil po przebudzeniu. Cementowe kałuże dziur w asfalcie. Warsztaty zawalone motorami. Samotne, kilkupiętrowe domy o chudych fasadach. Zaimprowizowane, chodnikowe jadłodajnie... Ludzie w słomkowych kapeluszach przykucają pod okapami jak kaczki chcąc uniknąć dżdżu. Zasypiam po raz kolejny. Po czterech godzinach docieramy na miejsce. W ciepłym deszczu, pośród nawałnicy turystów maszerujemy w poszukiwaniu naszego wycieczkowca. Morze jest spokojne, zamglone. Odbijamy od nabrzeża turkocząc donośnie. Jakiś łódka zbliża się we mgle oznajmiając swoją obecność wysiłkiem starego diesla. Posiłek na pokładzie. Zielone wyspy. Jaskinia. Rybacka wioska na wodzie. Powrót autobusem w korkach. Pierwsza przespana noc i poranny wyjazd na lotnisko...
  Jeżeli ktoś szuka miejsca, w którym można zniknąć bezstresowo i tanio, Sajgon jest jednym z tych miast. Już w drodze z lotniska, w tym przypadku portu lotniczego, czuć, że to jedna z metropolii tego zakątka Azji. Ruch uliczny kotłuje się tu we wnętrzu szerokich arterii, a elementy zabudowy gonią za nowoczesnością. Sajgon jest pełen życia. Sajgon jest duszny. Sajgon jest coolHanoi ze swoją kolonialną zabudową nagle wydaje się miasteczkiem pory niedzielnego obiadu. Hotel mamy tuż koło Ruskiego Targu. Podrównikowy deszcz wisi w powietrzu stężonym od pory dnia, granatowym od nadchodzącej ulewy. Wśród straganów biegają szczury. W Hanoi widywaliśmy je nocami. Tu, w wilgotnej atmosferze miasta grasują nawet w dzień pasąc się w swoim smrodliwym El Dorado, tuż pod nogami sprzedawców. Pieczołowicie dokumentuję lokalny syf. Brak fizycznego obrzydzenia na widok pierwszego z nich rekompensuję sobie kurwą wycedzoną przez zaciśnięte zęby. O dziwo, miejscowi traktują je obojętnie, obojętniej niż my gołębie srające po szybach, koty, co głosem niemowląt porzuconych na śmietniku miauczą strasząc po nocach czy bezpańskie psy lezące na sukę pod bramą parafi. Przyglądam się jednemu z bliska. W niczym nie przypomina tych szarych, tłustych blokowców, które latami grasowały po ciemnych, wilgotnych, piwnicach mojego osiedla. Ich dziwacznie urokliwa, rudawa sierść oraz pobłażliwość, z jaką odnoszą się do nich tubylcy, sprawia, że mam ochotę je głaskać. Będąc częścią wielkiego ekosystemu żyją z człowiekiem w symbiozie. Człowiek dokarmia szczura, szczur uodparnia człowieka, a pojecie tego, co zdrowe nabiera nowego, absurdalnego wymiaru. W okolicach targu obfitują sklepy z podróbami markowych butów, kurtek, plecaków. Kupuję kiść świeżego liczi i wracam do hotelu. Wolę zachować energię na wieczorny występ w akademii. Sen ścina mnie w trakcie jedzenia tych osobliwych owoców. Budzi mnie głośny szum, głośniejszy od wentylatora i bełkotu wietnamskiej telewizji, której nie zdążyłem wyłączyć. Odsuwam grubą kotarę i otwieram okno. Strumienie wody przecinają powietrze, z impetem uderzając o powierzchnię ulicy, która w szybkim tempie zamienia się w płytką rzekę. Szum ulewy zdaje się rzucać wyzwanie klaksonom, których teraz jakby przybyło. Podziwiam przez moment te niecodzienne w moim życiu, grudniowe oberwanie chmury po czym rozpoczynam rytuał przygotowań do wyjścia na próbę.
   Akademia muzyczna znajduje się tuż za rogiem. Wielkie plamy błękitnego nieba na powrót wyzierają przez chmury w odwrocie, a powietrze, wciąż lepkie, wydaje się nieco chłodniejsze. Nasz wietnamski pianista czeka już w sali koncertowej w towarzystwie dużo starszej od siebie kobiety, którą przedstawia jako swoją matkę. 
- Podczas koncertu zapowiedz mnie jako Mister Hieu - ...
Pani Hieu, jak wielu z resztą Wietnamczyków najstarszego pokolenia, świetnie mówi po francusku. Obydwoje jesteśmy zdziwieni swoimi umiejętnościami. Myśli i mówi rześko. Bez ogródek, z poczuciem dumy, zdradza mi, że urodziła się w trzydziestym ósmym, w Indochinach... 
- Może po próbie opowie mi pani jak się żyło przed Amerykanami? 
– To było tak dawno, że już nic nie pamiętam – ucina temat uciekając się do starego triku z niedoborem lecytyny. 
   Sala, podobnie jak w Hanoi wypełnia się po brzegi choć obywa się bez dostawek. Jest dużo młodzieży. Czuję obecność Polaków, bo ktoś pośród publiczności próbuje wejść ze mną w dialog po sztubacku. Słuchacze na dalekim wschodzie są powściągliwi. Jak się podoba, to się podoba, jak nie, to cisza. 
- Śśświiieeetna pierwsza połowa występu! - wystawia mi recenzję stara Wietnamka podczas wspólnej fotografii we foyer. Jakiś młody Polak podchodzi do nas w towarzystwie jeszcze młodszej, skośnookiej dziewczyny. Widać, że im się nie podobało. Namawia, żebyśmy dla odmiany wpadli do tawerny. Z tego co mówi, dedukujemy, że to jego dziewczyna i że w tawernie gotuje lokalne żarcie. Żegnamy się niezobowiązująco. Grupa Polaków zaprasza nas na spotkanie dopiero co zawiązującej się sajgońskiej Polonii. Ciekawa opcja, tym bardziej, że o różne Polonie już się otarłem. 
   Do irlandzkiego pubu jedziemy taksówką. Spotkanie odbywa się w niewielkiej salce na piętrze i w podgrupach. Nie wszyscy się znają. Jakieś dwie dziewczyny siedzą z brzegu jak stare panny i w milczeniu przysłuchują się wątkom płynącym z epicentrum biesiady piwno-winnej. Polonia popija co czwartek wypłukując z systemu nadmiar Wietnamu w towarzystwie rodaków. Trochę dla zabawy, trochę z braku wyboru. Mieszanka charakterów jest przypadkowa, a jedyna rzecz, która naprawdę wydaje się ich łączyć, to fakt, że są Polakami na dalekiej obczyźnie, gdzie łatwo wpaść w chwilową pułapkę osamotnienia. 
Zielone i czerwone sajgony robią swoje, bo gdy przybywamy na miejsce, efemeryczna więź zaczyna już jednoczyć grupę. Pan pilot latający dla wietnamskich, tanich linii, pani psycholog na utrzymaniu męża, który podobnie jak reszta biesiadników, pracuje dla zagranicznej korporacji. Dalekowschodnia emigracja różni się od euro-amerykańskiej tym, że Polacy w Azji nie zajmują się pracą fizyczną.
   Poganiam chłopaków do wyjścia, zaspokojony towarzystwem jednych, ciekawy kompanii drugich. Kelnerki nie mogą poradzić sobie z rozliczeniem grupowego zamówienia i mimo że pieniądze za wypite piwa leżą na stole z lekką górką, ich uprzejmość ustępuje miejsca szorstkiemu zdecydowaniu, z jakim zachodzą nam drogę, usiłując zatrzymać nas do czasu uporania się tą kostką Rubika. Taksówka podwozi nas pod drzwi Tawerny. W środku tłok, bo i miejsca mało. Tawerna okazuje się dyskoteką dla turystów, jej menu oferuje alkohol i chipsy, a Wietnamka siedzi za mikserem i wpuszcza w głośniki techno. 
- Co ty!? To nie jest moja dziewczyna – krzyczy mi do ucha Damian popalając jointa, na co nikt z resztą zdaje się nie zwracać uwagi. Zachowuje się jakby od dawna mieszkał w Sajgonie. Pytam jak się tu żyje, ale dokładnie nie wie, bo dopiero tydzień temu przyjechał na motorze z Hanoi. Zmywamy się szybko. Wygania nas hałas i głód.
  Od samego rana błąkam się po Sajgonie. Brud jest tu częścią harmonii życia codziennego. Widok olbrzymich karaluchów nieodłącznie towarzyszy spacerom i posiłkom. Ich wszechobecność ma również swój praktyczny wymiar. W tandemie ze szczurami czuwają nad immunologiczną kondycją tego zakątka Świata, którego nawyki żywieniowe przyprawiają przyjezdnych z Zachodu o silnie skontrastowaną paletę doznań - od erupcji powściągliwego zaciekawienia typowego dla zwiedzania zoo z inicjatywy upartego chrześniaka, poprzez obrzydzenie do wieczornych spacerów po ulicznych targowiskach aż po kilkudniową sraczkę podróżnika. Wczesnym popołudniem, w kawiarni naprzeciwko hotelu spotykam się z Damianem. Zamawiamy tęgą, czarną kawę, przy której wymięka moc potrójnego espresso. Damian kręci jointa. Widać już, że jak zwykle. Kelnerzy w mig rozpoznają zapach, zachowują się jednak, jakby palenie zielska w kraju, gdzie przemyt marihuany karze się śmiercią, było elementem lokalnego krajobrazu.
- Turystów policja się nie czepia – mówi popalając jakby nigdy nic, jakby w domu bakało się do wigilii, jak młodziak, który za posiadanie jeszcze nigdy nie wylądował w pierdlu. Przechwalamy się gdzie kto nie był, czego nie widział i nie przeżył oraz w jakim to języku nie mówi. Rozmowa dwóch numizmatyków, którzy w dupie mają zagłębianie się w historie czyichś kolekcji, a ich subtelna polemika ma jedynie na celu podkreślanie wartości własnych zbiorów... Chłopaki dołączają do nas gdy zapach skrętów na dobre miesza się z w wonią mielonej kawy. Gawęda, gawęda no i ruszamy w piątkowe miasto. Restauracja na piętrze - nie możemy się doliczyć kto ile za co płaci. Potem fancy taras à la patio na wysokościach. Widok na ładny kawałek wieczornego miasta przyciąga turystów takich jak my. Damian jest tego wieczoru naszym przewodnikiem. Upewniamy się, że palenie jest istotną częścią jego publicznego teatrzyku. Jest tym religijnym palaczem.
- Ale czyja była teraz kolej? - Nie, no trzeba drobniej kruszyć... - Nie tak się składa bibułki! - a przecież kajdany wolności w stylu cool zawsze będą kogoś uwierać. W chwili gdy bicie piany staje się przewlekłe ponaglam towarzystwo myśląc o atrakcjach z oferty otwartych przestrzeni wieczornego miasta. Chcę tam, gdzie najwięcej ludzi. Do wyznaczonego miejsca chłopaki jadą taksówką, a ja na motórze z Damianem. Kierowca z niego uważny, a wypalone jointy i wypite piwko czy dwa nawet tak bardzo mu nie przeszkadzają. 
- Możesz przez chwilę nic nie mówić? - ucina mój monolog próbując skoncentrować się na jeździe po ulicach ogarniętych komunikacyjnym szałem piątkowego wieczoru. Programowa brawura, której oddaje się przy pomocy słów, ustępuje pierwszeństwa racjonalizmowi w działaniu. W roli pasażera czuję się bezpiecznie. Wszyscy tu mają oko na wszystkich. O ile w Polsce korzystanie z klaksonu jest odruchem nerwowym, narzędziem wyrażania pretensji, to w Wietnamie jest ono równie pozbawione emocji, co korzystanie na polskich drogach z migaczy. W Azji trąbi się spokojnie, żeby zasygnalizować manewr. W Europie po to, żeby ostrzec w panice, przestraszyć lub wkurwić.
   Rano przenosimy się do hotelu w dzielnicy backpackersów. Zjedzony po północy mielony węgorz z arachidami na bardzo ostro nie wychodzi mi na dobre. Nieprzespaną w bólach noc spędzam w bliskim kontakcie z porcelitem muszli klozetowej, a planowaną wycieczkę motorową do My Tho odkładamy na jakiś inny raz. W naszej nowej dzielnicy wszystko, czego zagraniczny turysta może potrzebować jest na podorędziu. Dealer Go Pro, sklepy dla podróżników oferujące podrabiany ekwipunek na każdy rodzaj wyprawy i restauracje, w których siedziska krzeseł są na wysokości kolan. Michał od rana czyści żołądek z resztek wczorajszego węgorza, w czym pomagają mu dwie szklaneczki whisky i piwko. Mnie wódka z rana odraża, poza tym mój węgorz czyści się sam. Do toalety docieram niesiony emfatycznym krokiem chodziarza. Niewielkie pomieszczenie zawiera spory, plazmowy telewizor. Jego przekątne krzyżują się na wysokości twarzy tych, co siedzą lub bioder tych co stoją na wprost przezroczystej ścianki z akrylowego szkła, zgrabnie wywiniętej w rynienkę, chroniącego ekran przed zabójczym działaniem żółtawego płynu, którego strugi chcąc nie chcąc obmywają wizerunek prezentera wiadomości sportowych. Po nieprzespanej nocy sen zabiera mnie na resztę dnia. Po południu ruszam z Sebkiem na poszukiwanie lekkostrawnej paszy. Wietnamski rosołek i coca-cola. Koło dwudziestej, w towarzystwie chłopaków powoli przyswajam piwko. Pojawia się Damian. Siada, znika, coś przynosi, skręca. Zajęty rozmową z parą, która się do nas dosiada nie zwracam uwagi, że obok stoją policjanci. Ich też nie obchodzi krążący przy stole skręt. Ten kraj naprawdę stawia na turystykę. Ostatnie piwko sączymy na krawężniku w bocznej alejce gdy dochodzi czwarta rano. Miasto zdążyło już spokornieć po szaleństwie sobotniej nocy. Bania odbiera nam resztki zdecydowania. Poklepać się na pożegnanie po plecach? Przybić piątkę? A może po prostu klasyczną szuflą? Zrywam się do hotelu. Ostatnie dziwki nawołują ze stolika, przy którym w milczeniu siedzi już tylko jakiś łysiejący Amerykanin. Przed wejściem do hotelu zaczepia do mnie facet na motorku. Bezzębną angielszczyzną człowieka zniszczonego stylem życia jednego z ulicznych naganiaczy, której forma ustępuje pierwszeństwa treści, proponuje wizytę w burdelu. Rozmawiamy przez chwilę. W hotelu jeszcze długo nie mogę zasnąć. Pikantne żarcie, rude szczury, słodycz endemicznego odoru sajgońskich ulic, dziwki na motorach, tropikalny deszcz i te karaluchy swawolne jak motyle... Buzują teraz w mojej głowie od bani, od rozmów i myśli, co więzną w gardle. Buzuje we mnie całe miasto.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz