poniedziałek, 2 czerwca 2014

TGV - mon amour aux trucs morts !!!

Dookoła spokojnie, czysto i pusto. Dwa pięćdziesiąt skutecznie wyznacza tę granicę. 2theloo! Stylistyczna fuzja Kennego G i Michaela Breckera sączy się z niewidocznych głośników. Ma zagłuszyć parskania dobiegające z sąsiednich kabin. Czy z rozliczenia z Zaiksem jasno wynika, że te kilkadziesiąt groszy, to za podgrywanie w dworcowym szalecie? 
Katowicki dworzec wieczorem zwalnia tempo. Do autobusu mam jeszcze dwie i pół godziny, ale lubię to miejsce. Jego metamorfozę z bajzlu w galerię obserwowałem od kiedy wolno mi było samemu jeździć pociągiem. Mam za sobą narowistą noc i pobudkę po czwartej. Przede mną jedenaście godzin w podróży. 
Katowicki dworzec zmienia się w świetlicę, choć jeszcze nie ma dziesiątej. Na suficie resztki światła a w kawiarni nocne ceny. Wybieram stalowe siedzisko w rzędzie kowalskich futuro foteli na betonowej nóżce. Lubię posiedzieć za darmo, na kawę przed nocną podróżą nie mam ochoty, a do tego kręci się koło mnie jakiś chłopak. Ruchy ma niepewne, oczy rozbiegane. Wariat? Borys to lubił obsługiwać "wariatów". - Widzisz tego ze swastykami na twarzy? Ma z milion na koncie - wyjaśnia chichocząc dumny z przenikliwości, której zawdzięcza takie wnioski. Trzepie papierową torbą i rozgłasza swoje "everything on sale!". Teraz już wszyscy widzimy jego stragan. Wszyscy obserwujemy jego spektakl. Wariat szybko się napatrzy. Zaraz wróci do swojego legowiska pod płotem przy placu budowy z torbą owoców za pięćdziesiąt dolarów. Będzie zadowolony. 
Gość o rozbieganych gałkach siada niepewnie i egzaminuje bilet przysuwając do niego oko jak soczewkę mikroskopu do szkiełka. Niewidomy. Mam wrażenie, że słyszy, jak na niego patrzę. Moją obecność zdradza bezruch podglądacza, bezdech otoczony aurą ciszy. Wie, że jestem na wyciągnięcie ręki. Potwierdzam się pytaniem. 
- Rozpoznaję zmiany natężenia światła. Widzę też jakieś plamy. Ależ ci kibice wyją! - zamienia mnie w gigantyczne ucho. Gdzieś na dnie zawirowań dworcowych pogłosów majaczy echo nad wyraz hucznej melodii. Chłopak wciska sobie plecak między nogi i wsłuchuje się w ruchy niewidzialnego pędzla. Teraz ja maluję mu portret niechęci wobec tej nocki, co mam w autobusie spędzić. - Te kropki na ibupromie strasznie daleko są od siebie powytłaczane - rewanżuje się perspektywą własnych narzekań. 
Polski Bus - skórzane fotele i dużo miejsca na nogi, klimatyzacja, skrupulatny kierowca i punktualność. O pierwszej w nocy w Opolu wnętrze kabiny zalewa światło. Elektroniczna stewardessa wygłasza informacyjny monolog wycyzelowaną polszczyzną i po angielsku. Sporadyczne transakcentacje oraz śródatlantycka dykcja ujawniają przewrażliwienie lektorki na punkcie wymowy w języku ojczystym. Po kilku minutach na powrót gasną światła. Część rozbudzonych pasażerów, w większości przed trzydziestką, nie może już zasnąć. Za plecami od dłuższego czasu trwa ożywiona wymiana zdań w trybie imprezowym. Rozpamiętując minione konfrontacje, w marzeniach widzę jak moje ucho wewnętrzne na zawołanie pokrywa się niewidzialną błoną. Pragnę fizycznej zdolności odcinania się się od świata zjawisk dźwiękowych. Z na wpół przymkniętymi oczami mówię, że za głośno. Nawet przez ścianki zamkniętych słuchawek wyraźnie słychać ten stukot. To groch, po zderzeniu ze ścianą obojętności, opada na podłogę jak zimny grad. Niedawno przegapiłem autobus z Gdańska. Myślałem, że to później, a to wcześniej. Pozostawał nocny pociąg dziewięć po północy do Krakowa. Skrzypiące wagony, skarpeta w przedziałach oraz pół doby bez dwudziestu minut i warsu. W środku nocy budzi mnie odgłos otwieranych drzwi. Dwóch z walizkami na skórzane paski gramoli się do przedziału. Po cichu kładą je na półkach i moszczą sobie siedzisko. Przed zaśnięciem szepczą w jakimś dialekcie z centralnej Polski. Wiedzą, co w środku nocy śpiącemu się należy. Jak się ubiera onuce, też pewnie wiedzą.
Nocka mija szybko. Na stacji metra wiem już gdzie jest automat z biletami. Metodycznie przekładam centówki z niebieskiej saszetki do szpary w maszynie. Mało dookoła Niemców, za to brunetów o oliwkowej cerze sporo. Pijana parka już od dłuższego czasu nie ma dostępu do prysznica. Ten obok mnie z flaszką w ręku też to czuje. Parska, a potem bełkocze swoje przeprosiny, że niby niechcący, gdy ja ścieram sobie jego ślinę z twarzy. 
W czwartkowy poranek moloch berlińskiego dworca wydaje się ospały. W toalecie zmywam z siebie resztki obrzydzenia.
- Skjuzmi! - zagaduję do faceta na ławce, gdy już od jakiegoś czasu siedzimy ramię w ramię. Ja z kubkiem kawy w dłoni, on w kontemplacyjnym milczeniu. 
- Skjuzmi!!! - macham mu ręka przed oczami. Nadal nie wiem, czy ten budynek z flagą w oddali to Bundestag, ale wiem, że trudniej jest okazywać pogardę, niż ubierać lęk w pozory obojętności.
Jazda po gładkich torach jest jak picie destylowanej wody. Zatopiony w smartfonie nawet nie zauważam, że pociąg już się toczy. Za to jazda po drewnianych podkładach, gdy stalowe koła tłuką się na łączeniach szyn, nadaje jeździe wyrazistego smaku. Gonitwa polirytmii płynnego ruchu smakuje kojąco. 
Przejeżdżając przez Niemcy zawsze towarzyszy mi pośpiech, jakbym miał do przepłynięcia pod wodą cały basen. Następny oddech za belgijską granicą. Nie czuję sentymentu do tutejszych miast i mieszkających w nich ludzi. Nie mam w Niemczech przyjaciół, a Niemiecki znam tylko z filmów wojennych. Uwagę mojego pokolenia skutecznie skupiono na historii zdrady, która nadeszła z zachodu. Wpojono mu nienawiść do faszyzmu, utożsamiając z nim naród zza Odry. Teraz ze zdziwieniem przemierzam betonowe autostrady, niezniszczalne jak siła ducha, którego nie złamały klęski poniesione w wielkich wojnach minionego stulecia. Z niedowierzaniem patrzę na lasy wiatraków, na ład panujący w miastach. Co takiego drzemie w tych ludziach, że w sto lat zdołali dwukrotnie zniszczyć i dwukrotnie odbudować potęgę własnego kraju? Niejednokrotnie zjeździłem Niemcy autostopem wszerz. Znam ich stacje benzynowe, rogatki miast, po których maszerowałem z plecakiem. Niemcy są nudne, ale widok z okna pociągu nie pozwala mi zasnąć. Przyglądam się wsiom, w których nie brak krawężników, wypolerowanym bryłom fabryk z ciemnej cegły, strzelistym wieżom protestanckich świątyń, mostom dróg znikających we wnętrzu góry. Wydaje mi się, że na zewnątrz jest równie cicho co w przedziale. Tu porządku pilnuje nalepka z wizerunkiem symbolicznej buźki. Palec wskazujący przytknięty do ust mówi "pssst".
Konduktorka wyrywa mnie z zamyślenia. Śpiewa miękko swoje bawarskie "guten Morgen". Jej słowa rozwadnia ton dziecięcej naiwności. Mowa z podmokłą wybuchowością spółgłosek. Wiele lat upłynęło, zanim Jurgen z restauracyjnego pozbył się bawarskiego akcentu. Po przeprowadzce na północ tak musiał jak wstydził się swoi godki z połednia!
W miarę jak zbliżamy się do Jeny teren pagórkowacieje. Samo miasto jest niewielkie. Autobusy, tramwaje i poplątana architektura. Na pociąg do Weimaru przesiadam się w Göschwitz, na następnej stacji. Pusto tu jak na dworcu w Wiśle-Głębce w upalny dzień. Na peronie wyciskam z siebie coś po niemiecku. Jestem pewien, że jego nieznajomość zabiorę ze sobą do urny. Po raz kolejny słyszę Rosjan.
- Ty uwieriena, szto on cieriez Weimar?
Kobieta odpowiada nie okazując zdziwienia. Przecież ruski, to język światowy!
Jak w tutejszym zegarku, na stację w Weimarze wjeżdżamy punktualnie. Michael czeka już na peronie. Kawka, makowiec, gadka szmatka. Do rozpoczęcia zajęć mam jeszcze godzinę. Dzisiaj pracuję w miejscowym konserwatorium. Na ręce patrzą mi Bach, Liszt i Goethe. Szkoła położona jest na cichym odludziu. Balkony budynku przylegającego do trawiastej powierzchni przed głównym wejściem są lożami zamieszkujących go emerytów, umazanymi słońcem, owiewanymi dyskretną kakofonią dźwięków, dobiegających przez otwarte okna szkolnych ćwiczeniówek. Korytarze głównego budynku też wieją pustką. Wykonywanie zawodu wokalisty czerpiącego z nastrojów, to nieustanny kontakt z problemami, których rozwiązywanie jest domeną wszelkiego rodzaju terapii. Gdy zmieniam się w pedagoga, zawsze znajdę powód do wskazania na niezmienność źródeł problemów, pomimo różnorodności ich przejawów.
Popołudnie spędzam  z Michaelem. Opowiada o swoim mężu i ich planach na najbliższą przyszłość. Tych na odległą nie mają. W kwestiach zawodowych Michael nie pozostawia złudzeń. Przetargi, konkursy - wszędzie ta sama maskarada. Uważa, że jestem owładnięty obsesją prawdy. To cecha, która utrudnia poruszanie się w życiu. Jest formą przekory wobec logiki potrzebnej do zrównoważonego funkcjonowania. Tam, gdzie on jest realistą, ja jestem fantastą. Tam gdzie on w relacjach z ludźmi sięga po pochlebstwa, ja stawiam na działanie przez wątpliwość, stymuluję konfrontację z samym sobą. Mam swoją lupkę i patyk. Drążę nim dziurę a potem do niej zaglądam. Michael to anarchista w kleszczach konformizmu, z tym swoim kontraktem do końca życia i wypranym śmiechem wiernego koalicjanta. Oczywiście wypytuję go o faszyzm, choć w mojej rodzinie nikt za jego sprawą bezpośrednio nie ucierpiał. 
Dzisiaj oddychanie i krzyk! Publiczne wydawanie z siebie jęków, skamleń, okrzyków w formie zajęć, to otwarcie świata intymnych spraw na obcą inspekcję, potencjalną ingerencję. To grzebanie w koszach z brudną bielizną w obecności odpowiedzialnych za te plamy i zapachy. Salwami teatralnego rechotu będą zagłuszać swoje zażenowanie, ale to daremna taktyka. W sformalizowanym życiu śmiech zbyt często staje się narzędziem. Dowody lojalności, świadectwa poparcia, ucieczki przed zakłopotaniem. Tradycja zagrywania uśmiechem jest na zachodzie szczególnie silna. Zajęcia mijają mi całkiem szybko.
Pociąg z Wiemaru odjeżdża punktualnie. Mam trzy godziny na odsapnięcie zanim dotrę do Frankfurtu. To chyba jakaś boczna arteria komunikacyjna, bo falowo powracają stukoty kół. Futurystyczna bryła pociągu kolebie się na boki potrząsając popiersiami podróżnych w bezwładnym tańcu. Coś się we mnie zmienia. Ta nowounijna Polska zaczyna mi odpowiadać. Dworce, galerie, autostrady i cała ta świeżość doopiero co ukończonych inwestycji. Tu za oknami pociągu wciąż widać dwa kraje: hybrydę podstarzałej demokracji z komunizmem upstrzonym wklejką ze świeżego betonu, plastiku i szkła
W drodze na lotnisko Frankfurt mijamy z lekkim opóźnieniem. To chyba największe z niemieckich miast, jakie dotychczas widziałem. Twórcy zabudowy jego centrum, zapatrzeni w wizje przyszłości stworzyli municypalnego kolosa. Przez paszczę we frontowej ścianie bryły lotniskowego Hiltona wolno wślizgujemy się do głównej hali dworca. Wzdłuż szerokich peronów warczą pociągi dalekobieżne. To tu tętni komunikacyjne serce Wielkiej Germanii. Droga do stacji kolei regionalnej prowadzi widną w górę. Szukam wzrokiem śniedzi i wygładzonego deszczem kamienia, ale widzę tylko podstarzałe aluminium i obłupaną sklejkę.
Swój peron znajduję w głębokich podziemiach. Koło mnie zatrzymuje się starszo, ślunsko para. Chyba rozpoznają we mnie Polaka, bo włącza im się mruczenie pod nosem.
Podróż z Frankfurtu do granicy jest tak podmiejska, jak sam dworzec-tłoczna, lepka, głośnia. Pociąg kolebie się na wszystkie strony, a przejścia pomiędzy wagonami wypełnia słodkawy smród sfermentowanej szczyny. W Saarbrücken biegam po dworcu w poszukiwaniu autobusu jakbym padł ofiarą szantażu. Niepotrzebnie. Konduktorka uprzedziła już kierowcę o spóźnieniu. Ruszamy. Nawierzchnia autostrady chropowacieje nabita z grubszej grudy. Niedoróbka jakby ustępuje, a krajobraz osiąga kolejny wymiar ładu. Luxemburg. Autobus kluczy ulicami przydrożnych miasteczek, wpasowanych w strome, skaliste zbocza niewielkich pagórków. Mijamy wielobarwne domki, malowane z dziecięcą pomysłowością. Drewniane okiennice i kwiaty na parapetach. 
Miasto Luksemburg jest niewielkie, za to wygląda spektakularnie. Jego centralną atrakcją jest przepastna dolina. Na jej dnie spoczywają budowle, ciągną się drogi i kamienne rampy. Dukt wspiera się tam na ceglanych nogach i mnóstwo w niej drzew. Dworzec główny to konstrukcja ze szkła i kamienia. Manifestuje przywiązanie Luksemburczyków do burżuazyjnego szyku sygnalizując zdolność do ingerowania w tradycję. Ludzie sporadycznie wchodzą i wychodzą. Jakaś hiperaktywna grupka przed wejściem na halę główną zwraca na siebie uwagę. Ten, co sam się strzyże maszynką na łyso, krzyczy coś po rusku do tych w czarnych kurtkach. Śmieją się gromko rozbawieni inscenizacją ulicznego sparingu. Czarne dresy, ściągacze poniżej kostek i powyżej nadgarstków, no i czarne adidasy. Jest też taki, co stoi bez harmonii czy skrzypiec. Zmierzwiony chwieje się, wydając po cygańsku polecenia chudemu chłopcu. Ich pety lądują na dworcowych marmurach. Spłoszeni obywatele Księstwa Luksusu przemykają po nich śpiesznie.
Marc się spóźni. Proponuje spotkanie pod katedrą. Docieram tam przed czasem. Właśnie skończyła się msza. Biskup w błękitnych szatach, z uśmiechem naelektryzowanym religijnym uniesieniem obściskuje dłonie wiernych. Ci odwzajemniają się dawką uwielbienia. Katedrę oglądam pobieżnie. Wizytę kończę w pustym pomieszczeniu toalety. "Opłata za korzystanie wynosi pięćdziesiąt centów" - mówi napis nad miseczką, w której spoczywa kilkanaście euro w bilonie i drobnym banknocie. Pomieszczenie opuszczam targany myślą o zbezczeszczeniu katedralnego wychodka kradzieżą.
Marc jest nieźle nakręcony. Terkocze i trudno go zrozumieć. Angielszczyzna Luksemburczyków jest miałka. Trzeba się wsłuchiwać. Rozmowy o pierdołach mnie nie interesują. Sygnalizuję to i słucham, jak mówi o swoich rozterkach, o życiu zawodowym i prywatnym. Nawija aż głowa pęka. Ratuję się opowiadając, po jakich to meandrach nie poruszam się w swoim własnym życiu. To zawsze działa. W słuchaczu wybudza się ta satysfakcja, złośliwa, krótkotrwała jak marzenia o pieniądzach po pierwszym kieliszku wina wypitego na głodno, że inni też mają powody do zmartwień. Po godzinie jesteśmy na miejscu. Hotel wygląda na opustoszały. O drugiej w nocy walę pięścią w ścianę. Rozmowy od razu cichną. Czy to "Luksemburg" i nietypowy sposób upominania się o swoje tak działa, czy może oni też byli przekonani, że hotel jest pusty? 
Wstaję o siódmej. Marc w biegu prowadzi mnie na miejsca spotkania z uczestnikami warsztatów. Jak na sześciotysięczne miasteczko, szkoła, ze swoją salą koncertową dla pięciuset osób, jest nienaturalnie wielka. Dzieci biegają tu pośród młodzieży akademickiej, bo przedszkole muzyczne i konserwatorium mieszczą się w jednych murach. Na spotkanie ze mną przychodzi garstka dorosłych. Lubią śpiew i muzykę. Ich motywacje są skrajnie różne. Jedni wierzą w istnienie remedium dla swoich odwiecznych kompleksów, inni szukają kolejnego źródła chwilowej radości, odskoczni. Akompaniuje nam czternastolatek. Rozmawiamy o głosie. Próbujemy go zdemaskować. Śpiewamy i znowu rozmawiamy. Niektórzy pielęgnują w sobie marzenia o śpiewaniu mimo wszystko.
Do stolicy docieram przed czasem. Mam chwilę na szybką kawę. Towarzyszy mi Marc i jego iberyjska żona. Pożegnalnym wymianom kurtuazji nie widać końca. Kilkanaście godzin - tyle jestem w stanie tu wytrzymać. Utwierdzony w przekonaniu, że nawet Niemcy muszą się w Luksemburgu czuć jak biedniejsi sąsiedzi ze Wschodu, zajmuję miejsce przy oknie. TGV mruczy ciepłym basem. Kadłub pociągu skonstruowany, gdy Stara Unia była jeszcze młoda, nafaszerowano już nową technologią, jak czołgi czy samoloty. Głos konduktora dobiegający z interkomu informuje, że pomimo półgodzinnego spóźnienia, na Gare de l'Est dotrzemy na czas. SNCF dba o przejrzystość zasad podróżowania. Informuje o nich przy pomocy przyjaznych symboli działających na intuicję. Telefon komórkowy, podobny do niemowlęcia śpiącego w powijakach ma zamknięte oczy. 
W Metzu stoimy dodatkowe kilkanaście długich minut. W końcu pociąg wytacza się szerokim łukiem na niekończącą się prostą. Baryton Davida Sylviana powtarza mi w słuchawkach swoje ciche zwierzenia, podczas gdy obłoki gnają w przeciwnym kierunku jak w niemym filmie. Szalone tempo jazdy! Te grubo ponad trzysta na godzinę sprawia, że ta ciągnąca się wzdłuż torowiska autostrada wydaje się czteropasmową szosą w terenie zabudowanym. Do Paryża przybywamy zgodnie z obietnicą. Wysiadam z wagonu na końcu składu. Spora jego część stoi pod gołym niebem. Drepczę jakiś czas zanim docieram do zadaszonej hali z peronami. Nabuzowany energią miasta, do którego tak lubię powracać, mijam wagony zziajane elektrycznym galopem. W oddali kłębi się już tłum oczekujących. Patrzę przed siebie. Nie widzę żadnej znajomej twarzy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz