poniedziałek, 2 czerwca 2014

TGV - mon amour aux trucs morts !!!

  Dookoła spokojnie, czysto i pusto. Dwa pięćdziesiąt skutecznie wyznacza tę granicę. 2theloo! Stylistyczna fuzja Kennego G i Michaela Breckera sączy się z niewidocznych głośników. Ma zagłuszać dźwięki dobiegające z sąsiednich kabin. Czy z rozliczenia z Zaiksem jasno wynika, że te kilkadziesiąt groszy, to za podgrywanie w dworcowym szalecie? 
   Katowicki dworzec zwalnia tempo. Do nocnego autobusu mam jeszcze dwie i pół godziny, ale lubię to miejsce. Jego metamorfozę z bajzlu w galerię obserwowałem od kiedy wolno mi było samemu jeździć pociągiem. Dwa tygodnie temu też czekałem tu na autobus do Berlina. Element przygody szybko jednak przestaje być atrakcją. Mam za sobą narowistą noc i pobudkę po czwartej, a przede mną jeszcze jedenaście godzin jazdy. W takich chwilach wolałbym mieszkać na miejscu. Polski Bus, to zabawa w podróż wymyślona dla tych, co wiedzą, jak płacić onlajn. Przekonałem się o tym niedawno. Wygodne, skórzane fotele i dużo miejsca na nogi. Klimatyzacja i skrupulatny kierowca, ale przede wszystkim punktualność. O pierwszej w nocy w Opolu wnętrze autobusu zalewa światło. Młoda, elektroniczna stewardessa wygłasza informacyjny monolog wycyzelowaną polszczyzną i po angielsku. Sporadyczne transakcentacje oraz śródatlantycka dykcja malują portret lektorki przewrażliwionej na punkcie wymowy w języku ojczystym. Po kilku minutach na powrót gasną światła. Część rozbudzonych pasażerów, w większości przed trzydziestką, nie może jednak zgasnąć. Za moimi plecami od dłuższego czasu prowadzi się ożywioną wymianę zdań, półgłosem. Licząc się z możliwością konfrontacji, w marzeniach widzę, jak moje ucho wewnętrzne pokrywa się niewidzialną błoną, gdy tylko zachodzi potrzeba. Pragnę fizycznej zdolności odcinania się się od świata zjawisk dźwiękowych. Z na wpół przymkniętymi oczami mówię, że za głośno. Nawet przez ścianki zamkniętych słuchawek wyraźnie słychać ten delikatny stukot. To groch, po zderzeniu ze ścianą obojętności na mój skromny apel, opada na podłogę jak grad... 
   Na dworcu czekam dziś z konieczności, choć lubię też pewność, że zdążę na czas. Naiwną. Ostatnio i tak przegapiłem autobus z Gdańska. Myślałem, że to później, a to wcześniej. Pozostawał nocny pociąg dziewięć po północy do Krakowa. Skrzypiące wagony, skarpeta w przedziałach oraz pół doby bez dwudziestu minut i warsu. W środku nocy budzi mnie odgłos otwieranych drzwi. Dwóch z walizkami na skórzane paski gramoli się do przedziału. Po cichu kładą je na półkach i moszczą sobie siedzisko. Przed zaśnięciem szepczą w jakimś dialekcie z centralnej Polski. I choć nie wyglądają na takich, co potrafią włączyć komputer, wiedzą, co w środku nocy śpiącemu się należy. Co to onuce, też na pewno wiedzą.
   Jeszcze nie ma dziesiątej, a katowicki dworzec zmienia się w świetlicę. Światło już tylko na suficie, a w nocnej kawiarni nocne ceny. Wybieram stalowe ławki w stylu kowalskie futuro na betonowej nóżce. Wolę posiedzieć za darmo, po za tym na kawę przed nocną podróżą nie mam ochoty. Koło mnie kręci się jakiś chłopak. Ruchy ma niepewne, a oczy rozbiegane. Wariat? Borys lubił obsługiwać "wariatów". 
- Widzisz tego ze swastykami na twarzy? Ma milion na koncie - zdradza. Trzepie papierową torbą i rozgłasza swoje "Everything on sale!" Wszyscy już widzą jego stragan. Wszyscy obserwują jego spektakl. Nie mijają dwie minuty, a Wariat odchodzi z papierową torbą, pełną owoców za pięćdziesiąt dolarów. Do swojego legowiska za płotem na placu budowy, idzie zadowolony. 
   Gość o rozbieganych gałkach siada obok mnie niepewnie i egzaminuje bilet przysuwając do niego oko jak soczewkę mikroskopu do szkiełka. Niewidomy. Mam wrażenie, że słyszy, jak na niego patrzę. Zdradza mnie bezruch podglądacza - bezdech i otaczająca mnie aura ciszy. Dla jego czujnych uszu moja bliskość jest zakłóceniem napierającego zewsząd strumienia dźwięku. Wie, że jestem na wyciągnięcie ręki. Swoją obecność potwierdzam pytaniem. Chłopak handluje softwarem dla niewidomych. Załatwił, to co miał do załatwienia i wraca do Kielc.
- Ale ci kibice wyją! - przerywa moją gawędę o Polskim Busie, a ja się wsłuchuję. Gdzieś na dnie zawirowań dworcowych pogłosów majaczy echo nad wyraz hucznej melodii... Mówi, że rozpoznaje zmiany natężenia światła i widzi w dodatku jakieś plamy. To stąd ten spektakl bez laski. Jego pociąg odchodzi za dziewięć godzin. Teraz siedzi z plecakiem wciśniętym pomiędzy nogi. Odpowiada na moje pytania, albo po prostu wsłuchuje się w refleksje głosu, który nie ma ochoty spędzić nocy w autobusie. On też narzeka. 
- Te kropki na ibupromie strasznie daleko są od siebie powytłaczane.
  W autobusie ponad połowa miejsc jest wolna. Mija północ. Kolesie za moimi plecami nadają jak należy po ciemku. Odwracam się i mówię, co mam do powiedzenia.
- Co?!!! - huczy prowodyr - Gdzieś tu masz napisane, że obowiązuje cisza nocna?!
Moja riposta najwidoczniej odwołuje się do czegoś, co nie mieści się w jego głowie. Czy echo i pogłos katedralnej pustki odezwałyby się, gdyby w nią zapukać? Uciekam w objęcia ciężkich słuchawek. W końcu zawsze nastaje cisza. 
   Tym razem nocka mija zadziwiająco szybko. Na stacji metra wiem już gdzie szukać automatu z biletami. Metodycznie przekładam centówki z niebieskiej saszetki do szpary w maszynie. Mało dookoła Niemców, za to sporo brunetów o oliwkowej cerze. Jakaś parka, już od dłuższego czasu pozbawiona dostępu do prysznica, stacza się na peron na mocnej bani, a tu przecież pora na poranną kawę i węglowodan. Ten z flaszką w ręku wypuszcza z siebie porcję śliny. Aż mną trzęsie z obrzydzenia, gdy facet bełkocze swoje przeprosiny w nieznanym języku, że niby kurwa niechcący. Wszystko ok, tylko to ja ścieram sobie jego ślinę z twarzy.
    W czwartkowy poranek moloch berlińskiego dworca wydaje się ospały. W toalecie zmywam z siebie resztki obrzydzenia. Urok kawki, łakocia na dworcowej ławeczce oraz nadmiar porannego światła przeciągają mnie na swoją stronę. Trochę tylko to słońce razi. Jakiś facet z ledwością człapie w moją stronę. Jest wysoki. Chuda dupka, chude nogi i żeby tak człapał? To chyba przez ten nienaturalnie wzdęty brzuch.
- Ekskjuzmicz! - zagaduję do niego, gdy już od jakiegoś czasu siedzimy ramię w ramię. Ja kubkiem kawy w dłoni, on w kontemplacyjnym milczeniu. 
- Ekskjuzmicz!!! - macham mu już ręka przed oczami. Nadal nie wiem, czy ten budynek z flagą, w oddali, to Bundestag, ale wiem, na pewno że nie chciałbym żyć, udając, że nic nie widzę. Już wolę okazywać pogardę, niż nieustannie koncentrować się na ubieraniu lęku w pozory obojętności.
   Ledwo co zdążam na pociąg do Jeny. Bilety, tak jak w Danii, kupiłem bez rezerwacji. Parę euro taniej, a skusiło. Zatopiony w smartfonie nawet nie zauważam, że skład już się toczy. Jazda po gładkich torach jest jak picie destylowanej wody. Natomiast jazda po drewnianych podkładach, gdy stalowe koła tłuką się na łączeniach szyn, nadaje jeździe wyrazistego smaku. Gonitwa polirytmii płynnego ruchu smakuje kojąco. 
  Przejeżdżając przez Niemcy zawsze towarzyszy mi pośpiech, jakbym miał do przepłynięcia pod wodą cały basen. Następny oddech za granicą. Nie czuję sentymentu do tutejszych miast i mieszkających w nich ludzi. Nie mam w Niemczech przyjaciół, a Niemiecki znam tylko z filmów wojennych. Uwagę mojego pokolenia skutecznie skupiono na historii zdrady, która nadeszła z zachodu. Wpojono mu nienawiść do faszyzmu, utożsamiając z nim naród zza Odry. Teraz ze zdziwieniem przemierzam betonowe autostrady, niezniszczalne jak siła ducha, którego nie złamało upokorzenie towarzyszące klęskom poniesionym w wielkich wojnach minionego stulecia. Z niedowierzaniem patrzę na lasy wiatraków, na ład panujący w miastach. Co takiego drzemie w tych ludziach, że w sto lat zdołali dwukrotnie zniszczyć i dwukrotnie odbudować potęgę własnego kraju? Niejednokrotnie zjeździłem go autostopem wszerz. Znam go ze stacji benzynowych i rogatek miast, po których maszerowałem z plecakiem. Jest nudny jak jazda z Berlina do Hanoweru, choć oglądany z pociągu nie pozwala mi zasnąć. Przyglądam się wsiom, w których nie brak krawężników, wypolerowanym bryłom fabryk z ciemnej cegły, strzelistym kościołom protestantów, mostom dróg znikających we wnętrzu góry. Wydaje mi się, że na zewnątrz jest równie cicho co w przedziale. Tu porządku pilnuje nalepka z wizerunkiem symbolicznej buźki. Palec wskazujący przytknięty do ust mówi "pssst"... 
   Konduktorka wyrywa mnie z zamyślenia. Wachtę przejęła w Lipsku. Wchodzi do wagonu, śpiewa miękko swoje bawarskie "guten Morgen" i od razu zabiera się do sprawdzania biletów. Przysłuchuję się, jak rozmawia z pasażerem obok. Żeby było jasne, jej słowa również brzmią jak rozkazy, są jednak rozwodnione tonem tej dziecięcej naiwności, typowej dla mowy z podmokłą wybuchowością spółgłosek. Wiele lat upłynęło, zanim Jurgen z Warsu pozbył się bawarskiego akcentu. Po przeprowadzce na północ musiał. Niemcy z północy wciąż szydzą z gwary swoich braci z południa.
   W miarę jak zbliżamy się do Jeny teren staje pagórkowaty. Samo miasto jest niewielkie. Autobusy, tramwaje i poplątana architektura. Przesiadkę do Weimaru mam w Göschwitz, na następnej stacji. Pusto tam jak na dworcu Wisła-Głębce, a w dodatku zaczyna się upał. Ciekawe, czy odezwie się konik polny? Po gdańskiej porażce z przegapionym autobusem upewniam się, wszystko sprawdzam po kilka razy. Jestem swoim własnym szefem, road menadżerem, pracownikiem, księgą skarg i zażaleń. Czuję się rozkojarzony brakiem jednej, wyraźnej roli w życiu mojej jednoosobowej trupy. Na peronie wyciskam z siebie pytanie po niemiecku. To pewne, że jego nieznajomość zabiorę ze sobą do urny. Wszędzie pełno tu Rosjan. Ich język wielokrotnie słyszę na peronach. Ta kobieta z rybionkiem, też waha się na głos. Jej niemiecki jest niewiele lepszy od mojego. 
- Ty uwieriena, szto on cieriez Weimar? - chcę się upewnić, czy stąd, to tam, gdzie chcę. Kobieta nie okazuje kszty zdziwienia. Przecież ruski, to język światowy...
  Nowoczesna kolej regionalna, dzisiaj obsługuje swoich klientów punktualnie, nawet tu, na tym zaniedbanym peronie podupadłej stacji. Klimatyzacja szybko tonuje działanie pierwszego, wiosennego upału.
  Jak w germańskim zegarku, na stację w Weimarze wjeżdżamy punktualnie. Andreas czeka już na peronie. Kawka, makowiec, no i gadka szmatka... Do rozpoczęcia zajęć mam jeszcze godzinę. Dzisiaj pracuję ze studentami tutejszego konserwatorium, więc na ręce będą mi patrzeć duchy Bacha, Liszta, Goethego... Szkoła położona jest na cichym odludziu. Balkony budynku przylegającego do trawiastej powierzchni przed głównym wejściem są lożami zamieszkujących go emerytów, umazanych słońcem, owiewanych dyskretną kakofonią dźwięków, dobiegających przez otwarte okna szkolnych ćwiczeniówek. Korytarze głównego budynku też wieją pustką. Na zajęciach zjawia się większość wokalistów. Z rosyjskim akompaniatorem jest na ośmioro... Ten pianista z Niżnego Nowogrodu to popowiec, wyznawca religii prostego rytmu i solidnej dynamiki. Szybko jednak łapiemy wspólny vibe. Niemieccy studenci też wchodzą w jakąś formę interakcji. Nie są typem obserwatorów, jak ich pobratymcy z Jutlandii. Trzy godziny zajęć mija jak pierwsze zauroczenie. Oni śpiewają, a ja dużo mówię. Wyznaczanie granic i rozpoznawanie pułapek, to podstawowe z tematów. Wykonywanie zawodu wokalisty czerpiącego z nastrojów (jazzowego?), to nieustanny kontakt z problemami, których rozwiązywanie jest domeną wszelkiego rodzaju terapii. Pedagogika takiej wokalistyki, to wskazywanie na niezmienność źródeł tych problemów, pomimo różnorodności ich przejawów.
   Weimar to taki niemiecki Kazimierz nad Wisłą. Na ulicach gra muzyczka i tańczą kuglarze. Niemcy przyglądają się tym ulicznym pokazom sezonowych przebierańców i liżą swoje lody. Marzę o spokojnej nocy. Przezornie nastawiam budzik na dziewięćdziesiąt minut drzemki. Mam wrażenie, że rozdzwania się po chwili. Otumaniony nie jestem w stanie go zlokalizować. Miniona noc była jednak długa. Szybko doprowadzam się do porządku i schodzę do recepcji. Andreas czeka już przed hotelem. Wieczór mija nam na pogaduchach we włoskiej knajpie z arabską obsługą, przy stoliku pod drzewem. Andreas opowiada o swoim mężu i ich najbliższych planach. Tych na odległą przyszłość nie mają. Pień drzewa zasłania połowę ulicy, ale mnie i tak bardziej ciekawią relacje niemiecko-niemieckie. W kwestiach zawodowych Andreas nie pozostawia mi złudzeń. Przetargi czy konkursy - wszędzie ta sama maskarada. W sumie to wciąż dopiero się poznajemy. On jest typem, którego interesują odczucia. Ja chcę wiedzieć, co ludzie myślą. Uważa, że jestem owładnięty obsesją prawdy. Żeby się do niej zbliżyć, nie przebieram w środkach, a to cecha, która utrudnia poruszanie się w życiu. Jest bowiem formą przekory wobec logiki potrzebnej do zrównoważonego funkcjonowania w głównym nurcie życia społecznego. Tam, gdzie on jest realistą, ja jestem fantastą. Tam gdzie on na fali swojego realizmu sięga po pochlebstwo, ja, owładnięty swoją obsesją stawiam na działanie przez wątpliwość. Tam, gdzie dostrzegam istnienie tabu, od razu sięgam po swoją lupkę i patyk. Im bardziej jest ono wyczuwalne, tym bardziej chcę je badać. Andreas uważa się za anarchistę, lecz w istocie jest jest skrajnym konformistą, z tym swoim kontraktem do końca życia i suchym śmiechem wiernego koalicjanta. Wypytuję go o faszyzm, za którego sprawą w mojej rodzinie nikt przezież nie ucierpiał. 
- Czy myślisz, że policjant wybuchnąłby śmiechem słysząc "Entschuldigen Obersturmbannführer"
    Noc przesypiam kamiennym snem. Podczas śniadania postanawiam stronić od bekonu i kiełbas. Chcę się czuć lekko. Za godzinę kolejne spotkanie ze studentami. Dzisiaj oddychanie i krzyk! Pozwalanie sobie na wzajemną obserwację i analizę osobliwości całej tej mechaniki oddychania zawsze przysparza refleksji. Publiczne wydawanie z siebie jęków, skamleń, okrzyków, to już otwarcie świata intymnych spraw na obcą inspekcję, która nie wyklucza ingerencji, nie odmawia grzebania w koszach z brudną bielizną w obecności jej właścicieli. Ci salwami teatralnego rechotu będą zagłuszać swoje zażenowanie, ale to daremna taktyka. Śmiech - naturalny przejaw radości, w sformalizowanym życiu często funkcjonuje w oderwaniu od swojego pierwotnego źródła. Traktowany instrumentalnie staje się dowodem lojalności, świadectwem udzielanego poparcia, formą obrony przed zakłopotaniem. Tradycja grania śmiechem jest wciąż zbyt silna i nazbyt akceptowana, żeby pełnia prawdy o emocjonalnej naturze ludzkiego głosu mogła bez przeszkód się ujawnić... Zajęcia mijają szybko.
   Pociąg z Wiemaru odjeżdża prawie punktualnie. Mam trzy godziny na odsapnięcie, zanim dotrzemy do Frankfurtu. Jedziemy chyba jakąś boczną arterią komunikacyjną, bo falowo powraca stukot kół, a futurystyczna bryła pociągu kolebie się na boki potrząsając popiersiami podróżnych w chaotycznym tańcu. Coś we mnie się zmieniło. Ta nowounijna Polska zaczyna mi się podobać. Podobają mi się dworce i galerie, nowe drogi i cała ta świeżość ukończonych inwestycji. Tu, za oknami pociągu, wciąż widać dwa kraje. Miasta tego wschodniego to hybrydy komunistycznego dziedzictwa i nowoczesnej wklejki z architektury i dróg. Przypominają Kraków, Wrocław czy Warszawę. W Fuldzie zaczyna się zachodnio-niemiecka spójność, typ podstarzałej nowoczesności, charakterystycznej dla krajów starego europejskiego zachodu. 
   W drodze na lotnisko, Frankfurt mijamy z lekkim opóźnieniem. To chyba największe z niemieckich miast, jakie dotychczas widziałem. Twórcy zabudowy jego centrum, zapatrzeni w wizje przyszłości, już dawno stworzyli architekturę na miarę municypalnego kolosa. Przez paszczę we frontowej ścianie bryły lotniskowego Hiltona wolno wślizgujemy się do głównej hali dworca. Wzdłuż szerokich peronów warczą pociągi dalekobieżne. To tu dociera jedna z nitek sieci gigantycznego metra, komunikującego globalny ruch lotniczy z największymi miastami serca Wielkiej GermaniiDroga do stacji kolei regionalnej prowadzi widną w górę. Przyglądam się wszytkiemu od nowa. Szukam wzrokiem śniedzi i wygładzonego deszczem kamienia, ale wszędzie widzę tylko podstarzałe aluminium i obłupaną sklejkę. To właśnie Stara Unia.
  Mam jeszcze sporo czasu, ale wolę poszukać peronu. Znajduję go w głębokich podziemiach. Koło mnie zatrzymuje się ślunsko para kole sześdziesiuntki. Chyba rozpoznają we mnie Polaka, bo włącza im się mruczenie pod nosem. Stacja jest głośna, tłoczna, lepka, duszna, śmierdząca i mroczna. Jak na katowickim dworcu sprzed remontu. Mimo swojskiej atmosfery, czuję lekki niepokój. W Saarbrücken będę miał tylko cztery minuty na przesiadkę, a mój pociąg już spóźnia się dziesięć. Z drugiej strony wierzę, że jakoś to nadrobimy. W końcu to Niemcy. 
  Podróż z Frankfurtu do granicy jest tak podmiejska, jak sam dworzec. Pociąg kolebie się na wszystkie strony, a przejścia pomiędzy wagonami wypełnia słodkawy smród sfermentowanej szczyny. Do tego ludzie tłoczą się jak w metrze. Nie mam ochoty na żadne rozmowy. Uciekam w muzykę i rozmyślania. Konduktorka telefonicznie załatwiła mi u kierowcy dodatkowe pięć minut, na autobus biegnę jednak, jakbym padł ofiarą szantażu. Zajmuję miejsce w ostatniej chwili, w ostatnim rzędzie. Kobieta siedząca przede mną rozmawia przez telefon po ukraińsku. Obok niej, facet w zatyczkach robionych na miarę, czyta coś po angielsku. 
- W  Luksemburgu będziemy za nieco ponad godzinę -  odpowiada, po czym z pietyzmem wypełnia uszy zatyczkową masą.
  Nawierzchnia autostrady nagle się zmienia. Chropowacieje, bo i nabita z grubszej grudy. Niedoróbka jakby ustępuje, a krajobraz osiąga kolejny wymiar ładu. Luksemburg! Autobus kluczy ulicami przydrożnych miasteczek, wpasowanych w strome, skaliste zbocza niewielkich pagórków. Mijamy wielobarwne domki, malowane z dziecięcą pomysłowością. Wszystkie mają okiennice z drewna i kwiaty na parapetach. Ciekawe, czy Jerome zjawi się na czas?
  Miasto Luksemburg jest niewielkie, za to wygląda spektakularnie. Jego centralną atrakcją, jest przepastna dolina w centrum miasta. Na jej dnie widnieją budowle, ciągną się wąskie drogi, kamienne rampy i dukty. Wszędzie mnóstwo drzew. Dworzec główny to budowla ze szkła i kamienia. Manifestuje przywiązanie Luksemburczyków do burżuazyjnego szyku, sygnalizując gotowość do ingerowania w tradycję. Ludzie sporadycznie wchodzą i wychodzą. Jakaś hiperaktywna grupka przed wejściem na halę główną zwraca na siebie uwagę. Podchodzę bliżej. Ten, co sam się strzyże maszynką, krzyczy coś po rusku do swoich ziomali. Śmieją się gromko rozbawieni inscenizacją ulicznego sparingu. Czarne dresy, ściągacze poniżej kostek i powyżej nadgarstków, no i czarne adidasy. Jest też taki, co dziś stoi bez harmonii czy skrzypiec. Zmierzwiony chwieje się, wydając po cygańsku polecenia chudemu chłopcu. Pety lądują na dworcowych marmurach, po których nieco spłoszeni obywatele Księstwa Luksusu stąpają śpiesznie.
  Jerome się spóźni. Proponuje spotkanie pod katedrą. Docieram tam przed czasem. Właśnie skończyła się msza. Biskup w błękitnych szatach, z uśmiechem naelektryzowanym religijnym uniesieniem, obściskuje dłonie wiernych. Ci odwzajemniają się równie mocną dawką szacunku, w imię wspólnie wyznawanych wartości. Katedrę oglądam pobieżnie. Wizytę kończę w pustym pomieszczeniu toalety. "Opłata za korzystanie wynosi pięćdziesiąt centów" - mówi napis nad miseczką, w której spoczywa kilkanaście euro w bilonie i drobnym banknocie. Pomieszczenie opuszczam targany pokusą zbezczeszczenia katedralnego wychodka kradzieżą... 
   Jerome zjawia się nieźle nakręcony. Terkocze i trudno go zrozumieć. Angielszczyzna Luksemburczyków jest miałka. Trzeba się wsłuchiwać. Rozmowy o pierdołach raczej mnie nie interesują i chyba jakoś to sygnalizuję, bo Jerome od razu mówi o swoich kłopotach i rozterkach w życiu zawodowym i prywatnym. Nawija jak po kokainie. Jego uwagi nie sposób przekierować na inny tor, niż ten, który sam sobie wyznacza. Przejmuję na chwile wątek. Chcę mu pokazać, po jakich meandrach poruszam się w swoim własnym życiu. Jego słowotok ustaje. To zawsze działa. W słuchaczu wybudza się ta złośliwa satysfakcja, że inni też mają powody do zmartwień, tymczasowa, jak marzenia o pieniądzach po pierwszym kieliszku wina wypitego na głodno. Po godzinie jesteśmy na miejscu. Hotel wygląda na opustoszały. O drugiej walę jednak pięścią w ścianę. Rozmowy od razu cichną. Czy to "Luksemburg" i nietypowy sposób upominania się o swoje tak działa, czy może oni też byli przekonani, że hotel jest pusty? Wstaję o siódmej. Jerome w biegu prowadzi mnie na miejsca spotkania z uczestnikami warsztatów. Jak na sześciotysięczne miasteczko, szkoła, ze swoją salą koncertową dla pięciuset osób, jest nienaturalnie wielka. Dzieci biegają tu pośród młodzieży akademickiej, bo przedszkole muzyczne i konserwatorium mieszczą się w jednych murach. Na spotkanie ze mną przychodzi garstka dorosłych, lubiących śpiew i muzykę. Ich motywacje są skrajnie różne. Jedni wierzą w istnienie remedium dla swoich odwiecznych kompleksów, inni szukają kolejnego źródła radości. Akompaniuje nam czternastolatek. Rozmawiamy o głosie. Próbujemy go zdemaskować. Śpiewamy i znowu rozmawiamy. Niektórzy pielęgnują w sobie marzenia o śpiewaniu mimo wszystko...
  Do miasta Luksemburg docieram przed czasem. Mam chwilę na szybką kawę. Towarzyszy mi Jerome i jego iberyjska żona. Tablica w hali dworca informuje, że zamiast TGV, dzisiaj odjedziemy jakimś autobusem. Do samego Paryża?! W popłochu próbujemy ustalić skąd. Pożegnalna wymiana kurtuazyjnych komentarzy zamyka mój kilkunastogodzinny pobyt w zamożnej enklawie zachodniej Europy. Utwierdzony w przekonaniu, że w obliczu panującego tu stylu życia, nawet Niemcy muszą się czuć, jak biedniejsi sąsiedzi ze Wschodu, zajmuję miejsce przy oknie. Wycieczka kończy się na podmiejskiej stacji, po kilku minutach. Nasz TGV mruczy już na peronie basem. Jego kadłub skonstruowany, gdy Stara Unia była jeszcze młoda napakowany jest farszem świeżych technologii, jak czołgi czy samoloty. Głos konduktora dobiegający z interkomu informuje, że pomimo półgodzinnego spóźnienia, na Gare de l'Est dotrzemy na czas. SNCF dba o przejrzystość zasad podróżowania. Informuje o nich przy pomocy przyjaznych symboli działających na intuicję. Tak więc telefon komórkowy, podobny do niemowlęcia śpiącego w powijakach ma zamknięte oczy... 
   W Metzu stoimy dodatkowe kilkanaście długich minut. W końcu pociąg wytacza się szerokim łukiem na niekończącą się prostą. Baryton Davida Sylviana bulgocze mi ciche zwierzenia, podczas gdy obłoki gnają w przeciwnym kierunku jak w niemym filmie. Szalone tempo jazdy! Te grubo ponad trzysta na godzinę sprawia, że ciągnąca się wzdłuż torowiska autostrada wydaje się czteropasmową szosą w terenie zabudowanym. Do Paryża przybywamy zgodnie z obietnicą. Wysiadam z wagonu na końcu składu. Spora jego część stoi pod gołym niebem. Drepczę jakiś czas zanim dochodzę do zadaszonej hali z peronami. Nabuzowany energią miasta, do którego tak lubię powracać, mijam wagony zziajane elektrycznym galopem. W oddali kłębi się już tłum oczekujących. Patrzę przed siebie, lecz nie widzę żadnej znajomej twarzy... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz