sobota, 12 kwietnia 2014

Dystrykt Zielonego Światła

  Przejażdżka taksówką przed świtem? Destylat przyjemności! Radio milczy, kierowca też nie ma już nic do powiedzenia po nieprzespanej nocy. Sunie pustymi ulicami, dając się ponieść rajdowym instynktom. Jego senne znużenie towarzyszy dzisiaj wypadkowej moich wspomnień i planów. Wnętrze taksówki przenikają aury bytów, których tak naprawdę nie ma. 
   Za to Okęcie o piątej rano jest już nerwowo ożywione. Idę do baru. Mała Kropla Beskidu za siedem złotych? Nawet w samolocie sprzedają taniej.
- Frankfurterki (czyt. frankfuterki) dwa razy! - wzywa do odebrania towaru rosły czarnowłos w białym kitlu.
- DWA RAZY FRANKFURTERKI!!! - jego głos tężeje w niespodziewanym pokazie zniecierpliwienia. Wszystko o tej porze się miesza. W sprawach pozornie oczywistych w ostatniej chwili przykrywa mnie fala wątpliwości. "Czy do Danii nie lata się przypadkiem z paszportem?" - podszeptuje chujowy duszek. Wopistska za szkłem rozwiewa je z typową dla piastowanego urzędu swadą.
- No ale przecież psze Pana do Danii, to TAMTĘEEDY!!! - wskazuje mi drogę bezwiednie dając wyraz oburzeniu, którego źródło na zawsze pozostanie tajemnicą.
   SAS nie kontroluje dokumentów. Kiedy tak bez kontroli przeleciałem się Wizzairem, uznałem to za niedociągnięcie na skutek węgierskiej wytaniawki. Tutaj jednak myślę, że to skandynawski brak nadgorliwości zakorzeniony w pragmatyzmie leżącym u podstaw zasad przyjętych przez nowoczesne społeczeństwa Północy. Stewardessy się uśmiechają. Trudno jednak ocenić czy dlatego, że z Danii czy, może po prostu dlatego, że w pracy. Po godzinie z hakiem lądujemy w Kopenhadze. Temperatura spada o dziesięć stopni. Bez zdziwienia zauważam, że znowu zgubiłem czapkę. Punkt sprzedaży biletów kolejowych znajduje się w głównej hali lotniska. Z podziemnego peronu co chwila odchodzą pociągi dalekobieżne, a z platformy na pięterku metro skomunikowane z siecią kolei podmiejskich. Dzisiaj jadę do Odense. Kasjerka długo tłumaczy coś po angielsku podróżnemu, któremu Trzecia Rzesza odmówiłaby prawa do istnienia. Za przykładem reszty towarzystwa w kolejce, czekam cierpliwie. Kasjerka nie czuje żadnej presji, bo i kolejka nie sapie.
- Bilet z rezerwacją miejsca? - bezwazelinowo pyta siwy wąsacz. W zamian za niewielką kartkę z hologramem, ze środków na karcie wyparowuje czterdzieści euro. Do odjazdu mam jeszcze pół godziny. 
- Skąd odchodzi mój pociąg? - pytam wskazując na bilet. Pracownik kolei na chwilę oddaje mi całą swoją uwagę, jakby wykonywanie tego błahego zadania było częścią poważniejszej misji. 
   W pociągu pusto. To początek trasy. Jakaś dziewczyna przysiada się na przeciwko. Uśmiech jest tu chyba niemym elementem przywitania, bo widzę go dzisiaj nie po raz pierwszy. Wziąłem bilet bez miejscówki, uważając ją za zbytek, nie konieczność. Po chwili ktoś informuje mnie, że to jego miejsce i czeka, aż się zmyję się z uśmiechem na twarzy. Dopłata do biletu okazuje się de facto nabyciem prawa do siedzenia w spokoju. W pociągu robi się tłoczno, a ludzie przybywa w korytarzach. Zasypiam. Kiedy otwieram oczy mam wrażenie, że płyniemy z prędkością nietypową dla statku. Przez okna pociągu jadącego po moście przerzuconym przez jakąś cieśninę widać tylko morze.
   Do Odense docieramy w dziewięćdziesiąt minut, co przy stu czterdziestu kilometrach dystansu dzielącego to trzecie co do wielkości miasto Danii od jej stolicy jakoś specjalnie nie oszałamia. Miasto poraża za to swoją powolnością. Piątek rano, a ulice jakieś senne. Mimo, że jest chłodno, sporadyczni przechodnie ubierają się dosyć lekko. Wyróżniam się czarnym kapturem. W oczach pytanych o drogę widzę odbicie włóczęgi, widmo złodzieja.
- Jak dojść do Akademii Muzycznej? - pytam w końcu jakąś babkę po angielsku. Nie rozumie i tłumaczy coś łamaną duńszczyzną. Dunka, co nie zna angielskiego?!
- A po polsku?
   Szkoła znajduje się niedaleko dworca, choć otaczającej ją niskiej zabudowie z cegieł wyglądem bliżej do prowincjonalnych rogatek, niż dzielnicy usytuowanej w pobliżu centrum miasta, które partneruje takiemu Kijowowi. Wokół panuje cisza. Jakaś babka pali szluga przed frontowymi drzwiami. W korytarzach budynku Syddansk Musikkonservatorium & Skuespillerskole również Cisza. Nikogo nie widać. Otwieram pierwsze lepsze drzwi. W nabitej po brzegi salce jakaś grupa siedzi gdzie popadnie. Na tle transsubstancjacyjnej ciszy słychać dźwięki dobiegające z głośników. Wycofuję się spłoszony. W kantynie na dole też pusto. Piątek. Pani za ladą uśmiechem nadrabia to, czego nie zrozumie. Kanapka i kawka. Przychodzą studenci. Widzę, że kolejna osoba zamiast masła, do smarowania chleba używa awokado. Młody chłopak przedstawia się jako mój akompaniator i prowadzi mnie do sali z instrumentami. Po chwili pojawia się Hans - odpowiedzialny za jazz w szkole. Tłumaczy mi, jak bardzo szkoła zyskała na obecności polskich studentów. Wyszkoleni na Coltrane'ie, zaprawieni w walce o swoje miejsce w środowiskach artystycznych krajów biedniejszej Europy, górują warsztatem nad swoimi duńskimi kolegami, którzy mogą sobie pozwolić na luksus traktowania muzyki jak hobby. W mojej sali pojawia się kilku studentów klasy wokalnej, reszta to instrumentaliści, których ciekawi spotkanie z wokalistą. Opowiadam co robię i dlaczego. Przechodzimy do ćwiczeń. Skandynawowie jak zwykle i tu popisują się sporym dystansem. Słuchają z uwagą, okazują szacunek i zainteresowanie opatrzone kurtuazyjną mimiką twarzy, ale nawet ćwiczenia, które potrafią obnażać do cna, postawić na baczność pod ścianą w świetle reflektorów, nie są w stanie wycisnąć z nich namacalnych atrybutów działania pod wpływem emocji.
- W życiu społecznym ma to jednak swoje zalety - wyjaśni mi Pani Joanna mieszkająca w Danii od pięciu lat. Ludzi trudno tu sprowokować do kłótni. Wolą się wycofać widząc nadciągający konflikt. Nie chcą się angażować emocjonalne w otwartą konfrontację. Nie dziwi, że uśmiech przedkładają nad udowadnianie na przekór wszystkiemu, kto tu ma rację i komu należy się władza.
   Po zajęciach idziemy do pobliskiego sklepu po piwko. Na ulicach króluje pustka. Polacy w Danii nie mają dobrej reputacji - robole ze wschodu, co kradną Duńczykom pracę. Chłopaki opowiadają o sobie, o Danii. Studiują w szkole od lat. Zasady jej funkcjonowania opisują w peanach. Ćwiczeniówki otwarte są codziennie do drugiej w nocy. Wierzą w skuteczność pomysłu na edukację, gdzie uczniowie nie pokładają ślepej wiary w znaczenie wirtuozerii. O szkole i nauczycielach mówią z szacunkiem. W sumie dlaczego nie? Szkoła po trzech latach pobytu w Danii zaczyna im wypłacać sowite jak na polską kieszeń stypendia. Pozwala im w dodatku wybierać nauczycieli spoza szkoły, którym następnie płaci za lekcje mistrzowskie ze swoimi studentami... Siedzimy w tej samej sali, w której prowadziłem warsztaty. Gryzę pozostałości kanapek z pasztetem i popijam duńskim piwem. Trochę się wymądrzam, ale też słucham z zaciekawieniem. Mariusz, jak to kontrabasiści, niewiele mówi. Chłopaki nasiąknęli już duńskim trybem życia, choć perspektywa powrotu do Polski, do walki o swoje pośród synów i cór cierpiącego narodu, dynda gdzieś w oddali jak trup na gałęzi, nękany wiatrem z pustkowia. Chłopaki proponują żebym został. W końcu odprowadzają mnie na pociąg.
   Na dworcu kolejowym pracownik tłumaczy jak dojechać do Lyngby, na północ od Kopenhagi. Nawet trudno powiedzieć, że okazuje cierpliwość. Jego zachowanie jest po prostu bezpretensjonalnie. Nigdzie się nie śpieszy, przez co nie wywiera presji na otaczających go ludzi. Bez zdziwienia zauważam, że mnie to trochę krępuje. Odzwyczaiłem się od obdarzania uśmiechem, będąc zwyczajowo w stałej gotowości do odbicia piłeczki jakiegoś kierowcy, kelnerki, konduktora, kasjerki, dresiarza czy kibica. W takich sytuacjach wyczuwa się okaleczenie własnego narodu. Bucera ze Śląska, warszawskie cwaniactwo...
- Co się kurwa gapisz? Pedał jesteś? - te hymny międzyzwierzęcej komunikacji wciąż czasem rozbrzmiewają mi w głowie, gdy wzrok przecina obce spojrzenia, antycypując konfrontacje, od której głos nabiera żelazistej barwy. Dzisiaj to tylko kiwnięcia głową, czasem symboliczne uśmiechy. Pociągi są punktualne. Zauważam, że na dłuższą trasę brak rezerwacji jest irytujący. Przesiadam się z piętnaście razy. Dające się odczuć oczekiwanie, że z uśmiechem na twarzy pogodzę się z kolejną pobudką, potulnie zmieniając miejsce, zaczynam odbierać jako formę presji społecznej. Ostatecznie, po prawie godzinie niepewności sytuacja się stabilizuje. Do Kopenhagi zostało jakieś dwadzieścia minut jazdy, ale spać się już nie chce. Kolejkę podmiejską znajduję na jednym z sąsiadujących peronów. Oznaczenia na dworcu są klarowne, można rzec intuicyjne.
   Krzysiek mieszka w Danii od piętnastu lat. Nawet z wyglądu pasuje do nacji blondynów, których wyobraźnia automatycznie odziewa w szykowne mundury Wermachtu. Siedzimy przy winie. 
- Drogo tu - mówi - ale też zarobki dobre... 
Podstawą działania tego systemu jest akceptacja zjawiska uzasadnionego prawem natury: Popełnianie błędów leży w naturze człowieka. Co z tego wynika? Urzędnik, którego petent nie osaczy za byle gówno, nie będzie szukał zemsty w ramach powierzonego mu obszaru władzy, ot tak, żeby zaznaczyć swoją pomijaną obecność. On już przecież dobrze wie, jak łatwo znaleźć bezkonfliktowe rozwiązania w systemie stroniącym od wzajemnego obrzucania się błotem. Każdy inny schemat jedynie pobudza żądzę małych odwetów - ulubioną formę rezonansu pomiędzy jednostkami uczestniczącymi w polskim życiu społecznym. Panu Schabowemu, Polsatowi i Radiu Zet zbyt ciepło pod kołderką chrześcijańskich poglądów na życie, pielęgnujących starotestamentową mściwość.
- Jest przecież tak...chujowo, a u nich jest tak dobrze - mówi Schabowy - No ale jak sobie nie wywalczymy - dodaje - to nie będziemy mieli. 
No i walka trwa. I tak zakompleksiony dyrektor będzie tyranizował podwładnych powołując się na przykład, którym sam świeci, po cichu jednak od dawna wpierdala psychotropy. Sekretarka na uczelni ułatwi życie, najchętniej tym, którym nie przeszkadza smród nieodłącznie towarzyszący wchodzeniu w dupę. Oburzony kierowca wyśle klienta na miasto w poszukiwaniu drobnych, bo nie ma z czego wydać. Klient przed wyjściem z autobusu nie zapomni oczywiście go przeprosić. Baba za szybą nie wpuści na egzamin z zasad ruchu drogowego, bo się dwie minuty temu rozpoczął, a popijający na ławce gość z puszką piwa będzie musiał nadskakiwać skacowanemu chłystkowi z drewnianą pałą i pistoletem. Czyż nie tego uczy ustawa o wychowaniu w trzeźwości? Ten rodzaj abstrakcji po rosyjsku ma nawet swoją nazwę: złapamiatnast! Zasypiam...
   Budzę się skacowany, a było raptem półtorej wina na dwóch. Na śniadanie pasztety oraz lokalne ciasto z orzechami na miodzie. Żegnam Anię i jej dwójkę dzieci, po czym z buta ruszam na stację. Idę ulicą domków jednorodzinnych i skręcam w aleję familoków. Otacza mnie cichy świat, w którym od dawna nie ma już czego układać. Bilety na kolejkę podmiejską są w dwóch cenach: dziewięćdziesiąt sześć i czterdzieści osiem. Nad niższą cyfrą piszą, że "standard". Rozpamiętując uroki czeskich koron, zgodnie i wbrew logice wybieram standard. Kopenhadze wychodzę z podziemia w jakimś trefnym miejscu. Dookoła rozkopy i jakoś tak ponuro. Niebo spowijają niewidoczne chmury, a wiaterek szybko wydziera resztki ciepła spod mojego przycienkawego, czarnego płaszcza. Z kapturem zakrywającym czoło i czarnym plecakiem w kolorze nakrycia głowy, znowu nie wzbudzam zaufania w pierwszych słowach pytania o drogę. Włączam się w strumień ludzi. Sobotnie, bezdeszczowe przedpołudnie spędzają na przechadzkach w okolicach deptaka pełnego sklepów, barów oraz rozgadanych restauracji. Nie rozumiem dlaczego nikt nie nosi tu czapki. Spotkanie przy kawce z panią Joanną mija szybko. Obydwoje jesteśmy gadułami. Przy gawędzie wciągamy malutkie piwko, awokado ze szczyptą mikro krewetek oraz kawkę. Przyjemność za ponad trzysta koron.
   Zawsze kiedy mowa o duńskiej stolicy pojawia się hasło "Christiania". Te byłe koszary zajmujące spory kawałek gruntów przylegających do centrum Kopenhagi, opanowane na początku lat siedemdziesiątych przez grupę hippisów, spędzają sen z powiek duńskich polityków, którzy od ponad czterdziestu lat nie wiedzą, w jaki sposób, w imię prawa skutecznie ustawić dzielnicę do pionu. "Szanuj Christianię" mówi hasło tuż za bramą wejściową, przy której od razu czuć intensywny zapach palonego zioła oraz jego brązowych ekstraktów. Znaki informacyjne ostrzegają przed bieganiem, bo to sieje popłoch. Na terenie Wolnego Miasta nie wolno fotografować dilerów, bo handel gandzią wciąż jeszcze jest w Danii nielegalny. Samozwańcze władze Christianii bronią się jak mogą przed penetracją dzielnicy przez zmotoryzowane patrole policji. Ruch samochodowy pośród ruder wyklętej części Kopenhagi również jest zakazany. Na ulicach na próżno szukać bankomatów, a graffiti zdobią ściany pawilonów przypominających opuszczone hale dawnych manufaktur. Brak tu kapitalistycznego zadęcia, zaś atmosfera tego miejsca jest antytezą stylu życia upodobanego przez skandynawską odmianę germańskiego mieszczaństwa, kojarzonego z Ikeą.
   Teraz tablice informują, że wkraczam do Dystryktu Zielonego Światła. Na parasole poustawiane po dwóch stronach deptaka narzucono siatki maskujące. Sprzedawcy w kominiarkach zachwalają towary powykładane w półmroku na stolikach pod parasolami. Pracują dwójkami. Chłopak bez maski wyciąga z rękawiczki grudę haszyszu, której nie sposób zamknąć w pięści i chwytając za nożyce ogrodnicze pyta ile mi odłupać. Pogoda jest dżdżysta. Część dilerów grzeje się przy koksownikach poustawianych w sąsiedztwie parasoli. Przy zadaszonych stołach widać palaczy w każdym wieku. Jedni skręcają jointy, inni palą kupione na straganach gotowce. Wielu siedzi samotnie. Bakają i odchodzą. W jednym z barów dziarsko przygrywa muzyka. Kelnerka o kamiennej twarzy zamówienia przyjmuje twardo, w sumie na odpierdol. Za dużo wokół najranych. Jakiś Somalijczyk próbuje mi opchnąć Nike'i do biegania. Kupił je rano "z rozpędu", a teraz potrzebuje pieniędzy. Pokazuje rachunek. Przybrudzony i zbyt dokładnie wymięty, pewnie od tygodni błąka się po jego kieszeniach. Somalijczyk robi się gadatliwy. Właśnie dopala skręta. Mówi, że w wieku pięciu lat uciekł z całą rodziną z Mogadiszu do Kenii. Dzięki ojcu trafił do Holandii. Siadam pod zadaszeniem i sączę piwko. Szybko zaczynam trząść się z zimna, czego nie widać po Duńczykach. Przysiada się dwóch kumpli z plecakami. Obwąchują świeżo nabyte palonko, po czym rolują grubasy w milczeniu. Rozmowy nawiązują się bez problemów. Równie szybko ocierają się o merita.  
- Narzekamy, że Polacy zabierają nam robotę - mówi brodaty blondyn - ale tak na prawdę wolimy żyć na bezrobociu. Komu się chce ciężko pracować? - przyznaje pod okapem Dystryktu Zielonego Światła.
   Bezzałogowym metrem w kilkanaście minut dojeżdżam na lotnisko. W to samo miejsce, z którego wczoraj odjechałem do Odense. Odprawiam się w automacie. Siedzący koło mnie murzyn w zimowej kurtce, przed zaśnięciem dłubie w nosie. Patrzę mu przez ramię, jak duńskie wyspy rozpływają się pośród tumanów chmur. 
   Warzawska SKM-ka to naprawdę fajna rzecz. Już po niecałej godzinie od przylotu kupuję bilet na pociąg do Katowic. Wsadzam kartę do czytnika.
- Proszę jeszcze nie wsadzać karty! - upomina mnie kasjerka. Mimowolnie podrywam się, żeby ją wyciągnąć.
- PROSZĘ JESZCZE NIE WSADZAĆ KARTY!!!

1 komentarz:

  1. Grześ! bywam w Danii a szczególnie w Kopenhadze i też tak to widzę- dzięki! Ewa

    OdpowiedzUsuń